Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Frederic Patte-Brasseur (Ataraxie)

Frederic Patte-Brasseur (Ataraxie)

Ataraxie to bez wątpienia jeden z najciekawszych tworów na europejskiej scenie doommetalowej. Bezpośrednim powodem poniższej pogawędki stał się nowy materiał zespołu, który ukazał się pod jakże depresyjnym tytułem "Anhedonie". W niewdzięczną rolę rzecznika wcielił się gitarzysta Frederic Patte-Brasseur, który z właściwą sobie dokładnością opisał, jak rodziła się - że użyję jego słów - doommetalowa bestia.

Od wydania "Anhedonie" minął już przeszło rok. Jak z tej perspektywy oceniasz ten krążek?


To jest dokładnie taki album, jaki chcieliśmy stworzyć! Jest krokiem naprzód zarówno jeśli chodzi o brzmienie, jak i teksty, a także ogólną muzyczną dojrzałość - jeśli wziąć pod uwagę, że nowy materiał jest zdecydowanie trudniejszy i mniej przyswajalny niz nasz debiut. Ta płyta naprawdę pokazuje, czym aktualnie jest Ataraxie.


Z jakim odzewem fanów i prasy spotkała się płyta? Powiem ci, że z komentarzy polskich internautów, do których dotarłem, wynika, że debiutu raczej nie przebiliście. Co ty na to?


Ogólnie rzecz biorąc, zauważyłem dwa rodzaje opinii, zależne od tego, jak dalece nasi fani oraz dziennikarze - oceniając płytę - odnosili się do debiutu. Przede wszystkim, pojawiło się sporo komentarzy, z których wynika, że album został odebrany jako naprawdę dobry, ale mimo wszystko nie dorównujący "Slow Transcending Agony". Z biegiem czasu zaczęły jednak pojawiać się, a nawet dominować opinie, wedle których w gruncie rzeczy "Anhedonie" to jednak lepszy, chociaż na pewno trudniejszy do okiełznania materiał i dlatego bardziej wymagający dla słuchacza. Powiem szczerze, że nie jestem tym zaskoczony. Co więcej - spodziewałem się takiego rozwoju wypadków, jeśli chodzi o reakcję na płytę. Fani mają określone oczekiwania, a "Slow Transcendenting Agony" - co zrozumiałe - była dla nich punktem odniesienia. Założę się, że oczekiwali od nas nagrania kolejnej wersji "Slow..." Zamiast tego, pierwszy krążek potraktowaliśmy jako punkt wyjścia do stworzenia "Anhedonie". Popchnęliśmy wszystko naprzód, poczynając od kompozycji, przez bardziej ekstremalne podejście do muzyki, po dodanie do niej nowych elementów, które nie pojawiały się wcześniej. W rezultacie "Anhedonie" jest zdecydowanie bardziej skomplikowana, złożona i ekstremalna aniżeli nasz poprzedni materiał. Z tego względu potrzeba więcej czasu, by się przez niego przebić, by zrozumieć i wniknąć w ten album. Cieszy mnie fakt, że większość słuchaczy właściwie odczytała nasze intencje i zrozumiała, w czym tkwi jego istota. 


Kiedy rozmawialiśmy ostatnio, mówiłeś, że jesteś zadowolony ze współpracy z Weird Truth. Nie wiem, jak to wygląda gdzie indziej, ale w Polsce dostać "Anhedonie" tuż po premierze było nie lada wyczynem. Nie myśleliście o wytwórni zapewniającej lepszą dystrybucję?


