Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Roman Puchowski

Roman Puchowski

Ten niezwykle wszechstronny muzyk jest solistą, liderem i twórcą alternatywnego, muzyczno-filmowego projektu Von Zeit, członkiem polskich i międzynarodowych składów oraz projektów muzycznych.
Roman Puchowski to także doświadczony wokalista, instrumentalista, kompozytor, autor tekstów i wykładowca udzielający się na wielu warsztatach gitarowych. Artysta gra na gitarze Dobro, na gitarze akustycznej, a także na basie. Jest miłośnikiem techniki slide, którą opanował i dopracował do perfekcji. W swojej twórczości harmonijnie łączy tradycję z awangardą. Od 2006 roku związany jest z wytwórnią Tymona Tymańskiego Biodro Records. Na dyskografię Romana Puchowskiego składają się dwa krążki wydane pod własnym nazwiskiem ("Simply", "Live In Satyrblues 2007"), a także trzy firmowane przez projekt Von Zeit ("Von Zeit", "Halucynacje hrabiego Von Zeit" oraz "Ocieramy się").

Gdzie rozpoczynałeś naukę gry na gitarze?


Naukę gry na gitarze rozpocząłem już jako dziecko, grając w łazience przed lustrem na nieistniejącej gitarze. Kiedy już nabrałem więcej doświadczenia, przeniosłem się do mojego pokoju i wykorzystywałem rakietę tenisową. Na obozie harcerskim uprawiałem freestyle, obśpiewując kogo się da przy akompaniamencie gitary. Moje starsze siostry chodziły do szkoły muzycznej, grały na skrzypcach, a mnie ojciec widział jako inżyniera... Na szczęście nigdy nie zobaczył mnie w takiej roli (śmiech). Kiedy zacząłem na dobre rozpoznawać instrument typu gitara akustyczna tudzież bas, miałem fachową pomoc pod ręką.


Lepiej pograć na basie czy na gitarce?


Jestem przede wszystkim gitarzystą akustycznym i wokalistą. Wylądowałem na scenie z basem w chwili, kiedy przegrupowałem zespół i uznałem, że muszę być w sekcji rytmicznej Von Zeit. Kontakt z basem miałem od zawsze, zresztą większość moich kompozycji, które graliśmy w Von Zeit, skomponowałem w oparciu o ten instrument. Lubię niskie dźwięki, kocham też być częścią tej sekcyjnej, transowej machiny. Jednak kiedy jestem sam na scenie z gitarą Dobro i wokalem - to ja jestem całą tą machiną, i to jest dopiero petarda! Od zawsze obok przeróżnych gatunków interesował mnie też przedwojenny blues, ten z Delty. I tak się złożyło, że na początku lat 90. poznałem wyśmienitego saksofonistę jazzowego Adama Wendta. Koncertowaliśmy wspólnie przez blisko dekadę, a moja gitara stanowiła fundament naszej muzycznej konstrukcji. Z biegiem czasu zaczynałem grać coraz więcej solowych koncertów, grałem bardzo dużo bluesa: solo, w duecie The Bloozz z Adamem oraz z muzykami ze Stanów. To była nieoceniona szkoła.


W jaki sposób łapało się takie kontakty?


