Powiem szczerze, że w ogóle nie interesuję się sceną post-rockową u nas. Tak samo jak kompletnie się z nią nie identyfikuję i nie uważam, żebyśmy mieli za dużo wspólnego. Jak dla mnie ten gatunek to już niezły trup. Post-rock's dead, baby. Na dobrą sprawę skończył się z, powiedzmy, drugą płytą Red Sparowes. Teraz kapele zjadają tylko swój własny ogon i tworzą numery, używając do tego zawsze tej samej wyświechtanej formuły. Ładnie, z patosem, trochę z nadęciem i gotowe. Tylko, że wszystko brzmi tak samo. I mówię tu raczej o innych krajach, gdzie już każdy etap powstania, rozwoju itd. post-rocka wystąpił, a teraz jest już raczej w stanie wegetatywnym. W Polsce wygląda to niby trochę inaczej, post-rock się dopiero zaczyna, ale moim zdaniem przejdzie dokładnie tą samą drogę i będziemy świadkami deja vu. Wypłynie zapewne kilka naprawdę dobrych zespołów, które skończą się wraz z najdalej drugim albumem, a potem powstanie masa kapel, które kopiują przykładowo God Is An Astronaut czy Pelicana, i robią banalne numery o tytułach odnoszących się do kosmosu, mitycznych istot, wody albo czegokolwiek innego "majestatycznego", prezentując nadęcie godne salonowych artystów. Brzmię bardzo cynicznie, jakbym miał jakiś naprawdę personalny powód, żeby wręcz nienawidzić post-rocka, ale moim zdaniem i obiektywnie patrząc dokładnie tak jest i tak będzie. Nie chcę nakręcać ludzi negatywnie i mam nadzieję, że to co napisałem bardziej zmotywuje do nie tworzenia typowych rzeczy w tym temacie, a raczej eksperymentowania z formułą i zaprowadzenia jej w jakieś nowe miejsce.