Szczerze mówiąc, tak. Po zarejestrowaniu krążka, przez kilka miesięcy prowadziliśmy rozmowy z kilkoma innymi wytwórniami, w tym z jedną francuską, która ma całkiem niezłą sieć dystrybucji i była skłonna zawrzeć z nami stosowną umowę. Ale niestety, kiedy poznaliśmy ostateczną wersję kontraktu okazało się, że w zasadzie nie dawał nam szans na odzyskanie pieniędzy, które musieliśmy zainwestować w powstanie "Anhedonie". Poza tym, nie przysługiwałyby nam te benefity, które są standardem dla innych, większych kapel z ich katalogu - w praktyce umowę mielibyśmy podpisać z ich sublabelem dedykowanym dla zespołów należących do szeroko pojętych gatunków niszowych. Mimo wszystko nie mam jednak do nich pretensji. Nastały ciężkie czasy dla przemysłu muzycznego, a oni mimo wszystko zaoferowali nam solidne warunki współpracy na dość przyzwoitym poziomie, jeśli wziąć pod uwagę przeciętne "standardy" obowiązujące w tej branży. W tym samym czasie Weird Truth zaproponowała nam wydanie "Anhedonie" na warunkach, które po pierwsze stwarzały nam możliwość dość szybkiego odzyskania kasy, którą wyłożyliśmy na nagranie materiału, a po drugie - pozostawiały nam wpływ na dystrybucję. Pobieramy tantiemy od każdego sprzedanego egzemplarza, możemy samodzielnie sprzedawać płyty na koncertach i przez Internet. Podsumowując, ostatecznie postanowiliśmy zostać przy Weird Truth i zdecydowanie nie mamy powodów, by żałować dokonanego wyboru.


Jednak praktyka wydawnicza Weird Truth, czyli ograniczone nakłady wydawanych przez nich płyt (pierwsze bicie waszego albumu limitowane było do 2.000 egz.), nie ułatwia jego nabycia.


Jeśli dobrze pamiętam, pierwsze tłoczenie naszej debiutanckiej płyty wyniosło 1000 egzemplarzy. Kolejna partia w liczbie 1000 egz. została wydana po całkowitej wyprzedaży pierwszego wydania. Zakładam, że Weird Truth po raz kolejny wznowi nasz debiut, jeżeli po wyprzedaniu nakładu okaże się, że jest takie oczekiwanie ze strony rynku. Być może zabrzmi to dziwnie, ale moim zdaniem sprzedaż na takim poziomie w przypadku debiutanckiej płyty doom metalowej nie jest złym wynikiem! Możesz być pewien, że Makoto nie będzie wahał się ani chwili wznowić tego krążka, jeżeli tylko okoliczności będą za tym przemawiać.


Anhedonia oznacza pierwotną lub wtórną niezdolność odczuwania przyjemności. Jest klasycznym objawem depresji, schizofrenii i pewnych rodzajów nerwic. Czy za tym tytułem stoi jakiś konkretny koncept czy po prostu słowo to dobrze oddaje funeraldoomowy klimat krążka?


Oczywiście, kiedy tworzyliśmy materiał, nie mieliśmy w głowie konkretnego tytułu. W związku z tym na pewno nie można powiedzieć, że "Anhedonie" to koncept album. Ale mając na uwadze, że w naszym muzycznym świecie nie ma miejsca na szczęście, optymizm czy jakiekolwiek inne pozytywne uczucia, a teksty naszych utworów łączą w sobie mizantropijne i depresyjne nastroje, uznaliśmy że "Anhedonie" znakomicie nadaje się na tytuł płyty.


Osobiście umieściłbym "Anhedonie" gdzieś w połowie drogi między "Slow Transcending Agony" a debiutem Funeralium. Bardziej niż o podobieństwa tych zespołów chodzi mi o to, że muzyka Ataraxie wyraźnie przesunęła się w stronę funeraldoomowej stylistyki. Mam rację?


Cóż. Faktem jest, że połowa składu Ataraxie w czasie pracy nad "Anhedonie" udzielała się również w Funeralium. W związku z tym na pewno obydwa te projekty - chcąc nie chcąc - oddziaływały na siebie nawzajem. Przykładowo, niektóre pomysły, które rozwinąłem w Funeralium, szczególnie dotyczące czystych dźwięków gitar, stały się już na dobre częścią mojego muzycznego słownika... Zgadzam się również, że muzyka Ataraxie ewoluowała od czasów "Slow Transcending Agony". Postawiliśmy na uwypuklenie wykorzystywanych wcześniej elementów w takim sensie, że powolne partie uczyniliśmy jeszcze wolniejszymi, a szybsze tempa dodatkowo przyspieszyliśmy. Podsumowując, dążyliśmy do tego, by połączyć dwie rzeczy - stać się zespołem z jednej strony bardziej zorientowanym na doom metal, a z drugiej - bardziej death metalowym.


Właśnie, mam wrażenie, że na "Anhedonie" jeszcze mocniej wyeksponowaliście szybsze death metalowe elementy, choć wciąż stanowią one jedynie smaczek.


