Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Joe Satriani (Chickenfoot)

Joe Satriani (Chickenfoot)

Co może powstać, gdy spotka się ze sobą kilku znanych, a do tego znakomitych muzyków? Gitarowy wirtuoz Joe Satriani, perkusista Red Hot Chili Peppers, Chad Smith, oraz panowie z formacji Van Halen - wokalista Sammy Hagar i basista Michael Anthony - to doprawdy wybuchowa mieszanka!

Razem stworzyli oni supergrupę o nazwie Chickenfoot. Wiele spodziewamy się po tej formacji, w końcu jej skład zobowiązuje... Supergrupa w gwiazdorskiej obsadzie powstała w ubiegłym roku. Skoro w jej skład weszli muzycy ze światowej czołówki, dosłownie wyłuskani z najlepszych amerykańskich zespołów rockowych, to czy przypadkiem nie chodziło tu o czystą kalkulację? Ale muzycy udowodnili, że za ich decyzją kryje się autentyczna chęć wspólnego muzykowania. Spotkali się zupełnie przez przypadek, zagrali jam session i uznali, że muszą po prostu grać razem... Na początek porozmawiamy z Joem Satrianim, gitarzystą Chickenfoot, który opowie nam o genezie powstania formacji i odpowie na nurtujące nas pytanie, skąd wzięła się ta dziwna nazwa... Później Michael Anthony, basista z Van Halen, poda nam przepis, według którego powstał album "Chickenfoot".

Jak doszło do powstania zespołu Chickenfoot?


Sammy’ego i Mike’a znam od dawna. Sześć czy siedem lat temu graliśmy razem w zespole Planet Us. Niestety nie odnieśliśmy spektakularnego sukcesu. Po rozpadzie zespołu straciliśmy ze sobą kontakt. Sam zadzwonił do mnie około półtora roku temu pewnego lutowego wieczoru. Grał koncert w hotelu Palms w Las Vegas i zapytał, czy bym nie przyjechał i nie zagrał z nim jam session na zakończenie występu. Powiedział, że jego gośćmi będą także Mike i Chad Smith. Pomyślałem sobie: czemu nie? Tak więc na zakończenie jego występu zagraliśmy kilka coverów, które wyszły nam rzeczywiście bardzo dobrze, wręcz świetnie! Po koncercie spojrzeliśmy na siebie i pomyśleliśmy z satysfakcją, że było wspaniale!


Jakie covery zagraliście?


Zagraliśmy "Going Down" i "Dear Mr. Fantasy" zespołu Traffic. Na tym mieliśmy w zasadzie skończyć, ale nagle Chad wyskoczył zza bębnów, złapał za mikrofon i powiedział: "Chcecie, żebyśmy jeszcze coś zagrali, prawda?". Popatrzeliśmy po sobie zaskoczeni, ponieważ nie bardzo wiedzieliśmy, co możemy grać, bo przecież nie byliśmy przygotowani na więcej. Ale Chad nas wyręczył i krzyknął: "Zagrajmy coś z Led Zeppelin!" i wskoczył z powrotem za bębny. Tak więc zagraliśmy "Rock And Roll" i poczuliśmy, że płynie z tego bardzo pozytywna energia. Było to na tyle fajne doświadczenie, że postanowiliśmy go nie ignorować. Wkrótce spotkaliśmy się ponownie. Chcieliśmy to powtórzyć, tylko nurtowało nas pytanie, czy następnym razem będzie znowu tak samo. Spotkaliśmy się więc tylko na próbę i okazało się, że gra się nam naprawdę fenomenalnie!


Jakie to uczucie być "tylko" gitarzystą w zespole, a nie instrumentalistą solowym?


