Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Terminal

Terminal

Zespół Terminal powstał w 2005 roku. Muzyka jaką chcieli tworzyć miała być wypadkową fascynacji i preferencji każdego z członków i tym samym obejmować szerokie spektrum stylistyk. Fuzja gatunków jaką zrodził ten koncept jest fascynującą mieszanką elementów r’n’b, jazzu, niekiedy popu, lecz ponad wszystko jej nurtem przewodnim pozostaje metal i mocne brzmienie.

Witamy zespół Terminal. Przedstawcie się naszym Czytelnikom.


Jacek Rychły, obsługuję gitary.


Daniel Moszczyński, wokal.


Daniel Grupa, próbuję dosięgnąć klawiszy.


Jak narodziła się idea powstania zespołu, jaki cel przyświecał Wam na początku.


Idea istnieje tak naprawdę od pięciu lat, kiedy jeszcze z Danielem Grupą uczestniczyliśmy w różnych pobocznych projektach. Postanowiliśmy stworzyć coś, co jest zgodne w 100% z naszymi gustami muzycznymi. Bardzo szczęśliwy splot okoliczności sprawił, że na naszej drodze pojawił się  Daniel Moszczyński, potem Grzesiek na perkusji i wykrystalizował się cały skład, w którym jesteśmy obecnie. Generalnie zatem nasza historia nie obiega od historii setek innych zespołów. Jesteśmy bardzo silną ekipą pod względem osobowościowym, jesteśmy też przede wszystkim grupą kumpli i przyjaciół.


Ile zajęło Wam komponowanie materiału na debiutancką płytę?


Tak na dobrą sprawę pierwsze utwory powstały już pięć lat temu, kiedy wszyscy stacjonowaliśmy w Poznaniu, a niektórzy z nas studiowali (śmiech). Wtedy powstały pierwsze zalążki utworów, próbowaliśmy nawet procesu ich rejestracji. Od tamtego czasu materiał powstawał stopniowo - nie było tak, że przysiedliśmy i cały materiał stworzyliśmy w określonym czasie.


Po przeniesieniu się na naszą wioskę mieliśmy rok czy dwa na ogranie i doszlifowanie utworów. Dopiero wtedy wszystkie aranżacje nabrały ostatecznego wyglądu. Podczas postprodukcji utwory zabrzmiały tak jak na płycie. Podsumowując, był to długi proces - od powstania szkiców do stanu obecnego.


A jak przebiegał sam proces nagrywania płyty?


Mieliśmy o tyle dobrze, że przed wejściem do studia mocno ograliśmy wszystkie utwory na koncertach i były one już znane publiczności. Znaliśmy ich reakcje. Dzięki temu mogliśmy skupić się na detalach, na zaaranżowaniu wokali, na dopieszczeniu każdej możliwej muzycznej warstwy tych utworów. Samo nagrywanie poszło bardzo sprawnie i szybko.


To dało nam komfort i możliwość skoncentrowania się głównie na warstwie wokalnej, próbowania wielu możliwości i sprawdzania, co sprawdzi się lepiej. Życzę każdemu zespołowi, który nagrywa, takiego komfortu jaki mieliśmy my, albowiem ważne jest to dla każdej płyty, ażeby można było nad nią posiedzieć w studiu nie patrząc tylko na zegarek. Pośpiech zabija każdy dźwięk.


Czy były jakieś rzeczy, nad którymi musieliście dłużej pracować, albo które uległy zmianie w ostatniej chwili?


Ja sobie pomyślałem, jak Jacek opowiadał o pierwszych kompozycjach, że podczas  ogrywania utwory się znacząco zmieniały - koncerty zrobiły swoje. Jednak w studiu też dużo się wydarzyło ciekawych rzeczy. Przed nagrywaniem ostateczny kształt utworów nie był nam jeszcze znany, on jeszcze się formował. Dobrze, że tak się stało, bo na utwory mogliśmy spojrzeć z innej strony. Ja jako wokalista, bo przez ten pryzmat patrzę, wiem, że dużo rzeczy zmieniliśmy w warstwie wokalnej właśnie. To było fajne.


