To była cała wyprawa. Wybraliśmy się z kolegą pociągiem z Croydon do Londynu. Nie mieliśmy pojęcia, gdzie szukać sklepu muzycznego, więc zapytaliśmy jakiegoś przechodnia, który pokierował nas na Charing Cross Road. Wsiedliśmy do autobusu i zajęliśmy miejsca na piętrze, żeby było lepiej widać mijane sklepy. Nagle kolega krzyczy: "O Boże!". Wybiegliśmy z autobusu i stanęliśmy jak wryci przed wystawą sklepu Jennings Musical Instruments: za szybą lśnił piękny Telecaster, a obok niego Stratocaster.
Byliśmy jak zaklęci - wreszcie na własne oczy zobaczyliśmy gitary naszych marzeń! Po dłuższej chwili kolega się odezwał: "To co, wchodzimy?". Ale ja się bałem wejść! W końcu przełamaliśmy się i przekroczyliśmy próg sklepu. Poprosiłem sprzedawcę o Fendera Stratocastera. Był bardzo miły, podał mi gitarę i zapytał: "Pan ma oczywiście zamiar ją kupić?". Powiedziałem, że tak, oczywiście! - chociaż nie było mnie na nią stać. Grałem na niej przez chwilę i było to najbardziej magiczne doświadczenie w moim życiu. Niestety nieopatrznie oparłem swój ubłocony but o wzmacniacz. Sprzedawca stracił cierpliwość i kazał nam się wynosić.
Wróciłem do tego sklepu po jakimś czasie i okazało się, że koleś mnie pamięta. Wziąłem do ręki Strata i zacząłem grać jakiś utwór Chata Atkinsa. Wzbudziłem ogólne zainteresowanie: schodzili się ludzie z ulicy, żeby mnie posłuchać, a sprzedawca zachęcał mnie, żebym grał dalej. "Ty draniu! - pomyślałem sobie - skoro naganiam ci teraz klientów, to będę trzymał buty na wzmacniaczu, ile tylko mi się podoba". Ten sklep zawsze śmierdział dymem papierosowym, a sprzedawcy nie należeli do najsympatyczniejszych. Przenieśliśmy się więc do innego sklepu na Charing Cross Road. Nazywał się Lew Davis i tam natknęliśmy się na kolejną niesamowitą rzecz, a mianowicie kostkę typu delay. Byliśmy w siódmym niebie.
Zaprzyjaźniliśmy się z jednym ze sprzedawców i on pozwalał nam grać na wszystkich gitarach w sklepie. Był super! Zostawiał nas samych w sklepie i mówił: "Tylko niczego nie zwińcie". Nigdy niczego nie ukradliśmy. Pewnego razu do sklepu przyszedł piętnastolatek z ojcem, który wyciągnął pieniądze i kupił synowi Stratocastera - tak od ręki - a do tego wszystkie niezbędne akcesoria: futerał, pasek, struny, kostki... Siedzieliśmy w kącie i dosłownie wyliśmy z zazdrości!