Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Hansi Kürsch (Blind Guardian)

Hansi Kürsch (Blind Guardian)

Grupa Blind Guardian jest jednym z najbardziej zasłużonych przedstawicieli europejskiego power metalu, mającym na swoim koncie takie dzieła, jak "Follow The Blind", "Tales From The Twilight World" czy "Nightfall In Middle-Earth". Postanowiliśmy porozmawiać z Hansim Kürschem, wokalistą kapeli, który wcześniej pełnił także obowiązki basisty.

Niemal wszystkie wasze teksty są w ten czy inny sposób powiązane z prozą Tolkiena czy Stephena Kinga. Dlaczego właśnie ta tematyka jest dla was tak atrakcyjna?


Wiesz, te książki naprawdę mnie zajmują nawet potem, jak je już przeczytałem. Nakręcają moją wyobraźnię. Już na początku istnienia zespołu pomyślałem sobie, że skoro ta tematyka tak mnie fascynuje, to może warto zainteresować nią również naszych słuchaczy. Upiekliśmy dwie pieczenie na jednym ogniu (śmiech).


Zaczynaliście swoją karierę jako Lucifer’s Heritage (Dziedzictwo Lucyfera). Nagraliście już wtedy nawet trochę materiału pod tym szyldem. Dlaczego postanowiliście go zmienić? Czy były jakieś naciski ze strony wydawcy? I jak zrodził się pomysł na nazwę Blind Guardian?


Nie tyle naciski, co prośby ze strony wytwórni. Uważali, że taka nazwa nie pasuje do rodzaju muzyki, jaką gramy. Za bardzo spychało nas to w stronę black metalu, który panował niepodzielnie w latach 80. Nie byliśmy z tą nazwą jakoś emocjonalnie związani, więc specjalnie się nie opieraliśmy. Wkrótce potem zaczęliśmy się zastanawiać nad różnymi nowymi możliwościami. Najpierw wpadliśmy na pomysł, żeby ułożyć coś podobnie brzmiącego do nazwy Metallica, ale ludzie nie byli tym zachwyceni, więc szybko zmieniliśmy tę koncepcję. Jesteśmy, i tak na dobrą sprawę zawsze byliśmy wielkimi fanami zespołu Fates Warning. Nagrali oni w tym czasie płytę o nazwie "Awaken The Guardian". Pamiętam, że bardzo nam się wtedy spodobało słowo "guardian" (z ang. opiekun) i chcieliśmy je jakoś wykorzystać. Samo "guardian" już pasowało do naszej muzyki, ale czuliśmy, że mimo wszystko czegoś w tej nazwie jeszcze brakuje. Ktoś wtedy wymyślił, żeby postawić "blind" (z ang. ślepy) na początku. Dało to fanom pole do interpretaji i zarazem dobrze brzmiało - czegóż chcieć więcej? (śmiech).


W 1998 roku nagraliście album "Nightfall In Middle-Earth". Uważa się go dzisiaj za wasze największe osiągnięcie muzyczne. Zgadzasz się z tym zdaniem?


(śmiech) Cóż, zgadzam się w pełni, gdyż moim ulubionym albumem jest właśnie "Nightfall In Middle-Earth". Jego tematyka, teksty i muzyka są na bardzo wysokim poziomie i tworzą idealną mieszankę. Była to najlepsza muzyka, jaką mogliśmy na tamten czas stworzyć jako Blind Guardian. To zmusiło nas jednocześnie do poszukania potem jakichś innych kierunków rozwoju, gdyż wiedzieliśmy, że tego krążka nie przeskoczymy, a nie ma sensu przecież się powtarzać. Sama płyta utrzymana jest w dość ciepłej atmosferze, mimo iż opowiada bardzo ciężką i głęboką historię. Udało nam się jednak utrzymać równowagę pomiędzy tymi nastrojami. Byłem i nadal jestem bardzo zadowolony z tego, jak połączyliśmy nasze grafiki, teksty i pomysły z historią Tolkiena. Na dzień dzisiejszy jest to więc zdecydowanie nasza najlepsza płyta, ale przecież z drugiej strony nadal tu jesteśmy i ciągle próbujemy stworzyć coś jeszcze lepszego. Nie jest jednak łatwo (śmiech).


"Nightfall..." był muzyczną interpretacją "Silmarillionu" Tolkiena. Czy lubisz opowiadać różne historie przy pomocy muzyki, tak jak on to robi, pisząc?


