Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Anders Nyström (Katatonia)

Anders Nyström (Katatonia)

Katatonia to nie tylko medyczny termin na zaburzenia motoryki, ale może przede wszystkim nazwa szwedzkiego zespołu, który konsekwentnie przez ostatnie 18 lat zyskuje na popularności i właśnie wydał swój ósmy studyjny album. Z gitarzystą i jednym z założycieli zespołu Andersem Nyströmem rozmawiamy o muzyce, inspiracjach, wzlotach i upadkach jego kapeli.

Katatonie założyliście jakieś 18 lat temu, to spory kawałek czasu. Czy był jakiś moment w waszej kariery, który wyjątkowo zapał ci w pamięć?

Prawdopodobnie najbardziej pamiętnym momentem był ten, w którym zauważyłem i wziąłem do ręki nasz pierwszy debiutancki album. Leżał on wtedy w specjalnym metalowym kuble w sklepie z płytami w Sztokholmie. Był to jedyny prawdziwy cel, jaki wtedy miałem i udało mi się go osiągnąć. Nagrałem własną płytę, udało mi się ją wydać i znalazłem mój krążek w sklepie obok wszystkich tych wykonawców, którzy byli dla mnie inspiracją. Oczywiście od tego czasu miałem wiele podobnych chwil i przeżyć. Same trasy koncertowe nie są przecież czymś, co się bierze za pewnik w życiu. Spotkałem wielu wspaniałych ludzi i odwiedziłem liczne zakątki tego świata, więc jest to wspaniała przygoda, która jeszcze się nie skończyła. Na pewno nie odjeżdżamy już w stronę zachodzącego słońca.

Zaczynaliście jako kapela grająca doom metal. Dzisiaj określa się waszą muzykę mianem depresyjnego rocka. Jak jednak ty sam opisałbyś waszą twórczość?

Nigdy nie przejmowałem się takimi uogólnieniami i nie zależało mi na tym, do jakiego worka ludzie wrzucą Katatonie. Nigdy nie interesowało mnie też, z jakiego nurtu wychodzimy i gdzie jest nasze miejsce. Dzisiaj istnieje dla mnie tylko podział na dobrą i złą muzykę. Rozumiem jednak, do czego zmierzasz, sama metka nie oddaje przecież charakteru i jakości muzyki. Jeśli więc musiałbym się pokusić o opisanie dźwięków, jakie tworzymy w Katatonii osobie, która nigdy wcześniej nie słyszała naszego materiału, powiedziałbym jej, że gramy ciężką, mroczną i nastrojową muzykę, która ma swoje korzenie w rocku i metalu. Ponadto czerpiemy również z muzyki alternatywnej, którą mieszamy z naszym brzmieniem. Ogólnie rzecz biorąc wydaje mi się, że nasze melodyjne partie są czymś, z czym ludzie mogą się łatwo uosobić. Najczęściej jednak osoby powiązane ze sceną metalową, która nadal myśli bardzo wąskotorowo, mają nam wiele do zarzucania z tego powodu. Oskarżano nas już wielokrotnie o granie zbyt lekkiej, lub za bardzo popowej muzyki. Jednocześnie ci sami zatwardziali metale, którzy wygadują takie rzeczy urządzają sobie headbanging do jakiś śmiesznych melodyjnych riffów, tak długo jak ich zespół określa się mianem metalu, a image danego składu odpowiada temu od górnie założonemu. Czasami naprawdę się zastanawiam jak to wszystko działa, bo przecież, jeśli byśmy przełożyli te niektóre melodie na brzmienie popowe, techno, czy jakiekolwiek inne nuta po nucie, stałoby się oczywiste jak słabe, radosne i melodyjne mogą być pewne utwory sceny metalowej. Często bardzo szybko wyłapuje takie elementy, ale mam przy tym wrażenie, że wszyscy inni chyba mają to głęboko gdzieś do chwili, kiedy zrobi im się autentyczną przeróbkę danego utworu na wersję pop. Wtedy dopiero to załapują i od razu odrzucają oryginał. To samo tyczy się fanów muzyki pop. Perspektywa usłyszenia ciężkiej gitary nadal odstrasza ich tak bardzo, że z zasady uznają muzykę metalową za niewartą uwagi. Dlatego, że poziom zniekształceń jest dla nich za duży nie zwracają oni uwagi nawet na te dobre kawałki. Próbuje chyba powiedzieć, że gdyby ludzie przykładali mniejszą wagę do gatunków odkryliby, że dobrą muzykę można znaleźć wszędzie. Jeśli więc jakiś zespół odważy się na połączenie najlepszych elementów ze wszystkich mu dostępnych, daję on tylko nam bogatsze brzmienie, na którym powinno zależeć wszystkim.

