Kup Magazyn Gitarzysta

Myopia

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce dwóch szalonych nastolatków zakręconych na punkcie metalu oraz filmów i literatury science-fiction postanowiło założyć zespół, którym chcieli połączyć obie swoje pasje. W skutek tego powstała Myopia. Grupa nie okazała się całe szczęście tylko młodzieńczym wybrykiem Bogdana Kubicy i Roberta Koconia. O zespole rozmawialiśmy właśnie z nimi oraz z gitarzystą Robertem Słonką.

Na początek cofnijmy się może o jakieś kilkadziesiąt lat. Powiedzcie co sprawiło, że zainteresowaliście się muzyką.


Ja jako dziecko chodziłem czasem na próby chóru kościelnego z ciocią, gdzie grupa emerytów dawała czadu przy akompaniamencie muzealnych organów. Siadałem w barytonach i podziwiałem podziały na głosy. Spodobało mi się wtedy śpiewanie… W domu był akordeon, którego nie wolno było ruszać, więc granie w ukryciu dawało sporo adrenaliny (śmiech). Miałem wtedy jakieś 5 lat i to były moje pierwsze kontakty z instrumentem. Nagrywało się też kiedyś piosenki z radia albo śpiewy imieninowe na wielościeżkowego "szpulaka" marki Grundig. Wczesny home reccording (śmiech).

 
Faktycznie jest to cofnięcie się o parę dziesięcioleci (śmiech). Te zupełne początki  - pomijając wychwytywanie w radiu "ładnych melodii" - to dla mnie zetknięcie się z prostą energią muzyczną AC/DC. Pomimo niewielkiego skomplikowania muzycznego z głośników płynęła muza, która zupełnie mnie pochłonęła. Gdy dodać do tego zdobywane plakaty szalejącego na scenie, mokrego od potu Angusa Younga, decyzja mogła być tylko jedna: chcę grać na gitarze.


Potem do Polski dotarła fala brytyjskiego heavy metalu i pierwsze płyty Iron Maiden  totalnie mnie zachwyciły. Byłem na ich pierwszym występie za "żelazna kurtyną" w 1984 roku w Łodzi. W tamtych czasach dla 15-latka to był istny szok! Promowali wtedy album "Powerslave". Potem oczywiście Metallica i cała fala thrash metalu zza oceanu bardzo mocno mnie ukształtowała. Wreszcie poznałem zespoły, które nie były, aż tak popularne, ale rozwijały muzyczną scenę, że wspomnę kanadyjski Voivod i rodzimego Astharotha (pozdrawiamy Jarka Tatarka). Odpowiadając wprost na Twoje pytanie: w muzie odnalazłem niesamowicie mocny przekaz wewnętrznych uczuć, energie pozwalającą za pomocą dźwięków odkrywać zupełnie inaczej rzeczywistość.


Czy Twoi synowie również interesują się muzyką? Odbierają ją podobnie jak Ty?


Tak, oczywiście słuchają muzyki, mają swoje ulubione kapele - choć  myślę, że jednak trochę inaczej na nią reagują. W latach 80-tych, wtedy kiedy ja poznawałem świat dźwięków, muzyka była synonimem wolności, swobody i buntu. Obecnie jest jedną z form sztuki, mocno jednak wkomponowanej w to, co młodzi ludzie odnajdują w Internecie. Nie mówię, że to coś gorszego, po prostu innego. Generalnie lubią muzykę rockową oraz metalową. Starszy syn, Patryk lubi klimaty typu Slipknot (mieliśmy okazję być na ich ostatnim warszawskim koncercie), młodszy, Wiktor czeka na reaktywację ulubionej kapeli System Of A Down, a obydwaj bardzo cenią Metallikę czy AC/DC.


Przygotowujecie właśnie materiał na nowy album. Czego możemy się spodziewać? W jednym z wywiadów, wspomniałeś Bogdanie, że zamierzacie pograć jeszcze bardziej "połamane" utwory.