Oczywiście że tak, ale często przy tym nadużywam twórczości tych pisarzy. Zawsze rzeczy, które piszę, są wyłącznie moje, ale nie da się ukryć, że prawie każdy nowy projekt powstaje pod wpływem czegoś, co już kiedyś przeczytałem. Tak naprawdę to dopiero muzyka budzi we mnie te obrazy, ale w każdej naszej piosence w warstwie tekstowej ten element jest wyraźnie wyczuwalny. Nawet jeśli utwór nie ma nic wspólnego z opowiadaniem historii czy też technicznie podąża w innym kierunku, to czasami nawet nieświadomie próbuję go tak uformować, żeby nie stracić charakteru opowieści. Naturalnie nigdy nie robię tego na siłę. Tak jakoś mi po prostu wychodzi.


W waszej muzyce można znaleźć wiele odniesień do twórczości zespołu Queen. Czy dokonania Freddiego Mercury’ego nadal są dla ciebie źródłem inspiracji?


Pewnie, że tak! Czasami on, a czasami osiągnięcia całego zespołu odciskają piętno na naszej muzyce. Muzycznie i stylistycznie byliśmy bardzo różni, ale jest on nadal moim ulubionym wokalistą. Zawsze staram się brać z różnych rzeczy to, co mnie interesuje. Zakładając zespół, szukasz jakichś idoli i przeważnie zaczynasz grać to, co oni. Queenów słucham od 18 roku życia i nigdy nie przestałem. Czasami puszczam sobie tylko jakiś fragment, innym razem całą dyskografię, ale zawsze ta muzyka jest ze mną. Dzisiaj, kiedy coś nagrywamy, niektóre rzeczy dzieją się bezwiednie.


W swoim czasie Queen przełamał wiele muzycznych stereotypów i granic. Jest to też waszym celem, czy może czujesz, że po tylu latach już go osiągnęliście?


Patrząc dzisiaj na scenę metalową i to, jak bardzo niektórzy ludzie upierają się wciąż przy robieniu ciągle tej samej muzyki, mógłbym chyba zaryzykować stwierdzenie, że tak. Osiągnęliśmy już bardzo dużo i przełamaliśmy wiele stereotypów. Muzycy z Queen sprzedali nieporównywalnie więcej albumów niż my, więc ciężko jest mi to jednoznacznie stwierdzić. Nadal uważam ich za mistrzów, a nas samych za pokornych uczniów.


Wasz ostatni album miał swoją premierę w 2006 roku. Od tego czasu minęło już kilka wiosen. Dlaczego każecie tak długo czekać na swój nowy longplay?


To nasz naturalny cykl i tego nie można przyspieszyć. Staramy się nigdy nie tworzyć pod presją, bo wtedy odzieralibyśmy nasze utwory z ich oryginalności. Aby wszystko dopracować, potrzeba czasu. Dzięki temu, kiedy usłyszysz jeden utwór Blind Guardian, możesz mieć pewność, że on będzie wyjątkowy. Weź na przykład którekolwiek siedem minut z albumu "Nightfall In Middle-Earth". Naprawdę rzadko znajdziesz tam jakiekolwiek powtarzające się elementy. Niewiele zespołów już pracuje w ten sposób. Mają inne podejście do tworzenia muzyki niż my, dzięki czemu wypuszczają nowy krążek średnio co 18 miesięcy. W Blind Guardian to nigdy nie przejdzie. Potrzebujemy co najmniej 18 miesięcy na napisanie wszystkich utworów, potem 6 na produkcję i kolejne 12 na trasę koncertową. Nas to jednak kręci i nigdy jeszcze żaden projekt nam się nie znudził w czasie pracy nad nim.


Kiedy więc usłyszymy od was coś nowego? Będzie to wasz długo zapowiadany album z orkiestrą czy może zaskoczycie nas czymś zupełnie innym?


Nad tym albumem pracujemy tak na dobrą sprawę już od czasu "Nightfall In Middle-Earth", więc już przeszło 10 lat. Możliwe, że uda nam się doprowadzić ten projekt do końca w roku 2010 lub 2011, ale z pewnością nie będzie to nasz następny album, tylko kolejny po nim. Co prawda mamy już umówioną sesję nagraniową z orkiestrą na pierwszą część tej płyty, ale będę musiał jeszcze w swoim czasie nagrać wokale i dopiero potem wspólnie pomyślimy, na kiedy zaplanować nagranie drugiej części materiału. Tymczasem światło dzienne ujrzy nasz nowy projekt, nad którym pracujemy już od jakiegoś czasu. Będzie to zdecydowanie cięższy i bardziej pompatyczny materiał niż nasze poprzednie utwory. Myślę, że ludzie będą zaskoczeni tym krążkiem. Jest gdzieś pomiędzy tym, co można usłyszeć na "And Then There Was Silence" i "Nightfall In Middle-Earth".


Do czasu albumu "Nighfall In Middle-Earth" to ty grałeś w zespole na basie. Ciężko ci było koncentrować się na dwóch rzeczach jednocześnie? Dlaczego zrezygnowałeś z tego instrumentu?


