Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / René Rutten (The Gathering)

René Rutten (The Gathering)

Rozmawiamy z René Ruttenem, gitarzystą formacji The Gathering. Ten uznany holenderski zespół muzyczny, który w tym roku obchodzi dwudziestolecie istnienia, wydaje właśnie swoją dziewiątą płytę studyjną zatytułowaną "The West Pole"

Minęły trzy lata od waszego ostatniego albumu. Tym razem podbijacie rynek muzyczny z nową wokalistką Silje Wergeland. Dlaczego właśnie ona i jak bardzo różni się jej styl od tego prezentowanego przez Anneke?


Dlaczego ona? Cóż, musieliśmy coś zrobić z problemem braku wokalu. Kiedy Anneke powiedziała nam, że musi się zająć swoją rodziną i rezygnuje ze śpiewania w zespole, byliśmy zaskoczeni. Mimo to byliśmy pewni, że chcemy grać dalej. The Gathering istniał przed nią i na pewno będzie istniał jeszcze i po niej. Dostaliśmy około 500 demówek z całego świata od ludzi, którzy wiedzieli, czym się zajmujemy i słyszeli naszą muzykę. Po przesłuchaniu tego całego materiału wybraliśmy parę osób i daliśmy im szansę się wykazać. Silje wyróżniała się już od samego początku, kiedy tylko usłyszeliśmy jej nagranie. Zauważyliśmy, że nie idzie na łatwiznę i nie działa schematycznie. Kiedy usłyszeliśmy jej wersję naszego dema, wiedzieliśmy, że jest w jej wokalu coś interesującego i nowego dla nas, więc zaprosiliśmy ją do naszego studia. Chcieliśmy się dowiedzieć, jaką jest osobą prywatnie i nie zawiedliśmy się. To naprawdę bardzo inteligentna i mądra dziewczyna. To mi się w niej najbardziej spodobało. Zawsze, kiedy pracowaliśmy nad jakimś utworem, próbowała wielokrotnie różnych pomysłów tak długo, aż jej się udawało wejść z nim na wyższy poziom. Nie chwytała się kurczowo jednej myśli, tylko sprawdzała wszystkie możliwości. Bardzo pozytywnie nas to zaskoczyło. Nie było jej jednak łatwo wejść w miejsce poprzedniczki. Anneke jest mimo wszystko świetną wokalistką i Silje ciężko było wpasować się w zespół. Staraliśmy się jednak z całych sił ją wspierać i powtarzaliśmy sobie wspólnie, że w pewnym sensie tworzymy nowy zespół, z nową energią, ale nadal pozostajemy The Gathering. To poniekąd stało się naszym celem, żeby pokazać wszystkim niedowiarkom, że The Gathering to przede wszystkim muzyka, a nie tylko głos. Myślę, że udało nam się to udowodnić. Nasza muzyka jest czymś, w co bardzo mocno wierzymy. Jest czysta i szczera, a potwierdzają to dodatkowo opinie, jakie znajduję w różnych pismach branżowych. Oczywiście nie stworzyliśmy czegoś nowego i rewolucyjnego, strasznie ciężko jest nagrać rewolucyjną płytę w dzisiejszych czasach, ale należy pamiętać, że to my byliśmy jednym z pierwszych zespołów, który połączył brzmienie ciężkich gitar z żeńskim wokalem i dźwiękami klawiszy. Trudno jest być innowacyjnym cały czas, a jest to już nasz dziewiąty album, więc poprzeczka wciąż się podnosi. Nie jest łatwo ciągle zaskakiwać i stawiać sobie nowe cele. Jest wiele pięknych rzeczy do powiedzenia w muzyce, ale nie wszystkie powiemy my. Jesteśmy jednak bardzo zadowoleni z obecnego stanu rzeczy. Cieszymy się, że Silje jest z nami, ale nie odmówimy współpracy z innymi wokalistami, zawsze chętnie nagrywaliśmy i będziemy nagrywać utwory z gościnnymi muzykami.


Dlaczego tak daleko odeszliście od swych gotyckich i deathmetalowych korzeni? Czy było to coś naturalnego, czy świadomie podjęliście ten krok?