Nazwa waszego zespołu pochodzi o pewnego dość przykrego terminu medycznego. Kto ją wymyślił i czym dzisiaj jest dla ciebie Katatonia?

Obawiam się, że już nie pamiętam, który z nas na to wpadł i skąd pojawił się nawet taki pomysł. Czuliśmy jednak, że nazwa ta doskonale pasuje do muzyki, jaką tworzymy. Dzisiaj może nawet bardziej niż wtedy.

Co próbujecie osiągnąć grając właśnie taką muzykę? Na budzeniu, jakich uczuć u waszych słuchaczy zależy wam najbardziej?

Lubię zabierać naszych słuchaczy w inne rejony świadomości. Chcę dać im możliwość ucieczki na swego rodzaju polanę, na której nie będą nawiedzać ich żadne smutki czy zmartwienia życia codziennego. W oparciu, więc o definicje słowa "katatonia" i liczne historie, jakie słyszymy od naszych fanów o tym, czym dla nich jest nasza muzyka i w jaki sposób pomogła im się uporać z problemami w ich życiu, lubię myśleć, że odwalamy kawał dobrej roboty reprezentując ten zgoła bardzo negatywny termin medyczny.

Który wasz album jest dla ciebie najważniejszym i dlaczego?

Nie potrafiłbym wskazać takiego albumu i przedłożyć go nad inny, ponieważ wszystkie nasze produkcje mówią o czymś równie sobie ważnym. Są one filarami naszej kariery. Czasami oczywiście jestem bardziej bliski jednemu czy drugiemu, ale jest to coś, co się zmienia z dnia na dzień. Co więcej, nigdy nie mam nawet dwa razy takiego same podejścia do danego utworu kiedy gramy na żywo podłączeni do tych wszystkich pudeł. Mimo to myślę, że łatwiej by mi było już wybrać jakieś konkretne utwory niż cały album, jeśli bym się nad tym naprawdę skupił.

Tematy, które poruszacie w waszych tekstach są często bardzo przykre i pozbawione nadziei. Dlaczego kreujecie właśnie taki świat?

Nie wydaje mi się żebyśmy go kreowali. Powiedziałbym raczej, że opisujemy to, co już jest wokół nas.

Nie ulega wątpliwości, że wasza muzyka jest bardzo emocjonalna. Czy w życiu codziennym często kierujesz się emocjami?

Powiedziałbym, że tak i nie. Nie wszystko jest przecież czarne i białe. W życiu często poruszamy się po różnych odcieniach szarości. Czasami jest się bliżej białego końca skali, aby za chwile znaleźć się przy czarnym. Zawsze szukam równowagi pomiędzy tymi dwoma punktami, ale jak się można łatwo domyślić życie bardzo często weryfikuje nasze plany i krążymy po tym spektrum niczym rozwrzeszczani ludzie na kolejce górskiej.

Dlaczego zostałeś muzykiem?

Aby odpowiedzieć na to pytanie musiałbyś się cofnąć do lat 80-tych. Pierwsza iskra zatliła się we mnie, kiedy miałem tylko 30 watowy wzmacniacz Gorilla z naklejką, na której było napisane "It will knock your socks off!’ (z ang. aż ci pospadają skarpetki z nóg!) i klona Gibsona Les Paul od Freshera. Wtedy wielbiłem Judas Priest, w którym grali Downing i Tipon. Ich harmoniczne prowadzenie zakrzewiło we mnie miłość do dźwięków gitary. Niedługo potem odkryłem też Wolfa Hoffmana z zespołu Accept i na nim skupiłem całą swoja uwagę. Wszystko to razem przyczyniło się do tego, że w ogóle wziąłem do ręki gitarę i zapragnąłem zostać gitarzystą. Myślę, że ówczesne brzmienie gitary Hoffmana było niezwykle innowacyjne jak na tamte czasy. Jego podtrzymywanie dźwięku i brutalny ton były czymś nowym dla heavy metalu. Partie, które wykonywał miały na mnie tak duży wpływ, że wiele lat potem wysłałem mu maila, na którego, co mnie bardzo pozytywnie zaskoczyło, odpowiedział załączając wyczerpujący opis tego, z czego wtedy korzystał i jak udawało mu się osiągać takie dźwięki. Była to dla mnie wspaniała chwila i zrobiło mi się bardzo miło z tego powodu. Później jeszcze dużo czerpałem z dokonań Fields of the Nephilim, zwłaszcza w zakresie implementacji opóźnień i mieszania czystych dźwięków z tymi brudnymi. Dało nam to bardzo świeże brzmienie, jako że szliśmy wtedy jeszcze bardziej w stronę metalu. Największe jednak w życiu wrażenie zrobił chyba na mnie chyba Greg Mackintosh z Paradise Lost. Ten facet ma w swoich palcach brzmienie, które powinien zastrzec sobie znakiem handlowym.