Tak rzeczywiście powiedziałem. Kiedy gramy nasze nowe numery z Robertem Słonką na próbie, to wydaje nam się, że naprawdę jest co grać i że na chwilę obecną bardziej nie jesteśmy już tego tworu w stanie "pogiąć", ale tak naprawdę nie wiemy jaki będzie efekt końcowy. Gdy dojdzie do całości bas i wokal, to może wyjdzie z tego niezły pop (śmiech). Połamana też będzie warstwa koncepcyjna tekstów, w której to będziemy przeżywać symultaniczne symulacje w hiperrzeczywistym świecie.


Trudno jest mi jeszcze opisywać ten materiał, gdyż nie jest ukończony - nie ma na razie nawet zarejestrowanej wersji demo. Natomiast moje odczucia są na pewno podobne do opinii Bogdana - jest to materiał mocno połamany, nieprzewidywalny, ale mam wrażenie, że jest to krok do przodu w stosunku do poprzedniej płyty. Wszystko jest bardziej skomplikowane, ale jednocześnie bardziej świadome.  Tutaj od początku nad całością dominuje pewna spójna klamra. Wynika to z samej koncepcji płyty, którą sobie zakreśliliśmy. Na pewno, jeśli chodzi o partie gitary, jestem bardzo zadowolony z ich warstwy harmoniczno-rytmicznej. Wydaje mi się, że są naprawdę ciekawe.


Pod względem nieprzewidywalności, Myopia jest raczej przewidywalna. Będzie ciężko i schizofrenicznie.


Bogdanie, Ponoć nie jesteś zwolennikiem melodii. Jedni uważają, że to właśnie ten czynnik sprawia, że dźwięki mogą zaistnieć w świadomości słuchacza. Dla innych - w tym dla mnie - często sprawia, że muzyka nabiera banalności…


Obraliśmy pewien kurs w naszej muzyce i faktycznie, jak do tej pory, uważałem, że im mniej melodii tym lepiej. Myślę, że mój punkt widzenia się nie zmienił i sądzę, że melodyjne chórki, solówki czy inne wpadające po pierwszym przesłuchaniu w ucho rzeczy, popsułyby tylko cały nasz koncept. Nie oznacza to jednak, że cały czas słucham tylko takiej muzyki (chyba bym zwariował) i że nie toleruję melodii, w poszukiwaniu, której nie włączam co prawda jednej z popularnych stacji radiowych. Zdarza mi się posłuchać jakiejś komercji, np. ostatnio przesłuchałem w aucie kilkakrotnie ostatnią płytę Matta Duska, którego nazywają następcą Franka Sinatry. Przyjemne. Same melodie. Może czasem banalne, ale do jazdy samochodem w sam raz.

 
Gracie muzykę bardzo skomplikowaną technicznie. Ile zajmuje wam opanowanie skomponowanego przez was materiału?


W cholerę! Czasami siedzimy i siedzimy i jest tylko kilku czy może kilkunastosekundowy progres. Ćwiczymy cierpliwość jak podczas jogi czy medytacji, ale jak zgramy już całość i jest tak jak sobie założyliśmy, to ja przynajmniej odczuwam sporą satysfakcję.


Materiał na "Biomechatronic Intervention" powstawał przez 1,5 roku. Tyle czasu potrzebowaliśmy, by skomponować oraz opanować jej zawartość. Nowe ćwiczymy od października 2008 r. i zostało nam jeszcze parę miesięcy prób oraz spotkań, by być gotowym do wejścia do studia.


Dla mnie najważniejsze jest wyczucie kompozycji. Wtedy idzie sprawnie. Strona techniczna jest drugoplanowa.


Skoro wchodzicie do studia tak starannie przygotowani, czy zdarza się wam w nim jeszcze improwizować i tworzyć coś na spontanie? 


W studiu raczej już nie ma miejsca na eksperymenty - instrumenty są przygotowane wcześniej - staramy się, by czas nagrania był wykorzystywany maksymalnie. Wokale także z grubsza były opracowane, ale w tym obszarze ewentualnie można mówić o bardziej spontanicznych decyzjach. Natomiast w przypadku dodatkowych partii gitar daliśmy pełną dowolność naszemu realizatorowi Szymonowi Czechowi, który dograł w określonych miejscach dwie "solówki", które według mnie świetnie wypadły.


