Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Liv Kristine (Leaves' Eyes)

Liv Kristine (Leaves' Eyes)

Rozmawiamy z Liv Kristine, oddaną żoną, kochającą matką, wokalistką i liderką zespołu Leaves’ Eyes. Ta obiecująca i doświadczona zarazem grupa właśnie wydała swój trzeci oficjalny longplay zatytułowany "Njord" i ruszyła z nim na trasę koncertową po Europie i Ameryce.

Wasz nowy album od jakiegoś czasu można już znaleźć na sklepowych półkach. Jak wyglądał proces nagrywania tego krążka? Czy było wam łatwiej, niż na przykład przy debiutanckim Lovelorn?


Tak naprawdę proces nagrywania "Njord" był dla mnie dotychczas najtrudniejszym, najdłuższym i najbardziej skomplikowanym, w jakim brałam udział. Było tak z kilku powodów. Musieliśmy wynieść się z wynajmowanego studia do naszego własnego, które jeszcze się wtedy budowało. Sama ta przeprowadzka zajęła nam jakiś rok. Potem musieliśmy sprowadzić tam komputery, zmienić system nagrywania, czyli kolejne pół roku. Gdzieś po drodze wydaliśmy jeszcze nasze DVD, więc jak widzisz ciężko było się skupić na wydaniu tej płyty. Były gorsze chwile, ale teraz już się wszystko ułożyło i na szczęście krążek jest skończony. W końcu możemy pospać sobie dłużej po tych setkach nieprzespanych nocy, zwłaszcza mój mąż Alexander. Jestem bardzo dumna z całego zespołu i naszego wspólnego dzieła.


Z tego, co mi wiadomo zawsze byłaś zafascynowana śpiewaniem. Występowałaś nawet w chórze swego czasu. Skąd wzięła się w takim razie u Ciebie ta fascynacja ciężką i mroczną muzyką gitarową?


Cóż, kiedy byłam jeszcze małą dziewczynką pierwszą muzyką, którą usłyszałam było Black Sabbath z Ozzy Osbournem. Naprawdę dorastałam przy tych dźwiękach (śmiech). Moi rodzice lubili taką muzykę jeszcze w latach 70-tych. Z drugiej strony w moim domu grał też Czajkowski, Mozart, Beethoven, Wagner. Naturalnie kilka lat potem jako młoda dziewczyna wsłuchiwałam się w muzykę pop na czele z Madonną, A-ha i Depeche Mode. Kiedy byłam już nastolatką zaczęłam głownie słuchać heavy metalu. Tu odnajdywałam się najlepiej. Słuchałam namiętnie Anathemy, Paradise Lost, Pestilence, Morbid Angel, Slayera, wszystko to było w moje płytotece. Dzięki temu miałam wiele inspiracji i zebrałam sporo doświadczenia zaznajamiając się z tyloma gatunkami muzyki. Mówi się w mojej rodzinie, że najpierw zaczęłam śpiewać a dopiero potem mówić. Kiedy inne dzieci bawiły się w piaskownicy ja stałam przed lustrem z grzebieniem w dłoni i śpiewałam piosenki Ozzy Osbourna (śmiech).


Ciekawa wizja (śmiech)


Też mi się tak wydaje, gdyż niektóre dzieci ze szkoły uważały, że jestem dość, że tak powiem, wyjątkową osobą (śmiech).


Twoje teksty są zainspirowane w dużej mierze Nordycką mitologią i bardzo dobrze wpisują się w to, co tworzycie muzycznie. Skąd jednak taka tematyka? Co takiego pociąga Cię w tych historiach i dlaczego pragniesz nimi zainteresować swoich słuchaczy?


Zależy nam na tym żeby zabrać naszych słuchaczy w podróż. To jak sądzę jest celem wszystkiego, co można nazwać sztuką. Skupiamy się na odciągnięciu ludzi od stresów codziennego życia i pokazaniu im innego świata. Staramy się go stworzyć z jednej strony przy pomocy dźwięków i technologii, z drugiej zaś przez wprowadzenie odpowiedniej atmosfery, która by temu sprzyjała. W tym właśnie celu istnieje Leaves’ Eyes. Przy okazji tego albumu zabieramy naszych słuchaczy w podróż po średniowieczu. Przemierzamy świat u boku Wikingów, spotykamy postaci z Nordyckiej mitologii, wszystkie te motywy można znaleźć w naszej muzyce. Moim osobistym marzeniem jest stworzenie ścieżki dźwiękowej do filmu, lub stworzenie filmu, w którym "Njord" mógłby stać się ścieżką dźwiękową. Czy widziałeś może nasz teledysk do singla "My Destiny"?


