Kup Magazyn Gitarzysta

Strona główna / Ludzie / Wywiady / Tomasz Barszcz (Summer Dying Loud)

Tomasz Barszcz (Summer Dying Loud)

Rynek polskich festiwali niestety nie oferuje zbyt wielu imprez o typowo metalowym zabarwieniu. Poza małymi eventami pokroju Niech Cisza Milczy czy Metal Mine Festiwal, a od niedawna Materia Fest, liczące się festy można policzyć na palcach jednej ręki.

Jednym z nich, flagowym dla fanów ciężkiego grania jest Summer Dying Loud - dwudniowy smakołyk dla miłośników zarówno klasycznego metalowego rzemiosła, jak i wycieczek w stronę vintage rocka czy subtelnych post-rockowych pasaży. W związku z nadchodzącą edycją rozmawiamy z szefem imprezy - Tomaszem Barszczem.

Osoby postronne widzą w tegorocznym lineupie zaskakująca rozpiętość gatunkową, która świadczy o rozwoju imprezy i niemal edukacyjnym charakterze festiwalu. Inni, śledzący Cię na Facebooku prędzej doszukają się coraz śmielszego budowania składu z uwzględnieniem własnych upodobań. Jak to zatem jest, chcesz dostarczyć widowni jak najwięcej, nierzadko skrajnych bodźców (to post-rock, tam death metal) czy po kilkunastu latach organizacji i sprawdzania gustów, masz komfort bukowania coraz odważniejszych projektów, dlatego że ludzie mają świadomość, że Summer Dying Loud = jakość?


Od początku biletowanych edycji festiwalu budowaliśmy formułę, którą mogłaby się czymś wyróżnić w Polsce a jednocześnie spodobać się coraz większej grupie odwiedzających Summer Dying Loud osób. Jednakże to trzy ostatnie edycje, które jako dwudniowe pozwalały na więcej eksperymentów w zakresie budowania lineupu pokazały, w którą stronę festiwal będzie zmierzał w przyszłości. Wprawne ucho zauważy, że na festiwalu praktycznie nie pojawiają się zespoły wykonujące ten sam rodzaj muzyki. To z jednej strony dość nowatorskie podejście lecz z drugiej trochę niebezpieczne gdyż łatwo narazić się jednej z subkultur, która może uznać, że jedna czy dwie kapele "z ich bajki" to za mało. Minione lata pokazują jednak, że miłośnicy mocniejszego grania to chyba ostatnia tak tolerancyjna grupa społeczna w naszym kraju (śmiech) i żadne z 18 publikowanych sukcesywnie ogłoszeń kolejnych kapel występujących na tegorocznej edycji Summer Dying Loud nie spotkało się z niechęcią ze strony fanów.

Kiedy już we wcześniejszych latach zaczęły pojawiać się rodzime kapele jednoznacznie dobrze odbierane na świecie, takie jak Riverside, Decapitated czy Vader to nieco łatwiej było rozpocząć rozmowy z zagranicą. Pozytywne zaskoczenie, jakim okazaliśmy się dla Grave czy Sinister uzbroiło nas w najlepsze możliwe referencje i rozmowy z kolejnymi wykonawcami z zagranicy były jeszcze bardziej zasadne.  Analizując lineup dokładniej zauważysz, że na dobrą sprawę całkowicie rozpoznawalne pozostają może 3 lub 4 zespoły, reszta jest znana w określonych kręgach lub stanowi prawdziwą zagadkę dla publiczności. Zespoły te łączy jednak bardzo wysoka jakość i zaangażowanie w tworzoną muzykę - co znowu jest doceniane przez decydujących się na udział w festiwalu gości. Nic w tym lineupie nie jest kwestią przypadku. Z premedytacją również nie kończymy festiwalu headlinerem tylko serwujemy specjalny closing act promując naprawdę niesamowite zespoły - w tym roku to szwajcarski Schammasch oraz rodzimy Sautrus.


Tegoroczna odsłona imprezy pełna jest niespodzianek. Po raz pierwszy pojawią się goście z dalekiej Islandii, a mowa tu o nie byle jakim składzie bo o Solstafir, z przeciwnego bieguna słowiańszczyzny zagra Percival, a między nimi tytani śmierć metalu z Unleashed czy gwiazda melodyjnego death metalu Wolfheart. Do tego śmietanka polskich młodych gniewnych (Obscure Sphinx, Dopelord, Sautrus) i lokalne ekipy. Konglomerat zespołów z najrozmaitszych krańców kontynentu odświeża "polską" formułę festiwalu, ale nie da się ukryć, że podstawą są nasi wykonawcy. Nadal wierzysz w naszą scenę?


