Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Mark Morton i Willie Adler (Lamb Of God)

Mark Morton i Willie Adler (Lamb Of God)

Hetfield i Hammett, Mustaine i Friedman, King i Hanneman - to są gitarowe duety, których nikomu nie trzeba przedstawiać. Ale od jakiegoś już czasu coraz większą popularnością cieszy się kolejny duet gitarowy, który może stać się naturalnym kontynuatorem stylu gry wymienionych wcześniej mistrzów.

Mowa tu o Marku Mortonie i Williem Adlerze z formacji Lamb Of God. Muzycy z Richmond wydali właśnie swój piąty album, który nosi tytuł "Wrath". Obecnie zespół koncertuje jako support zespołu Metallica w jego światowej trasie o nazwie World Magnetic Tour. Nie ma żadnych wątpliwości co do tego, że Lamb Of God powoli staje się jednym z najważniejszych metalowych zespołów w Stanach Zjednoczonych.

Jesteśmy na koncercie Lamb Of God w Bristol Academy. Muzycy przed chwilą wyszli na scenę, a my już mamy wrażenie, że jesteśmy świadkami czegoś zupełnie wyjątkowego. Bristol Academy wypełnione jest fanami metalu po same brzegi. Cisną się oni pod sceną, śpiewając wykonywany właśnie kawałek "Hourglass". Widać, że ta sala jest stanowczo za mała, żeby pomieścić wszystkich fanów zespołu. Ktoś z zewnątrz mógłby powiedzieć, że muzyka, jaką grają, nie może znaleźć się na listach przebojów, bo jest zbyt ekstremalna, trudna i agresywna dla niewytrawnego ucha. Ale Lamb Of God gości na listach przebojów i to po obu stronach Atlantyku! "Wrath" to drugi album grupy, który od razu trafił na listę przebojów Billboard w Ameryce - płyta znajduje się teraz na miejscu drugim.

Kto jeszcze nie słyszał muzyki Lamb Of God, powinien jak najszybciej po nią sięgnąć. Co ważne, artyści wspaniale radzą sobie także podczas występów na żywo, o czym mieliśmy okazję się sami przekonać - ich koncert zrobił na nas ogromne wrażenie. Ostre riffy, genialne kompozycje, teksty, z których publiczność zna każde słowo na pamięć - wszystko to składa się na genialne widowisko. Lamb Of God to siła, której nie można zatrzymać. Przypominają się nam czasy Slayera czy Pantery.

Muzycy ciężko pracowali na swój sukces. Zespół poświęcił wiele lat, by osiągnąć niesamowity wręcz profesjonalizm. "Nigdy nie jesteśmy całkowicie zadowoleni z wyników swojej pracy - mówi Mark Morton, gdy siadamy na górnym pokładzie koncertowego autobusu zaparkowanego przed Bristol Academy. - Ale myślę, że robimy wciąż postępy, co słychać na płycie "Wrath". Poprzedni krążek "The Sacrament" był bardzo dobrze przyjęty i odniósł spory sukces, ale to jeszcze nie wszystko, na co nas stać. Nagrywając "Wrath" chcieliśmy udowodnić, że potrafimy znacznie więcej".

Gitary na płycie "Wrath" brzmią o wiele bardziej surowo i organicznie niż na płycie "Sacrament". Czy chodziło wam o to, żeby zbliżyć się do brzmienia koncertowego?


Tak, chcieliśmy uzyskać brzmienie jak najbardziej zbliżone do tego uzyskiwanego na koncertach. Dlatego używaliśmy tego samego sprzętu, który nam towarzyszy podczas gry na żywo. Nasza dewiza brzmi: nie naprawiaj czegoś, co nie jest zepsute. Lubimy swoje koncertowe brzmienie, więc po co je zmieniać? Na płycie "Sacrament" dominują muzyczne ozdobniki i przeróżne upiększenia, które już nam się znudziły, dlatego postanowiliśmy od nich odejść. To była nasza świadoma decyzja. Mark był od początku zwolennikiem tej idei - to on chciał, żeby brzmienie było jak najbardziej surowe i brudne.