Ja mówiłem o formie utworów i ona pozostała, jednak pojawienie się w studiu nowych osób, choćby instrumentów smyczkowych i saksofonu spowodowało, że siłą rzeczy wpłynęły one na ostateczne brzmienie utworów na płycie. Mamy nadzieję na lepsze i ciekawsze.


W momencie kiedy usłyszeliśmy wszystko w studiu dopiero odkryliśmy tą nową jakość. Nagle zdaliśmy sobie sprawę, że mieliśmy już swoje wyobrażenia o tych piosenkach, ale są miejsca, gdzie przydałoby się dodać lub zmienić kilka elementów - brzmienia gitar czy klawiszy. Ostateczny szlif nadaliśmy temu dopiero podczas pracy w studiu.


Rozmawiacie z Magazynem Gitarzysta, musimy więc porozmawiać nieco o sprzęcie. Gitary, efekty, wzmacniacze...


Jeśli chodzi sprzęt, który wykorzystaliśmy do nagrywania, to dobrze trafiłeś. Rozsiądźmy się wygodnie (śmiech).


Możecie spokojnie pójść na kawę, a ja opowiem (śmiech). A tak na poważnie, to paradoksalnie okazało się, że jeśli chodzi np. o wzmacniacze, zwieźliśmy ich do studia bardzo dużo - Engl, Mesa Boogie Dual Rectifier i wiele, wiele innych. Jak się potem okazało, po różnych próbach i poszukiwaniach brzmienia, wszystkie partie rytmiczne zostały zarejestrowane na Englu Invaderze, a solowe na Bognerze Uberschallu. Bez żadnych dopałek, bez żadnych kostek i efektów - po prostu czyste brzmienie wzmacniaczy, obrobione jedynie przez preampy.


Wiosła?


Wiosła... Najistotniejsze to ESP Custom, bardzo dobry instrument, a także ESP Eclipse. Mówię tutaj oczywiście o bazie rytmicznej, z obniżonym strojem. Natomiast jeżeli chodzi o czyste barwy, to Music Man Axis, Music Man Silhouette... tak naprawę tych kombinacji było wiele, ponieważ do każdej z nagrywanych partii podchodziliśmy indywidualnie. Staraliśmy się dopasować brzmienie do charakteru utworu. 


Jaki jeszcze sprzęt wykorzystujecie? W studiu wykorzystaliście to samo, co na koncertach?


Sprzęt koncertowy to jest troszeczkę inna historia. Do tej pory, jeżeli chodzi o perkusję, to były to bębny DW Collectors z blachami Sabiana AAX. Sprzęt basowy to Ampeg SVT 3 Pro, gitara Fodera i preamp Avalona. Kombinacji i zestawień było tyle, że nie jestem nawet w stanie ich wszystkich odtworzyć. 


Dopytam jeszcze o nagrywanie wokali. Użyliście specjalnych mikrofonów, efektów?


Wokale nagrywaliśmy na Baunerze. Jako podstawę chcieliśmy mieć naprawdę czysty dźwięk i ten Brauner bardzo dobrze się w tym sprawdzał. Jeżeli chodzi o efekty, to współpracowaliśmy z Piotrkiem Żukowskim, który jest gitarzystą i też reżyserem dźwięku. Ja miałem to szczęście, że wpływałem bezpośrednio na brzmienie wokali. Z efektami jednak nie przesadzaliśmy - użyliśmy delay’a, z umiarkowanymi pogłosami. Często powiedziałbym że "kastrowaliśmy" wokal z pasma, aby dobrze umieścić go w miksie.


Z bajerów to nic wielkiego, ale przypomina mi się jedna historia. Na koncertach używam megafonu i chcieliśmy ten sam patent wykorzystać w studiu. Pech chciał, że ten megafon nam się niestety rozwalił - zwyczajnie upadł, ale coś mi podpowiadało, żeby go jeszcze sprawdzić. Za którymś razem megafon odpalił, lecz zaczął dziwnie sprzęgać. Postanowiliśmy wykorzystać to na płycie. Nagrałem wokale przez to i stwierdziliśmy, że to się sprawdza. Z ciekawostek dodam jeszcze, że cały mikrofon obstawiliśmy piankami.


Ok. Virgil Donati - jak doszło do waszej współpracy?