Sądzę, że ta etykieta, jaką nam przyklejono, jest bardzo mylna. Nasza pierwsza płyta może i miała damsko-męski wokal z bardzo silnymi gitarami i mnóstwem deathmetalowego growlu, ale muzyka sama w sobie to standardowa tonacja E. Dla mnie, dość przewrotnie, jest to bardzo radosna muzyka. Jest w niej dużo klawiszy i gitary akustycznej. Jak się przysłuchasz, to znajdziesz tam więcej punkowych wpływów niż czegokolwiek innego. Wystarczyło jednak dać growl, by zostać okrzykniętym zespołem deathmetalowym, z czym się absolutnie nie zgadzam. Kiedy posłuchasz prawdziwego death metalu, od razu zauważysz różnicę. Przy okazji albumu "Mandylion" udało nam się zrobić jednak coś nowego. Tu również były ciężkie gitary i klawisze, ale w wolnym tempie i z długimi nutami. To było coś innego i nikt jeszcze wtedy nie wpisywał nas w gotycki metal. Sami chyba nie wiedzieli, co o nas mówić i jak skategoryzować. Dopiero po naszym drugim albumie nagranym z Anneke ("Nighttime Birds") wytwórnia określiła nas mianem gotyckiego zespołu i zmusiła do pójścia w tym kierunku. Nigdy jednak nie przesadzaliśmy z naszym wizerunkiem. Dzisiaj to zupełnie inna historia. Często zespoły mocno przesadzają ze swoim wizerunkiem i zaniedbują tym samym swoją muzykę. My zawsze działaliśmy odwrotnie, gdyż to muzyka była, jest i będzie dla nas najważniejsza. Dopiero przy naszym akustycznym albumie uwolniliśmy się od tego wizerunku. To było dla nas coś zupełnie innego. Powiedzieliśmy sobie, że tym razem zamiast ciężkich gitar i podkręcania wszystkiego ponad skalę zrobimy spokojny akustyczny album. Przy okazji uwolniliśmy się od naszego wydawcy, gdyż była to nasza ostatnia zakontraktowana płyta. Daliśmy masę koncertów i przez długi czas byliśmy w trasie. Efektem tego było nasze koncertowe DVD. W tym czasie stworzyliśmy dużo nowej muzyki i spróbowaliśmy wielu ciekawych rzeczy. Niedługo potem powstał album "Home". Jest on trochę cięższy, ale wtedy potrzebowaliśmy jakiejś odskoczni. Jak widzisz, nie odeszliśmy za daleko od naszych korzeni. Nie można jednak cały czas jeść tego samego dania, bo w końcu zbrzydnie. Czasami trzeba coś zmienić - tak w życiu, jak i w muzyce. Nie wymaga się tego nigdy od takich zespołów, jak Iron Maiden, AC/DC czy ZZ Top, ale to dlatego, że oni nie mogą już nic zmienić, ich odciski palców są zbyt znane. Na szczęście nasze jeszcze nie, i możemy robić to, co chcemy. Zawsze jednak, cokolwiek byśmy nie stworzyli, będzie to nasz unikalny styl.


Po tym, jak poznaliście prawdziwą twarz tego często brudnego biznesu, założyliście własną wytwórnię Psychonauts Records. Co takiego was do tego skłoniło?


Cóż, nasze pierwsze dwa albumy były wydawane przez pewną holenderską wytwórnię, która miała - jak się później okazało - ogromne problemy finansowe. W końcu doszło do tego, że władze zajęły majątek właściciela, a jego firmę zamknięto. To był straszny drań i nigdy nam nie zapłacił za naszą muzykę. Chyba każdy zespół spotyka w końcu taka sytuacja (śmiech). Na szczęście jednak odzyskaliśmy prawa do tych płyt. Już wspólnie z Anneke myśleliśmy o otworzeniu własnej wytwórni. Plan był prosty. Musimy wyprodukować płyty i zalać nimi rynek. Jak pomyśleliśmy, tak zrobiliśmy. Z początku jednak mieliśmy związane ręce, gdyż nadal obowiązywał nas kontrakt podpisany z Century Media, a oni nie mieli zamiaru nas wypuścić. Nie mieliśmy nic do powiedzenia. Nie mogliśmy podejmować własnych decyzji do tego stopnia, że oni zmieniali tytuły naszych utworów, a nawet projekty okładek. Strasznie się na nich zawiedliśmy, więc kazaliśmy się w końcu im wszystkim odczepić i postanowiliśmy, że sami weźmiemy nasz los we własne ręce. Okazało się, że to wcale nie jest takie trudne, jak się wszystkim wydaje. Musisz tylko znaleźć producenta i dystrybutora. Jedyny problem to promocja. My jednak już i tak byliśmy zespołem niszowym. Nikt nigdy nie puszczał naszej muzyki w radiu czy telewizji. Dzisiaj w erze Internetu o promocję nie jest trudno, ale wtedy sprawy wyglądały inaczej. Postanowiliśmy jednak nie kłaść w to za dużo pieniędzy i, jak się okazało, ten system sprawdza się do dziś. Trzeba tylko pilnować dystrybutorów w różnych krajach, zdobyć parę pozwoleń, mądrze organizować promocję, która przyciągnie nowych słuchaczy, i tyle. Naprawdę nie jest to trudne, a w zamian zyskujesz pełną kontrolę nad swoją muzyką. Oczywiście jak wszędzie są plusy i minusy takiej sytuacji, ale duże wytwórnie często pozbawiają cię nie tylko pieniędzy, ale i energii do pracy, a bez tego nic nie powstanie.