Wszystko zaczęło się od kontaktu z Nickiem Katzmanem z Nowego Yorku, gitarzystą nagrywającym dla wytwórni Stefana Grossmana Kicking Mule Records. Miałem płyty Katzmana i z tych nagrań uczyłem się bluesa z Delty. Katzman w latach 70. był jednym z czołowych wykonawców tej muzyki w Stanach, jego styl bardzo mi pasował i generalnie było tak, że na festiwalu Poznań Folk Blues Fair w klubie Eskulap poznałem gitarzystę z zespołu Eba Davisa, który zagadnął mnie, mówiąc, że też lubi grać akustycznie. No i napiliśmy się whisky i pograliśmy, pogadaliśmy. Szczena mi opadała, kiedy słuchałem, jak ten koleś grał Roberta Johnsona. Tydzień później dowiedziałem się przypadkiem, że to był Nick Katzman. Zgolił brodę i przedstawił się jakimś swoim europejskim pseudonimem (śmiech). Pół roku później przyjechał do Gdańska zagrać koncert, który mu zorganizowałem. Zapytałem, czy mogę zagrać support, zgodził się, a po koncercie rzucił: "Gdybyś miał ochotę pograć ze mną w duecie, to jestem otwarty". Nick mieszkał wtedy w Berlinie, więc pojechałem tam razy kilka przygotować materiał i zacząłem z nim grać koncerty. Zagraliśmy tego razem chyba z setkę i mocno się zakumplowaliśmy, zresztą przyjaźnimy się po dziś dzień. Nick stał się moim najważniejszym nauczycielem gitary. To nieprawdopodobne źródło wiedzy, ten facet brał lekcje od takich mistrzów, jak "Mississippi" John Hurt czy Gary Davies, czyli legendy gitarowego ragtime’u. No i ja siedzę z tym kolesiem i nie dość, że mi pokazuje te wszystkie knyfy, to jeszcze gram z nim wspólnie koncerty! Co więcej, Nick wprowadził mnie w środowisko zachodnich muzyków - dzięki niemu poznałem takich ludzi, jak Keith Dunn, Doug Jay i Michael Maass, z którym zresztą gramy do teraz w różnych projektach. Poznałem też Sugara Blue, harmonijkarza, który grał m.in. z Frankiem Zappą, z The Rolling Stones (jego harmonijkę słychać m.in. w utworze "Miss You"). Słuchał mojego solowego koncertu w Schlachthof Theater w Monachium, po koncercie podszedł do mnie i powiedział, że podoba mu się to, co robię, i jak będę miał "dobry plan", to chętnie ze mną zagra. Zadzwoniłem do niego po roku i zagrałem koncerty w duecie z samym Sugarem Blue... A zaczęło się od Nicka, który dał mi w pewien sposób do zrozumienia, że wszystko jest możliwe. To są tacy sami kolesie jak my - jeśli chcesz z nimi grać, to do nich dzwoń...


Pamiętasz swój pierwszy instrument?


Zaraz go przyniosę (Romek idzie po gitarę). To czeska gitara, trafiła w moje ręce w dość opłakanym stanie, wymieniłem ją zresztą za kurtkę jeansową.


Historia rodem z lat 80...


No jasne! To był bodajże 1982 rok, miałem katanę jeansową, która wtedy była obiektem marzeń młodzieży, zrobiłem więc deal z kolegą, który jej pożądał, a który był jednocześnie posiadaczem tejże gitary. Ojciec mi doradził, żeby wziąć tę gitarę: "Bierz, podremontujemy ją...". Tak się też stało. Niedawno znalazłem zdjęcie Czesława Niemena z lat 60., na którym dzierży dokładnie taki właśnie instrument. Była to gitara klasyczna, ale założyłem na nią struny metalowe.


Jaką wtedy chciałeś grać muzykę?


Akustyczną muzykę gitarową, punk rocka i oczywiście psychodelię. Słuchałem m.in. jazzu, flamenco, bluesa z Delty, punka, nowej fali, awangardy. W bluesie fascynował mnie ten totalny, brudny i chropowaty sposób wykorzystania gitary akustycznej.


Gdzie można było takiej muzyki posłuchać?


Wszystko trzeba było zdobyć. Wymienialiśmy się kasetami, była nieoceniona "Trójka", kolekcjonowałem wszystkie nagrania, w których występowała gitara akustyczna, w takiej konwencji, która mnie kręciła... Natknąłem się na przedwojenne nagrania bluesmanów z Delty, którzy grali totalnie brudnym soundem. Ta muzyka trafiła do mnie natychmiast. Tam była ta obezwładniająca, surowa energia jak w punk rocku, którego wtedy również namiętnie słuchałem. Po latach doświadczyłem tego na scenie, koncertując z muzykami pochodzenia afroamerykańskiego - oni po prostu grają, nie liczą żadnych taktów, wszystko płynie naturalnie. Fundamentalne znaczenie ma komunikacja na scenie; z bluesem w Polsce jest znowu tak, że większość produkcji bluesowych, z którymi mamy do czynienia, jest tworzona przez ludzi, którzy wychowali się na bluesie brytyjskim, czyli na muzyce, która z bluesem ma de facto niewiele wspólnego...


...to znaczy z "korzennym" bluesem?


Blues to jest przede wszystkim rytm, no i ogólnie - pewien sposób rozumienia muzyki, bardzo pierwotny, surowy i bardzo transowy. To, co się działo w Anglii, to kolejny etap ewolucji tego gatunku. Jednak to, co brytyjski blues wniósł do tej muzyki, absolutnie mnie nie interesuje, zupełnie tego nie czuję. Czuję za to takie rzeczy, które grał Son House czy Robert Johnson. W czasie, kiedy fascynowałem się bluesem, słuchałem jednocześnie m.in. Dead Kennedys, Dezertera, później Sonic Youth, Butthole Surfers czy Milesa Davisa, no i wybierałem te nagrania bluesowe, w których słyszałem punkową energię. Taką brudną, surową, prawdziwą... Taki właśnie blues inspiruje mnie właściwie do teraz.