Co wpływa na kształt waszej muzyki?

Wszystko począwszy od życia, przez sukcesy, porażki, przypadek i wiarę, na śmierci kończąc.

Co sprawiło, że w 1996 roku istnienie Katatonii stanęło pod znakiem zapytania? Byliście zmęczeni sobą, czy może coś innego zaważyło?

Chyba tak można to ująć. Byliśmy jeszcze wtedy młodzi i szukaliśmy różnych dróg rozwoju metodą prób i błędów. Wtedy wydawało nam się, że ta przerwa w istnieniu zespołu trwała wieki, ale już rok po wydaniu naszej ostatniej wtedy płyty przed rozłamem ukazał się album Brave Murder Day.

Czy mieliście kiedykolwiek jakiś punkt zwrotny w waszej karierze?

Patrząc na to z punktu widzenia muzyki, to na pewno był nim album Discouraged Ones. Był to krążek, który jak sadze przetarł drogę wszystkim naszym kolejnym. Była to dla nas duża zmiana gdyż pozbyliśmy się charakterystycznego growlu na rzecz czystego wokalu. Jeśli natomiast spojrzymy na komercyjny punkt zwrotny zespołu to myślę, że ma on miejsce właśnie teraz. W przeciwieństwie do niektórych zespołów my nigdy nie byliśmy na szczycie i nie podnosiliśmy się po upadku. Nadal od wielu lat konsekwentnie pniemy się w górę. Każdy następny album sprzedaje się lepiej niż poprzedni, więc możemy tu mówić również o stałym wzroście popularności. Katatonia nie jest zespołem, który wybija się na szczyt jednym hitem żeby zaraz potem zniknąć. Jeśli kiedyś upadniemy to na pewno nie boleśnie.

Album Brave Murder Day nagraliście z wokalem Mikaela Åkerfeldta z zespołu Opeth, kiedy Jonas miał problemy ze swoim głosem. Zastanawialiście się wtedy nad przyszłością zespołu, który nie miał wokalisty?

Nie planowaliśmy wtedy niczego za bardzo do przodu. Nie zastanawialiśmy się nawet nad tym czy i kiedy pojedziemy na trasę koncertową. Jeśli potem nie zmienilibyśmy wokalu na czysty to prawdopodobnie poszukalibyśmy kogoś innego, kto zaśpiewałby dla nas tak jak Mike przy okazji Brave Murder Day. Jak się jednak okazało nie było takiej potrzeby.

Czy zatem zmiana waszego dalszego kierunku rozwoju po 1997 roku była świadomym artystycznym krokiem? Czy może była podyktowana przede wszystkim niedyspozycja wokalną Jonasa?

Obie te rzeczy przyczyniły się jednocześnie. Mieliśmy już przedsmak tego jakby taka muzyka wyglądała przy okazji właśnie Brave Murder Day, a dokładnie utworu "Day". Otworzyło to nam oczy na nowe brzmienia i możliwości, jakie ze sobą niosło. Wszystko znowu wydawało się ekscytujące i stanowiło dla nas nowe wyzwanie. Zapragnęliśmy się, więc zmierzyć z tą materią. Fakt, że Jonas musiał zrezygnować z roli wokalisty śpiewającego growlem tylko przypieczętował tą decyzje i utwierdził nas w przekonaniu, że przyszedł czas na taką zmianę.

Jaka była reakcja waszych fanów na tak duże zmiany w brzmieniu zespołu?

