Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Dariusz Kozakiewicz (Perfect)

Dariusz Kozakiewicz (Perfect)

Kolejną rozmowę przeprowadzamy z Dariuszem Kozakiewiczem. Ten niezwykle doświadczony i wybitny polski gitarzysta, który od 12 lat wspiera swoją grą zespół Perfect, udowadnia, że ta kapela ma w sobie nadal mnóstwo energii i nie powiedziała jeszcze swojego ostatniego słowa.

Twoja ścieżka muzyczna jest imponująca. Grałeś z czołówką polskiej sceny muzycznej lat 70. i 80. Dzisiaj jesteś pierwszym wiosłem grupy Perfect. Trudno było dostać się do tego punktu?


Wiesz, jeśli chodzi o Perfect, to w zasadzie ja zawsze kibicowałem tej kapeli. Zresztą my nawet mieliśmy wspólną salę prób w latach, kiedy zespół się tworzył. Dosłownie przez przypadek stało się tak, że ja po latach tej właśnie kibicerki Zbyszkowi Hołdysowi, Grzesiowi i Piotrowi Szkudelskiemu - czyli ludziom z podstawowego składu - wylądowałem w tym zespole (śmiech). Nie wiem, chyba miałem jakieś przeczucie, bo ta propozycja padła już w 1994 roku, kiedy to zespół się reaktywował, ale ja w tamtym czasie miałem jakieś własne plany, więc nie mogłem z niej skorzystać. Potem bardzo tego żałowałem, jednak szczęśliwie dla mnie już w 1997 roku koledzy powtórzyli tę propozycję i wtedy już nie odpuściłem.


Powiedz mi, jak wyglądało życie muzyka w Polsce 20 czy nawet 30 lat temu?


Życie muzyka w Polsce w zasadzie nie różni się dzisiaj niczym szczególnym w porównaniu z życiem muzyka z lat 70. Tak wcześniej, jak i teraz wciąż występują te same założenia, problemy, radości czy smutki. To są nieodłączne elementy funkcjonowania każdego z nas, a w życiu muzycznym jest i będzie zawsze tak, że są pewne sukcesy, a niekiedy jest ich brak - jest granie i nie ma grania. W zasadzie mogę spokojnie powiedzieć, że ten czas pod tym względem niczym się nie różni tak naprawdę od tego sprzed 20 czy 30 lat.


Grałeś w jednym z pierwszych polskich zespołów hardrockowych, których osiągnięcia określa się jako przełomowe dla polskiego rocka. Myślę tu o zespole Test. Jak wspominasz tamte czasy?


Wspominam to jako coś, co dało mi jakby otwarcie na własną twórczość. Miałem tam ogromne pole do popisu, jeśli chodzi o tworzenie własnej muzyki. Oni nagrali niestety jedną płytę, która nazywała się "Testament", i właściwie wszystkie aranżacje, numery i nawet sama kapela, że tak powiem, była stworzona pod moją "władzą". Oczywiście mówię to w cudzysłowie, bo to nie chodzi o to, żeby robić wszystko tak, jak na przykład lider sobie życzy, ale o to, żeby zobaczyć przede wszystkim muzyków. Sprawdzić, co potrafią, i wykrzesać z tego tyle, ile się da. Wtedy życie koncertowe było na granicy takich właśnie rozterek.


Dużym problemem stało się dla zespołu dobieranie muzyków. Płytę nagraliśmy w jednym składzie, natomiast później zaczęły się problemy personalne i zamiast myśleć o następnej płycie, bujaliśmy się z przygotowywaniem nowych muzyków do tras koncertowych. Były to trasy głównie z węgierskimi zespołami grane na Węgrzech, w ówczesnym NRD, no i w Polsce. Jednak wspominam to dzisiaj wspaniale, dlatego że koncertów było bardzo dużo, podobnie zresztą jak dzisiaj z Perfectem. Grało się 3-4 dni koncertowe w tygodniu, więc rodzina po prostu rosła w siłę.