Skąd wiedziałeś, jak tę muzykę zagrać? Uczyłeś się ze słuchu?


Tak, jechałem ze słuchu. Otrzymałem od kogoś w prezencie taśmę z nagraniami nieznanego mi gitarzysty. To było folkowe granie, byliśmy święcie przekonani, że to Amerykanin, może Anglik, a okazało się, że to gra Niemiec Werner Lammerhirt. Studiowałem te nagrania miesiącami. Dopiero potem zacząłem wnikać w grę innych muzyków - tych z piekła rodem szaleńców, których zrozumieć już jest dużo trudniej...


Niemiec był pewnie poukładany... (śmiech)


(śmiech) Tak, ale bardzo fajnie poukładany skubaniec, miał swój sznyt. Ta taśma zresztą była fatalnie nagrana, na dodatek przy którymś z kolei przegrywaniu została znacznie spowolniona - wszystko szło wolniej i niżej. Ale to dzięki pracy z tymi nagraniami nauczyłem się pracować niezależnie kciukiem i prawą ręką. To zresztą była zabawna sytuacja, bo próbowałem początkowo grać basy na gitarze w niezbyt ergonomiczny sposób, długi czas nie mogłem sobie z tym poradzić, aż tu nagle idę ulicą i nad moją głową pojawił się obraz mojej ręki ułożonej do fingerpicking - inaczej niż dotychczas. Wiesz, sprawa typu objawienie, i z miejsca pobiegłem z tej ulicy do domu, siadłem do instrumentu... i jest! Otworzył się ocean możliwości, po którym żegluję po dziś dzień. W latach 80. nie było łatwo ze zdobywaniem tej wiedzy, nie było dostępu do materiałów, zresztą w czasie stanu wojennego, i zaraz po nim, do niczego nie było dostępu. Szwagier zza granicy przywoził mi pazurki. Pamiętam, jak jeden z nich zgubiłem przed domem w śniegu - to była tragedia! Wyczekałem, aż z nadejściem wiosny śnieg stopniał, i odnalazłem go wdeptanego w ziemię.


Uczysz gry na gitarze...


Tak. Warsztaty zacząłem prowadzić od czasów Bolesławieckiego Bluesa nad Bobrem, grałem tam w 1993 roku w konkursie, dostałem nagrodę i w następnej edycji grałem jako laureat, a później z Nickiem Katzmanem już jako gwiazda. Wtedy zaproponowałem organizatorom, aby utworzyć na warsztatach klasę gitary "fingerpicking - slide". Udało się. To była pierwsza taka sytuacja w Polsce. Od tamtego czasu regularnie uczę w ramach tych warsztatów, prowadzę również warsztaty m.in. w Płocku i Częstochowie. Prowadząc warsztaty, w pierwszej kolejności staram się zadziałać tak, aby tych młodych ludzi otworzyć, rozluźnić, żeby przestali traktować to, co grają na instrumencie, jako coś, czego się uczą, a potem odtwarzają. Uczę bawić się graniem, tak aby będąc na poziomie, na jakim aktualnie się znajdują, swobodnie korzystali z wiedzy, którą w danym momencie posiadają. Uczę też szeroko pojętej improwizacji. Improwizowanie oznacza przecież swobodne korzystanie z tej wiedzy i doświadczenia, które już posiadamy. Poza tym to rytm, rytm i jeszcze raz rytm. To, w jaki sposób prowadzę zajęcia, ewoluuje wraz ze mną. Uważam, że psychika i całe ciało są tak samo ważne jak bezpośredni aparat wykonawczy. Jeśli ktoś śpiewa, to wprowadzam elementy wokalne, jeśli ktoś nie śpiewa, to próbuję ten głos z niego wydobyć, otworzyć delikwenta. Głos ludzki to najpiękniejszy instrument. Przetrzymywanie go w piwnicy to grzech...


To pewnie kwestia zakompleksienia wynikającego ze złej edukacji muzycznej w kraju, z tego, że dzieci w ogóle nie śpiewają...


