Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Adrian Bogacz (Totentanz)

Adrian Bogacz (Totentanz)

Totentanz jest zespołem, który w roku 2007 zadebiutował na krajowej scenie rockowej i już zdołał uplasować się w czołówce polskich wykonawców. Inspiracje zespołu to szeroka gama różnorodnych wykonawców (głównie zagranicznych) od spokojnych klimatów Jamesa Blunta, przez Deftones, Foo Fighters, po drapieżne riffowanie w stylu Rammstein. Rozmawiamy z gitarzystą zespołu, Adrianem Bogaczem, przy okazji premiery koncertowego albumu Totentanz.

Już po dwóch albumach studyjnych zdecydowaliście się na koncertówkę - to szybko.


Głównie dlatego, bo pojawiła się możliwość zagrania z orkiestrą w wydziale kultury naszego miasta Tarnowa. Skorzystaliśmy z okazji, bo później mogłaby przepaść. Zebrać takich ludzi, którzy na co dzień grają tego typu aranżacje nie jest łatwo. Trzeba im oczywiście też sporo zapłacić. Poza tym, że opcja była interesująca to byliśmy także ciekawi jak to będzie zagrać w plenerze.


Jesteście zadowoleni z efektu?


W większości tak. Mieliśmy trochę problemów technicznych. Co prawda był to czerwiec, ale momentami podmuchy wiatru były dość intensywne. Instrumenty smyczkowe mają taką specyfikę, że zaczynają dziwnie brzmieć pod wpływem takich bodźców. Ostatecznie jednak uporaliśmy się z trudnościami. Chcieliśmy bardzo żeby koncert był rockowy, żeby elementy symfoniczne nie przykryły tego czym jest Totentanz.


Jak w ogóle traktujecie ten album? Jako sposób oddzielenia tego co było od tego co będzie?


W pewnym sensie. Mamy mnóstwo pomysłów i ciekawe plany studyjne. Sporo wizji dotyczy ciężkich brzmień w stylu "Eutanazji", chodzi o prawdziwie gitarowe kawałki. Jest też dużo lżejszych rzeczy, więc zastanawiamy się nad dwupłytowym wydawnictwem w którym byłaby mocniejsza i delikatniejsza strona zespołu. Nie będzie narzekania dotyczącego wciskania balladek między mięso.


Czyli nie chcecie w ramach jednego utworu mieszać stylistyk, a raczej dążyć do skonkretyzowanego traktowania kawałków?


Raczej tak. Przy czym nie chcemy rewolucji. Chcemy być tym samym zespołem. Ja osobiście życzyłbym sobie tylko więcej gitarowego grania, na pewno bliżej pierwszej niż drugiej płyty.

Więc jak obecnie zdefiniowałbyś wasz styl?


Dla mnie to jest zawsze rock'n'roll. Jak grałem thrash to też tak to nazywałem. Muzyka rockowa - po prostu. Jestem daleki od szufladkowania. Lubię muzykę nie ze względu na definicję, a na to co z niej mogę wziąć dla siebie. Tak samo trudno jest mi określić co gra Rammstein. Raz są tam "metalowe czołgi", innym razem jest rockowo jak na "Emigrate" Richarda, a później jeszcze spokojniej...


...oni to nazywają tanz metal.


Tanz metal, dokładnie.


A wobec tego skąd wzięła się wasza nazwa?


W jednym z angielskich tekstów, które przyniosłem na jedną z prób, kiedy to liryki były jeszcze po angielsku, pojawiło się to słowo. Osobiście lubię to słowo, od zawsze kochałem różne języki, a to usłyszałem po raz pierwszy na języku polskim lata temu, w nawiązaniu do tańca śmierci. Nie trzeba tego odbierać dosłownie, że chodzi o umieranie. Chodzi o to że wszyscy są równi. Jesteśmy takimi samymi ludźmi jak ci, którzy przychodzą na koncerty. Bez nich nie ma zespołu. Bez zespołu nie ma tamtych ludzi. Każdy w końcu zatańczy ten taniec, fajnie jakbyśmy to zrobili wspólnie.


Robicie już coś w kierunku zarejestrowania nowego materiału?


Są zarysy i szkice, choć dzieje się to wszystko powoli ze względu na to że dużo koncertujemy. Sprzęt rzadko opuszcza bus. Każdy za to kleci coś w domu i pokazujemy to sobie na próbach. Są więc idee czekające na rozwinięcie aczkolwiek nie pracujemy nad kilkoma numerami na raz.