Zacząłem się zastanawiać, dlaczego przy nagrywaniu ostatnich kilku płyt często poddawaliśmy obróbce już nagrane dźwięki, skoro byliśmy zadowoleni z pierwotnej wersji. Pomyślałem sobie: dlaczego nie skorzystać z ustawień, których zawsze używamy? Najzwyczajniej w świecie umieścić mikrofon przed głośnikiem i po prostu nagrać materiał? Po co go zmieniać czy bez końca miksować i dopieszczać? Tym razem od samego początku chciałem zbierać dźwięk bezpośrednio ze wzmacniacza. Swoją wizją zrobienia szczerej, naturalnej i realistycznej płyty zaraziłem pozostałych członków zespołu. Na nową płytę wybraliśmy materiał, który niekoniecznie był perfekcyjny pod względem brzmieniowym, ale za to z wyraźnym charakterem. Dzięki temu płyta jest żywa, czuć jej podskórny puls. Nagrywając płytę "Sacrament", usuwaliśmy każdy fragment z przypadkowym potrąceniem strun oraz wszelkie brudy i niechciane dodatki artykulacyjne. Tym razem doszliśmy jednak do wniosku, że niedoskonałości dodają muzyce charakteru, i odeszliśmy od sterylnego brzmienia.


Jaka jest wasza recepta na brzmienie?


Mamy chyba inne podejście do kwestii brzmieniowych niż większość gitarzystów metalowych. Muzycy, którzy stosują mocne wzmacniacze, za bardzo je podkręcają, czego efektem jest utrata czystego brzmienia w środkowym pasmie. Przecież gitara elektryczna to instrument pracujący głównie w środkowym obszarze pasma, więc pozbawienie jej tych częstotliwości nie ma najmniejszego sensu. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że riffy brzmią z pozoru mocniej i bardziej wyraziście, gdy zdejmie się nieco środka... Owszem, stosujemy to rozwiązanie, ale o wiele rzadziej niż koledzy z innych zespołów. Myślę, że właśnie dlatego nasze brzmienie jest wyjątkowe - czyste, ale mocne i z charakterystycznym pazurem. My po prostu nie tłumimy brzmienia gitary, pozwalając jej oddychać.


Obaj jesteście autorami utworów na płycie "Wrath". Która kompozycja była dla was szczególnym wyzwaniem?


dłużej pracowaliśmy nad utworem "Broken Hands".


praca nad tym utworem zajęła nam sporo czasu.


Autorem pierwotnej wersji byłem ja. Przyniosłem ją chłopakom do posłuchania i wspólnie stwierdziliśmy, że czegoś jej brakuje. Nie umieliśmy tylko określić, co by to miało być. Właściwie był moment, że mieliśmy z niej całkowicie zrezygnować. W końcu postanowiliśmy kompletnie przebudować kompozycję - rozebraliśmy ją na czynniki pierwsze i praktycznie poskładaliśmy wszystko od nowa. Rezultat naszej pracy w niewielkim stopniu przypominał pierwowzór.


Mark wymyślił świetne przejście, które było zbyt dobre, żeby je nie wykorzystać w piosence, tak więc wykorzystałem je w zwrotce.


Dzięki temu utwór zyskał niesamowity klimat. Chris podszedł do grania zwrotki, jakby to było przejście. To zupełnie zmieniło charakter kawałka, jego konwencję. Później Willie zmienił oryginalny riff na porywającą zagrywkę w wyższych rejestrach. Naprawdę ciężko pracowaliśmy nad tą piosenką, ale opłacało się.


Mark, skomponowany przez ciebie utwór "Grace" jest jedną z perełek na płycie. Możesz opowiedzieć nam historię jego powstania?


Pracę nad tym utworem rozpocząłem po powrocie z trasy promującej album "Sacrament". Nagrałem materiał w moim małym domowym studiu. Zwykle nagrywamy razem, ale akurat miałem pomysł i szkoda było nie wziąć do ręki gitary. Podczas przerwy, jaką zrobiliśmy sobie po trasie koncertowej, nauczyłem się używać sprzętu do nagrywania i automatów perkusyjnych - wprawdzie dość prosty sprzęt, ale okazało się, że mogę przy jego pomocy nagrać całkiem dobre demo. Później puściłem całość kolegom i myślę, że właśnie to nagranie nadało ton całej sesji nagraniowej.