...i wstydzą się własnego głosu. Jak już śpiewają, to robią wszystko, aby nie zabrzmiał naturalnie. Inna sprawa, że nasz państwowy system szkolnictwa muzycznego to XIX wiek. Robię też dużo ćwiczeń pod kątem swobodnego frazowania wokalem. Dużo ćwiczymy w duetach, triach, żeby słuchać innych. Te techniki warsztatowe mają związek - jak wspominałem - z tym, nad czym aktualnie pracuję. Na moich koncertach w pewnym momencie naturalnie pojawił się freestyle. Gram jakiś riff i nagle zaczynam nawijać, wchodzę w jakąś historię, zaczynam w nią wciągać publiczność. Nadaję na rytmice może niehiphopowej, ale zmierzającej w tym kierunku, bo korzystam z tego, co robili ci kolesie w sensie rytmu. Świadomie zacząłem ćwiczyć te sprawy, gdy nastąpiło pierwsze zawirowanie w składzie Von Zeit - odszedł nasz pierwszy gitarzysta i okazało się, że odchodzi też basista. Na domiar wszystkiego właśnie w tym momencie otrzymujemy zaproszenie do MTV... Koncert w MTV był pierwszym koncertem, jaki z Von Zeit zagraliśmy w trio. Został entuzjastycznie przyjęty i okazało się, że trio to jest to. Do koncertu mieliśmy miesiąc i przez ten miesiąc, dzień w dzień do upadłego ćwiczyłem podzielność wokalno-instrumentalną. Grałem już fingerpicking, więc było mi trochę łatwiej, i jakoś poszło. Potem zacząłem bawić się freestyle’em na bazie często skomplikowanych figur rytmicznych, no i mniej więcej tak ukształtował się ten istotny element mojego stylu.


Dużo gitarzystów gra w kraju tymi technikami?


Nie jest to duża scena, ale sukcesywnie się rozrasta. Jestem niezwykle dumny z tego, że część z nich to są moi byli uczniowie. Między innymi: Ola Siemieniuk, Jędrzej Kubiak, Błażej Pawlina, Karolina Koriat, Tomasz Kruk, Bartosz Przytuła, Michał Augustyniak (Limbo).


Zbierasz gitary akustyczne?


Odkąd pamiętam, dążyłem do tego, aby mieć ich jak najmniej. Ostatnio jednak wyszło inaczej (śmiech). O pierwszej gitarze wspominałem już wcześniej. Pod koniec lat 80., kiedy już wiedziałem, że muzyka to moje życie, przywiozłem z Wielkiej Brytanii Yamahę FG-425 - piękny czarny instrument z białymi wykończeniami. Zarobiłem na niego, zrywając maliny. W tamtym czasie to był kosmos - ten instrument kosztował prawie tyle, co nowy samochód! Rodzina pukała się w czoło, a ja unosiłem się nad ziemią w euforii, bo nagle wszystko, co grałem, zyskało nie lada kopa. W 1996 roku dostałem propozycję zagrania trasy "Mistrzowie Gitary" obok takich nazwisk, jak: Krzysztof Pełech, Leszek Potasiński czy Janusz Strobel. Była to dla mnie nieprawdopodobna nobilitacja. Dostałem kontrakt od agencji Kantaro na 50 koncertów, na konto tej trasy kupiłem Gibsona model Gospel. Rok, może dwa po tej trasie w Gdyni kupiłem gitarę rezofoniczną - Dobro Model 33. W Londynie oglądałem podobny model, który był podłączony do... alarmu (śmiech). Obecnie Dobro jest moim podstawowym instrumentem, absolutnie się z nim zrosłem, to jest moja wibracja. Takiego strzału nie miałem już nigdy, po prostu trafiłem w instrument. Gitara wymagała kompleksowego, osobistego ustawienia. Spędziłem dużo czasu, zdobywając wiedzę na temat, jak się ustawia te instrumenty, aby dobrze brzmiały, no i w końcu się nauczyłem.


Na czym polega specyfika gitary rezofonicznej?