Nie mogę zgodzić się z tezą, że szybsze death metalowe partie to tylko extra dodatki w sytuacji, gdy od początku były one czymś w rodzaju naszego znaku rozpoznawczego, podobnie jak miało to miejsce na przykład w przypadku disEMBOWELMENT. Znaczenie tych szybszych death’owych partii jest równie istotne, jak wolniejszych fragmentów. To wszystko stanowi grę kontrastów, jest efektem naszego zaangażowania w muzykę. Na świecie jest tyle nudnych kapel, które bez przerwy grają to samo, w tych samych tempach... Masz natomiast rację kiedy mówisz, że te szybsze partie są bardziej intensywne. Tak jak wspomniałem wcześniej, naszym zamiarem było wystartować w miejscu, w którym skończył się nasz pierwszy materiał i ruszyć to wszystko - łącznie z fragmentami death metalowymi - do przodu, w bardziej ekstremalnym kierunku.


Szczerze mówiąc nie miałbym nic przeciw temu, gdybyście jeszcze częściej stosowali death metalowe partie.


Nie da się przewidzieć przyszłości, wszystko jest możliwe. Do momentu, kiedy nie zaczynamy tworzyć nowych kawałków, nie wiemy, co się w tej materii wydarzy.


Zmiany widać również w czasie trwania utworów, które uległy wyraźnemu wydłużeniu. Czy był to zabieg celowy czy tak po prostu wyszło podczas komponowania materiału?


Od czasów debiutu nie zmieniliśmy podejścia do tworzenia muzyki. Proces twórczy w naszym wykonaniu to generalnie metoda prób i błędów, budowanie utworów bit po bicie, ogrywanie ich ciągle na nowo do momentu, w którym poczujemy, że dany kawałek jest wreszcie ukończony. Kiedy zaczęliśmy grać wolniej, okazało się, że będzie to miało bezpośrednie przełożenie na czas trwania kompozycji. Najbardziej zaskoczył nas "Avide de Sens". Ostateczna wersja to 20-minutowa doomowa bestia! Tak jak w przypadku pozostałych kawałków, pracowaliśmy nad nim dopóty, dopóki nie uznaliśmy, że brzmi dokładnie tak, jak powinien. Przyznaję, że powołaliśmy na świat potwora!


Podobieństwo do Funeralium widzę również w wokalizach Jonathana. Obok growlingu pojawiają się krzyczane, nieco histeryczne partie, charakterystyczne dla debiutu tego zespołu. Osobiście uważam, że do Ataraxie bardziej pasuje growling. Co o tym myślisz?


Cóż, moje zdanie jest takie, że gdyby Jon używał tylko swoich deathmetalowych wokali, nasza muzyka stałaby się zbyt nudna i monotonna. Jako że łączymy różne nastroje, Jon dostosowuje manierę wokalną do konkretnego fragmentu danego utworu. Szczerze mówiąc,  komponując nie zastanawiamy się nad tym zanadto - po prostu nastrój konkretnego kawałka decyduje o tym, jaki rodzaj wokaliz zostanie weń wkomponowany.


Dzięki tym wszystkim kontrastom album jest bardziej urozmaicony, choć nie ulega wątpliwości, że raczej wiernie, żeby nie powiedzieć ortodoksyjnie trzymacie się doom metalowej stylistyki. Nigdy nie myśleliście, żeby wpleść w wasze kompozycje większą ilość bardziej różnorodnych elementów, tak jak robi to np. Pantheist?


Myślę, że wszyscy muzycy w jakimś stopniu ulegają wpływowi muzyki, której słuchają. Jeśli chodzi o nasz zespół, słuchamy przede wszystkim metalu, ale nie ograniczamy się wyłącznie do tego... Zresztą, zaczęliśmy już pracę nad materiałem na kolejny album. Już teraz mogę powiedzieć, że pojawią się zupełnie nowe elementy, których nigdy wcześniej nie było w naszej muzyce, ha ha.


Tak "konserwatywne" zespoły jak Ataraxie czy Worship w pewnym sensie same skazują się na niszowość. Domyślam się jednak, że odpowiada wam taki stan rzeczy?