To są oczywiście odległe czasy, ale sprawa dotyczy też nagrywania w studio muzyki przez kapelę. Nagrywało się jeden do jednego, czyli w sposób bardzo naturalny. Teraz niestety często bywa tak, że robi się przedprodukcję w domu, a tylko dogrywa coś potem w studiu, więc często jest przerost formy nad treścią. Dzisiaj na komputerach robi się zgrania, lepi się niektóre rzeczy i według mnie nie jest to już takie fajne. Czasami już tylko w starych produkcjach słychać, że coś jest zagrane naturalnie i wyjątkowo.


Nagrywając z Breakout, miałeś około 20 lat, ale już wtedy prezentowałeś styl gry, o jakim wielu starszych stażem gitarzystów mogło tylko pomarzyć. Czy to talent, czy ciężka praca?


Nie mogę tego powiedzieć o sobie w ten sposób. Mogę się jedynie wypowiadać o innych gitarzystach, że są na przykład utalentowani. Dla mnie to nie było nigdy jakimś wielkim problemem zagranie kawałków z repertuaru Breakout, ponieważ kochałem bluesa. Jednocześnie nie znaczy to, że nie interesowałem się również inną muzyką. Gdy miałem na przykład tylko chwilę przerwy w czasie, kiedy przygotowywaliśmy się do nagrywania płyty "Blues", to grałem na bębnach, bo to po prostu lubiłem. W ogóle to chciałem też kiedyś grać na saksofonie i nawet starałem się pójść do szkoły muzycznej. Niestety wylądowałem tam na waltorni (śmiech).


W 1995 roku uczestniczyłeś w sesji nagraniowej do płyty "Tribute To Eric Clapton". Na grze jakich gitarzystów wzorowałeś się kiedyś?


Zawsze wzorowałem się na takich zespołach, gdzie grał gitarzysta, który mi imponował. Zaczynałem zdecydowanie od John Mayall & The Bluesbreakers, a tam był Clapton. Oczywiście słuchałem Creamów, gdzie również był Clapton, ale tak naprawdę to moim niedoścignionym idolem jest do dzisiaj Jimi Hendrix. Zawsze starałem się patrzeć na jego muzykę z większej perspektywy. Grałem sobie na takiej, powiedzmy, bazie hendriksowskiej, ale też nigdy nie kopiowałem jej identycznie z prostej przyczyny, gdyż byłem za leniwy (śmiech). Wolałem po prostu słuchać tej muzyki, a później jakoś to przetwarzać, grając na scenie.


Czy mógłbyś powiedzieć dzisiaj, że jesteś człowiekiem spełnionym artystycznie?


Zdecydowanie nie (śmiech). Uważam, że mam jeszcze bardzo dużo do zrobienia i zastanawiam się tylko nad tym, kiedy mi się uda to wszystko zrealizować. Doba ma tylko 24 godziny, a mogłaby mieć spokojnie 48 czy nawet więcej. Naprawdę jest jeszcze sporo do zrobienia. Jak grasz na jakimkolwiek instrumencie, to do końca życia masz zajęcie. Zawsze będziesz widział jakieś błędy, zawsze będziesz chciał coś poprawić, zawsze będziesz chciał zrobić coś lepiej.


W 2002 roku z Perfectem nagraliście płytę "Symfonicznie", która odniosła olbrzymi sukces. Skąd pomysł na album z orkiestrą?


Był to pomysł w zasadzie naszego menadżera po rozmowach z wydawcami. Chodziło o Polskie Radio, bo mając wtedy orkiestrę symfoniczną, byli zainteresowani, żeby połączyć ją z naszą kapelą. Na początku potraktowaliśmy to z bardzo dużym dystansem, dlatego że obszar czegoś takiego jest ogromy. Nie wiedzieliśmy, kto to zrobi, kto zaaranżuje, kto to wykończy itd. Ja sam nigdy nie pracowałem z orkiestrą symfoniczną, więc nie potrafiłbym zaaranżować tego profesjonalnie. Musieliśmy więc skorzystać na początku z pomocy Wiesia Pieregorólki, który wziął to pod swoje skrzydła. Wspólnie ustaliliśmy tylko mniej więcej, kto mógłby napisać aranżacje.