Na początku bardzo nieprzychylna, ale w gruncie rzeczy w ogóle się tym nie przejmowaliśmy. Pamiętam bardzo wyraźnie jak mało cokolwiek poza naszą muzyką wtedy się dla nas liczyło. Wypięliśmy się na wszystkich. Nie obchodziło nas zdanie innych ludzi, recenzje, czy rady ludzi z branży. Byliśmy tak bardzo pochłonięci naszym rozwojem artystycznym, że nie zwracaliśmy uwagi na nic. Zdecydowana większość naszych fanów nie trawiła nowego materiału i doprowadziło to rozłamu w ich szeregach. Istniała dla nich nowa i stara Katatonia. Z czasem jednak zauważyliśmy jak niechęć stopniowo ustępowała i spotykaliśmy się coraz częściej z opiniami, że dopiero teraz ujawniła się prawdziwa osobowość Katatonii. Coraz więcej fanów zaczęło chwalić nową płytę i z biegiem czasu proporcje się zmieniły na korzyść naszego nowego oblicza. Na to czekaliśmy i bardzo serdecznie witaliśmy każdego, kto zmienił o nas swoje zdanie.

Album Night is the New Day jest już ósmym w waszym dorobku. Czy z czasem pisanie i nagrywanie nowej muzyki staje się łatwiejsze z organizacyjnego punktu widzenia?

Wręcz przeciwnie. Tworzenie nowego materiału staje się z czasem coraz trudniejsze. Kiedy wchodzimy do studia wszystko wydaje się być na miejscu, jest zapał i energia, ale droga jaką trzeba przejść jest… Cóż, nie chce jeszcze nawet myśleć w tej chwili o nagrywaniu nowej płyty. Sądzę, że ta zasługuje teraz na uwagę i swój pełen cykl życia zanim postanowimy zamknąć za nią drzwi i otworzyć nowe.

Co możesz mi powiedzieć o waszym nowym krążku? Jakie nowe rozwiązania techniczne zastosowaliście przy okazji nagrywania tego materiału?

Przede wszystkim skupiliśmy się na znalezieniu i zrealizowaniu lepszych brzmień niż ostatnio. Chcieliśmy też możliwie wybrać najlepsze sesje nagraniowe, więc graliśmy więcej niż zwykle. Myślę, że dopiero na naszym ostatnim albumie zaczęliśmy naprawdę przykładać dużą wagę do tego, aby z każdego instrumentu wyciągać absolutne maksimum tak technologicznie jak i muzycznie. Jednocześnie nie chcieliśmy zabić tego ładunku emocjonalnego, jaki każdy utwór posiada i zastępować jego osobowość czymś, co by brzmiało jak wyprodukowane przez robota. Nie chcieliśmy przedobrzyć, ale też nie zaniedbaliśmy niczego. W przeszłości wiele szumów i potknięć było dziełem przypadku i znacznie obniżało naszą wiarę we własne zdolności. Dzisiaj na szczęście partie gitarowe są dużo bardziej dokładne i o wiele czystsze niż kiedyś. Uważam również, że dzisiaj gitary w ogóle nagrywa się dużo przyjemniej niż kiedyś. Piaskownica możliwości rośnie wprost proporcjonalnie do tego jak daleko zamierzasz się posunąć. Na przykład, jeśli kiedyś byśmy komuś powiedzieli, że można grać i obsługiwać syntezatory bezpośrednio za pomocą podstrunnicy to wyśmiałby nas i kazał to włożyć między bajki. Nie wiadomo, zatem co przyniesie nam przyszłość. Obecnie sami korzystamy ze sprzętu polskiego producenta wzmacniaczy o nazwie Laboga. Dokładnie z modeli Mr.Hector i Aligator. To ciekawe zniekształcone brzmienie gitary rytmicznej na naszym albumie jest mieszanką zniekształceń generowanych przez te wzmacniacze i kolumny gitarowe Labogi z serii 212F Premium i 212 MH. Nie stosowaliśmy tym razem żadnych kaczek, tylko equalizery, dzięki którym naprawdę można znaleźć swój wymarzony dźwięk. Jeśli chodzi o wiosła to używałem modeli, Setius i Regius, które mam z kolei od firmy Mayones, również z polski. Aktywne przetworniki pochodziły natomiast od EMG, a struny 0.58 wziąłem natomiast od Skull Strings.

Co sprawia ci większą przyjemność, proces nagrywania, czy sam produkt końcowy? Co daje większą satysfakcją?