To jest wspaniałe! Spełniło się moje marzenie. Mam wrażenie, jakby otworzyły się przede mną zupełnie nowe drzwi. Mogę grać bluesa, R&B, czuję też, że mam dużo więcej swobody. Tworząc utwór instrumentalny, jestem o wiele bardziej ograniczony niż podczas gry w zespole, ponieważ jako gitarzysta solowy muszę stworzyć kompozycję bardziej złożoną - nie może to być zwykły utwór, w którym wokal zastąpiono gitarą. Pisząc utwory instrumentalne, muszę być niesłychanie precyzyjny i ograniczać środki wyrazu. Taki utwór jest trudniej napisać, bo musi być on znacznie bardziej wyrazisty. Teraz gram w zespole z wokalistą i nie spoczywa na mnie już tak duża odpowiedzialność. Mogę się więc nieco wycofać, a tym samym zrelaksować. Nie jestem na pierwszym planie. Poza tym towarzyszy mi absolutnie genialna sekcja rytmiczna, która cały czas podrzuca mi inspirujące pomysły. To wspaniałe uczucie grać z tymi muzykami, powiedziałbym nawet - wyzwalające kreatywność...


Wybacz, ale musimy zapytać, skąd wzięła się nazwa zespołu Chickenfoot... (ang. kurza stopa)


Na początku była to nazwa robocza, może trochę banalna czy nawet głupia, ale w końcu musieliśmy się jakoś nazywać. Mieliśmy zamiar wymyślić coś lepszego później. Dyskutowaliśmy o różnych nazwach, ale żadna z nich nie pasowała do nas tak dobrze jak Chickenfoot. Poza tym w prasie i w Internecie ta nazwa zaczęła już funkcjonować. W końcu stwierdziliśmy, że nie ma sensu zmieniać nazwy, bo ta robocza wersja już się przyjęła i jakoś do nas przylgnęła.


Kiedy na poważnie zaczął się proces pisania wspólnych utworów?


No cóż, pojawił się pewien problem, mianowicie: jak rozpocząć cały proces pisania, odbywania prób, nagrywania w sytuacji, gdy dwóch z nas wyrusza na przykład w światową trasę koncertową. Sam ruszał w trasę z Kennym Chesneyem, a mnie zostały dwa miesiące do wydania nowej płyty "Professor Satchafunkilus And The Musterion Of Rock". Bilety na nasze trasy zostały już wyprzedane, dlatego nie mieliśmy żadnego wyboru. Postanowiliśmy więc, że co dwa miesiące będziemy się spotykać i pracować nad nowym materiałem - każde spotkanie trwało kilka dni. I tak spotykaliśmy się do grudnia. W grudniu weszliśmy do Skywalker Studios, żeby nagrać ostateczną wersję utworów.


Jak zazwyczaj wyglądały wasze sesje?


Najpierw spotykałem się z Sammym i po mniej więcej godzinie mieliśmy gotowe pomysły na cztery czy pięć piosenek. Później szedłem do domu i nagrywałem dość rozbudowane demo, powiedzmy ośmiu utworów. Materiał ten wysyłałem kolegom z zespołu i zazwyczaj otrzymywałem odpowiedź, że cztery kawałki im się podobają, a pozostałe cztery zostały totalnie skrytykowane. Celowo wysyłałem im kilka zestawów piosenek (w ramach sondażu), aby po ich reakcjach i opiniach dowiedzieć się, w jakim kierunku chcą zmierzać jako zespół. Oczywiście nie były to ostateczne wersje utworów - Mike i Chad mieli bardzo duży wpływ na ich końcowy kształt, dorzucając swoje pomysły. Sam wzbogacił wszystko o swoje melodie i teksty, dzięki czemu przeniósł utwory na nowy poziom. W ten sposób dochodziliśmy do czegoś, co miało stać się naszym brzmieniem.


Czyli odkrywanie własnego brzmienia było raczej szybkim i przyjemnym procesem?