Na waszej nowej płycie można usłyszeć nie tylko nowy silny głos, ale i równie silne partie gitarowe. Czy gra na tym instrumencie nadal sprawia ci przyjemność?


Zdecydowanie tak, ale nie traktuję gitary jak relikwii. Dla mnie to jest medium. Każda nowa gitara inspiruje mnie do tworzenia muzyki. To ona mówi mi, jak mam na niej zagrać. Kiedy na przykład utwór ma mieć bardziej punkowy charakter, sięgam po mojego Fendera Stratocastera. Jest to bardzo prosty, ale piękny Fender. Na nowym albumie jest go całkiem sporo. Od samego początku wiedzieliśmy, że tym razem nie klawisze, a gitary będą grały pierwsze skrzypce. Perkusja ustala tempo, ale linia melodyczna składa się przede wszystkim z wokali i gitar. Nadal jednak zachowujemy umiar. Nie lubię, kiedy gitarzysta wybiega za bardzo przed resztę muzyków. Każdy z nas ma 20% udziału w tworzeniu materiału. Oczywiście nie zawsze jest to dokładnie 20%, ale pamiętamy, że w zespole jest miejsce dla każdego. Na "The West Pole" można usłyszeć również wiolonczele, skrzypce i wiele różnych starszych keyboardów, których użyliśmy przy tej okazji. Na wszystko jednak jest miejsce, bo liczy się przede wszystkim efekt końcowy, a nie pokaz zdolności gitarzysty.


Od jakiegoś czasu prowadzisz własny sklep z gitarami. Jak ważną częścią twojego życia jest to przedsięwzięcie? Dlaczego postanowiłeś zająć się tym biznesem?


Cóż, zespół istnieje już 20 lat, więc kiedy Anneke odeszła od nas dwa lata temu, nie byliśmy pewni swej przyszłości. Wszyscy byliśmy zmuszeniu poszukać jakiejś dodatkowej pracy, gdyż wiedzieliśmy, że najpewniej nie będziemy grać koncertów przez najbliższe półtora roku, a rachunki przecież trzeba płacić. Dopiero teraz zagramy nasz pierwszy koncert. Wszyscy mamy przecież domy, rodziny - ja mieszkam z dziewczyną, Hans ma dwójkę dzieci - więc jakieś przychody musimy mieć. Nigdy wcześniej nie mieliśmy takich problemów. Na graniu muzyki nie zarabialiśmy fortuny, ale to, co zarabialiśmy, w zupełności nam wystarczało. Ja postanowiłem sobie, że jeśli mam coś robić, to muszę to robić na poważnie. Zdałem sobie sprawę, że w okolicy mojego domu nigdzie nie ma dobrego sklepu ze sprzętem do grania, więc razem z kolegą, który miał już doświadczenie w tym biznesie, ułożyliśmy biznesplan, pożyczyliśmy pieniądze od banku, i dzisiaj jesteśmy właścicielami sklepu z gitarami. Dodatkowo po 18 latach na scenie człowiek wie już całkiem dużo o graniu. Radzę ludziom, jak zakładać struny, dobierać kostki, wzmacniacze, jakich przewodów używać - całe moje doświadczenie w studiu przy pracy z The Gathering teraz procentuje. Pracujemy od poniedziałku do soboty, od godziny 10.00 do 18.00, więc nie jest łatwo znaleźć czas na zespół. Wiele rzeczy, jakie powstały na tym albumie, robiłem sam w domu w moim małym studiu po godzinach, a teraz dodatkowo zaczynamy grać koncerty, więc jeszcze nie wiem do końca, jak to wszystko pogodzę, ale jakoś się uda, nie mam wyjścia (śmiech).


Jakich gitar używałeś w czasie nagrywania "The West Pole"?


