Było ich kilka, ale takim głównym pierwszym bodźcem, który wzbudził we mnie miłość do gitary, były moje spotkania ze starszym kolegą gitarzystą, uchodzącym w owym czasie za najlepszego muzykanta na naszym osiedlu. Mama zabierała mnie na pogawędki do swojej koleżanki, a jej syn Darek w ramach opieki nad małym Mańkiem pokazywał mi, jak się wymiata na gitarze. Wtedy wiedziałem, że granie na gitarze to jest to, co chcę robić w życiu.
Potem były zespoły, które wywarły na mnie ogromny wpływ - na kształtowanie mojej wrażliwości muzycznej i na to, w jaki sposób mam podchodzić do gitary basowej. Gdy zobaczyłem Lesa Claypoola z Primusa, po prostu zdębiałem - to był szok! Potem był Wojtek Pilichowski i Marcus Miller - jednym słowem - mistrz. Byłoby głupio, gdybym nie wspomniał też o tym, że przestudiowałem płytotekę Victora Wootena.