Oczywiście, że tak! Tak było na przykład z utworem "Avenida Revolution". Zostawiłem chłopakom demo tego utworu i pojechałem w trasę koncertową. Potem dowiedziałem się, że zarezerwowali sobie studio i wokół mojej gitary, zarejestrowanej w domu, nagrali cały utwór. Wysłali mi praktycznie gotową piosenkę. Byłem pod wielkim wrażeniem tego, co zrobili. Powstał wspaniały utwór. Jedne kawałki powstawały z szybkością błyskawicy, z innymi zaś grzebaliśmy się dłużej. Były też takie, do których wracaliśmy co kilka miesięcy i graliśmy je w zupełnie innych wersjach. Jak widać, do kwestii komponowania materiału na nasz debiutancki krążek podchodziliśmy całkiem na luzie, nie mając ustalonych sztywnych reguł pracy. Raz ja wymyślałem muzykę, a Sammy melodie i teksty. Innym razem Chad i Mike angażowali się w proces komponowania. Na etapie aranżacji każdy z nas miał coś do powiedzenia. No i oczywiście wielki wpływ na całość miał nasz producent, Andy Johns, i to właśnie do niego należało ostatnie słowo.


Czyli nie mieliście żadnych starć i konfliktów ego? Przecież mówimy tu o współpracy kilku wielkich osobowości...


Nigdy nie mieliśmy problemów tego rodzaju. Każdy z nas ma już spory dorobek, mamy swoje kariery, z których nie zamierzamy rezygnować. Nie musimy sobie nawzajem niczego udowadniać. Traktujemy ten projekt jako artystyczną przygodę i jeśli coś z niego wyjdzie, będzie to bardzo miła wisienka na naszym torcie. W pewnym sensie traktujemy ten projekt jako odskocznię od swej codziennej pracy, a niekiedy też jako wakacje. Z drugiej strony podchodzimy do sprawy bardzo poważnie, co wymaga jednak od nas sporo wysiłku. Ale wszystko dzieje się w sposób naturalny, bez ponaglania, słowem: nic nie robimy na siłę. Na ten projekt wyłożyliśmy własne środki finansowe, nie robimy tego pod szyldem żadnej wytwórni. Na pewno nie zrobiliśmy tego dla pieniędzy, bo to my musieliśmy je wyłożyć.


Dlaczego zdecydowaliście się nagrywać w Skywalker Studios? Nie jest to typowe miejsce dla zespołów rockowych...


Skywalker Ranch to niesamowicie piękne miejsce. Idealne do nagrywania płyty. Po raz pierwszy pojechałem tam w 1988 roku, żeby nagrywać z Mickiem Jaggerem. Na tej samej ulicy mieści się studio The Site, gdzie kiedyś nagrałem kilka płyt, dlatego ta okolica jest mi dobrze znana. Poza tym miejsce jest oddalone jakieś czterdzieści pięć minut jazdy samochodem od mojego domu, co jest mi bardzo na rękę. No i, co najważniejsze, można tam znaleźć wielu kreatywnych ludzi. Pracuje tam około stu osób, które siedzą w swoich małych biurach i zajmują się produkcją filmów i muzyki. Samo studio jest olbrzymie i może pomieścić nawet największą orkiestrę na świecie. Jest w nim rzeczywiście dużo miejsca do pracy, ale są też małe pomieszczenia, w których można się zamknąć i pograć samemu. Można tam znaleźć wszystko - nie tylko dobry sprzęt, ale też dobrą radę i dobre jedzenie. Jest nawet sklep z upominkami, w którym można kupić miecz laserowy z "Gwiezdnych Wojen"!


Czy George Lucas odwiedził was podczas którejś sesji nagraniowej?


Tak, raz nas zaszczycił swoją obecnością. Jamowaliśmy sobie, gdy nagle wszedł i powiedział po prostu: "Hey, Joe!". To było bardzo dziwne, móc spotkać go na żywo. Widać, że lubi, kiedy w jego studiu dużo się dzieje. Uwielbia, kiedy przyjeżdżają tam zespoły - jest ich niewiele, może dlatego, że miejsce to uważane jest za elitarne... Lucas jest bez wątpienia wielkim fanem muzyki rockowej.


Czy podczas ostatniej sesji nagrywaliście wszystko razem jako zespół?