Tak jak już wspominałem, używałem mojego Fendera, gdyż kocham tę gitarę. Nie mam jednak jakiejś swojej ulubionej. Mam gitarę Gibson Custom Shop Classic Les Paul, której dźwięku nie można pomylić z niczym innym. Używałem też gitar Eastwooda. Są bardzo tanie, bo składają je w Tajlandii lub Tajwanie. Nie jestem pewien, ale jest w nich charakter - jakby budowali na nowo stare jazzowe gitary. Mam taką jedną, wygląda podobnie jak Gibson ES-335, ale posiada przetwornik od Gretscha. Dzięki temu dźwięk jest naprawdę niesamowity. Z tego, co wiem, nie robią już tej gitary, a szkoda, bo była bardzo tania i dobra. Kosztowała chyba jakieś 400 dolarów. Nie znaczy to, jak widać, że do niczego się nie nadawała, a wręcz przeciwnie. Dzisiaj można kupić tanie i przede wszystkim naprawdę dobre gitary. Na przykład w sklepie mam gitary Indie czy Squire, które są naprawdę godne polecenia. Oczywiście jeśli porównasz je do Custom Shop Fendera za 4.000 euro, wypadają blado (śmiech). Brzmią inaczej, wyglądają inaczej, nawet pachną inaczej. To tak, jakbyś porównał bardzo dobry samochód do marki Rolls- -Royce’a. Z drugiej strony dobrym samochodem też można jeździć wygodnie. Te gitary dobrze się nagrywa i bez problemu można robić na nich świetną muzykę.


Ile miałeś lat, kiedy zacząłeś grać na gitarze? Jak wspominasz swój pierwszy sprzęt?


Zacząłem trochę późno. Miałem wtedy 15 lat. Moją pierwszą gitarą był stary Hohner. Dorastałem w małym mieście, w którym był tylko jeden sklep z gitarami. Mój pierwszy instrument kosztował jakieś 130 euro, ale to było 20 lat temu... Była to kopia Fendera i bardzo jej nie lubiłem, w pewnym momencie nawet znienawidziłem tę gitarę. Kiedy ją sprzedałem, kupiłem Gibsona Flying V. Niestety potrzebowałem pieniędzy i też musiałem go sprzedać. Teraz tego oczywiście żałuję (śmiech).


Jaki będzie wasz kolejny krok? W jakim kierunku podąża The Gathering?


Sami nie wiemy, na pewno będziemy dalej grać, choć teraz jest z tym sporo problemów. Hans ma dwójkę dzieci, więc nie może już wyjeżdżać na 5- lub 6-tygodniowe trasy koncertowe. Nie może żyć w trybie jeden tydzień w domu, trzy w Ameryce Południowej czy Północnej. Może za jakieś 4-5 lat, kiedy dzieci podrosną, będziemy mogli znowu jeździć na dłuższe trasy. To kawał czasu... Sam rynek muzyczny zmienia się bardzo gwałtownie. Dla nas muzyka często nie smakuje już tak dobrze jak kiedyś. Każdy może nagrać cokolwiek i wrzucić to na MySpace. Nie zrozum mnie źle, po prostu brakuje mi tego uczucia oczekiwania. Pamiętam, jak bardzo się kiedyś denerwowałem przed pójściem do sklepu i kupieniem jakiegoś winyla. Ten moment pierwszego przesłuchania był zawsze bardzo emocjonujący. Dzisiaj album jeszcze się nie pojawił w sklepach, a już można go ściągnąć z sieci tylko dlatego, że jakiś dziennikarz postanowił zrobić sobie żart i wrzucił płytę do Internetu. To wszystko odbiera muzyce tę aurę wyjątkowości. Jeśli chodzi o nas, jakąś muzykę będziemy tworzyć zawsze. Naszym celem teraz jest zagrać trochę koncertów przez najbliższe dwa lata. Zobaczymy, co będzie dalej. Jeśli ludziom spodoba się The Gathering bez Anneke, a słyszałem już wiele opinii pozytywnych na temat Silje, to pewnie będziemy grać więcej gigów. Album zbiera dobre recenzje i nikt nie żali się, że brakuje mu w składzie Anneke. Takie reakcje dają mi energię do działania.

M. Kubicki

GALERIA
Bad Vibrations A Day To Remember

Amerykanie zbyt długo kazali czekać na swój nowy album.

Gramy dalej

8 /10
The Devil Strikes Again Rage

Giganci niemieckiego heavy powracają z nowym krążkiem, w mocno odświeżonym składzie.

Gramy dalej

8 /10
Big Jesus ocena 5
Oneiric
Gatunek: Alternative rock
Divine Touch
Gatunek: Melodic death metal
Intruder
Gatunek: New wave
Zobacz wszystkie