Ile mniej więcej czasu poświęcacie na ćwiczenia gry na swoich instrumentach? Jestem na "świeżo" po lekturze "Poza schematem" Malcolma Gladwella, który wysnuł koncepcje, według której, by dojść do perfekcji w jakiejś dziedzinie trzeba poświęcić na to 10 tys. godzin.


Hmmm, wydaje mi się, że kwestia osiągnięcia pewnej biegłości technicznej to jedna rzecz, druga to pewna świadomość gry. Ostatnio mam kontakt z osobami, którzy uczą się grać na gitarze i widzę w jak zupełnie różnym stopniu przebiega ich rozwój. Wniosek nasuwa mi się taki: czym większa przyjemność z czerpania gry na gitarze tym większy postęp.


Zaangażowanie w instrument daje największe efekty, co nie wyklucza absolutnie konieczności wielogodzinnych ćwiczeń. Świetna sprawa to granie coverów oraz równoległa własna twórczość. Ja sam gram codziennie na gitarze. Na pewno nie jest to mozolne doskonalenie techniki, lecz raczej improwizacja i komponowanie. Zastanawiam się nad tymi 10 tys, godzin - jeśli ktoś nie uważa ich za zmarnowany czas, to na pewno będzie grał kolejne 100 tys.


Jak zaczynałem grać na bębnach to, założyłem sobie, że muszę grać codziennie przez przynajmniej dwie godziny. Tak też było dopóki grałem u wujka. Odkąd wynajęliśmy salę, nie zależy to już tylko ode mnie. Chęci są duże, a możliwości małe. W tym roku jest najgorzej, bo dostęp do perkusji mam tylko raz w tygodniu. Tego instrumentu niestety nie mogę sobie rozstawić w pokoju w bloku.


A ja znam inną teorię. Wojtek Pilichowski twierdzi, że 10 lat po 10 godzin dziennie i powinno być ok. (śmiech).


"Biomechatronic…" nagrywaliście z najmłodszym stażem w zespole Robertem Słonką. Na jak dużą swobodę pozwoliliście mu w czasie pisania materiału? W końcu był on odpowiedzialny za tak ważną część utworów jak partie gitar…


Robert Słonka miał i ma pełną wolność twórczą w nagrywaniu gitar. Gitary na "Bimechatronic Intervention" różnią się stylem od tych nagranych przez Kamila Smalę na "Enter Isect Masterplan" i to jest fajne, bo płyta brzmi zupełnie inaczej. Poza gitarą wprowadził też do zespołu mnóstwo dobrej energii. Od początku rozumieliśmy się bez słów. Dzięki temu darzymy go ogromnym zaufaniem.


My w ogóle się wzajemnie nie ograniczamy, czasami tylko robimy jakąś burzę mózgów i wybieramy najlepszą opcję. Tak więc Robert nie miał żadnych limitów czy ograniczeń, miał stuprocentową swobodę pod warunkiem, że nie będzie grał czegoś w stylu AC/DC (osobiście lubię posłuchać) lub góralskich motywów, choć jeden udało mu się przemycić, ale nie powiem Ci w którym jest momencie (śmiech).


Wokale na "Biomechatronic…" brzmią jakby na waszej płycie zaśpiewał robot, a nie człowiek. Czy używaliście przy ich rejestracji jakiś specjalnych efektów?


Efekty zostały tu nałożone tylko w kilku fragmentach. Może na kolejnej płycie pobawimy się w bardziej intensywnie kosmicznymi pluginami. Zobaczymy jak to wyjdzie w praniu.


Czy w końcu zainteresowała się wami jakaś większa wytwórnia?


Niestety, narazie nie mamy żadnego odzewu, ale na pewno będziemy się starali zainteresować, którąś z wytwórni wydaniem najnowszej płyty. Jak będzie, zobaczymy.


Duże wytwórnie poprostu jeszcze nie wpadły na to, że są zainteresowane (śmiech).

 
Dlaczego nie nawiązaliście dłuższej współpracy z Selfmadegod?


Sprawa wygląda dosyć prosto: Selfmadegod nie była zainteresowana wydaniem "Biomechatronic Intervention".


Oglądając waszą stronę internetową czy to książeczkę ostatniej płyty dochodzę do wniosku, że bardzo profesjonalnie podchodzicie do swojej działalności. Wszystko to z pewnością kosztuje. Wybaczcie, że spytam, ale czy finansowo udaje się wam "wychodzić na zero"?


