Kup Magazyn Gitarzysta

Strona główna / Ludzie / Wywiady / Arek Lerch (So Slow)

Arek Lerch (So Slow)

So Slow powoli wyrasta na jeden z filarów polskiego alternatywnego hałasu. Poprzedni album "Nomads" zebrał hurraoptymistyczne recenzje od punkowych fanzinów po duże rockowo metalowe magazyny i blogosferę.

Zespół, który zaczynał od inteligentnego metalowego hałasowania, dziś odchodzi od tej formuły, pokazując wszystko co najlepsze w improwizacji. Słowo klucz dla zrozumienia najnowszej płyty stołecznej formacji to niepokój. Na ten temat rozmawialiśmy z Arkiem Lerchem - obecnie menedżerem grupy i kręgosłupem rytmicznym całego przedsięwzięcia.

Przed premierą płyty mówiłeś mi, że chcecie, a przynajmniej ty, żeby So Slow odeszło od metalu czy hałasu i stało się tworem opartym na improwizacji. To co słyszę na waszym nowym albumie doskonale oddaje te słowa, z tą jednak różnicą, że to wciąż mocny hałas. Momentami cholernie ciężki, może nawet lekko niestrawny, ale budzący niepokój. To najlepiej obrazuje to, co myślę o "3T". Budzi dziwne skojarzenia, do tego ten klip...


Nie zgadzam się. Ciężkiego riffu na całej płycie jest jakieś 2 min na 38, czyli minimalnie. To tyle ciężaru. Tranz II i Tranz III ciężkiego grania nie zawierają wcale, zatem nadal nie potrafię wyjść z podziwu dla tych, co uważają, że gramy "ciężko", "hałaśliwie" czy "noisowo". Co trzeba zrobić, żeby tak nie grać? Wyrzucić gitarę i grać na organkach casio? Przyznam, że ostatnio takie skojarzenia budzą we mnie agresję względem dziennikarzy, którzy przypierdalają się jednego szczegółu i drążą go do bólu. "Niestrawny"? Podobnie - gdzie? Jeśli to co gramy jest niestrawne, to znaczy, że 90% krajowej alternatywy powinna generować zgony z przedawkowania niestrawności. Nie chcę powiedzieć, że ten materiał jest przyjazny, ale np. na tle "Nomads" jest wręcz łagodny i miły dla ucha. Mogę się ewentualnie zgodzić z "budzeniem niepokoju", bo to faktycznie się zgadza. Muzyka, za sprawą elektronicznego sosu może budzić niepokój, i tak ma być. Wolę jednak określenie, że porywa w jakąś podróż, że jest trochę filmowa, zresztą, temu służy klip, który ma być czymś więcej niż te wszystkie gówniane, dwuminutowe klipy za 30 tys zł, które niczego nie pokazują, nie wywołują i po dwóch dniach nikt o nich nie pamięta. Ogólnie zauważam, że próby interpretacji tego co gra obecnie So Slow wzbudzają we mnie złe odruchy. Ciekawe, może kiedyś nagramy jakiś kawałek tylko na samplerach, może wtedy ktoś wreszcie odp… się od metalu, nojzu i niestrawności…

You need to a flashplayer enabled browser to view this YouTube video


Ale to dobrze, że materiał nie jest oczywisty i "strawny". Zgodzę się co do aspektu quasi-filmowego, że ta muzyka ma zabierać gdzieś w podróż. I taką najlepiej odbyć jesienią, dlatego mam problem z tym materiałem. Będzie czas na nostalgię, dlatego uważam, że z takimi dźwiękami najlepiej oswajać się w odpowiedniej atmosferze. Tranz w całej rozciągłości trochę przytłacza. Nie jest to łatwa przygoda. Na pewno nie dla przeciętnego zjadacza metalu.