Czas, kiedy tworzymy nowy materiał jest jedynym, w którym pozwalam sobie na bycie prawdziwym fanem zespołu. Chce wtedy napisać i stworzyć muzykę, którą chciałbym żeby ktoś wygenerował dla mnie. Dlatego też słucham naszych demówek kilkakrotnie razy częściej niż skończonego albumu. Kiedy płyta jest skończona nie mam już nic do zrobienia przy niej. Zazwyczaj, kiedy jesteśmy już w tym punkcie oznacza to, że osiągnąłem wystarczający poziom zadowolenia z materiału.
 
Podczas prac nad nowym albumem prowadziliście internetowy zapis waszych poczynań. Jak ważnym w promocji waszej kapeli medium jest Internet?


Jest to wspaniałe narzędzie, które daje możliwość bezpośredniego kontaktu z fanami. Oczywiście wytwórnia sama nakłania cię do zakładania wielu profili w przeróżnych serwisach, jednak tak długo jak fani są zadowoleni to nie ma w tym nic złego. Pamiętam jeszcze czasy, kiedy Internet nie był tak bardzo rozpowszechniony i nikt nawet nie wiedział, że wchodziliśmy do studia. Co najwyżej jakiś sklep płytowy zamieszczał takie ogłoszenie na tablicy, lub jakiś magazyn muzyczny umieszczał na swoich stronach prognozowane daty wydania nowych krążków. Było to okryte pewną dozą tajemnicy i oczekiwania, gdyż nie było nawet żadnych przedpremierowych wstawek.

 
Waszą nową okładkę zaprojektował nie, kto inny jak sam Travis Smith. Pracowaliście już razem przy okazji chociażby takich płyty jak Viva Emptiness, czy The Great Cold Distance. Co sprawia, że jest on tak bardzo pożądanym przez muzyków artystą? Czy za grafikami do Night is the New Day kryje się jakieś drugie dno?


Przy okazji ostatniego albumu nie byliśmy do końca usatysfakcjonowani z doboru kolorów, więc tym razem postanowiliśmy powrócić do obiektów trójwymiarowych. W dużym skrócie można powiedzieć, że anioł, który widnieje na okładce jest posłańcem, który ma ujawnić i przyjąć proroctwo mówiące o tym, że noc będzie od teraz dniem. To bardzo ponura wiadomość, ale taka właśnie jest Katatonia i wiele osób na pewno zauważy tą zbieżność. Naturalnie, jeśli muzyka i teksty są mroczne to i okładka musi odzwierciedlać ten nastrój i uczucia. Obraz, jaki wykreował dla nas Travis powinien dawać wszystkim pewne wyobrażenie o tym, czego mogą się spodziewać po tym krążku. W naszym przypadku grafiki zawsze odpowiadały tematycznie zawartości albumu i nie zamierzamy teraz tego zmieniać. Okładka musi wizualnie zespalać cały projekt. Ze starym dobrym Travisem Smithem pracujemy już od przeszło 10 lat. Mogę się o nim wypowiadać tylko w superlatywach. Nasza współpraca zawsze układała się świetnie i nigdy nawet nie pomyśleliśmy o zmianie grafika. Czasami mam, co prawda wrażenie, że jego talent jest nadużywany przez pewne osoby, ale z drugiej strony jest to jego praca i nie mogę się do tego wtrącać. Nasza znajomość zaczęła się w 1999 roku, kiedy to wykonał dla nas pierwsze projekty i lubię myśleć, że jego najlepsze prace zostały zrealizowane właśnie dla nas.


Czy mógłbyś mi powiedzieć coś więcej o procesie tworzenia waszego nowego albumu?


Byliśmy zdecydowani zburzyć kilka murów, które ludzie i nawet my sami uważaliśmy za niezniszczalne. Muzycznie nadal idziemy w kierunku wyznaczonym przy okazji płyty The Great Cold Distance, ale tym razem skupiliśmy się na głębi i kreowaniu odpowiedniej atmosfery. Dźwięków jest tym razem więcej i dużo rzeczy dzieje się w tle. Dzięki temu album jest dużo bardziej dynamiczny. Brzmienie zmienia się z brutalnie ciężkiego, na miękkie nie tylko w trakcie trwanie jednego utworu, ale również pomiędzy kolejnymi kawałkami. Czuje, że poszliśmy do przodu z tym albumem i jestem przekonany, że nie stoimy nadal w tym samym miejscu. Mamy kilka utworów, które odstają na tle reszty materiału. Myślę tu o "Idle Blood", które jest nagrane z pomocą gitary akustycznej (Fender Rhodes) i utrzymane w klimacie lat 70-tych, jak również "Nephilim", które ma brzmienie heavy doom metalowe. Kilka utworów sięga do elektronicznego obrazu dźwiękowego z kawałka "Unfurl", którego brzmienie ludziom bardzo się spodobało, ponadto jest też parę piosenek, które mogą wydać się jednymi z najcięższych, jakie kiedykolwiek wyszły od Katatonii. Album ten jak widać ma wiele do zaoferowania. Całość jest bardzo zróżnicowana, ale nadal wyraźnie nasza.