Nie żartuj! To kosztowna pasja.


Tak, to prawda - staramy się, aby zarówno muzyka jak cała jej oprawa były na profesjonalnym poziomie. Oczywiście od nas zależy kwestia organizacji dźwięków, natomiast sprawy graficzne to zasługa Ani, która w całości stworzyła wkładkę i wszelkie graficzne materiały promocyjne "Biomechatronic Intervention". Nasza strona internetowa, www.myopia.pl oraz wsparcie multimedialne to zasługa Marcina -  bez nich na pewno nie byłoby to możliwe i raz jeszcze chciałbym im za to podziękować.


O ile dobrze pamiętam, to jeszcze nigdy nie udało nam się osiągnąć takiego "punktu zero", ale marzy nam się to i mocno wierzymy, że kiedyś to nastąpi.

 
Czy jednak fakt, że zdobywacie w recenzjach z reguły wysokie noty, jednocześnie nie mając przy tym jakiś wymiernych korzyści typu kontrakt czy zainteresowanie szerzej grupa fanów nie jest dla was frustrujący?


Powiem tak - na pewno chcielibyśmy, aby nasza muzyka poza dobrymi opiniami recenzentów znalazła odbicie w rankingach sprzedaży oraz szerokim zainteresowaniu, jednak realia są zupełnie inne. Tworzenie jednak mocno niszowej muzy niesie ze sobą konsekwencje  w postaci braku kontraktu, a co za tym idzie, promocji zespołu własnymi środkami czasowo-finansowymi. Ja osobiście nie mam uczucia frustracji, wręcz przeciwnie - dzięki spotkaniu Bogdana i Roberta gram muzę, którą zawsze chciałem usłyszeć, a to wydaje mi się zasadniczym wyznacznikiem twórczości. Kilkanaście lat istnienia zespołu świadczy chyba najlepiej o tym, iż przyjemność robienia tej muzy jest elementem zasadniczym.


Dobre opinie bardzo cieszą i motywują do dalszego grania i oczywiście szkoda, że nic więcej za tym nie idzie, chociaż frustracją bym tego nie nazwał.


Zawsze lubiłem zespoły, które niosły ze sobą jakiś przekaz lub inspirowały do zainteresowania się innymi dziedzinami sztuki. W waszym wypadku można mówić o tym drugim przypadku. Koncept tekstowy Myopii oparty jest bowiem na waszej fascynacji literatura science-ficion. Czy możecie polecić naszym czytelnikom swoich ulubionych pisarzy tego nurtu?


Szczerze mówiąc mnie bardziej w literaturze fascynuje science niż fiction. Głównie tematy wszechświatów równoległych, schizofrenicznych rzeczywistości, teorii kwantowej, oraz nieodgadnionej głębi ludzkiego umysłu. Polecić mogę Marcusa Chowna, Michio Kaku, oczywiście Howkinga. A z fikcji najbardziej inspirujący są dla mnie od lat, literaccy jazzmani, Bruno Schulz i Witold Gombrowicz.


U mnie osobiście wszystko zaczęło się od Staszka Lema, a do ostatnich projektów inspirował mnie ojciec cyberpunku- William Gibson.


Ja wymienię jeden tytuł, który najbardziej zapadł mi w pamięć. To "Cieplarnia" Briana Aldissa i jego wizja organiczno-złowrogiej przyszłości planety. Tak na marginesie, zwiastuny filmu "Avatar" dosyć mocno odpowiadają opisowi świata Aldissa.


Bez wątpienia to co gracie nadal można nazwać metalem. Słychać jednak w waszej muzycy nawet inspiracje jazzem.


Zgadzam się, spotkałem się z podobnymi opiniami.  Nasza muzyka na pewno opiera się na harmonii wieloskładnikowej, nieczęsto granej w metalu gdzie dominują raczej powerchordy. Podobnie jest jeśli chodzi o pracę bębnów, tutaj także, podobnie jak w jazzie, dominują skomplikowane, połamane struktury. Bas bardzo często nie tyle podkreśla grany akord co operuje na jego składnikach. Myślę, że to wyróżnia Myopię. Co nie oznacza, że nie ma w nas czadu (śmiech). Jest i to niezły! Można grać mocno i agresywnie w bardzo indywidualny sposób.


