To dwie zupełnie rożne pary kaloszy, muzycznie, klimatycznie, organizacyjnie. Z O.N.A. graliśmy wcześniej, jeszcze przed momentem od którego ja datuje radykalne wejście na naszą muzyczną drogę, którą podążamy do teraz. Czyli od momentu, kiedy to zdecydowaliśmy się wywalić pierwszych dziewięć utworów, które zrobiliśmy od początku wspólnego grania, i zacząć wszystko od nowa. Te stare utwory to było to co graliśmy na koncertach z O.N.A., bardziej piosenkowe, ckliwe, prostsze. Na tyle jednak niestandardowe, że spotykaliśmy się z raczej zerowym zrozumieniem ze strony ich publiki.
Koncerty z Neumą to już ten "właściwy" okres naszej twórczości. Trasy o wiele mniejsze, undergroundowe, ale jakościowo, muzycznie i klimatycznie o wiele bliższe temu czego szukaliśmy. Trafialiśmy do publiki wyrobionej, ekscentrycznej, otwartej i poszukującej prawdziwego, ekstremalnego przeżycia. Poza tym Neuma składała się wtedy z 3/4 Kobonga, zespołu dla nas o wiele ważniejszego, o wiele bliższego, emocjonalnie i muzycznie.