Chcielibyście powrócić do angielskich tekstów?


Myśleliśmy o tym by część ścieżek z drugiego albumu nagrać po angielsku, zwłaszcza że nie ma u nas z tym problemu. Ja jestem anglistą, nasz basista Amerykaninem, a Rafał dobrze posługuje się tym językiem. Kilka takich wersji nawet powstało, ale zdecydowaliśmy już przy pierwszej płycie, że w Polsce będziemy śpiewać po polsku, choć ja np. wychowałem się w dużej mierze na muzyce zagranicznej...


...co słychać...


...w dużej mierze w naszej muzyce, tak. Nie chodzi zresztą tylko o mnie. Nasz bębniarz uwielbia Foo Fighters. Ja nie przepadam za nimi. Wolę Megadeth, Paradise Lost, Type O Negative... choć tego może akurat nie słychać w Totentanz. Rammstein jest moim konikiem.


Byłeś na koncercie w Katowicach?


Nie, ale wybieram się do Łodzi, bo nie widziałem ich jeszcze na żywo. Zresztą słyszałem, że mnóstwo znajomych tam idzie, więc będzie zabawa.


Wracając do tematu, więc nagracie coś po angielsku?


Myślę, że tak, ale będzie to dla publiczności zagranicznej lub dla nowego pokolenia. Do niektórych kapel angielski świetnie pasuje, np. Acid Drinkers, my mamy trochę większą swobodę.


Skąd wziął się tytuł płyty "Zimny Dom"?


Chcieliśmy nawiązać tytułem do któregoś z utworów. Zrodził nam się koncept, że cała płyta może być potraktowana jako dom, w którym w kolejnych pokojach coś mieszka. W jednym "Paranoja", w którym alkoholik nie może sobie poradzić ze sobą, w innym osoba cierpiąca na narkomanię - "Przeżyjemy Zło". Każda kompozycja nawiązuje do prawdziwej historii. Rafał ma na codzień do czynienia z patologiami jako ratownik medyczny. Obserwuje najgorsze ludzkie zachowania, więc wie o czym pisze. Nie zazdroszczę mu. Rzadko o tym mówi wprost, częściej właśnie przez piosenki, które zamknął w tym przypadku w "zimnym domu".


Czujecie się uznaną kapelą po tym albumie?


Myślę, że bardziej po pierwszej płycie. Wtedy już jadąc w rózne zakątki Polski czuliśmy, że nie jesteśmy anonimowi. To dotyczy zwłaszcza naszych okolic: bloku południowego i wschodniego, choć przecież także Warszawy. Faktycznie jednak tak naprawdę rozpoznawalny czuję się dopiero teraz, choć nigdy ani ja, ani żaden z chłopaków nie chciał nazywać się "artystą". Jesteśmy po prostu muzykami, którzy na razie nie są nawet w stanie utrzymać się z tego, choć może przyjdzie dzień kiedy to się zmieni. Na razie sprawia mi to dużą przyjemność.


Jakiś czas temu Marcin Kubicki rozmawiał z Piotrkiem Grudzińskim z Riverside i ten też powiedział mu, że nie jest artystą tylko muzykiem. Co z Wami?!?!


No przecież Riverside nie zachowuje się jak artyści. Graliśmy z nimi to wiemy (śmiech). A są kapele, osobowości, które samą obecnością chcą pokazać, że należą do innego świata. Może to jest czasami wymóg image'u...


...ale to chyba jest fajne - budowanie wizerunku.


Tak, ale można to zrobić na scenie, a w życiu prywatnym być normalnym człowiekiem.


Nie czujesz, że wtedy możesz być mniej autentyczny?


Raczej nie. To jest przedstawienie, jak u aktorów, którzy mogą grać chamów i buców, ale w rozmowie poza planem będą mieli więcej do powiedzenia niż "zabiję cię!". Koncert to często teatr. Niektórzy artyści tak bardzo chcą się utożsamić ze swoją rolą, że stają się śmieszni wciskając fanom swoje idee przerysowując rzeczywistość. Nergal np. nie jest prywatnie osobą, która chodzi po ulicy z pomalowaną twarzą, a daje wspaniały show, gra niesamowitą muzę. Spotkałem go na Fryderykach i co? Normalny człowiek.


Gdzie są granice Totentanz jeżeli chodzi o granie muzyki? Czego nie zrobilibyście w obrębie tego rock'n'rolla?