 
Jeżeli masz na myśli to, że nasze artystyczne wybory niejako skazują nas na pozostanie undergroundowym zespołem, to niech tak będzie! Dla mnie to tylko kwestia trafienia z muzyką do ludzi, którzy podzielają nasze gusta i upodobania muzyczne i właśnie dlatego chcą słuchać Ataraxie. Im więcej ludzi odnajdzie się w naszej muzyce, im większy będzie krąg naszych słuchaczy tym rzecz jasna lepiej dla nas, ponieważ to nadaje sens istnieniu Ataraxie. Jak to się u nas mówi, to jest ta przysłowiowa wisienka na torcie. W tej chwili mamy poczucie, że nieustannie się rozwijamy. Jeżeli kiedyś to się skończy, cóż... będziemy mogli powiedzieć przynajmniej, że przeżyliśmy wspólnie niezłą przygodę. Moim zdaniem choćby dlatego warto to robić!


Wiem, że postrzegasz Ataraxie przede wszystkim jako live band. Jak wygląda wasza sytuacja koncertowa od czasu wydania debiutu?


Faktem jest, że nie możemy grać na żywo tak często, jakbyśmy chcieli. Przede wszystkim dlatego, że na co dzień nie zawsze jesteśmy w stanie wygospodarować odpowiednią ilość czasu na koncerty. Poza tym zdarza się, że pojawiają się różne przeszkody natury organizacyjnej. Generalnie jednak gramy i zarówno w przeszłości, jak i obecnie mamy z tego sporo radości i satysfakcji. Mieliśmy okazję pojawiać się na scenie u boku różnych kapel, które darzymy wielkim szacunkiem. Dzięki występom na żywo mamy okazję podróżować i odwiedzać kraje, w których nigdy dotąd nie byliśmy. Możemy odkrywać "metalową" stronę życia. Przykładowo, zeszłej jesieni zaliczyliśmy fajną trasę z przystankiem m.in. w Atenach. Zagraliśmy wtedy wspólnie z naszymi kumplami z Mourning Beloveth. Ta trasa była świetną zabawą od początku do końca!


Wspomniałeś, że myślicie już o następcy "Anhedonie". Patrząc na przerwę między wydaniem "Slow Transcending Agony" a "Anhedonie" można chyba założyć, że nie lubicie się spieszyć.


Zgadza się, nie przepadamy za życiem w pośpiechu. Dobre kawałki potrzebują czasu, by powstać, a następnie dojrzeć do stanu, w którym będzie można utrwalić je na taśmie. Mamy nadzieję, że uda nam się wydać nowy materiał z okazji 10-lecia Ataraxie. Muzyka jest juz właściwie skomponowana. Punktem wyjścia, a zarazem impulsem był anemon, zobaczymy, gdzie nas to ostatecznie doprowadzi.


W październiku, za pośrednictwem Weird Truth wydany został split Ataraxie z Imindain "Bethlehems Bastarde". Trochę to trwało...


Ten split to hołd dla niemieckiego Bethlehem, który wywarł ogromny muzyczny wpływ zarówno na nas, jak i na Imindain. Każdy zespół nagrał własny cover wybranego kawałka Bethlehem oraz dodatkowo skomponował własny utwór, który ma nawiązywać i zarazem czerpać z dokonań Bethlehem. Nasza "część" splitu brzmi, jakbyśmy zmiksowali muzykę Ataraxie z brzmieniem Bethlehem. Bez trudu rozpoznasz cechy charakterystyczne każdej z tych kapel. Nasze partie nagraliśmy jeszcze w 2007 roku, a więc przed zarejestrowaniem "Anhedonie", ale Imindain - z uwagi na pewne techniczne problemy - dopiero niedawno zakończył prace nad swoją częścią materiału. Przy okazji - niedawno nakładem francuskiej doomowej wytwórni Ostra Records ukazała się również winylowa wersja "Anhedonie". Podwójny LP, w limitowanym nakładzie 500 kopii. To nasz pierwszy winyl w dorobku, jestem z niego cholernie dumny!


Pamiętasz swoją pierwszą gitarę?