Zależało nam na tym, by nie robił tego jeden aranżer. Stąd właśnie jest ta różnorodność na płycie. Byli tam tacy ludzie, jak Wojtek Karolak, Wojtek Zieliński czy Adam Sztaba. Teraz już wszystkich nie pamiętam, ale były to osoby, które znają się na rzeczy. Podrzuciłem jeszcze taki pomysł, żeby nagrać podstawę w studiu. Całą sekcję podstawową, harmonię i niektóre elementy z tych rzeczy, które zazwyczaj gramy, które słychać. Do tego dodaliśmy jeszcze jakieś dogrywki gitar czy solówek, żeby aranżer miał większe pole do popisu. Oczywiście nie narzucaliśmy żadnej aranżacji. Potem czekaliśmy na efekt. Ten efekt rzeczywiście był niesamowity, dlatego że każdy kawałek z tej płyty ma swój odrębny charakter. Później okazało się, że ludziom to się podoba i że to akceptują.


12 października zeszłego roku graliśmy koncert w Sali Kongresowej w Warszawie, już kolejny, i przy okazji wydaliśmy płytę DVD z koncertu symfonicznego, który odbył się w kwietniu we Wrocławiu w Hali Stulecia. Było tam jakieś 6,5 tysiąca ludzi. Pamiętam, że po prostu nas to powaliło. Wcześniej była obawa, że może nie będzie nawet publiczności, a już na pewno nie tak licznej. Okazało się jednak, że był to naprawdę przepiękny koncert, były kamery i nagraliśmy ten cały materiał, więc dźwiękowo i wizualnie jest idealnie. Dlatego też właśnie teraz łączymy płytę audio z koncertem DVD.


A powiedz mi, czym będzie się różnić ta płyta DVD i ten koncert od tego z 2001?


Myślę, że przede wszystkim jakością. Dzisiaj żałuję, że nie nagraliśmy tej płyty właśnie live. Uważam, że płyta nagrana na żywo, oddaje w pełni tę energię i nasz zamysł. Zresztą zawsze uważałem, że zespół Perfect znacznie lepiej wypada na koncertach niż w studiu. To jest coś takiego, że my chyba potrafimy jakoś na scenie wyzwolić z siebie większy potencjał i energię niż w trakcie nagrań studyjnych. Tam jest to zawsze bardziej skondensowane, zaprogramowane i nie oddaje do końca naszej pasji.


W 2004 jako pierwszy zespół tego formatu w Polsce wydaliście swoją płytę "Schody" wyłącznie w Internecie. Dlaczego zdecydowaliście się na taki krok? Znak czasu?


To był swego rodzaju eksperyment, przy którym chcieliśmy jakby otworzyć drzwi na sprzedaż internetową. Wydawało nam się, że to jest zupełnie fajny pomysł, i właściwie nie baliśmy się tego. Wiadomo, jaki jest nasz rynek - sprzedaż nie jest duża. Widzimy po liczbach, że przecież to jest masakra, żeby np. złota płyta była przyznawana przy sprzedaży 15 tysięcy egzemplarzy. To jest w ogóle nieprawdopodobna rzecz.


Tutaj wspólnie założyliśmy, że specjalnie nam nie zależy na tym, aby to poszło w jakiejś kolosalnej ilości, tylko chcieliśmy się skoncentrować na tym, by to było ciekawie wydane, a ciekawie wydać było właśnie w Internecie (śmiech). Tak samo ciekawie, jak wtedy, gdy wydaliśmy "Schody", łącząc ją z płytą analogową, i to było też fajne. Nagle ktoś mógł sobie położyć czarną płytę na gramofonie.