Tak, jak najbardziej, to bardzo dobry teledysk według mnie.


No właśnie, tez mi się tak wydaje, poza tym świetnie wpasowuje się w tematykę i atmosferę tak płyty jak i całego projektu Leaves’ Eyes.


Wasz album Vinland Saga był bardzo mocno określonym koncept albumem. Czy wasz nowy krążek skupia się na jakiejś konkretnej historii, czy tak jak powiedziałaś jest ogólną podróżą po świecie?


Cóż, Vinland Saga koncentrował się głównie na Leifie Ericssonie i odkryciu Ameryki przez Wikingów. "Njord" może i nie ma tak mocno określonego konceptu, ale za to ma dużo szerszy horyzont. Przenosimy was na tej płycie w różne zakątki świata od Skandynawii, Francji, Anglii, Irlandii, po świat Arabski, dlatego też między innymi postanowiłam, że będę śpiewać w ośmiu różnych językach. Czułam po prostu, że wymaga tego ode mnie muzyka. Kiedy siedzieliśmy wcześniej i komponowaliśmy dema poczułam że tak właśnie trzeba będzie nagrać ten materiał. Oczywiście oznaczało to dużo więcej pracy. Mój francuski nie jest zbyt dobry, podobnie mój celtycki zresztą (śmiech). Musiałam jednak sobie z tym poradzić. Oczywiście, miałem zajęcia językowe z przyjaciółmi i nauczycielami, jednak ze Staro Angielskim, Niemieckim, Islandzkim, Norweskim i Angielskim nie było problemów. Te języki znałam dość dobrze, więc poradziłam sobie sama. Chcieliśmy, aby słuchacz miał wrażenie przebywania w jakimś odległym miejscu. Kiedy na przykład usłyszałam demo utworu Les Champs de Lavande od razu pomyślałam że to musi być zaśpiewane po Francusku i będzie opowiadać o Lawendzie z Prowansji. Chciałam żeby osoba, która będzie tego słuchać poczuła to miejsce na własnej skórze.


Leaves’ Eyes składa się głównie z członków zespołu Atrocity. Jak to się stało, że zaczęliście grać razem?


Hm, przeprowadziłam się do Niemiec 12 lat temu do mojego męża Alexandra, który jest częścią Atrocity. Resztę poznałam jeszcze, kiedy byłam w Theatre Of Tragedy, to był chyba 1995 rok. Potem, kiedy wykopano mnie z Theatre of Tragedy razem z moim mężem mieliśmy już pewien plan stworzenia nowego zespołu i tak to się zaczęło. Miałam ogromne szczęście, że zechcieli dla mnie grać i teraz przemierzają ze mną oceany w naszej wspólnej łodzi Wikingów (śmiech). Swoją drogą to dość osobliwe połączenie Atrocity (Okropność) i Leaves’ Eyes (Oczy Liści).


Nawet pasuje (śmiech).


Fakt (śmiech).


Tytuł waszej nowej płyty jest trochę enigmatyczny. Co dokładnie znaczy "Njord"?


"Njord" był bogiem mórz i sztormów w Nordyckiej mitologii. Wikingowie natomiast zawsze żyli w okolicy morza. Tak na dobrą sprawę to słowo Wiking znaczy dosłownie, ktoś żyjący nad morzem. Musi on, więc stawiać czoło warunkom pogodowym, oceanom, odnajdywać się najcięższym klimacie. Dlatego też bóg "Njord" był tak bardzo ważnym bóstwem dla Wikingów. Brzmi też nieźle, więc sądzę, że to nie najgorszy tytuł (śmiech).


Ciężko natomiast go wymówić poprawnie (śmiech).


Po Norwesku jest jeszcze ciężej, ale każdy sposób jest dobry tak naprawdę (śmiech).


Kto wymyślił nazwę zespołu? Ma ona jakieś głębsze znaczenie?


Wymyśliliśmy ją wspólnie z mężem w Lipcu 2003 roku, kiedy byliśmy w naszej podróży poślubnej po Irlandii. Alexander stwierdził, że nazwa musi mieć związek z moimi niebieskimi oczami. Powiedziałam mu wtedy, że jeśli tego chce to ok. (śmiech) Potem doszedł jeszcze do wniosku, że potrzebujemy czegoś związanego z naturą, ale co jednocześnie by przypominało moje imię. Z Liv najbardziej kojarzyło się leaf (liść) i tak zostało. Nazwa ta może być, więc traktowana teraz dwojako. Swoiste połączenie mnie i Norweskiej natury.