To ciekawe, że o to pytasz. Wszystko nagraliśmy bez żadnych tracków z nagranym rytmem lub nawet klikiem, graliśmy wszyscy we czwórkę jednocześnie. Andy’emu Johnsowi bardzo zależało, żeby uchwycić klimat gry na żywo. Ja zaś powiedziałem: "wszyscy czterej", bo Sam stwierdził, że "nie powinno tu zabraknąć jego wokalu". Uzasadniając to, powiedział: "A jeśli to będzie ostateczna wersja? Jeśli akurat uda mi się zaśpiewać genialnie?". No i w ten sposób się to wszystko odbyło.


Jakiego sprzętu używałeś przy nagrywaniu tej płyty?


To zależy od konkretnego utworu. W niektórych użyłem własnego zestawu koncertowego. W utworach "Oh Yeah", "Soap On A Roap", "Future In The Past" i "Avenida Revolution" grałem na Ibanezie JS1000, używałem efektów Voxa: Satchurator i Time Machine. Zwykle przy nagrywaniu płyty nie rejestruje się efektów bezpośrednio na taśmę. Ale ja nie wiedziałem, że rejestrujemy ostateczną wersję i sądziłem, że nagrywamy tylko na próbę. W każdym razie wszystko przechodziło przez wzmacniacz Peavey JSX 120 z jednym zestawem głośnikowym 4×12". Podłączyliśmy mikrofony, jakie były pod ręką, bo nikt się nie spodziewał, że to pójdzie na płytę. Ponieważ nagrywaliśmy bez kliku, całość była pełna autentycznej, organicznej energii - słychać, że czterech gości w studiu tworzy muzykę na żywo. Zachowaliśmy więc gitary w lewym kanale, potem przy dogrywkach chcieliśmy umieścić coś ciekawego w prawym. Były to B3, gitara akustyczna czy elektryczny Rickenbacker z dwunastoma strunami... W utworze "Sexy Little Thing" gram na Ibanezie JS6 przestrojonym do D. Zarówno solówka, jak i partie rytmiczne zostały nagrane za pierwszym podejściem. Później za pomocą Pro Toolsa przesunęliśmy solówkę bardziej do centrum. W ten sposób pole stereo było bardziej zbalansowane. Dzięki temu za każdym razem, kiedy kończyła się moja partia rytmiczna w wersji oryginalnej, robiłem dogrywkę, tak żeby wszystko miało ręce i nogi. Później, dla śmiechu, dograliśmy jeszcze banjo, które bardzo rozjaśniło brzmienie.


Czy przy nagrywaniu płyty użyliście także wzmacniacza Peavey JSX 50? Wydaje się, że jest on wprost stworzony dla tego składu...


Drugiego dnia w studiu Sama pojawił się pierwszy prototyp Peaveya JSX 50. Wyjęliśmy go z pudła, podłączyliśmy, i okazało się, że to jest właśnie to! Właściwie wszystkie kawałki zostały nagrane przy jego pomocy. Mnie wzmacniacze 50-watowe kojarzą się z rockiem z lat 70., dlatego sprzęt pojawił się w samą porę. To brzmienie słychać wyraźnie w utworach "Learning To Fall", "My Kinda Girl" i "Sexy Little Thing".


Czy zespół Chickenfoot będzie grać dalej, czy był to tylko jednorazowy projekt?


Mam wielką nadzieję, że będziemy grać dalej! Myślę, że moglibyśmy razem wydać co najmniej kilka płyt. Na razie planujemy trasę promującą nasz debiutancki album i zobaczymy, co będzie dalej.

Charlie Griffiths
Zdjęcia: Jesse Wild

GALERIA
Snakes of Eden CETI

Dwa lata po znakomitym albumie "Brutus Syndrome" CETI powraca z kolejnym mocnym uderzeniem zatytułowanym "Snakes Of Eden".

Gramy dalej

9 /10
Revolution Radio Green Day

Green Day jaki jest, każdy widzi (a właściwie słyszy).

Gramy dalej

8 /10
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Ghost ocena 9
Popestar
Gatunek: Heavy metal
Breaking Habits
Gatunek: Rock
Zobacz wszystkie