Kiedy i dlaczego zainteresowałeś się grą na gitarze?


Tak naprawdę to ja chyba to wyniosłem z domu. Mój dom był takim miejscem, gdzie muzyka albo leciała w radiu od rana, albo ojciec śpiewał jakieś arie operowe, które uwielbiał, a mama słuchała swoich piosenkarek. Do tego ja uczyłem się grać na akordeonie. Grałem wtedy dla mojej mamy, babci i ojca jakieś piosenki zasłyszane tu i ówdzie. Boom przyszedł, kiedy zobaczyłem zespół The Shadows czy nasze Czerwone Gitary.


Pamiętam nawet jakichś paru kolesi wychodzących z bramy z gitarami opakowanymi w foliowe torby. Zajarzyłem to po prostu. Poza tym mój kolega miał gitarę akustyczną, tak więc dotknąłem najpierw kilku strun u niego i poczułem, że to jest chyba to. Zacząłem pomalutku - pierwszy akord, pierwsze nuty, no i tak to poszło.


W takim razie jak wyglądała twoja pierwsza gitara?


Była zrobiona przez mojego wujka, który trochę zajmował się lutnictwem. Budował instrumenty klasyczne, ale poprosiłem go, żeby zrobił mi gitarę. I to właśnie uczynił.


Jak się na niej grało?


Rewelacyjnie, chciałbym ją dzisiaj mieć (śmiech). Moja druga gitara to była chyba Jolana. Pamiętam, że gdy wracałem ze szkoły, to wisiała na wystawie i kosztowała na stare pieniądze 7.400 zł. Niestety moi rodzice nie mogli mi jej kupić, więc coś tam zakombinowałem i w końcu udało mi się ją zdobyć. Szybko przerobiłem ją na Gibsona (śmiech) i nagrałem na Jolanie płytę "Blues" z Breakoutami, w co zresztą dzisiaj nikt nie chce mi uwierzyć. Brzmienie tej gitary jest bardzo ciekawe i zawsze jak mnie ktoś wypytuje, na czym ja to nagrywałem, to mówię, że na Jolanie (śmiech) i na robionym wzmacniaczu. Tutaj nie sztuka jest w sprzęcie... Dzisiaj młodzież ma pełne pole do popisu, bo instrumentów jest w bród, tylko chcieć i grać.


Powiedz mi, na czym w takim razie grywasz dzisiaj? Masz jakieś ulubione wiosło?


Mam bardzo dużo instrumentów, ale zawsze wracam do Stratocastera, ponieważ do tego, co chcę grać, i do tej barwy dźwięku jest to najlepszy instrument.


Co charakteryzuje świetnego gitarzystę?


Przede wszystkim musi być muzykalny i tolerancyjny wobec swoich kolegów na scenie. Na pewno musi słuchać innych. Nie mówię już o technice i muzykalności, bo po prostu wszystko można zrobić, ale trzeba wiedzieć kiedy. Na przykład znam takich wyścigowców, którzy przez 10 minut nap*******ją "Lot trzmiela", ale nic z tego nie wynika (śmiech). To jest tak, jakbyś na przykład teraz do mnie mówił, wyrzucając przy tym sto słów na sekundę. Na pewno bym cię wtedy nie zrozumiał. Tak samo jest z graniem.


A co poradziłbyś młodym adeptom gitary? Czy każdy może stać się dobrym gitarzystą?


Niestety, nie każdy. Trzeba przede wszystkim poczuć chęć do grania na instrumencie. Już pomijam to, że na końcu musisz mieć trochę szczęścia, żeby w ogóle zaistnieć, ale trzeba jednak mieć to coś. To pewnego rodzaju zamiłowanie, smykałka, pasja. Trzeba być trochę muzykalnym. To jest trochę tak jak w każdym innym zawodzie. Później musisz się po prostu rozwijać i być otwartym.


Z której płyty w swoje karierze jesteś najbardziej dumny?


Z żadnej, wszystkie bym poprawił (śmiech).