Jeśli przestanę wierzyć w polską scenę to się chyba wyprowadzę za granicę. (śmiech) Nie grozi mi to jednak, bo rzeczywistość napawa optymizmem. Polska scena w moim mniemaniu nigdy nie miała się źle, a to co się teraz dzieje to wręcz jakiś renesans. Ilość doskonałych kapel, jakość nagrywanych materiałów, sold outy polskich kapel w klubach w kraju i na świecie są tego najlepszym dowodem. Spójrz tylko na to co wyprawia na światowych scenach Behemoth czy Riverside, ale też stado podziemnych kapel z Mgłą na czele. Zobacz jakie recenzje zbierał skład małej sceny tegorocznej Metalmanii gdzie grały kapele wyznaczające w tym momencie jakość polskiej muzyki ekstremalnej... oraz Ceti (śmiech). Scena istnieje i ma się całkiem dobrze, jest też bardziej tolerancyjna i otwarta niż dawniej. Tych samych ludzi możesz spotkać na koncercie Christ Agony i Sunnata a z zagorzałym fanem Dead Infection możesz pogadać o nowej płycie Blindead. Fajnie też obserwować coraz więcej osób angażujących się w organizację i promocję wydarzeń różnego sortu i wielkości oraz pasjonatów publikujących recenzje, relacje czy okołomuzyczne wywiady. Chyba nie przesadzę jeśli powiem, że mamy raczej do czynienia z klęską urodzaju, gdyż już nie tylko w dużych miastach pojawiają się ciekawe propozycje koncertów czy nawet całych tras w formule DIY. Do tego kilku poważnych bookerów karmiących nas coraz to większą ilością kultowych kapel z zagranicy... no żyć nie umierać.


Pamiętam jak przed koncertem Grave wrzucałeś ich rider, głowiąc się jak ugryziecie temat. Ostatecznie jak wiemy, udało się, ale przyjęcie gości z zagranicy wiąże się z wytężoną pracą techników. Zdarzają się wpadki? Co jak dotąd stanowi największy ból głowy ekipy produkującej imprezę - "zachcianki", czas czy czynnik ludzki?


O ile dobrze pamiętam to chodziło mi wtedy jedynie o kwestię dywanu pod perkusję, który rzadko znajduje swoje miejsce w specyfikacji technicznej - a tam był. A z racji, że moje perypetie życiowe związane z brakiem dywanu przed gigiem są tematem jednych ze śmieszniejszych opowieści jakie mógłbym przytoczyć, to z radością stwierdziłem że "bez dywana nie ma grania". Co do zachcianek muzyków rockowych czy metalowych to naprawdę nic nadzwyczajnego, reszta jest w riderze. Oczywiście warto by ekipa techniczna była anglojęzyczna (śmiech), backline zawsze z najwyższej półki a fronty i światła poza spełnieniem podstaw riderowych mają robić odpowiednie wrażenie. Komfort bytowo - garderobiany też jest ważny, ale w przypadku kapel występujących na SDL to nic w porównaniu do chociażby Maryli Rodowicz (śmiech). Dobry transport, sprawna ekipa podczas próby, miła atmosfera pracy - to wszystko też składa się na dobre samopoczucie muzyków, co z kolei gwarantuje dobry koncert i zadowolenie fanów. Niby nic takiego, ale jednak.


Jedną z zalet imprezy jest jej termin. Tuż po szalonym okresie wakacyjnym, pełnym imprez o dużo większym kalibrze i zasięgu, ale już bez przygrzewającego słońca. Organizacja takiego festiwalu wczesną jesienią daje większe pole do popisu w kwestii samego doboru artystów? Albo inaczej, data ma wpływ na negocjacje nierzadko specjalnie wyśrubowanych stawek?


Najodpowiedniej byłoby użyć powiedzenia "na dwoje babka wróżyła". Z jednej strony rzeczywiście drugi weekend września nie zostawia zbyt dużej konkurencji jeśli chodzi o rodzime festiwale czy większe koncerty, które mogłyby odciągać widownię od przyjazdu do Aleksandrowa Łódzkiego. Z drugiej strony świat muzyczny również kręci się w określonym cyklu. Największe festiwale muzyczne w Europie odbywają się w wakacje, a managementy zespołów wysyłają swoich podopiecznych w trasy po wszystkich dostępnych masówkach. W efekcie największe nazwy przewalają się w lipcu i sierpniu przez znane i lubiane Wackeny, Brutale, Hellfesty i inne festiwale krajów pierwszego świata, by we wrześniu wrócić do matecznika i zająć się produkcją kolejnej płyty. Czasami więc odnoszę wrażenie, że termin wakacyjny bardziej sprzyjałby możliwościom sprowadzenia kapel zza oceanu, gdyż one i tak są w tym czasie w Europie. Jednak na tym etapie rozwoju festiwalu jest jeszcze wystarczająco bogata oferta kapel z Europy, by zbytnio nie przejmować się cyklem podróży zespołów zza wielkiej wody.