Jazzowe klimaty towarzyszyły nam od zawsze. Mniej lub bardziej odciskały się na naszej twórczości. Bardzo często nie jest to słyszalne wprost, ale jednak zauważalne. Wykonawcy, jedni z ważniejszych, to zdecydowanie Tribal Tec, Billy Cobham, Richard Bona, John Patitucci, Chick Corea, Jaco Pastorius. Na pewno jakiś czas temu duży wpływ na moją wyobraźnię muzyczną wywarł mój nauczyciel Piotrek Żaczek i jego projekty, typu Oxen, czy solowe płyty Mutru i nowa Balboo.


I to jest może właściwy kierunek, jeszcze trochę i może zaczniemy się pojawiać na forach jazzowych albo w innych audycjach z cyklu okolice jazzu i w końcu wyjdziemy na swoje grając new metal jazz, a na nasz koncert przyjdą panie w wieczorowych sukniach oraz panowie w garniturach, bo ktoś im powie, że to jest teraz trendy (śmiech).


Nie da się ukryć, że w waszej muzyce słychać inspiracje Voivod. Co sądzicie o ich ostatnich dokonaniach?


Voivod to ważny zespół w historii rocka - nie do końca doceniony, nigdy nie cieszył się wielką popularnością. Pamiętam, że gdy po raz pierwszy wysłuchałem najważniejszej dla mnie ich płyty, "Dimension Hartross" po prostu oniemiałem i wiedziałem, że metal przekroczył pewne granice, coś zupełnie "obcego" wydarzyło się wraz z tą płytą. Do świata metalu wtargnęła psychodelia, zupełnie inna przestrzeń, tajemnica i pytanie: "jak oni to grają ???" (śmiech).


Bardzo cenię Voivod, zwłaszcza od szalonego techno-thrash-punkowego "Killing Technology" po melodyjnie-psychodeliczny "Outer Limits". Niestety, ostatnie rejestracje zespołu, nagrana z Jasonem Newstedem płyta "Voivod" jak i dogrywane do śladów gitar Piggy’ego kompozycje, które tworzą "Katorz" i "Infini", kompletnie do mnie nie trafiają.


Cóż, mnie wokal Snake’a jakoś nie przekonuje i ostatnie płyty, w moim przekonaniu, niestety straciły na energii. Pewnych wydarzeń nie da się cofnąć, ale wierzę, że jeszcze w przyszłości zdobędą się na ciężki i prawdziwie odjechany materiał.


Dla mnie kicha. Próbują wykorzystać na siłę wszystko to, co Piggy zostawił po sobie. Nie da się tego słuchać. Myślę, że powinni użyć swojego nowego gitarzystę, który już poczuł tę muzykę, do skomponowania nowych utworów i zapewne byłoby to o wiele ciekawsze.


Mnie osobiście bardziej do gustu przypadają płyty nagrane z Erickiem Forrestem…


Mnie też, Power, jaki wtedy Eric wniósł do zespołu, był nieoceniony, Snake wokalnie nie dorasta mu do pięt, ale trzeba też pamiętać o płytach "Killing Technology", "Dimension Hatross" i "Nothingface", które zmieniły muzykę metalową, przynajmniej dla mnie.


Według mnie płyty z Erickiem to absolutna esencja. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem połączenie psychodelicznej muzyki Voivod z tym wokalem, zrozumiałem, że to jest to, na co właśnie czekałem.


To jest także oddzielny etap w ich twórczości. Charyzma i moc Erica to rzecz fantastyczna, nadał ich muzyce zupełnie innego wymiaru. Kompozycje, które wtedy powstały, są niespotykanie mocne jak na Voivod, a ich  klimat dużo cięższy. Płyta "Phobos" jest dla mnie także dziełem kompletnym, niemożliwie zimnym, odhumanizowanym. Powiem szczerze, że dla mnie powinna być wydana bez dwóch ostatnich nagrań czyli kompozycji Newsteda "M-body" oraz coveru King Crimson "21st Century Schizoid Man" - choć zagrane świetnie,  nie pasują do całości konceptu.