Trans nie przytłacza. Jeśli przytłacza odsyłam do punka i grindcore’a. Tam są wałki po minucie, które nie przytłaczają. Nie chcę, żeby słuchał nas przeciętny zjadacz metalu. Niech słucha Ajronmajden. Nie zależy nam na każdym, tylko na tych, co kumają taka muzykę, gdzie zamiast konkretu jest więcej nieprzewidywalności, koloryzowania i lotu. Nie chce mi się już grać zwartych struktur, mam je w CII i Czerni i to wystarcza, reszta załogi też cieszy się, że może lecieć gdzieś w nieznane. I to jest w tym najlepsze - sami nie wiemy, gdzie wylądujemy. A jesień - cóż, to kwestia interpretacji. Graliśmy na Fląder Fest na plaży i laski gibały się do techno bitu "Tranz II", więc coś tam gdzieś jednak trybi. Zresztą, So Slow koncertowy i studyjny to różne światy. Na koncertach staramy się ten materiał grać trochę inaczej, pozwalać sobie na więcej z jednej strony i na większy konkret z drugiej. W każdym razie, ewolucja tych numerów, szczególnie Tranz II i Tranz III trwa nadal i pewnie na koncertach wrześniowych te numery będą w zupełnie innym miejscu.


So Slow jest oczkiem w Twojej głowie. Ilekroć rozmawiamy czuję, że chciałbyś się w tej muzyce zatopić. Porzucić zwarte struktury w innych zespołach i pójść kompletnie w improwizację. Tutaj trochę nie rozumiem ataku na metalowców, bo czy tego chcesz czy nie, to właśnie oni słuchają So Slow, ARRM, Lonker See i innych. Chcesz żeby słuchali was snobi, przeświadczeni o jedynej słusznej wizji muzyki zaklętej w awangardzie, czy ludzie, którzy zwyczajnie są gotowi dać się porwać w psychodeliczną podróż Tranz I?


Nie atakuję metalowców, tylko dziennikarzy, którzy ciągle SS wpieprzają do szufladki z napisem "metal", co jest dla mnie absurdem. Słuchać może każdy - gospodyni, metalowiec czy punkowiec. Mam to gdzieś, grunt, że ktoś znajduje w tej muzyce coś dla siebie, że potrafi się w nią wciągnąć, zatopić i odlecieć. Kiedy widzę takie reakcje czy komentarze, czuje się spełniony i szczęśliwy. Kiedy zaś czytam, że "zespół metalowy So Slow coś tam…" dostaję kurwicy. Po prostu mam wrażenie, że ktoś kojarzy fakty typu "Lerch=Metal Hammer" czy coś w tym stylu i na tym buduje dalsze wywody. Ale luz, jeśli ktoś chce usłyszeć w naszej muzyce nawet country - jego sprawa, nie mam zamiaru majstrować w głowach ludzi. Z ARRM jest podobnie - w zespole gra kto gra i takie jest postrzeganie. Mnie przede wszystkim zależy na zrobieniu czegoś innego, odejściu od tego, co przez lata było przyczepione. Jasne, gram z wymienionymi zespołami i znajduję w napierdalance też coś fajnego, ale So Slow zapewnia mi coś w rodzaju wolności i platformy, która łączy mnie z czymś więcej. Po latach dostrzegam, jak bardzo niszowe są takie gatunki jak hc czy death, sludge itp. Siedząc w tym, w środku, nie zdaję sobie nie raz sprawy, że dla przeciętnego słuchacza taka muzyka często nie istnieje. Nie chodzi mi o to, żeby zaistnieć... nie wiem, w telewizji śniadaniowej, ale chciałbym, żeby nasza muzyka pojawiła się w nieco szerszym kontekście, a nie tylko w określonej niszy. Kiedyś ktoś powiedział, że skala popularności mierzona jest przez świadomość danej muzyki u osób spoza tzw. kręgu kulturowego. Dla przykładu - najszczęśliwszy jestem, kiedy jadę na Mazury do gospodarstwa, gdzie właściciele - ludzie kompletnie z innej bajki - jarają się naszą muzyką, czekają na płyty i co najciekawsze - potrafią o muzyce So Slow opowiadać w zaskakujący sposób. Wtedy wiem, że docieram z tym co robię do zupełnie innej publiczności. I to mi daje największą satysfakcję.