Po raz kolejny uruchamiacie serce imprezy, czyli pole namiotowe. Dla miłośników gitarowego grania nie ma festiwalu bez integracji na polu, ale biorąc pod uwagę termin, o którym wspominałem wcześniej, dla wielu chłodne noce mogą okazać się nie do przejścia. Z doświadczenia, jaki procent festiwalowiczów decyduje się na ten rodzaj pobytu? Aleksandrów ma dość ograniczoną bazę noclegową, więc zakładam, że młodzież celowo przedłuża wakacje pod gołym niebem (śmiech).


Tu Cię zaskoczę, bo od 8 lat zawsze w drugi weekend września mamy niesamowicie dobrą pogodę (wszystkich czytelników proszę o pukanie w niemalowane), co za tym idzie również noce nie należą do najgorszych. Niejednokrotnie lipiec serwuje nam gorsze warunki pogodowe więc nie ma co narzekać. Dodatkowo z uwagi na wciąż kameralny charakter imprezy udostępniamy prysznice z gorącą wodą w bezpośrednim sąsiedztwie pola namiotowego. Od kilku lat staramy się również dodatkowo przypodobać naszym gościom serwując o poranku nielimitowane ilości gorącej kawy i herbaty czyli generalnie nie jest źle. Obiekty noclegowe na terenie Aleksandrowa Łódzkiego zapełniają się dość szybko lecz nie zapominajmy, że kilka kilometrów od miejsca festiwalu zaczyna się Łódź, co daje nieskończone możliwości noclegowe dla wszystkich tych, którzy muszą spać w łóżku (śmiech).


Skoro mowa o lokalizacji, większość polskich imprez odbywa się w małych miejscowościach, z dala od miejskiego zgiełku i szybkiego tempa życia. Choć Summer Dying Loud jest wisienką na torcie wydarzeń kulturalnych Aleksandrowa Łódzkiego, nie jest jedynym przedsięwzięciem cieszącym się zainteresowaniem, a dokładniej nie jedynym, w którym bierzesz aktywny udział. Rola społecznika, animatora kultury towarzyszy Ci zawodowo, czy po prostu lubisz jak wszędzie Cię pełno? (śmiech)


To fakt, jestem pracoholikiem, ale na coś trzeba umrzeć (śmiech). Wielokrotnie jednak podkreślam, że sam to mogę powiercić palcem w bucie, mam niesamowity Wydział, zespół z którym potrafimy wykręcić do stu różnego kalibru wydarzeń kulturalnych i sportowych rocznie. Doskonale współpracuje nam się z aleksandrowskim MOSiR'em. Przypomnę, że Aleksandrów Łódzki to 30 tysięczna gmina, w której dzieją się rzeczy nierzadko niespotykane w dużo większych ośrodkach miejskich. To już zasługa szefa, menadżera czyli burmistrza Jacka Lipińskiego, nota bene wielkiego fana muzyki rockowej. Ilu znasz burmistrzów w Polsce, którzy pojechali chociażby na ostatni koncert Judas Priest? (śmiech) Poza tym, jak tylko czas pozwoli organizuję mniejsze lub większe wydarzenia, wspierając wartościową w moim mniemaniu muzykę albo pomagam znajomym w promocji ich wydarzeń, bo ponoć umiem (śmiech).


Poza lokalną aktywnością podpatrujesz co słychać u kolegów realizujących inne wydarzenia. Niedawno zakończyły się dwa polskie festiwale; Jarocin, od tego roku kontynuujący ideę "Męskiego Grania", która dziwnym trafem ogarnęła cały kraj oraz Red Smoke Festiwal, odbywający się w malutkim Pleszewie - obecnie mekce fanów vintage’owego brzmienia, psychodelii i "południowych" klimatów. Ze smutkiem stwierdzam, że ciekawsze rzeczy dzieją się tam, gdzie nie ma dużych pieniędzy (albo nie ma ich wcale), a za organizację biorą się poszukujący pasjonaci. Summer Dying Loud cechuje podobne podejście?