Podobno twoim największym idolem jest Madonna. Dlaczego i co tak bardzo ci w niej imponuje?


Kiedy ją odkryłam miałam jakieś 6, czy 7 lat. Pamiętam jednak, że pomyślałam wtedy, jakim cudem kobieta może być aż tak seksowna? Jej głos może i nie był najlepszy, choć rozwinął się znacznie przez lata, ale jej wygląd i charyzma sprawiały, że chciałam być taka jak ona. Oczywiście nigdy tak się nie stało i pewnie nigdy nie stanie, gdyż wszystko, co robi ma swój wyjątkowy styl. Najbardziej chyba podziwiam jej wiarę we własne siły i wiarę w rozwój artystki, którą niewątpliwie jest. Do tego jest przecież matką. Ma dwójkę dzieci i mimo to cały czas pracuje na najwyższych obrotach. Wydaje mi się, że może być z siebie bardzo dumna. To nie lada wyczyn opiekować się swoja rodziną i prowadzić tak aktywne życie zawodowe. Sama coś o tym wiem. Jeśli jednak wszystko sobie dokładnie zaplanujesz to może ci się udać. Dla mnie stanie się matka i piosenkarką to były dwa największe marzenia i oba się spełniły, więc jak sądzę mam w życiu sporo szczęścia.


Wydałaś już dwa solowe albumy, które znacznie różnią się od tego, co tworzysz dla Leaves’ Eyes. Oba krążki są bardzo spokojne i utrzymane w stylistyce muzyki pop. Skąd tak drastyczna zmiana klimatu?


Właściwie nagrałem te płyty, dlatego właśnie żeby były inne niż to, co robimy w Leaves’ Eyes. Czuję po prostu, że muszę od czasu do czasu coś takiego zrobić. W związku z tym mam nawet dla ciebie pewną informację. Mój trzeci solowy projekt jest już skończony i właśnie trafił do miksowania. Zobaczy światło dzienne prawdopodobnie pod koniec 2009 lub na początku 2010. Będzie to coś wyjątkowego gdyż jest to najintymniejszy album, jaki miałam przyjemność tworzyć. Do tego zmieniliśmy całkowicie proces nagrywania. Chcę żeby słuchacz wiedział, że to właśnie ja śpiewam do niego. Nie przeznaczamy na ten album dużo pieniędzy, więc nie jest to typowe wydawnictwo pop. Można tam będzie usłyszeć tylko 2, czy 3 instrumenty i dosłownie mój oddech. Jest to tego rodzaju płyta, przy której można usłyszeć, co ktoś myśli. Zawarłam tam wszystko, co mnie dotyczy i nie wprowadzałam żadnych poprawek. Nawet, jeśli coś nam nie wyszło to i tak pozostało takie, jakim jest. Nie zmienialiśmy nic w brzmieniu wokalu, gdyż zależało mi na tym żeby pozostawić mój własny głos bez ingerencji technologii. Z jednej strony jest to dla mnie ryzyko gdyż ktoś może się doczepić, że dźwięki są nieczyste i nieobrobione, ale z drugiej strony dzisiaj każdy może przepuścić swój głos przez komputer i będzie brzmiał świetnie nawet, jeśli ta osoba nie umie śpiewać.


Czyli zależy ci na tym żeby słuchacz odebrał przekaz bez żadnych technologicznych ulepszeń?


Dokładnie, zdecydowałem, że zrobię to tak jak kiedyś nagrywali Beatlesi czy Tori Amos. Nagrywasz piosenkę na jeden raz. Wszystko, co się pojawi podczas nagrania zostaje tam niezmienione, ot cala tajemnica.


Twój głos stanowi wspaniały instrument i zdecydowanie słychać jak się rozwinął od czasu, Theatre of Tragedy. Brałaś kiedyś jakieś lekcje śpiewu?