Chciałbyś by muzyka So Slow była odbierana również obrazowo? Aby potencjalny odbiorca miał świadomość obcowania ze sztuką audio-wizualną? Ciągle mam w głowie klip i uważam, że temat powinien być pociągnięty dalej.


Przede wszystkim chcę, żeby ta muzyka była wielowymiarowa. Wiesz, ja uważam, że powstaje całą masa płyt, które są takimi "zajawkami". Po pierwszym przesłuchaniu wiem, że nie usłyszę niczego więcej, wszystko dostaję na "dzień dobry". Żadnego, drugiego dna. W So Slow podoba mi się to, że na nowej płycie w zasadzie po wielokrotnym przesłuchaniu można jeszcze znaleźć jakieś nowe dźwięki, smaczki poupychanie gdzieś w tle, cały czas nasuwa się coś nowego. To powoduje, że muzyka żyje dłużej i przyciąga wielowymiarowością. A jeśli dodać do niej dobry obrazek to już genialnie. Najchętniej - wzorem Sonic Youth - zrobilibyśmy film do całej płyty, to byłaby dopiero jazda. Ale i tak jesteśmy szczęśliwi, że powstał ten filmik. Czasami mam wręcz wrażenie, że to on jest głównym bohaterem, a sama muzyka tylko tłem, ścieżka dźwiękową. Paweł Czarnecki, który zrobił ten obraz, miał w 100% wolną rękę, niczego mu nie sugerowaliśmy, poszedł za muzyką, za tym, co czuł i wyszła taka właśnie paranoiczna jazda z "wielkiej płyty".

Mamy nadzieję, że Pawłowi uda się gdzieś z tym filmem przebić, bo chcą go na jakieś festiwale zgłaszać, w każdym razie, klip pożyje dłużej i myślę, że znajdzie jeszcze nie raz nowych odbiorców. Dla takiego obrazka warto grać, nieprawdaż? Sztuka audio-wizualna to ogólnie trudny temat, bo też się trochę z takim "artystowskim" podejściem kojarzy, a my jednak jesteśmy zespołem z krwi i kości, który najlepiej czuje się na scenie, kiedy już wszystko rusza i można zatopić się w dźwięk i rozpocząć te nasze loty. Powtarzam zawsze, że najlepsze w So Slow jest to, że ta grupa ciągle poszukuje, ciągle patrzy tam, gdzie nas jeszcze nie było. Słuchałem ostatnio zapisu koncertu Lonker See i muszę przyznać, że to jest właśnie to co mi imponuje. Totalne wywalenie na czas, na warunki i oczekiwania. Jedno słowo - LOT. Tylko tyle i aż tyle. Wolność.


Materiał nagraliście praktycznie na setkę i to działa to na wasza korzyść. Luz w tych dźwiękach jest niemal namacalny. Słuchając go na dobrym sprzęcie można dosłownie wsiąknąć. Cieszę się, że nie ma tu powtarzalnych, albo nośnych patentów, bo trzeba czekać na momenty wybuchowe jak gitarę, czy wokale. Najprościej rzecz ujmując, trzeba do tej płyty usiąść i posłuchać. W czasach kiedy liczą się hooki, pojedyncze fragmenty i "fajne momenty", walnąć trzy takie strzały to niemal luksus. Wymaga czasu i skupienia.


Przede wszystkim wymaga świadomości miejsca i czasu. My, robiąc trzecią płytę w zasadzie nie mieliśmy nic do stracenia. Nie mamy jakichś die hard fanów, którzy oczekują konkretnej muzyki, nie osiągnęliśmy jakiegoś szczytu, z którego balibyśmy się spaść, nie utrzymujemy się z muzyki czy coś w tym stylu, dlatego nie musieliśmy się bać, że komuś się nie spodoba, a ktoś inny powie, że chcemy się załapać na ten cały improwizowano - transowy tygiel. Zagraliśmy to co nam siedziało w duszach i tak jak umiemy. Kiedy nagrywaliśmy Tranz II czy Traz III nie wiedzieliśmy ile będą trwać kawałki. Wyszło akurat tyle, ale równie dobrze mogło być jeszcze dłużej albo krócej. Skończyliśmy, kiedy wydawało się nam, że jest już dobrze i wywaliliśmy wszystko z łbów. Luz to duży luksus, cieszymy się, że to słychać, to duży komplement. Najważniejsze jest to, że mogę dzisiaj, już po wydaniu płyty powiedzieć, że to jest 100% So Slow, 100% szczerości i zero premedytacji. Nie wiemy, gdzie ta płyta trafi, na razie odbiór jest bardzo dobry, słyszymy mnóstwo miłych słów, wydawca w tę muzykę wierzy, my też i dobrze się bawimy, bez żadnych spięć i oczekiwań. Co ma być, to będzie i tyle.