Gitara rezofoniczna to instrument osobliwy. Ten model wykonany jest z blachy mosiężnej, trzykrotnie chromowanej. Aby to pudło rozbujać, trzeba użyć grubych strun (obecnie .015"-.056"), ustawić wysoką akcję, a prawą ręką odpowiednio wywołać rezonans - zatem warunki manualne: Dobro jest twardo i wysoko ustawione i trzeba na nim grać mocno. Z drugiej strony, te instrumenty generują masę ledwie słyszalnych niuansów brzmieniowych - przydźwięków, pogłosów, rozmaitego brudu. Sztuka polega na tym, aby tego nie zgubić. Z jednej strony gram bardzo mocno, z drugiej - zachowuję wrażliwość na ledwie słyszalne niuanse. Jednym słowem, gra na Dobro to wyzwanie! I to lubię. Od niedawna na koncertach wykorzystuję małą gitarę Framus z lat 50. Wyprowadził ją na ludzi Michał Kołodziejski - lutnik z Gdyni. Michał to fachowiec najwyższej klasy, mam do niego pełne zaufanie, ustawiam u niego po kolei wszystkie instrumenty. Ten Framus brzmi tym lepiej, im mocniej się na nim gra. Pasuje mi więc jak ulał. Najbardziej osobliwym instrumentem w mojej kolekcji jest gitara akustyczna, którą znalazłem w klubie Bogart w Gomunicach koło Bełchatowa. Wisiała nad barem, a jak tylko ją zobaczyłem, wszedłem (za pozwoleniem Przemysława U.) na bar i dokonałem obdukcji. Jak się później okazało, gitara pochodziła z końca XIX wieku. Była kompletnie rozwalona, wszystkie elementy były razem, a zarazem oddzielnie, a jednak znać było w tym gitarową arystokratkę. Klub prowadzi mój znajomy, więc zaproponowałem mu, że odkupię od niego tę gitarę, wyremontuję i będę na niej grał... a on mi ją dał na moje urodziny, czterdzieste. Mistrz lutniczy z Malborka, Zbigniew Mleczek, wykonał rekonstrukcję instrumentu. Brzmi cudownie. Ostatnio założyłem struny klasyczne i gram na nim klasykę. Jeżeli chodzi o gitary akustyczne, to rozkochałem się ostatnio w małych instrumentach, w krótkomenzurowych gitarach z historią - świetnie mi się na nich gra.


Pracujesz czasami jako muzyk sesyjny?


Nie, praca jako muzyk sesyjny nie leży w mojej naturze. Jestem indywidualistą, dlatego koncentruję się na graniu autorskich rzeczy. Kiedy interpretuję bluesa z Delty, robię to na swój bardzo specyficzny sposób. Tak, aby mimo tego, że odczytuję klasykę, słuchacz rozpoznał w tym oczywiście źródło, ale przede wszystkim mnie, moją interpretację. Od lat skupiam się na graniu tego, na co mam ochotę, czyli mojej autorskiej muzyki oraz frywolnej, często freeky-style w interpretacji ragtimeowej czy bluesowej klasyki. Grywam gościnnie tu i ówdzie. Do jednego ze swoich projektów zaprosiła mnie Martyna Jakubowicz. Kiedy przygotowywaliśmy materiał z Martyną, wysłałem jej MP3 z propozycjami moich akompaniamentów do jej piosenek, które mieliśmy wykonywać w duecie. Następnego dnia Martyna dzwoni i pyta, co jest co, bo nie może rozpoznać (śmiech). Mimo to dała mi wolną rękę w tym moim krzywozwierciadlanym widzeniu jej piosenek. Publiczność na koncertach potwierdziła, że jest cool. Kiedyś pożyczyłem też Dobro Tymonowi Tymańskiemu na finałową sesję płyty Transistorsów...


Widziałem go na zdjęciu z tą gitarą. Znacie się ze studiów?


Rzeczywiście studiowaliśmy z Tymonem na Uniwersytecie Gdańskim mniej więcej w tym samym czasie. Bywałem na pierwszych koncertach Miłości, znałem więc Tymona ze sceny. Mijaliśmy się też na rozlicznych imprezach. Pod tym względem były to czasy bardzo wysokiej aktywności (śmiech). W połowie lat 90. pracowałem już w klubie Żak, gdzie organizowałem koncerty. Przy okazji produkcji projektów z udziałem Tymona poznaliśmy się bliżej. No i potem stało się tak, że Piotr Pawlak miksował moją solową płytę "Simply" w studiu Tymona.


W jaki sposób ją zarejestrowałeś?


Nagrałem ją w sześć godzin, w domu. Zaczynając pracę nad płytą, założyłem, że nagram ją bez kombinowania, za pomocą jak najprostszych środków. Magnetofon DAT, prosty preamp SM Pro Audio TB202, do tego stary dynamiczny Sennheiser, który kupiłem kiedyś od weselnika, posłużyły mi do rejestracji wokali, no i AKG C 3000. Wszystko nagrałem na 100%, nie było żadnej edycji. Gotowe ślady zmiksował Maciej Cieślak, a zmasterował wspomniany Piotr Pawlak. Podczas pracy pojawił się Tymon i zapytał - kto to gra? Zdziwił się, że to ja, ponieważ nie znał mnie z tej strony (śmiech). No i dzwoni do mnie: "Romek, właśnie słucham twojej płyty. Masz wydawcę?". Miałem już wydawcę, ale Tymon mnie przekonał, żeby wydać ją w Biodro Records, no i zgodziłem się. Od tego momentu związałem się z wytwórnią Tymona.