W utworze można usłyszeć wspaniałe, płynące solo...


To jedna z moich ulubionych solówek, jakie kiedykolwiek napisałem. Solo nie było jeszcze gotowe, kiedy puściłem demo kolegom, był tylko ogólny jego zarys. Później uzupełniłem go o parę efektownych sweepingów i dodatków, które w znacznym stopniu upiększyły całość.


Jesteś wielkim miłośnikiem bluesa. Czy to prawda, że w wolnym czasie grasz w zespołach bluesowych i country?


Rzeczywiście grałem kiedyś w klubach bluesa i country z innymi muzykami, ale teraz nie mam na to czasu. Projekt pod nazwą Lamb Of God pochłania mnie bez reszty. Mam nadzieję, że w mojej grze słychać inspiracje bluesem i country, mimo że gramy metal. Myślę, że dzięki tym wpływom nasza muzyka jest wyjątkowa. Jako kompozytor zawsze starałem się pisać utwory, które mają klimat i czymś się wyróżniają. Ale ewoluowałem jako gitarzysta i przy nagraniu tej płyty skupiłem się bardziej na solówkach i partiach prowadzących. No cóż, taka jest moja rola w zespole i muszę się z tym pogodzić. Ale chcę, żeby w mojej grze znalazły się elementy soulu i boogie z mojej bluesowej przeszłości. Jestem gitarzystą metalowym i ważny jest dla mnie shred, czyli szybkość, ale nie zapominam też o feelingu. Myślę, że właśnie "Grace" jest dobrym przykładem połączenia tych dwóch elementów.


To miało być moje kolejne pytanie: w twoich solówkach jest dużo feelingu. Często brakuje go w muzyce metalowej, bo muzycy za bardzo skupiają się na technicznych popisach...


Masz rację. Gitarzyści chcą zapakować do solówki możliwie jak najwięcej nut. Ja się do nich nie zaliczam. Lubię równowagę, dlatego na płycie znalazł się szybki shred, ale nie zapomniałem o feelingu i klimacie. Dobrze jest czasem zatrzymać się dłużej na jakiejś nucie i popracować nad tym, aby nadać jej wyjątkowe znaczenie.


Twoje największe bluesowe inspiracje?


Hmm... jest tego sporo, jak choćby Rory Gallagher, Billy Gibbons, Jimmy Page, Jeff Beck i Eric Clapton z dawnych lat. Z młodszego pokolenia nie sposób tu nie wymienić Luthera Dickinsona i Warrena Haynesa. Powinniście posłuchać Luthera na nowej płycie zespołu The Black Crowes - jest wprost niesamowity!


Willie, niektórzy uważają, że twój sposób kostkowania jest trochę niekonwencjonalny. A poza tym używasz dziwacznych skal...


Tak mówią, ale dla mnie taki styl gry jest całkowicie naturalny. Z Markiem jest zupełnie inaczej - on ma ogromną wiedzę na temat skal. Czasami ma problem z rozgryzieniem wymyślonej przeze mnie partii, bo ja nie znam teorii i nie wiem nic na temat skal - poruszam się po gryfie na swój własny sposób...


Czy twoja gra ewoluowała przez te wszystkie lata? Zmieniłeś się jako gitarzysta?


Zawsze lubiłem rock progresywny i jego elementy słychać w moich kompozycjach. W wypadku ostatniej płyty chciałem pójść w nieco innym kierunku. Zrezygnowałem ze stylu progresywnego na rzecz bardziej płynnych, harmonijnych partii gitarowych.


Dorastałeś razem z bratem, Chrisem, który jest perkusistą. Wspólnie improwizowaliście i uczyliście się od siebie. W jakim stopniu cię to ukształtowało?


W bardzo dużym stopniu. Gramy razem od czasu, jak byliśmy nastolatkami. (z drugiego końca autobusu rozlega się głos Chrisa: "Tylko szkoda, że jesteś takim palantem!")


(śmiech) Nie twierdzę, że między pozostałymi członkami zespołu nie ma porozumienia, ale ja i Chris rozumiemy się bez słów.


