Pół na pół. Kończę właśnie album i nagrałem na nim 2 syntezatory Nord oraz dużo software-u. Używam najczęściej jakichś tanich VST lub wyszukuje darmowe cuda, które następnie wyciskam i wykręcam. Na koncercie od niedawna używam tylko softu. Steruje to kontrolerami MIDI.Do soft-synthow (na ogół używam dwóch) zapinam pokrętło filtra, modulacji, delaya i kilku innych podstawowych i ustawiam w rzędach na przeedytowanym BCR2000. Linie syntezatorów (basy, leady) wygrywam na osobnym kontrolerze z klawiszami i zapętlam je za pomocą małego footswitcha.
Perkusja - dźwięki wyprodukowałem jakoś pod koniec zeszłego roku. Czyli tu nie ma syntezy - gram przygotowanymi samplami. Brzmi to ciężko. Trochę jak te grube rzeczy z Ed Bangers, ale rytmy są bardziej breakowe. Steruje to też z tego samego blatu na BCR, tylko ze inny rząd, oraz same tzw. bębny, to tez kontroler - zestaw padów td8 Rolanda (VDrums). Mam tu delay, reverb, filtr. Skonstruowałem też mechanizm, którym skracam długość sampla i wtedy perkusja zamiast brzmieć potężnie i tłusto, będzie szybka i chuda jak w np. Kraftwerk. Mam również np. wysokość dźwięku. Wtedy np. mogę zrobić taki efekt jak na początku utworu Rockit - Hancocka. Zarówno jak syntki, perkę też zapętlam i potem tylko żongluję loopami, ale nadal nad każdym mam pełną kontrole midi - mogę je filtrować, zmieniać wartości efektów.
Komputer jest dużo wygodniejszy. W studio nie trzeba biegać na drugi koniec pokoju żeby coś przekręcić, a na koncert się przyjeżdża niewielkim samochodem kombi. Z drugiej strony czasem jak się siedzi przed tym ekranem i muzykę produkuje się niemal wyłącznie "oczami" to niektóre umiejętności zanikają (np. ekwalizacja ścieżek nie następuje czasem "na ucho", bo oczami zrobi się to precyzyjniej). Mało animowana praca powoduje też, że mniej tlenu dostarcza się do mózgu i łatwej o nudę, zwłaszcza dla osoby kinestetycznej, jak ja. W sumie to nie ma reguł, ale przeważnie siedzę przed kompem - jak większość teraz.