Hm, cóż aż wstyd się przyznać, ale nigdy nie brałam żadnych lekcji śpiewu. Wszystko to, co robię opieram tylko o własne doświadczenie. Zaczęłam śpiewać jako mała dziewczynka, przy czym wtedy jeszcze oczywiście nie dawałam żadnych koncertów. Kiedy jednak moje kariera w Theatre of Tragedy zaczęła nabierać tempa bardzo szybko przyzwyczaiłam się do sceny. Po jakiś 20 koncertach zaczęłam się tam czuć jak w domu. Przestałam się denerwować i odnalazłam spokój. Cale to doświadczenie zebrane przy nagrywaniu albumów, występowaniu przed publiką dało mi pewność siebie i zdolności potrzebne do stania się wokalistką. Zawsze, kiedy słyszę jakąś muzykę pozwalam żeby sama do mnie przemówiła. Tak było przy "Njord". Niektóre utwory wymagały zaśpiewania ich z bardziej poważnym zabarwieniem. To nie było łatwe, ale odrobina ćwiczeń i doświadczenia z chóru pomogły. Wystarczyło żebym przypomniała sobie rzeczy, które nauczyłam się kilkanaście lat temu. Pewnego dnia zapewne wezmę jakieś lekcje śpiewu, ale póki, co wystarcza mi to, co sama się nauczyłam. Ćwiczę tak na dobrą sprawę cały czas, kiedy jadę samochodem. Jako że mieszkamy dość daleko od miasta to wszędzie muszę dojeżdżać i możesz być pewny, że w każdej chwili, kiedy jestem w tym samochodzie śpiewam (śmiech).


Dlaczego Theatre of Tragedy pozbyło się ciebie? Czy cała sprawa odbyła się w pokojowej atmosferze czy raczej było to dla ciebie spore zdziwienie?


Pozbyto się mnie, dobrze powiedziane (śmiech). W zespole zapanował jakiś kryzys. Nasze pierwsze 3 albumy odniosły duży sukces. Za tym oczywiście przyszły duże pieniądze i niektórzy członkowie zespołu zaczęli zachowywać się jak gwiazdy rocka. To było okropne, bo w zespole zapanowała zazdrość. Niektóre osoby zrobiły się zazdrosne o mnie, dlatego że to ja zawsze stałam na przodzie. Brałam udział w większości wywiadów, jeździłam na promocje płyt, trasy koncertowe. To była ciężka praca, której nie widzieli i po jakimś czasie zapragnęli mnie zranić. Prowadzone były rozmowy za moimi plecami i nawet czułem już pod koniec, że coś się niedługo wydarzy. Wtedy właśnie nagrywałam jeszcze swoje partie wokalne do albumu, który ukazał się pod nazwą Storm, ale w wyniku całej sytuacji ostatecznie to nie ja zaśpiewałam na tym krążku. Jest tam cała masa moich pomysłów na wykonanie tych utworów, ale śpiewa je jakaś inna dziewczyna. Mieli pecha i zasłużyli sobie na swój los po tym jak zdecydowali mnie wykopać z zespołu. Zrobili to w najgorszy możliwy sposób i pokazali jak bardzo niedojrzałymi ludźmi wtedy byli. Nie mieli nawet jaj żeby o tym ze mną porozmawiać twarzą w twarz. Po prostu pewnego popołudnia na stronie zespołu wstawili informację, że odchodzę, przy czym ja sama jeszcze o tym wtedy nie wiedziałam. Co więcej dowiedziałam się o tym właśnie z tej strony. Mogłabym powiedzieć, że miałam pecha, ale czasami pech prowadzi do szczęścia, w moim przypadku tym szczęściem jest Leaves’ Eyes. Dzisiaj już się tym nie przejmuje, nie obchodzi mnie też, co się z nimi dzieje. Jestem w kontakcie jedynie z wokalistą. Pomimo tego incydentu pozostaliśmy przyjaciółmi, gdyż wiem, że to nie on decydował w tej sprawie. Stało się jak stało, więc niech sobie sami teraz radzą i szczerze powiedziawszy nawet nie wiem czy jeszcze nadal istnieją.


Brałaś udział w wielu gościnnych sesjach nagraniowych. Jeden z utworów, na którym użyczyłaś swojego głosu został nawet nominowany do nagrody Grammy. Jak pracowało Ci się z zespołem Cradle of Filth? Czy są naprawę takimi strasznymi demonami, na jakie się kreują?