Jak zbierasz dźwięk swoich instrumentów podczas rejestracji czy koncertu?


No to teraz wpadłeś - będzie elaborat... Żartowałem (śmiech). Przedstawię pryncypia mojej metody. Jestem totalnym fanem akustycznych brzmień - Dobro czy wspomniany mój XIX-wieczny instrument brzmią magicznie. Rzecz w tym, jak to brzmienie przenieść na paczki, jak je podać do słuchacza w klubie czy na dużej scenie. Wiadomo, że będzie inaczej, pytanie - jak osiągnąć właściwy kompromis. Wszystkie moje instrumenty akustyczne nagłaśniam dwutorowo. System, który omawiam, wykorzystuję przede wszystkim na koncertach solowych, mogę więc pozwolić sobie na wypuszczenie pełnej szerokości pasma. Kiedy zdarza mi się grać np. z bębnami, mam możliwość "zrobienia miejsca" dla tego instrumentu. Sygnał z Dobro zbieram przystawką magnetyczną i mikrofonem dynamicznym (dwumembranowy Electro-Voice z lat 60.). Mikrofon przymocowany jest do pudła specjalnym uchwytem (wykonał go dla mnie Jędrzej Kubiak). Przystawka, której używam, to tajemnicza konstrukcja made in USA przebudowana specjalnie dla mnie przez mojego dobrego kolegę, gitarzystę pokrewnego nurtu - Petera Krause z Monachium. W gitarach akustycznych sygnał wędruje z przystawki piezo i mikrofonu pojemnościowego Audio Technica AT831b zamontowanego na gęsiej szyjce. Wszystkie te sygnały wędrują do lampowej konsolety, którą zbudował na moje zamówienie sopocki artysta lampowych brzmień Sławek Wasilewski. Każdy kanał ma parametry dostosowane do sygnału z konkretnego źródła. Kiedy Sławek mi to cudo skonstruował, praca się nie skończyła, jeszcze z miesiąc przyjeżdżałem z koncertów i robiliśmy poprawki, na gorąco modyfikując urządzenie, no i efekt jest taki, że ludzie przychodzą po koncertach i pytają: "Co ty tam masz?". A to jest po prostu lampowe wzmocnienie! Potężne brzmienie! Z nagraniami jest różnie. Praktycznie zawsze eksperymentuję, słucham, ustawiam mikrofony w różnych punktach. Starannie wybieram też miejsce nagrania, ponieważ do nagrań używam tylko mikrofonów. Na płycie Von Zeit Dobro nagrywałem zestawem: mikrofon Neumann U87 i preamp WSW. Z kolei na płycie "Simply" Gibsona nagrywałem przez AKG C 3000. Zazwyczaj ustawiałem go z góry pod kątem. Podobnie Dobro, przy czym mikrofon patrzył na punkt w centrum pudła. W numerach instrumentalnych AKG przesuwałem bardziej w stronę gryfu, a Sennheisser zbierał sound z rezonatora. Używałem prostego lampowego preampu SM Pro Audio. Bardzo starannie wybierałem miejsce daje kapitalne brzmienie.


Bass King?


Tak jest. Do tego używałem paczki Ashdown 4×10". Świetny sprzęt, aczkolwiek szukałem innego brzmienia. W końcu kupiłem Ampega BA 115T - coś, co zrobiono na wzór basowego combo z lat 60., no i powiem ci, że to był strzał w dziesiątkę - to jest proste combo, które jestem w stanie podnieść sam jedną ręką, a które jednocześnie ma wystarczający czad na scenie.


Oglądając twoje basy, widzę, że wybierasz instrumenty z blisko ustawionymi strunami. To chyba typowe w przypadku gitarzystów...


Pewnie tak. Poza tym w moim przypadku wynika to również z tego, że gram na basie techniką fingerpicking. Przeniosłem technikę prawej ręki z gitary akustycznej na bas. Ktoś mi zwrócił uwagę na to, że Bill Wyman grał w ten sposób. Ja gram podobnie, używam do tego pazurka na kciuk. Dzięki temu jestem w stanie grać kciukiem z silnym uderzeniem z ramienia, grać fingerpicking i - odpowiednio układając rękę - grać jak kostką.


Jakie stosujesz struny?