Jasne, że pamiętam. To był ST Viper w stylu Jacksona Dinky z błyszczącym korpusem, połyskującym wykończeniem oraz badziewnym mostkiem typu Floyd Rose. Jak na ówczesne czasy, był to w gruncie rzeczy całkiem niezły sprzęt dla początkującego gitarzysty. Jeśli jednak chodzi o absolutnie pierwszą gitarę, na jakiej dane mi było grać, był to niezły kawał chłamu - tani akustyk, którego mój stary trzymał w piwnicy. Byłem ciekaw, jak na nim zabrzmi arpegio do "Enter Sandman". Od tego wszystko się zaczęło. Przyniosłem instrument do swojego pokoju, pograłem trochę, po czym zacząłem sięgać po tę gitarę coraz częściej. Próbowałem samodzielnie odtwarzać akordy, później grać całe utwory. W końcu zdałem sobie sprawę, że jestem od grania na gitarze po prostu uzależniony. Używałem jej kilka dobrych lat, popadając w coraz większą frustrację, że muszę grać swoje ulubione metalowe riffy na akustyku. Wreszcie, w 1994 roku, na 16 urodziny dostałem wspomnianego wcześniej Hohnera. W końcu miałem elektryka, stałem się gitarzystą "z prawdziwego zdarzenia".


Jakiego sprzętu używasz? Masz jakieś szczególne upodobania w tym zakresie?


Co tu dużo kryć, jestem maniakiem sprzętu, więc to nie będzie krótka odpowiedź. Powiedziałbym, że jestem typem "vintage/modern", w tym sensie, że z jednej strony preferuję stare, dobre, klasyczne brzmienie, z drugiej jednak nie stronię od nowinek, dzięki którym sprawdzoną klasykę można pchnąć nieco naprzód. Interesują mnie wszelkie nowatorskie rozwiązania sprzętowe, nie przeklinam nowych wynalazków. Jeżeli tylko coś może okazać się dla mnie, jako muzyka, przydatne, stwarza nowe możliwości, a zarazem nie jest nadmiernie skomplikowane w obsłudze, współpracuje ze sprzętem, którego używam i nie kłóci się z moim stylem gry, nie widzę powodu, dla którego nie miałbym zrobić z tego użytku. Zacznijmy od tego, co stanowi sedno mojego brzmienia: ręcznie wykonany lampowy head gitarowy Mr Hector firmy Laboga. Zaczęliśmy używać tych wzmacniaczy parę lat temu, na kilka miesięcy przed zarejestrowaniem "Anhédonie". Razem z Sylvianem szukaliśmy wzmacniacza ze znakomitym, czystym kanałem, który miałby to coś, własną osobowość. Takiego, który z jednej strony pozwalałby uzyskać bardziej skompresowane "siadające" brzmienie typu "vintage", z drugiej zaś dawałby większy headroom i dynamikę, a jednocześnie byłby w miarę łatwy w użyciu. Miał zastąpić nasz stary, zużyty już sprzęt, który przez długi czas bardzo dobrze nam służył, jednak z racji upływu czasu zaczął już powoli rozpadać się na kawałki i brzmieć nieco zbyt surowo. Szybko przekonaliśmy się, że Mr Hector odpowiada naszym oczekiwaniom. Przetestowaliśmy go i niemal natychmiast podjęliśmy decyzję. Był dla nas jak znalazł. Nowy nabytek pozwolił nam osiągnąć nowy poziom brzmienia. Myślę, że to jeden z kluczowych elementów odpowiedzialnych za takie a nie inne brzmienie Ataraxie na "Anhedonie". Co więcej, to co najbardziej urzeka mnie w tym sprzęcie, to zakres tonów, którymi możesz się bawić dzięki prostej kombinacji kilku przełączników. Ludzie myślą, że to sprzęt dla nowoczesnych metalowych grajków, ale prawda jest taka, że oferuje on po prostu znacznie więcej możliwości. Kolejna rzecz, której używam, to mój ulubiony, zadziwiający wręcz przedwzmacniacz Torpedo od Two Notes (www.two-notes.com). To cacko, dzięki swej potężnej mocy z powodzeniem może zastępować kolumny głośnikowe, mikrofon, przedwzmacniacz mikrofonowy i środowisko studyjne. Daje możliwość dokonywania swobodnego wyboru między różnymi rodzajami kolumn głośnikowych, mikrofonów i ich wzajemnych kombinacji. Jego zasadniczy plus polega na tym, że cały "gitarowy rynsztunek" zamknięty mam w zaledwie dwu skrzyniach. Wygląda to tak: podłączasz Torpedo bezpośrednio do wzmaniacza i dzięki temu zastępuje on zarówno kolumny gitarowe, jak i mikrofon, które normalnie podłączałbyś od frontu do kolumn. Przełomowym rozwiązaniem w tym sprzęcie jest to, że bazuje on na technologii Dynamic Convolution (dynamiczny splot impulsów pobranych z rzeczywistych urządzeń), która zapewnia niezwykle realistyczne brzmienie. To bardzo zaawansowany, programowalny, monofoniczny procesor dźwięku, który tworzy kompletny kanał wejściowy, wyposażony w przedwzmacniacz mikrofonowy, equalizer parametryczny i konwerter A/D. Używam go zarówno przy występach na żywo (osiągam efekty, o jakich bez tego cuda mógłbym tylko pomarzyć), jak i w domowym studio. Szczerze mówiąc, ten sprzęt zupełnie odmienił moje życie! Kolejne cacko, bez którego już nie mógłbym się obejść i którym również jestem całkowicie urzeczony, to także polski wynalazek. Jako że używam w Ataraxie kilku efektów, potrzebowałem narzędzia, które ułatwiłoby mi sprawne "zarządzanie" nimi podczas występów na żywo. Szukałem, i znalazłem firmę G Lab, która ma swojej ofercie fantastyczny produkt o nazwie GSC (kontroler systemu gitarowego). To nożny przełącznik, dzięki któremu mogę mieć pod kontrolą sześć pętli efektów naraz. Sterownik GSC z powodzeniem zastępuje pedał nożny wzmacniacza oraz sterownik MIDI. Naciśnięcie jednego przycisku nożnego umożliwia włączenie wybranych efektów podłączonych do pętli czy ustawienie kanału i innych funkcji wzmiacniacza. Jako że produkty G-Lab są świetnie zaprojektowane, nabyłem także ich efekt delay do klasycznych pogłosów analogowych i taśmowych oraz kostkę efektową reverb, którymi także można zarządzać za pomocą GSC. To sprzęt najwyższej klasy i, co najważniejsze, wykonany z myślą o gitarzyście, który będzie go używał w praktyce, na scenie. To znakomite rozwiązanie dla każdego, kto używa kilku efektów, a z drugiej strony nie chce na koncercie wyglądać jak stepujący tancerz. Ostatnie z moich sprzętowych gadżetów to właśnie efekty gitarowe, w które zaopatrzyłem sie stosunkowo niedawno. Od czasu, kiedy zacząłem udzielać się w moim nowym projekcie o nazwie Voodoo Planet, gdzie gramy coś z pogranicza stonera i rocka lat siedemdziesiątych, chciałem uzupełnić mój gitarowy ekwipunek z Ataraxie o parę nowych efektów w celu uzyskania pożądanego brzmienia. W ten sposób trafiłem na ręcznie robiony sprzęt produkowany w Kanadzie. Ta dość młoda na rynku marka to Solid Gold Fx (www.solidgoldfx.com). Dzięki nim osiągam dokładnie takie brzmienie gitary, na jakim mi zależy. Są fantastyczne! Mam od nich wzmaniacz, przester oraz całkiem fajny fuzz. Generalnie, nie jestem zwolennikiem fuzz’ów, właściwie podchodzę do nich ze sporym sceptycyzymem, do tego jednak przekonałem się od razu, bez chwili wahania. Brzmi jak nowa wersja klasycznego fuzz face’a, który możesz usłyszeć na albumach J. Hendrixa!