Oczywiście, obserwuję co się dzieje w naszym muzycznym półświatku, a jak tylko czas pozwala biorę bardziej aktywny udział w tego typu wydarzeniach. Z listy, którą wymieniłeś w tym roku podarowałem 3 dni swojego życia na festiwal Red Smoke w Pleszewie, na który jeżdżę już od kilku lat. To co Panowie tam zrobili jest fenomenalne. Choć zupełnie różnimy się w podejściu do układania lienupu to muszę przyznać, że wyjątkowość tego miejsca, tej atmosfery i kameralnego charakteru mnie przekonuje. Panowie zrobili festiwal tematyczny, coś czego chcę uniknąć, ale byli w tym pierwsi i nikt już im tego nie zabierze. Pewnie też czują lekką presję czym przebić tegoroczne Kadavar czy Acid King, ale jestem przekonany, że czymś nas zaskoczą. Trzymam kciuki!

Co do Jarocina, to zawsze powtarzałem, że marzy mi się taki budżet (śmiech). Daleki jestem natomiast od krytyki zmiany formuły festiwalu. Skoro tak chcą, niech robią. Koniec końców to widownia zweryfikuje, czy chce poświęcać czas i pieniądze na poszukiwania radości z obcowania z muzyką. Zawsze powtarzam też, że miarą jakości imprezy nie powinna być wyłącznie frekwencja - bo jeśli liczyłaby się dla nas tylko gęstość łepków na zdjęciach to wszyscy powinniśmy zacząć organizować gale disco-polo. Liczy się odbiór imprezy przez jednostkę, do której jest skierowana, satysfakcja z bycia w tym a nie innym miejscu oraz pewne wartości edukacyjne, dzięki którym rozwija się muzyczny światopogląd człowieka. Jestem przekonany, że pasjonat stojący za imprezą jest w stanie osiągnąć więcej niż sztab opłaconych ludzi i ogromny budżet. Chcąc nie chcąc pracując intensywnie i długo przekazuje się w swojej pracy cząstkę siebie, a ludzie chyba to czują i odbierają lepiej niż kolejnego klona pierwszych lepszych juwenaliów.


Na koniec o nadziejach związanych z imprezą - w tym małym festiwalu tkwi ogromny potencjał, który wciąż dostrzegany jest przez stosunkowo nieduże grono wielbicieli. Na swój sposób kameralny charakter imprezy, bez kilku scen, dużych patronatów (i komercji), mnóstwa wydarzeń towarzyszących i zazębiających się ze sobą występów to miecz obosieczny; z jednej strony przyciągający ludzi o spokojniejszej mentalności, z drugiej blokujący możliwość budowy marki, która na stałe wpisze się w kalendarz znaczących polskich imprez. Istnieje w ogóle złoty środek, pomost pomiędzy jednym a drugim obliczem?


Tego złotego środka cały czas szukam. Z jednej strony chciałbym większego rozgłosu i budżetu pozwalającego na chociażby zbliżenie się do wielkich festiwali zza południowej czy zachodniej granicy. Wydaje mi się, że Polska zasługuje na swojego Brutala. Z drugiej strony obecna formuła również mi odpowiada, są bardzo rozpoznawalne nazwy ale jest też dużo miejsca na debiuty czy podziemie. Pewnie w najbliższych latach, jeśli okoliczności pozwolą, rozbudujemy obydwie te części - spodziewajcie się więc zarówno elektryzujących nazw kapel, których dyskografie zalegają na Waszych półkach jak i totalnej niszy, o której wartości warto będzie się przekonać na żywo. Będziemy nadal mieszać style i czasami zaskakiwać nieszablonową propozycją.


Rozmawiał: Grzegorz Pindor

Summer Dying Loud 2017 odbędzie się w dniach 8-9 września.

Wystąpią: Sodom, Unleashed, Sólstafir, Wolfheart, Trauma, Schammasch, Obscure Sphinx, Dopelord, Sautrus, Sounds Like The End of The World, In Twilight's Embrace, Percival, Internal Quiet, J. D. Overdrive, The Gentle Art Of Cooking People, Valkenrag, 4dots, Dziady Borowe.

Wydarzenie na Facebooku

 


GALERIA
Rough Times Kadavar

"Nie chcemy być po prostu kolejnym rockowym zespołem, chcemy być najlepsi" - zapowiadali przed premierą nowego albumu berlińczycy z Kadavar....Gramy dalej

8 /10
Cold Like War We Came As Romans

Nie będę nikogo czarował, wyrosłem z takiego grania, i choć mam swoje małe guilty pleasures, przede wszystkim, w katalogu Rise Records, to co...Gramy dalej

6 /10
Kasabian ocena 8
For Crying Out Loud
Gatunek: Indie rock
Hurts ocena 7
Desire
Gatunek: Pop
Lebowski ocena 7
Plays Lebowski
Gatunek: Art Rock
Zobacz wszystkie