Ten tygiel, o którym mówisz pchnął polski niezal w zupełnie nowe rejony. Zresztą, wielu dziennikarzy zaznacza, że to co alternatywne szturmem wkradło się do mainstreamu. Od black metalu po techno i połamaną elektronikę. Niestety, docenia branża, muzycy, wydawcy, ale walka o słuchacza i jego gust to nadal długotrwała batalia, w której nie zawsze odnosi się zwycięstwo. Wy jak dotąd wygrywacie kolejne potyczki, głównie na festiwalach. OFF dodał wam wiatru w żagle?


Dotykasz faktycznie zajebiście trudnego tematu. Tez to zauważam - branża pieści, wydawcy się jarają, dziennikarze klepią po dupie a na koncertach 15 osób (śmiech). To chyba normalny stan rzeczy. Nawet najlepsze alternatywne akty są - no właśnie - alternatywne, co powoduje, że trudno o szerszą publikę. Z tym trzeba się pogodzić po prostu. Ewentualnie próbować różnych dojść. Najlepsze to oczywiście szklany ekran, ale tu łatwo popaść w kurewstwo albo w najlepszym razie w parodię. OFF był fajnym wydarzeniem, z różnych przyczyn - fajnie było zagrać na największym święcie niezalu, fajnie zobaczyć, że na dużej scenie wszystko może trybić i że realizator potrafi ustawić brzmienie, pomaga a nie tylko pierdoli: "ścisz gitarę" (śmiech). Czy to coś dało? Nie wiem, doprawdy. W naszym przypadku nie spowodowało to jakiejś lawiny propozycji koncertowych, w zasadzie po OFFie nic się nie wydarzyło, poza zmianami w zespole. Dlatego tym razem sprawy wzięliśmy w swoje ręce, nie pieprzymy o tym, jak jest słabo, tylko działamy i gramy gdzie się da. I to się opłaca, bo okazuje się, że przyjęcie jest łaskawe, zobaczymy co będzie dalej. Na razie jesteśmy na początku drogi, płyta wyszła w maju, teraz jest parę festiwali a potem, jesienią klubowe trasy, które się szykują. Nawet jak nic wielkiego się nie wydarzy, będę miał satysfakcję, że popchnąłem tę płytę najlepiej jak się dało. Wierzę w nią dość obsesyjnie (śmiech).

Ale tak po prawdzie, nie promocja jest ważna, bo cały czas krążymy wokół muzyki. To właśnie dźwięki, podejście do nich, smakowanie, szukanie nowych rozwiązań harmonicznych, nowych brzmień jest najważniejsze i najlepsze. Być może dlatego kapele niezależne często padają na ryj, bo zajmowanie się managementem i muzyką jednocześnie nigdy nie prowadzi do szczęśliwego finału. Wiem to po sobie, teraz, kiedy zajmuję się m.in sprawami promocyjnymi. I w zasadzie mam już ich dość (śmiech).


Jesteś control freakiem?


Lubię mieć wszystko dograne, ale bez obsesji... Choć nie, mam trochę obsesję bo cały czas wspominam poprzednie płyty i analizuję co było nie tak, co można było zrobić lepiej. Staram się nie przesadzać, choć różnie z tym bywa (śmiech). Trudno nie pilnować swojego bajzlu, który rujnuje życie prywatne (śmiech)....