Cóż, zawsze było mi bardzo ciężko pogodzić te dwie rzeczy. Po kilku trasach koncertowych już zrozumiałem, że nie potrafię zagrać pewnych rzeczy w odpowiedni sposób. Na przykład partie basowe, które grałem przy okazji promowania albumu "Imaginations From The Other Side" były co najmniej nieodpowiednie dla tego albumu, wyeksploatowane i bez jakości. Moja gra była na bardzo niskim poziomie, a nawet utrzymanie tego poziomu stanowiło dla mnie wyzwanie. Dlatego już przy okazji "Nightfall In Middle-Earth" skontaktowałem się z Oliverem Holzwarthem, który jest dla mnie najlepszym niemieckim basistą. Dał on nam wtedy wprost idealną linię basu. Robił na gitarze rzeczy, których ja bym nigdy nie powtórzył w trasie. Poprosiliśmy go więc, żeby został z nami na czas promowania albumu, i pomaga nam do dziś. Jeśli dokładnie przyjrzysz się momentom, kiedy to ja grałem na koncertach, zauważysz od razu, że przestawałem wtedy dobrze śpiewać. W wielu przypadkach słychać też, że dźwięk mojego instrumentu jest nieco inny od tego, jaki produkował zespół, a przecież należy iść z zespołem. Ja natomiast podążałem w różnych kierunkach, tylko nie w tych, co trzeba... Dlatego postanowiłem zrezygnować z gry na basie.


Jak długo pracowałeś nad swoim głosem?


Tak naprawdę to nadal nad nim pracuję. Kiedy zaczynałem grać w zespole, byłem tylko zwykłym wokalistą i bardziej skupiałem się na grze na basie. Zwłaszcza przy okazji naszej pierwszej płyty "Battalions Of Fear". W studiu jednak szybko okazało się, że ciężko by nam było znaleźć wokalistę śpiewającego w podobnym stylu do mojego. Jako że moje gitarowe zdolności w porównaniu do wokalnych były ograniczone, zacząłem przywiązywać trochę większą wagę do śpiewania. Wtedy jednak jeszcze nic nie robiłem, żeby poprawić swój głos, więc rezultaty były mizerne. Dopiero przy "Tales From The Twilight World" zaszła we mnie jakaś przemiana. Zacząłem regularnie ćwiczyć, zapisałem się na lekcje śpiewu, a bycie wokalistą stało się moim głównym zajęciem. Najbardziej oczywiście ucierpiał na tym mój bas. Nie ćwiczyłem gry na nim już tak często jak wcześniej. Moje zdolności wokalne rosły, ale gitarowe pozostawały na tym samym poziomie. Na dzień dzisiejszy mam wrażenie, że jeszcze nie osiągnąłem granicy moich możliwości wokalnych.


Jakiś czas temu wspólnie z Jonem Schafferem z Iced Earth założyłeś zespół Demons & Wizards. Skąd pomysł na taki projekt?


Cóż, przede wszystkim chcieliśmy połączyć w tym projekcie to, kim jesteśmy i co obaj robimy w swoich macierzystych zespołach. Można powiedzieć, że ja jestem bardziej mistykiem, więc moja część to "wizard", natomiast Jon to mroczna i demoniczna strona zespołu, więc jego część to "demon". Spodobało nam się połączenie tych dwóch pomysłów. Poza tym bardzo zawsze podobał mi się album "Demons & Wizards" zespołu Uriah Heep, lecz nie to zaważyło na nazwie zespołu. Niemniej jednak te przydomki bardzo pasują do nas i naszych charakterów. Pasują również do muzyki, gdyż to, co gramy, jest połączeniem pewnych elementów z Blind Guardian i Iced Earth. Zupełnie jak Yin i Yang. Muzycznie jest to mieszanka naszych upodobań z zespołów, w których gramy na co dzień, jednak tekstowo nie łączymy się z żadnym z nich. Jon pisze muzykę zupełnie inaczej niż André. Jeden skupia się bardziej na rytmie, drugi na melodii, ale mnie to odpowiada i odnajduję się przy nich bez problemu. Między Jonem i mną jest jednak zawsze jakaś chemia i za każdym razem, kiedy się spotykamy, mamy furę nowych pomysłów.


Czy grasz jeszcze czasem na basie, czy jesteś już zupełnie pochłonięty śpiewaniem?


Czasami grywam trochę na zwykłej gitarze, gdy komponuję jakiś utwór, ale prawie nigdy nie sięgam już po bas. Nie ma takiej potrzeby. Może kiedyś przy okazji jakiegoś koncertu w ramach zabawy zagram jeszcze jakiś utwór, ale na dłuższą metę nie mam ochoty wracać do tego instrumentu.


Jak to się w ogóle stało, że zainteresowałeś się graniem na gitarze?