Chociaż eksperymentowałem z różnymi strunami, to zawsze wracałem do D’Addario. To są świetnie brzmiące struny, powtarzalne, długo trzymające brzmienie. Początkowo grałem na Phosphor Bronze. Pewien holenderski gitarzysta powiedział mi kiedyś: "Pograsz ze 20 lat i zobaczysz, że będziesz grał na bronzach". Jeszcze nie minęło 20 lat, a ja już na nich gram. One brzmią bardziej aksamitnie, głęboko... Będę jednak ponownie testował inne marki. Niebawem rozpoczynam od D’Aquisto i Dean Markley.


Do nagrania zakładasz nowe struny czy też jesteś zwolennikiem koncepcji stosowania ogranych strun?


Struny do gitar akustycznych zakładam zazwyczaj dwa tygodnie przed nagraniem. Dobrze jest zgrać je na kilku koncertach. Kiedy nagrywałem album "Simply", założyłem struny i zagrałem na nich krótką trasę. To daje dobry efekt, bo trasa to wiadomo - pot, granie, drganie, zmiany temperatur oraz twoja wibracja. Wracasz z trasy, dwa dni przerwy, żeby się zregenerować, i bach - masz nagranie. I wtedy jest petarda - jest sound, bo sound to przede wszystkim twój mózg.


Grywasz na gitarze elektrycznej?


Sporadycznie. Gitara elektryczna mnie nie wkręca.


Generalnie widzę, że wybierasz stare instrumenty...


Tak, zdecydowanie, bo to są brzmienia, które są ciepłe, naturalne i szlachetne.


A kupiłbyś nową gitarę?


Czemu nie? Pytanie tylko - jaką? Kupiłem przed laty nowe Dobro, nowego Gibsona - wspominałem już o tym. Zaczęły brzmieć dopiero po dziesięciu latach grania, nie oszukujmy się, drewno musi się rozegrać, i to, jak ty je rozegrasz, tak ono będzie brzmiało. Teraz rozkoszuję się wyszukiwaniem starych, osobliwych instrumentów. Człowiek dojrzewa i nagle przypadkiem znajduje swoje imię i nazwisko oraz aktualną informację o tym, co robię na stronie internetowej Britney Spears... Widać gwiazda pragnie głosić Dobro (śmiech). Wracając do gitar: kocham stare instrumenty z duszą.


Ponoć z akustykami jest odwrotnie - najpierw brzmią, a potem się zgrywają i tracą brzmienie...


Z kiepskimi tak rzeczywiście jest. Dobre instrumenty brzmią dziesiątki lat i więcej. Grywałem na Gibsonach z lat 30., Martinach, Framusach z lat 60. Kiedy Nick Katzman grał na moim nowym Gibsonie, powiedział: "Zobaczysz, jak to zabrzmi za kilkanaście lat". Kilkanaście lat temu nie wiedziałem, o czym on mówi, ale teraz wiem.


Brzmienie wynika zapewne także i z tego, że przez lata gry doskonale znasz instrument, umiesz na nim zagrać optymalnie...


Zgadzam się z tym twierdzeniem - dobre rozpoznanie i zjednoczenie się z instrumentem pomagają go optymalnie wykorzystać. Rzecz w tym, aby instrument był grany, aby go rozwibrować - to jest najważniejsze, fizyka. Ważgry w moim studiu, Starej Kanarkarni, gdzie rejestrowałem poszczególne grupy utworów. Wykorzystywałem zasilanie kątowe, czyli to, co się dzieje z dźwiękiem w narożnikach i skosach. Odsłaniałem płytę pogłosową pianina. Bardzo starannie przygotowałem i rozegrałem instrumenty, sam rozgrywałem się do tych nagrań blisko kwartał. Przygotowałem też oczywiście umysł - tak naprawdę, to odpowiednie rozegranie się i "przygotowanie czaszki" jest po stokroć ważniejsze niż te wszystkie techniczne sprawy typu mikrofony itp. Gitarę basową na ostatniej płycie Von Zeit rejestrowałem z linii (Ampeg, WSW lub mój preamp do wykonów live) plus mikrofon, który zbierał pudło. W ten sposób udało się uzyskać specyficzne Von Zeitowe brzmienie.


Używasz jakichś efektów?