No w końcu So Slow, to już któreś tam Twoje dziecko (śmiech). Ile tych kapel było na przestrzeni ostatnich prawie dwudziestu lat?


Akurat do So Slow zostałem kiedyś zaproszony, choć na przestrzeni lat sytuacja się trochę zmieniła (śmiech). Nigdy nie patrzę na ilości, czasami mam jednak wrażenie, że moje umiejętności nie są współmierne do masy zespołów, w których grałem. Fakt, było ich kilka, ale jak się ma chęć grania, to zawsze się coś znajdzie. Cieszę, się, że mogłem współtworzyć parę płyt, które wstrząsnęły światkiem hardcore, że wspomnę o Sunrise, Coalition czy Daymares, równie dobrze gra się z Cast In Iron, choć, jak już wspomniałem, teraz jaram się trochę innymi rzeczami. I z czasem coraz trudniej przychodzi mi polaryzacja sposobu grania, bo np. takie CII to jednak ciężka, fizyczna praca, a w So Slow stawiam na coraz lżejsze i coraz bardziej wyważone stukanie. Póki co, na razie dobrze bawię się i tu i tu, choć zaczynam odczuwać lata na karku. Dłużej się rozgrzewam i muszę rozważniej operować energią organizmu. Pomaga mi w tym dość dobre i świadome podejście do własnych możliwości. Nie pcham się tam, gdzie nie dam rady.


Gdybyś nagle musiał dokonać zmiany priorytetów w życiu i poświęcić się tylko jednej z dodatkowych aktywności, postawiłbyś wszystko na So Slow?


Kiedyś, dawno temu, w liceum, podczas rozbioru i omawiania różnych dzieł literackich często padało najdurniejsze pytanie na świecie: "co zrobiłbyś na miejscu głównego bohatera?". Człowiek się spinał i oczywiście odpowiadał, że tak, owszem, wybrałbym trudniejszą drogę w zgodzie z ideałami, ble ble ble. NIGDY nie wiadomo, jak w danym momencie człowiek zareaguje, co zrobi, jak się zachowa. Podobnie jest z odpowiedzią na twoje pytanie. Nie wiem, czy gdybym był postawiony przed faktem i pod ścianą, wybrałbym jedną rzecz, jeden zespół, czy pracę, rodzinę albo coś innego. Nie wiem, tak po ludzku, z całym bagażem własnych ułomności charakteru. Nigdy nie byłem twardy, raczej mam nastawienie konformistyczne, z czym się nie kryję. So Slow znaczy dla mnie cholernie dużo, ale też jestem w stanie stanąć obiektywnie obok i na zimno ocenić, że utrzymywanie się z działalności So Slow (w szczególności) czy z grania w ogóle jest w Polsce nierealne. Znam wiele przykładów różnych straceńców, którzy na muzyce chcieli zbudować życie i różnie się to kończyło. Przykłady długoletnich karier w tym kraju pokazują, że jest to droga cholernie wyboista i ryzykowna. Oczywiście, udaje się, jak ktoś ma naturę kurwy i zagra wszystko i wszędzie, twierdząc, że to jego zawód, albo też jak ktoś lubi żyć jak żebrak, na walizkach, bez jakiejkolwiek stałej życiowej. Odpowiem zatem tak: mam nadzieję, że nigdy nie będę musiał dokonywać takiego wyboru, bo i zespół i ja byśmy na tym stracili. Tak jak jest teraz, jest dobrze.


Rozmawiał: Grzegorz Pindor

 


GALERIA
Under Cover Motorhead

Okazuje się, że Lemmy potrafi zrobić dobrą imprezę nawet po śmierci.

Gramy dalej

9 /10
1994 Jamal

Mamy rok 1994. 5 kwietnia coś we mnie (i wielu z Was) umiera wraz z odejściem Kurta Cobaina.

Gramy dalej

5 /10
Out of the Voiceless Grave
Gatunek: Death metal
Korpus ocena 7
Respekt
Gatunek: Heavy metal
Wolves
Gatunek: Punk
Zobacz wszystkie