Ile masz gitar?


Aktualnie jestem w pewnym sensie w okresie przejściowym. W tej chwili mam cztery gitary, ale to się wkrótce zmieni. Nawiązałem ostatnio współpracę z koreańskim producentem gitar Kraken (www.krakenguitars.com). Kraken to w gruncie rzeczy manufaktura, oferująca wyłącznie ręcznie robiony sprzęt dla koneserów. Firma specjalizuje się w produktach wykonywanych na zamówienie. Czekam właśnie na mój pierwszy model. Będzie to gitara z podwójnym cutaway’em, coś w stylu Les Paul’a i SG Gibsona połączonych w jedno. Korpus będzie mahoniowy, z hebanowym gryfem, niesamowitą metalową płytą na topie z wygrawerowanym nordyckim znakiem, a kropki na gryfie zastąpione zostaną runami zrobionymi ze srebrzystego klonu. Mamy w planach kolejne wspólne "przedsięwzięcia", ale na razie jest za wcześnie, by mówić o szczegółach. Na razie więc muszę polegać na sprawdzonej, dobrze dopasowanej do moich potrzeb Takamine GX-100 w kształcie Explorera (model z 1985 roku) z korpusem solid-body i nowymi przetwornikami EMG. Jako sprzęt zapasowy służy mi kolejna Takamine GX-100T z mostkiem tremolo, rocznik ten sam co poprzednia, tym razem z wstawionymi przetwornikami Seymour Duncan P-Rails. Trzecia gitara to Ibanez z korpusem semi-hollow, model AS73, w którym wymieniłem praktycznie wszystko - przetworniki, progi, mostek, potencjometry... To teraz naprawdę genialny sprzęt, na którym można zagrać niemal wszystko, od jazzu po metal! Kiedy gra się na wysokich tonach, gitara wydobywa intensywne wibracje, co daje bardzo ciekawy efekt, kiedy grasz doom metal. W oczekiwaniu na nadejście moich "Krakenów" z Korei, w Voodoo Planet używam teraz dwu ich modeli. Pierwsza to siedmiostrunowy Flagman F7, druga natomiast do standardowy DC, na którym bazować będzie zamówiona przeze mnie gitara. Gra się na nich niewiarygodnie, mają brzmienie jak żaden inny stuff, a wydobywany z nich dźwięk rozbrzmiewa niemal bez końca. Cholernie się cieszę, że złapałem z nimi kontakt!


Kto jest dla ciebie gitarowym wzorem?


Jest spora grupa gitarzystów, których szczerze podziwiam i którzy mieli istotny wpływ zarówno na mój sposób gry, jak i na wypracowane przeze mnie brzmienie. To, co łączy wszystkich mistrzów gitary, stanowiących dla mnie niedościgłe wzory do naśladowania, to talent do tworzenia genialnych utworów, siła muzycznego wyrazu poprzez gitarę, znakomite wyczucie rytmu. Niejednokrotnie wszystkie te cechy dawały o sobie znać jeszcze zanim dali się poznać jako wysoce utalentowani technicznie muzycy (którymi z całą pewnością w zdecydowanej większości są). Największy wpływ bez wątpienia wywarli na mnie dwaj mistrzowie gitary - James Hetfield i Tony Iommi. Moja nauka gry na gitarze polegała w dużej mierze na ciągłym ogrywaniu materiałów z ich płyt. Nie mogę pominąć także takich osobowości jak Jimmy Page, Jerry Cantrell czy Billy Corgan, którzy z mojego punktu widzenia są kompozytorami i zarazem gitarzystami wszech czasów. Cenię sobie również Brian’a Setzer’a, który jest jednym z najlepszych gitarzystów spośród wszystkich, jakich kiedykolwiek miałem okazję widzieć na żywo. Poza tym, bardzo ważną rolę odegrało bądź odgrywa w moim życiu także kilku gitarzystów undergroundowej sceny. Przede wszystkim, uwielbiam sposób gry na gitarze Nicka Orlando z Evoken. Spory udział w ukształtowaniu mnie jako muzyka mają także goście z Bethlehem. To chyba z grubsza tyle w tym temacie. Jest oczywiście cała masa innych gitarzystów, których doceniam i o których pamiętam, jednak ich wpływ na mnie z całą pewnością nie był bądź nie jest tak intensywny jak tych, o których wspomniałem.


I na koniec - jaką płytę ostatnio kupiłeś?


Mój ostatni nabytek to najnowszy krążek Phazm "Cornerstone of the Macabre". To potężny mix rockabilly, southern rocka i death metalu. Sylvian i ja naprawdę bardzo lubimy ich granie. Jestem wielkim fanem rockabilly!


Małgorzata Napiórkowska-Kubicka
Szymon Kubicki
GALERIA
Popestar Ghost

Jako jeden z nielicznych w redakcji naszego magazynu uparcie bronię Ghost.

Gramy dalej

9 /10
Breaking Habits Meller Gołyźniak Duda

Wreszcie doczekaliśmy się polskiej supergrupy z prawdziwego zdarzenia. Nie jakiejś tam odpustowej zgrai muzykantów do kieliszka, ale ekipy złożonej...Gramy dalej

8 /10
Testament ocena 8
Brotherhood of the Snake
Gatunek: Thrash metal
When The Smoke Clears
Gatunek: Hardcore
Shklo ocena 7
Shklo Music
Gatunek: Alternatywa
Zobacz wszystkie