Tak naprawdę to zaczynałem od grania na trąbce, dopiero potem przyszła gitara. Na początku nie paliłem się do tego jakoś specjalnie. Z czasem dopiero zaczęło mnie to bardziej interesować. Naukę rozpocząłem od gitary akustycznej, ale że nigdy jakoś nie było mnie stać na elektryczną, to brzdąkałem sobie tylko jakieś znane mi kawałki. Kilka lat później zrozumiałem, że dźwięk gitary może być przecież tak samo ekspresywny i pełen emocji jak śpiew, więc wciągnąłem się w to jeszcze bardziej. Jeśli jednak chodzi o mój wybór, to zawsze, patrząc na te wszystkie zespoły metalowe i hardrockowe, bardziej podziwiałem wokalistów i gitarzystów prowadzących niż perkusistów i basistów. Grałem więc sobie na gitarze do czasu, kiedy spotkałem André. Potrzebował on wtedy do swojego zespołu wokalisty i basisty. Zaproponował mi współpracę, więc przerzuciłem się na bas i zacząłem również śpiewać. Wtedy jeszcze mój głos nie był za dobry, ale bardzo chciałem spróbować swoich sił.


Często nakładasz na siebie kilka ścieżek z wokalem, dzięki czemu ma się wrażenie, że stoi za tobą cały chór. Niektórzy twierdzą, że takimi zabiegami przyćmiewasz grę swoich kolegów...


Jak mam być szczery, to jest zupełnie na odwrót - to warstwa muzyczna przyćmiewa wokal. Nie da się obejść tej ściany dźwięku samym śpiewem. Za dużo rzeczy dzieje się na tym poziomie. Wszystkie te linie melodyczne, skale i tonacje sprawiają, że czasami równie dobrze mógłbym śpiewać zwykłym głosem, bo i tak nie miałoby to znaczenia. Dlatego między innymi stosuję takie zabiegi, żeby wyciągnąć wokal do poziomu muzyki. Już przy okazji "A Night At The Opera" dwoiłem się i troiłem, żeby wyjść ponad warstwę muzyczną, choć na ogół nie jest to moim zamiarem. Kiedy trafiają do mnie utwory, są one już zazwyczaj skończone pod względem muzycznym i nie da się tam wtedy dodać prostego wokalu. W większości zespołów jest już trzon, do tego nagrywa się wokal i jakieś ozdobniki, ale w tle zazwyczaj pozostaje cisza. Czasami tylko gdzieniegdzie pojawia się gitara czy jakaś melodia, która współgra z wokalem. U nas natomiast tą melodią, która współgra z wokalem, jest właśnie główna linia melodyczna gitar. Jest tam bardzo mało miejsca na mój głos.


Co tak naprawdę fascynuje cię w świecie Blind Guardian?


Nie ma w nim granic. Czasami to naprawdę działa jak magia. Zaczynaliśmy przecież bez większych planów i oczekiwań. Czasami nie ma w tym świecie nic, innym razem jest uczta możliwości, którą trzeba ochraniać przed wszystkimi złymi mocami, które czają się w ciemnościach. Poświęcasz temu swój czas i energię, opiekujesz się tym, żeby potem zobaczyć efekty swojej pracy. To daje mi zawsze dużego kopa. Nigdy nawet nie pomyślałem, że mam już dość tej cholernej roboty. Nawet kiedy jeszcze grałem na basie, koncerty były dla mnie pewną formą medytacji. Jest to pewien zawód, który wykonujesz. Masz nad nim trochę kontroli, ale też nie do końca możesz wszystko przewidzieć, co na swój sposób jest wspaniałe. Nie wiem, co się wydarzy jutro. Może skończą mi się pomysły na tworzenie muzyki i będę musiał wtedy znaleźć sobie jakąś dobrą wymówkę... (śmiech). Czasami i tak się przecież dzieje. Nie jest to praca jak w fabryce, gdzie ciągle robisz w kółko to samo i wiesz dokładnie, jak pewne rzeczy działają. W tym biznesie każdego dnia powstaje coś nowego.

M. Kubicki

Popestar Ghost

Jako jeden z nielicznych w redakcji naszego magazynu uparcie bronię Ghost.

Gramy dalej

9 /10
Breaking Habits Meller Gołyźniak Duda

Wreszcie doczekaliśmy się polskiej supergrupy z prawdziwego zdarzenia. Nie jakiejś tam odpustowej zgrai muzykantów do kieliszka, ale ekipy złożonej...Gramy dalej

8 /10
Testament ocena 8
Brotherhood of the Snake
Gatunek: Thrash metal
When The Smoke Clears
Gatunek: Hardcore
Shklo ocena 7
Shklo Music
Gatunek: Alternatywa
Zobacz wszystkie