Wydaje mi się, że chcieliby żebym Ci powiedziała, że tak, ale tak naprawdę to bardzo mili ludzie i do tego dżentelmeni. Cała sytuacja była dość komiczna, bo kiedy dostałam maila od nich z propozycją nagrania wspólnego utworu pomyślałam, że to, jakiś żart i wyrzuciłam go od razu (śmiech). Po trzecim takim mailu, którego usunęłam w końcu zadzwonili i zaczęli wypytywać, dlaczego nie odpowiadam na ich wiadomości. Dowiedziałam się, że wcześniej zaproponowali też taką sesję Tori Amos i Chritinie z Lacuna Coil, ale one obie odmówiły. Zgodziłam się oczywiście i nawet nakłamałam, że to ich skrzynka pocztowa musi być uszkodzona, bo nic nie dostałam od nich, kiedy tak naprawdę ich wiadomości wylądowały w koszu z etykietą spam (śmiech). Potem przesłali mi utwór i w chwili, kiedy go usłyszałam dokładnie wiedziałam, co muszę na nim zrobić. Ma on typowe zacięcie na historię o pięknej i bestii. Od razu mi się spodobała ta historia i za radością zaśpiewałam na nim. Kilka dni potem skończyłam nagrywać, przesłałam moją partię Danniemu Filth i zadzwoniłam do niego. Był wtedy chyba w studiu w Londynie o ile pamiętam i powiedział mi tylko, że jest idealnie. Potem porozmawialiśmy jeszcze o rodzinie, dzieciach i wszystkich innych rzeczach niezwiązanych z muzyką. Staliśmy się dzięki temu przyjaciółmi. Kiedy przyjechałam na plan zdjęciowy teledysku Nymphetamine poznałam też resztę chłopaków, poszliśmy na imprezę i przekonałam się że to naprawdę wspaniali ludzie. Dodatkowo nominacja do nagrody Grammy była czymś naprawdę niezwykłym.


Twoja siostra Carmen jest również wokalistką w zespole Midnattsol. Jest między wami jakaś cicha siostrzana rywalizacja, co do tego, która jest lepsza?


W sumie nigdy nie postrzegałam jej jako rywalki. Bardziej zawsze ochraniałyśmy się nawzajem. Jeśli cokolwiek dzieje się mojej siostrze ja jestem zawsze pierwszą osoba, która spieszy jej z pomocą. Nigdy o nic nie rywalizowałyśmy. Jestem jej starszą siostrą i musze czuwać nad tym żeby nie doświadczyła tych samych przykrych rzeczy, które przytrafiały się mi w tym biznesie.


Masz na myśli jakieś konkretne przykre doświadczenia?


Cóż, kilka lat temu musiała stawić się na rozprawie sądowej w roli oskarżonej. To było jeszcze zanim stałam się mamą. Chodziło wtedy o mój drugi solowy album. Korzystałam z pomocy pewnego producenta, który miał napisać muzykę na moją płytę. Niestety zrobił coś, co zupełnie mi nie pasowało, muzyka była w zupełnie innej stylistyce, więc mu o tym powiedziałam i stwierdziłam, że do tego nie będę śpiewać. To wystarczyło mu żeby mnie pozwać. Musiałam potem włóczyć się po sądach i brać udział w wielu okropnych przesłuchaniach. Koniec końców musiałam im zapłacić żeby się z tego wyplątać. Wolność jednak dla mnie nie miała ceny, była najważniejsza. Oni chcieli tylko pieniędzy. Każdy od producenta, przez wytwórnię po całą resztę, która miała zarobić na moim głosie i nazwisku widziała mnie tylko jako produkt z miłym głosem i ogromnym symbolem dolara na czole. Dzisiaj mogę być sobą i mam pełne przekonanie, że to, co śpiewam i piszę pochodzi tylko i wyłącznie z mojego serca.


Grasz na jakimś instrumencie?


Niestety nie, przepraszam… (śmiech). Trochę kiedyś grałam na pianinie i flecie, ale pewnego dnia jeszcze bardzo bym chciała się nauczyć grać na gitarze. Madonna się nauczyła, więc mam nadzieje, że i mi się to kiedyś uda.


Nadal masz przecież czas (śmiech).


W sumie tak, prawda? Nigdy nie jest za późno! (śmiech)


Jesteś teraz bardziej skoncentrowana na swoim solowym projekcie, czy na Leaves’ Eyes?


Jeśli chodzi o promocję i trasę koncertową to znacznie bardziej jestem teraz skoncentrowana na Leaves’ Eyes. To właśnie wypełnia teraz moje życie. Niedawno nawet wróciłam z akustycznej trasy koncertowej po Niemczech, więc póki, co mój solowy album musi trochę poczekać. Materiał jest obecnie miksowany, jak już wspomniałam, a mój mąż jest jego producentem. Tak, więc w obecnej chwili to bardziej on jest nim zajęty niż ja. Ale tak to jest, kiedy robi się dwie rzeczy na raz - coś musi poczekać, żeby to drugie mogło się rozwinąć. Kiedy przyjdzie pora na wydanie mojego projektu solowego pewnie wtedy jemu poświecę więcej uwagi organizując koncerty, promocję i wywiady, ale obecnie Leaves’ Eyes jest moim priorytetem.