Mój faworyt, jeśli chodzi o etap z Forrestem, to numer "D.N.A." zamykający płytę "Negatron" - taki rozwój Voivod to byłoby marzenie. Odpowiadając na twoje pytanie - dla mnie jednak bliżej serca jest ten pierwotny Voivod ze Snake’iem, lecz płyty z Forrestem także bardzo cenię.


Robercie, w książeczce do "Biomechatronic…" podziękowałeś m.in. Dennisowi "Piggy’emu" D’amour’owi. Co inspirującego odnajdujesz w jego grze na gitarze?
 

Dennis "Piggy" D’amour był niesamowicie uzdolnionym muzykiem. Pierwsze co przychodzi mi na myśl to nieszablonowość, rozpoznawalność jego gry na gitarze. W zasadzie po usłyszanym riffie można było powiedzieć: Voivod, A kto znał muzyka obsługującego wiosło mówił: Piggy. Razem z moim przyjacielem Arturem (pozdrawiam!) wiele razy puszczaliśmy nasze ulubione kawałki zachwycając się jego gitarą. Bo grał rzeczywiście inaczej: na przekór panującym thrashmetalowym trendom w muzyce, w jego grze nie było schematów, czuć było fascynacje i zabawę dźwiękiem. Na pewno wyczuwalne były wpływy psychodelii gitarowej spod znaku maestro Roberta Frippa, ale i tak był w tym wszystkim niezwykle oryginalny i jedyny. Wiadomość o jego śmierci przyjąłem z niesamowitym smutkiem.


A jakie masz wrażenia po występie Voivod na Knock Out Festival 2009?


No cóż, przede wszystkim spełniło się wreszcie moje marzenie, bo w przeciwieństwie do Bogdana i Roberta, którzy mieli okazję nie tylko być już na paru koncertach Voivod, ale i poznać muzyków,  to był mój pierwszy ich koncert. Uważam, że dali świetny występ, zwłaszcza jeśli chodzi o radość z obcowania z publiką i dobór kawałków. Fajnie, że na scenie był Blacky, współtwórca kapeli. Mam jedną refleksję - Voivod to zespół już zamknięty, jest to historia i nie czekam na nową, ewentualną płytę. Cieszę się. że po koncercie udało mi się z Away’em zamienić parę słów, zrobić pamiątkową fotę no i mam swój egzemplarz "Dimension Hartross" z jego podpisem.


Bogdanie, przyznałeś kiedyś, że prywatnie słuchasz też nadal innych zespołów thrashmetalowych. Co sądzisz, że o ostatnich płytach Megadeth, Metalliki czy Slayera? Osobiście uważam, że "ojcowie thrashu" zaczynają powoli dławić się swoimi ogonami.


Wstyd przyznać, choć tak naprawdę wcale się nie wstydzę, ale nie znam ich ostatnich dokonań. Megadeth i Slayer zawsze kojarzyły mi się z ogromnym profesjonalizmem, szczególnie podczas występów na żywo i sądzę, iż trzeba by się zaznajomić z ich najnowszą propozycją. Metalliką gardziłem od czasu kiedy nagrali "Load", ale ostatni album podobno nie jest taki zły.


W ogóle nie koncertujecie. Czy Myopia pozostanie zespołem czystostudyjnym?


Pytanie jest tylko, czy w dzisiejszych czasach ludzie chcą słuchać muzyki undergroundowej na żywo? Teraz wszystko jest dostępne w Internecie za darmo bez wychodzenia z domu. A na koncert trzeba się ruszyć, zapłacić za bilet 10 zeta. Mało komu się chce. W efekcie kapele dokładają do koncertów z własnej kieszeni, tak jak i zresztą do wydawania płyt. Są jednak pewne plany, więc mam nadzieję, że w tym roku coś wykombinujemy i pojawimy się na scenie.


Na razie nie zapowiada się, by coś się miało w tym stanie zmienić. Ilość prób być może wystarczy, by skończyć materiał przed planowanym wejściem do studia, ale mamy nadzieje, że nadchodzący 2010 rok przyniesie nowe możliwości.


Czy przez fakt dużego skomplikowania waszych numerów poszukacie sesyjnego gitarzysty do grania koncertów?