Na pewno nie chciałbym uprawiać popeliny czy jakiegoś grania weselnego. Osobiście nie wszedłbym też np. w ekstremalny metal. Współpraca skończyłaby się w momencie w którym nasza jednomyślność ległaby w gruzach. Czasami jest tak, że pracujemy nad jakimś kawałkiem i jeden z nas mówi nagle, że średnio mu się to wszystko podoba, ale sugeruje żebyśmy jeszcze pobróbowali. W większości przypadków mija nieco czasu i stwierdzamy gromadą, że faktycznie to jest do dupy i trzeba to wyrzucić do kosza. Na płytę trafiają tylko kawałki na które wszyscy powiedzieli "tak". Cień wątpliwości i piosenka idzie na śmietnik.


Czujecie presję po dwóch dobrych albumach, żeby czegoś nie zepsuć dalej?


Nie chcemy robić niczego na siłę. Nie chcemy powielactwa. Na pewno więc trzeci album będzie wyzwaniem. Zawsze staramy się żeby każdy utwór był najfajniejszy na albumie. Realia są takie, że w sferze marzeń jest to by nagrywać w najlepszym studiu przez miesiąc, a nie cztery dni.


Podsumowując: bez powielactwa, ale też jak wcześniej wspomniałeś, bez wychodzenia poza pewien obszar muzyczny wyznaczony przez grupę.


Tak. Lubimy proste riffy. Nasłuchałem się przeróżnych wygibasów muzycznych na przestrzeni lat - thrash metalowych, death metalowych... i są to fajne rzeczy dla mojego warsztatu, ale w prostocie jest pewna siła. Rammstein buduje utwory często na czterech dźwiękach i jest to genialny łupniak. W "Enter Sandman" nie mamy najbardziej skomplikowanego riffu Metalliki, ale jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych w rock'n'rollu. Możemy pokombinować harmoniami, wokalami Rafała, rytmiką, ale lubię rzeczy proste, tak jak u zespołu Therapy?.


Czym się inspirujecie przy nagrywaniu?


Kiedyś irytowało mnie jak słyszałem artystów mówiących, że "życie", choć to przecież ono daje inspirację do wszystkiego. Jest mnóstwo książek, jest mnóstwo filmów, które czytamy. Na pierwszej płycie był utwór "Światło Dnia". Tekst był inspirowany filmem "Pocałunek Wampira" z Nicolasem Cagem, w którym bohater myśli, że zamienia się w wampira, choć dzieje się to tylko w jego głowie. To trochę piosenka o tym, że dla jednego słońce to coś dobrego i ciepłego, a dla kogoś innego niesie ból.


Co ostatnio jest u was na warsztacie?


Ostatnio słuchałem powtarzanego przeze mnie Rammsteina, starego Therapy? "Troublegum" i nowego Kiss "Sonic Boom", która zapachniała mi latami 70-tymi, które są mi bardzo bliskie ze względu na muzykę gitarową. Słucham też dużo muzyki filmowej, ale ona akurat nie znajdzie odzwierciedlenia na trzecim krążku. Tematy, które lubię to takie, w których przemycona jest melodia. Sama surowizna i dysharmoniczne nie kręcą mnie. Dlatego zawsze wolałem Megadeth od Slayera. Slayer jest cudowny warsztatowo, ma przefajne riffy, ale przy pierwszym odsłuchu nie byłem w stanie zapamiętać melodyki całości. W Megadeth ciągnęła mnie ta charakterystyczność Mustaine'a.


Wasze utwory powstają według jakiegoś schematu?


Zaczynamy od zapadającego w pamięć riffu i na jego bazie budujemy resztę. Później tematy zwrotkowe, co wszystko wychodzi w czasie jam session i na koniec smaczki dodatkowe, które są w całości moją działką.


Najbliższe plany?


Koncerty przede wszystkim.


A wolisz koncerty czy tworzenie w studiu.


Tworzenie jest fajne, ale ja potrzebuję spokoju... Zdecydowanie jednak wolę koncerty.

Grzegorz Żurek

Revolution Radio Green Day

Green Day jaki jest, każdy widzi (a właściwie słyszy).

Gramy dalej

8 /10
NieWolnOść Hunter

Dystans jaki oddziela dziś zespół Hunter od własnych nagrań z przełomu XX i XXI wieku jest trudny do zmierzenia. Kapela weszła w proces muzycznej...Gramy dalej

3 /10
Ghost ocena 9
Popestar
Gatunek: Heavy metal
Breaking Habits
Gatunek: Rock
Testament ocena 8
Brotherhood of the Snake
Gatunek: Thrash metal
Zobacz wszystkie