Dlaczego jako miejsce nagrania waszej nowej płyty wybraliście Ghost Ward Studios? Czy możesz mi powiedzieć coś o tym miejscu?

Cóż, Ghost Ward Studios to oficjalna nazwa. Nieoficjalnie mówi się o tym miejscu, że jest szczurzą dziurą. Jak więc można się domyśleć po nazwie był to dla nas ciągły niemiły moment (śmiech). Praca natomiast szła nam tam bardzo dobrze. Byliśmy niezwykle skupieni i każdy robił dokładnie to, co do niego należało. Chcieliśmy zmieścić się w wyznaczonym czasie. Odczuliśmy wielką ulgę, kiedy udało nam się zakończyć pracę w studiu i ostatecznie wydać po tylu latach nasz nowy studyjny album. Znowu nastały dla nas dobre czasy.

Czy coś interesującego ze świata muzyki przykuło ostatnio twoją uwagę?

Jeśli chodzi o muzykę to sporo ostatnio słucham najnowszego albumu Behemotha Evangelion. To kawałek naprawdę dobrego death metalu. Zaciekawił mnie również nowy krążek Alice in Chains. Poza tym zawsze wracam do moich nieśmiertelnych klasyków i dawnych wpływów, które już chyba nigdy mi się nie znudzą. Wizualnie natomiast od pewnego czasu jestem niepodzielnie pochłonięty serialem "Dexter". Oglądam go w każdej wolnej chwili.

Na jakiej gitarze obecnie najbardziej lubisz grać?

Kiedyś był to model SG Gibsona. Potem zakochałem się w pochylonym SG o wdzięcznej nazwie "Viper" od ESP Guitars. Ostatnio jednak odkryłem dwie gitary firmy Mayones zwane Regius i Setius, które pasują do mnie wręcz idealnie.

Gdybyś nie został muzykiem to, kim byś dzisiaj był?

Prawdopodobnie pracowałbym gdzieś na tyłach tego biznesu jako menadżer, techniczny albo zwykły chłopiec od zamiatania.

Co jest największym wyzwaniem w tworzeniu muzyki?

Potrzeba ciągłego podnoszenia poprzeczki i przeskakiwania samego siebie. Czasami również niezwykle ciężko jest znaleźć motywację do rozpoczęcia i pomyślnego ukończenia pracy.

Jakiej rady udzieliłbyś początkującym gitarzystom?

Słuchajcie uszami i grajcie prosto z serca. Nie spieszcie się i nie pomijacie podstaw. Na wszystko przyjdzie pora. Na świecie są tysiące szarpi drutów i dużo mniej ludzi, który potrafią napisać dobrą muzykę. Niech gitara stanie się narzędziem do tworzenia muzyki, a nie celem samym w sobie. Wymiatanie solówek może i jest imponujące, ale często brakuje w tym duszy, jeśli nie posiada się znajomości gry na ludzkich emocjach. Czasami najprostsza melodia stworzona z sercem może przyćmić jakieś nudne i odtwórcze wojaże po skali melodycznej. Często jamujcie z innymi i bawcie się dobrze przy szukaniu własnego brzmienia, a kiedy już je znajdziecie rozwijajcie się w tym właśnie kierunku. Będziecie wiedzieli, kiedy to nastąpi.

Michał Lis
Zaklęty krąg Cugowscy

Krzysztof Cugowski jest na polskiej rockowej scenie od zawsze, zaś jego dwaj synowie Piotr i Wojciech od prawie zawsze, ale po raz pierwszy wspólnie...Gramy dalej

8 /10
Atoma Dark Tranquillity

Giganci szwedzkiej sceny melodyjnego death metalu od blisko piętnastu lat nie splamili się słabym wydawnictwem.

Gramy dalej

9 /10
CETI ocena 9
Snakes of Eden
Gatunek: Heavy metal
Green Day ocena 8
Revolution Radio
Gatunek: Pop punk
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Zobacz wszystkie