Używam przesteru Shred Master Marshalla i reverbu Electro-Harmonix. Loopy robię przy pomocy legendarnego urządzenia Boomerang Phrase Sampler. Mój tuner to Korg Pitchblack. Kiedy gram solo, zapinam do tego gitary akustyczne plus dodatkowy mikrofon. W Von Zeit przez efekty puszczam bas lub wokal w zależności od nastroju (śmiech). Na scenie używam też bitów, które komponuję i odpalam z iPhone’a. Używam m.in. programów Beatmaker, Noise.io Pro i Bloom. iPhone to genialnie proste i poręczne na scenie urządzenie. Tak naprawdę to wciąż jeszcze go na koncertach rozpoznaję, aby harmonijnie tu i ówdzie powplatać te dźwięki w moje granie. Jeśli chodzi o bas, to przez długi czas grałem na starej głowie lampowej Dynacorda, którą przerabiał mi Sławek Wasilewski. To wprawdzie nie efekt, ale ne jest też przestrzeganie podstawowych zasad przechowywania instrumentu, wilgotność itp.


Ponoć także w przypadku perkusji czas ma znaczenie...


Sebastian Szczepanowski, który ze mną gra, ma kapitalnie brzmiące bębny z lat 60. Spora część sprzętu, którego używamy w Von Zeit, to rasowy oldskul. Z drugiej strony, coraz częściej myślę o tym, żeby odpalić na koncertach Kaoss Pada lub laptopa. Wszyscy jesteśmy skazani na laptopy, nawet fani bluesowej gitary z Delty Missisipi (śmiech). Żyjemy w XXI wieku i trzeba korzystać z tego, co jest wokół nas. Gdyby chłopaki mieli dawniej laptopy, to na 100% by ich używali. Wykorzystuję na koncertach gitarę akustyczną z końca XIX wieku, chwilę później odpalam bity z iPhone’a i miksuję je na żywo na scenie. Pod nogą mam sampler, a sound moich gitar definiuje lampowe urządzenie wykonane współcześnie według prawideł z lat 60. Podobnie jest z muzyką. Słucham tego, co się dzieje w muzyce najnowszej, wychowałem się na latach 70. i 80., inspiruję się przedwojennym bluesem, muzyką poważną. W ubiegłym roku ukazały się dwa moje wydawnictwa Von Zeit "Ocieramy się" oraz DVD Romek Puchowski "Live at Satyrblues 2007", tym samym wszystkie moje dotychczasowe działania zawarłem na płytach. Mam czyste pole przed sobą i już powstają nowe rzeczy. Słucham obecnie zupełnie innej muzyki niż wcześniej, a moje życie osobiste odmieniła cudowna córeczka Lena. Aby zaczerpnąć ożywczego muzycznego oddechu, zabrałem się po latach ponownie za Jana Sebastiana Bacha.


Powrót do czasów PRL-u...

Roman Puchowski
znany jest ze swego zamiłowania do starych, oryginalnych instrumentów. Jednym z nich jest gitara basowa marki Alko. Oto, co na jej temat mówi nasz rozmówca:

Konstruktorem tego cuda jest kultowa postać polskiego lutnictwa, pan Alfred Kopoczek. Znalazłem ten instrument w komisie i jest to miłość od pierwszego wejrzenia... Wyremontował go pan Zbigniew Mleczek, tuning niedawno wykonał Michał Kołodziejski. Alko powstał przypuszczalnie na przełomie lat 60. i 70. Oryginalny gryf był jeszcze grubszy i na dodatek prostokątny - trzeba było to zmienić. W sumie udało mi się dopasować go do moich potrzeb, a jednocześnie zachować ten PRL-owski charakter. Jest taki odcinek "Czterdziestolatka", w którym inżynier Stefan Karwowski - szukając córki Jagody - ląduje na próbie orkiestry mandolinowej. Rolę dyrygentki gra genialna, niezapomniana Krystyna Feldman. Basista tej orkiestry zasuwa na dokładnie tym samym modelu basu Alko. Ale wracając z kina do studia - mostek został wykonany na moje zamówienie, podpatrzyłem ten patent w starych Epiphone’ach.

BARTŁOMIEJ A. FRANK
GALERIA
Wild World Bastille

Przy okazji słuchania drugiej płyty Bastille doszedłem do wniosku, że chyba nigdy nie zrozumiem zwyczajów zakupowych współczesnych fanów muzyki....Gramy dalej

7 /10
Ostatnia rodzina - muzyka z filmu Różni Wykonawcy

"Ostatnia rodzina" to jeden z najgłośniejszych filmów ostatnich miesięcy, który trafi do kin pod koniec września. Z kolei dwa tygodnie temu premierę...Gramy dalej

7 /10
Soilwork ocena 8
Death Resonance
Gatunek: Melodic death metal
In Flames ocena 7
Sounds From the Heart of Gothenburg
Gatunek: Melodic death metal
Bad Vibrations
Gatunek: Metal
Zobacz wszystkie