Myślę, że nie rzecz leży w skomplikowanej formie utworów, lecz raczej  w organizacji ograniczonego czasu jakim obecnie dysponujemy. Jeśli doszłoby do koncertów na pewno nie będziemy szukać sesyjnego.


Było by to interesujące rozwiązanie, ale ze względu na specyfikę muzyki i niekomercyjną formę naszej działalności, jakoś sobie nie wyobrażam gdzie można by znaleźć takiego śmiałka…


Myślę, że w przypadku ewentualnych koncertów dalibyśmy radę w trzy osoby, nie ma w naszej nagranej muzyce zbyt wielu "podkładów", a nawet jeśli takowe są, to na żywo zawsze można wyodrębnić tą bardziej istotną ścieżkę.


Robercie, niedawno nagrałeś materiał na swój solowy album, "Ingrid Baley", o którym porozmawiamy więcej przy innej okazji. Teraz powiedz jednak nieco o tym projekcie…
 

"Ingrid Baley" jest moim projektem gitarowym w całości dostępnym na stronie www.myopia.pl w zakładce "inne projekty". Nagrałem go w domowych warunkach, jako demo do ewentualnej rejestracji w studiu. Ukaże się jako DVD, których obrazem będą zdjęcia mego autorstwa, a tłem właśnie będzie ta muza. Ingrid Baley to miejsce, do którego każdy z nas zmierza, to miejsce, które znajduje jako "swoje", to spełnienie marzeń, to określenie "tutaj chcę żyć", ze swoimi codziennymi ograniczeniami i pięknem każdej chwili. Nie ma go na mapach, jest w każdym z nas.


Koncept jest pomyślany jako jeden dzień w Zatoce Ingrid, kolejne utwory przedstawiają muzycznie poszczególne pory dnia, stany pogody, ducha,  rozterek, radości, czynności - codzienność. Taka jest też ta muzyka, w zamyśle przestrzenna, nagrana bez napięcia, bardzo "ludzka" - chyba jest dla mnie odskocznią od Myopii, pokazuje moją drugą muzyczną stronę.


Gdy przeprowadzamy ten wywiad do końca roku pozostało już tylko kilka dni. Jakie płyty wywarły na was największe wrażenie w mijającym roku i na jakie czekacie w nadchodzącym?
 

Odpowiem patrząc na nasze polskie podwórko. Choć nie śledzę bardzo uważnie wszystkiego, co się dzieje na polskim rynku muzycznym, wychwyciłem klimatyczny Tides Of Nebula, bardzo lubię taką przestrzeń w muzyce. Z mocniejszych rzeczy na pewno Proghma-C i Ketha, zwłaszcza ta druga - czekam w jakim kierunku pójdą obydwie kapele. Płyta roku dla mnie to projekt "Egoist" Stana Wołoncieja, za wizje jej samodzielną realizacje. Brawo! I cieszę się z sukcesów Riverside oraz Behemotha - nagrywają albumy zdolne konkurować muzycznie na świecie, czego sobie także życzę.


Ja ostatnio, jak już wynikło z poprzednich odpowiedzi, jestem raczej ignorantem w tej materii i zamiast zajmować się wyszukiwaniem i odsłuchiwaniem muzycznych perełek, wolę kontakt z naturą, ale Roberty są chyba bardziej w temacie, więc jak już coś spektakularnego się pojawi, to na pewno dadzą mi znać. Jedyną płytą, na jaką faktycznie czekam, jest kolejna płyta Myopii, ekscytująca jest myśl: jak to wyjdzie tym razem.


Jacek Walewski
Sounds From the Heart of Gothenburg In Flames

Dobór utworów pożegnalnego DVD In Flames z Danielem Svenssonem za zestawem perkusyjnym jest mocno dyskusyjny.

Gramy dalej

7 /10
Bad Vibrations A Day To Remember

Amerykanie zbyt długo kazali czekać na swój nowy album.

Gramy dalej

8 /10
Rage ocena 8
The Devil Strikes Again
Gatunek: Heavy metal
Big Jesus ocena 5
Oneiric
Gatunek: Alternative rock
Divine Touch
Gatunek: Melodic death metal
Zobacz wszystkie