Chciałbym porozmawiać o ostatnim utworze na waszej płycie. Kompozycja ta zatytułowana jest "Reclamation" i opowiada o dniu sądu, w którym świat zalewa gigantyczna powódź niosąca za sobą chaos i zniszczenie. Muzyka świetnie oddaje ten klimat grozy.


Samo nam tak wyszło. Nagrywaliśmy z Markiem w studiu w Virginii, które znajdowało się blisko plaży. Na kilka dni przyjechał Randy i partie akustyczne nagrywaliśmy na zewnątrz, dlatego w tle słychać szum oceanu i zawodzenie wiatru. Randy miał już gotowe teksty, które idealnie pasowały do muzyki i odgłosu wzburzonych fal.


Muzyka Lamb Of God jest niezwykle rozbudowana i bogata brzmieniowo. Słuchając jej, ma się wrażenie, że wszystkie partie są bardzo skrupulatnie dobierane.


Nigdy nie grałem w innym zespole metalowym, lecz trudno mi sobie wyobrazić, że można być bardziej skrupulatnym niż my. Podczas procesu tworzenia materiału cała nasza czwórka bardzo ściśle ze sobą współpracuje. Przykładamy ogromną wagę do tego, żeby poszczególne partie idealnie ze sobą współgrały. Zawsze myślimy o utworze jako całości.


Kirk Hammett z grupy Metallica jest waszym wielkim fanem. Sam zdecydował, żebyście grali dla nich support podczas trasy World Magnetic Tour. Jak wam się grało na ich wielkiej, czteroskrzydłowej scenie?


Na pewno było to wspaniałe doświadczenie. Myślę, że była to przede wszystkim zasługa genialnej ekipy. Szczerze mówiąc, na początku było nam ciężko przyzwyczaić się do tej sceny. Były na niej takie miejsca, w których zupełnie się nie słyszeliśmy. Później udało nam się zlokalizować pewne obszary, w których było słychać to, co chcieliśmy słyszeć. Na pewno pomogłyby nam mikrofony w uszach, ale nie przepadamy za nimi.


Słyszeliśmy, że byliście świetnie przyjmowani jako zespół otwierający koncert.


Tak, rzeczywiście! Reakcja tłumu była nadspodziewanie bardzo przychylna.


Pamiętam szczególnie jeden wieczór. Kiedy zeszliśmy ze sceny, do garderoby wszedł Lars Ulrich i podekscytowany powiedział, że reakcja publiczności jest wręcz żywiołowa.


Przeszliście długą drogę, żeby znaleźć się na szczycie. Kosztowało was to dużo pracy. Opłacało się?


Czasami, kiedy czytam wpisy na forach internetowych, mam co do tego pewne wątpliwości... Pracowaliśmy niezwykle ciężko na każdym etapie naszej drogi muzycznej i nigdy się nie poddawaliśmy. Nikt nam niczego nie dał, na wszystko musieliśmy sobie sami zapracować. Całe lata spędziliśmy w trasie, przekonując ludzi do naszej muzyki i zdobywając nowych fanów.


Nigdy nie zapomnieliśmy, skąd się wywodzimy, i to nas motywuje do dalszej pracy. Jest nas pięciu i żaden z nas nawet nie myśli o tym, żeby sobie odpuścić. Nie możemy sobie pozwolić na przeciętność, chcemy pisać najlepsze kawałki i jak najlepiej wykonywać je na koncertach. Trzeba trzymać poziom, bo wszystko może się jutro skończyć.


Rob Laing
fot. Adam Gasson, Jesse Wild

GALERIA
Wild World Bastille

Przy okazji słuchania drugiej płyty Bastille doszedłem do wniosku, że chyba nigdy nie zrozumiem zwyczajów zakupowych współczesnych fanów muzyki....Gramy dalej

7 /10
Ostatnia rodzina - muzyka z filmu Różni Wykonawcy

"Ostatnia rodzina" to jeden z najgłośniejszych filmów ostatnich miesięcy, który trafi do kin pod koniec września. Z kolei dwa tygodnie temu premierę...Gramy dalej

7 /10
Soilwork ocena 8
Death Resonance
Gatunek: Melodic death metal
In Flames ocena 7
Sounds From the Heart of Gothenburg
Gatunek: Melodic death metal
Bad Vibrations
Gatunek: Metal
Zobacz wszystkie