Praca w takim zespole jak Perfect to gra już tylko dla przyjemności czy są jeszcze aspiracje do stworzenia czegoś epokowego w polskiej muzyce rockowej?


Zawsze są aspiracje i muszę ci powiedzieć, że w zasadzie każdy koncert przeżywam bardzo mocno. Staram się zagrać w naszych starych numerach coś takiego, co by mnie samego zaskoczyło. Jeśli to się nie udaje, to wtedy jestem niezadowolony. Po prostu lubię improwizować tam, gdzie mogę. Jeśli jest moment, kiedy gramy melodię, która należy do kompozycji lub jest dla niej charakterystyczna, to wtedy nie mogę sobie na wiele pozwolić. Natomiast jeśli mam taki moment, gdzie mógłbym sobie zagrać po prostu trochę inaczej, bez wpływu na kolegów, to wykorzystuję to.


Czy są jakieś plany nagrania nowego materiału przez Perfect?


Tak, już na wiosnę. Są pewne pomysły i myślę, że może to być nawet pewne zaskoczenie dla naszych fanów, którzy są przyzwyczajeni do tego, co robimy.


Co inspirowało cię kiedyś w czasach, kiedy grałeś w zespołach Test czy Breakout, a co inspiruje cię dzisiaj? Czy są to te same rzeczy, ci sami ludzie?


Tak, w zasadzie niewiele się zmieniło. Cały czas staram się nie przykuwać do jakichś jednostkowych rzeczy. Oczywiście podpatruję i słucham, ale to podpatrywanie dzisiaj mi już niewiele daje. Muszę ci powiedzieć szczerze, że poszedłem na koncert Bonamassy i niestety byłem rozczarowany. Wydawało mi się, że kolesia stać na koncercie na wiele więcej. Natomiast to, co zaprezentował, było gorsze niż te jego nagrania studyjne. Wyczekałem 40 minut, ale już dalej nie mogłem wytrzymać, ponieważ koleś się wciąż powtarzał. Nie chcę przez to powiedzieć, że on nie jest gitarzystą, bo to jest świetny muzyk. Ale jednak jak pojechałem na koncert Steve’a Vaia do Londynu, to facet pokazał swoją klasę, rozumiesz?


O zespole Rolling Stones mówi się, że zejdą ze sceny dopiero, kiedy umrą. Jak długo będzie istniał zespół Perfect? Czy jest w was nadal tyle energii i werwy, żeby grać jeszcze kilkanaście lat?


Energii to jest w nas naprawdę dużo, tylko ja nie wiem, ile energii mają nasi fani. Czasem trzeba im troszkę odpuścić (śmiech). Naprawdę, jest to coś niesamowitego, bo na nasze koncerty przychodzą dziesięciolatki, trzydziestolatki, sześćdziesięciolatki i to jest już czwarte pokolenie. Śpiewają piosenki, znają teksty, co jest również zastanawiające. Nie potrafię ci powiedzieć dzisiaj tak naprawdę, ile czasu jeszcze będziemy na scenie, ale chciałbym po prostu grać tak długo, jak będę w stanie utrzymać gitarę i uderzać w strunę. Czy tak się stanie? Nie wiem. To wszystko zależy pewnie od tego, czy ludzie będą w dalszym ciągu chcieli nas słuchać.

 

M. Kubicki

Sounds From the Heart of Gothenburg In Flames

Dobór utworów pożegnalnego DVD In Flames z Danielem Svenssonem za zestawem perkusyjnym jest mocno dyskusyjny.

Gramy dalej

7 /10
Bad Vibrations A Day To Remember

Amerykanie zbyt długo kazali czekać na swój nowy album.

Gramy dalej

8 /10
Rage ocena 8
The Devil Strikes Again
Gatunek: Heavy metal
Big Jesus ocena 5
Oneiric
Gatunek: Alternative rock
Divine Touch
Gatunek: Melodic death metal
Zobacz wszystkie