Jeśli twój mąż zdecydowałby się odejść z zespołu, czy nadal byłabyś wokalistką Leaves’ Eyes?


Dobre pytanie! Nawet bardzo dobre, nigdy nikt mnie o to nie spytał. Hm, zostałabym z zespołem. Oczywiście różnica była by ogromna, ale nie oznaczałoby to końca Leaves’ Eyes.


Czy fakt, że pracujecie ze sobą, na co dzień ma wpływu na wasze życie rodzinne? Czujecie się czasami zmęczeni sobą?


Hm, jeśli nie nagrywany się nawzajem lub nie jesteśmy w trasie to tak naprawdę bardzo mało czasu spędzamy ze sobą. On jest producentem, ja wokalistką w Leaves’ Eyes. Do tego dochodzą moje solowe projekty, więc zawsze mamy ręce pełne roboty. Kiedy pracujmy to zawsze na całego, nawet w nocy jeśli zajdzie taka potrzeba, jednak z chwilą kiedy mój syn wraca do domu ze szkoły, praca znika. Dla mnie to podstawowa zasada w życiu. Kiedy jesteś w pracy, pracuj na całego, ale kiedy jesteś w domu liczy się tylko rodzina. Zawsze wtedy zostawiam komórkę w drugim koncu pokoju i nie zwracam na nią nawet uwagi. Trzeba przy tym niestety być konsekwentnym. Posiadanie rodziny i rola wokalistki w zespole nie sprzyja wielu spokojnym wieczorom we dwoje z mężem. Jedyne kłótnie, jaki wynikają między nami z tytułu bycia w tym samym zespole mają miejsce wtedy, kiedy mamy zebrania zespołu, na których przedyskutowujemy różne kwestie i ja akurat nie zgadzam się z Alexandrem. Jednak muszę przyznać, że rzeczywiście trudno jest czasami pozostać neutralnym, oddzielić życie zawodowe od rodzinnego i pozostać na przykład tylko członkiem zespołu.


Jesteś zdecydowanie twarzą i głosem zespołu Leaves’ Eyes. Czy wewnątrz zespołu jest tak samo? Kto dowodzi tą łodzią?


Ja (śmiech). Mój mąż jest menadżerem zespołu, więc zajmuje się rzeczami związanymi z koncertami i wszystkim, co za tym idzie. Alexander podejmuje też decyzje związane z zarządzaniem, ale kiedy Leaves’ Eyes jest w trasie to zawsze ja jestem na przodzie, a reszta zespołu kroczy za mną. Nie jest to rola, którą chciałam przyjąć, ale jakoś tak się ułożyło z czasem. Jeśli jednak zajdzie taka konieczność, że mamy udać się na przykład w trasę akustyczną to równie dobrze ja mogę zająć się zorganizowaniem wszystkiego, nie mam z tym problemu. Nawet mogę tam wszystkich zawieść, jeśli zajdzie taka potrzeba. Lubię brać odpowiedzialność za mój zespół, dlatego pewnie czasami mówią na mnie Matka, czy Przewodnik, nawet mi się to podoba (śmiech).


Jaka jest przyszłość zespołu Leaves’ Eyes? W jakim kierunku muzycznym będziecie podążać?


Muzycznie jesteśmy dokładnie tu gdzie chcemy. "Njord" jest dla nas tym kierunkiem. Z tego miejsca ruszy w przyszłość, ale ciężko powiedzieć gdzie nas to zabierze. Na razie zaczynamy koncertować, a co będzie potem to czas pokaże.

 

Michał Lis

Zaklęty krąg Cugowscy

Krzysztof Cugowski jest na polskiej rockowej scenie od zawsze, zaś jego dwaj synowie Piotr i Wojciech od prawie zawsze, ale po raz pierwszy wspólnie...Gramy dalej

8 /10
Atoma Dark Tranquillity

Giganci szwedzkiej sceny melodyjnego death metalu od blisko piętnastu lat nie splamili się słabym wydawnictwem.

Gramy dalej

9 /10
CETI ocena 9
Snakes of Eden
Gatunek: Heavy metal
Green Day ocena 8
Revolution Radio
Gatunek: Pop punk
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Zobacz wszystkie