Sprawa wbrew pozorom jest dość prosta. Każdy z nas miał swoje fascynacje od wielu lat, a wypadkową ich wszystkich jest między innymi właśnie zespół Planet X. Zasłuchiwaliśmy się wcześniej w ich produkcje. W momencie kiedy już weszliśmy do studia i zaczęliśmy wbijać materiał, po prostu wpadł nam do głowy pomysł, aby spróbować zaprosić Virgila do współpracy. Wysłaliśmy maila i jak się okazało, po kilku dniach otrzymaliśmy pozytywną odpowiedź. Virgil napisał, że bardzo mu się nasz materiał podoba i akurat tak się szczęśliwie dla nas złożyło, że trafiliśmy w czas. Trzeba bowiem nadmienić, że najczęściej Donati współpracuje z ludźmi na odległość, po prostu dosyłając kolejne ścieżki.


Akurat u nas wyglądało to w ten sposób, że Virgilowi udało się dotrzeć do naszego studia, ponieważ znajdował się akurat na trasie we Włoszech. Przyleciał do Berlina, skąd my go odebraliśmy i przyjechał na trzy, cztery dni, które spędził z nami. Na początku wydawało nam się to oczywiście nieosiągalne, ale jak się okazało, było to w rzeczywistości bardzo realne. Jesteśmy z tego bardzo dumni i zadowoleni. Obcowanie z takim muzykiem jest naprawdę czymś dużym i czujemy się wyróżnieni.


Czyli czasami wystarczy wysłać maila po prostu...


Dokładnie (śmiech).


Było zatem o Planet X, jednak jako swoje inspiracje wymieniacie również np. Killswitch Engage, co daje nam spory rozrzut. Czy było specjalnym założeniem łączenie odmiennych od siebie wpływów?


Mamy to szczęście, że każdy z nas posiada własne inspiracje. W momencie kiedy się spotykamy na próbie, z tych inspiracji wynika chęć tworzenia i szczera prawda, która płynie z naszych serc podczas pisania utworów. Dlatego one właśnie tak brzmią i są wypadkową naszych fascynacji. Nigdy w życiu jednak nie zakładaliśmy, że to musi być taki fikołek, taki dźwięk. Praca nad piosenkami była bardzo naturalna i już nauczyliśmy się pisania i komponowania utworów.


Ja sobie często myślę, jak ktoś zadaje tego typu pytanie, że tak naprawdę artysta nie jest od tego, żeby schować się w szufladkę i powiedzieć "o, jestem stąd". Jestem po to, aby tworzyć, przekraczać kolejne granice, a nie chować się do pudełka i oklejać jakimiś tam metkami.


Niestety szufladki ułatwiają ludziom życie i dlatego one działają. Czy nie boicie się, że przez brak konkretnej etykiety traficie do mniejszego grona odbiorców?


(Głośny śmiech) Rozmawialiśmy o tym dosłownie przed chwilą, w drodze do Waszej redakcji.


Była kiedyś taka sytuacja, że musieliśmy zdecydować się na jakieś hasło w celach promocyjnych. Bardzo długo męczyliśmy się z tym.


... jak tu wymyślić coś, czego jeszcze nikt nie wymyślił (śmiech).


... jak każdy zespół oczywiście. Wyszliśmy z założenia, że nie możemy powielać hasła "jesteśmy najlepsi", bo tak myśli o sobie każdy zespół. Mamy w składzie osobę, która na jednym z wielu kierunków studiów zahaczyła również o polonistykę, a więc o ten świat bardzo intelektualny i miała możliwość pracy ze słowem i literą. Mówię tutaj o koledze Jacusiu. On zaproponował, żebyśmy znaleźli dla nas szufladkę. Ale tak jak wspomniał Daniel, my jesteśmy po to, żeby grać, jednak na szczęście w naturze wszystko musi być zachowane i Ty jako redaktor będziesz od tego, żeby nas właśnie gdzieś w jakieś szufladki upchać. My zajmujemy się czymś innym. Kroczymy swoją drogą do końca naszego lub jej (śmiech).


Dobrze, wróćmy zatem do samej płyty "Tree of Lie". Opowiedzcie nieco o pierwszym teledysku, który nakręciliście.


Efekt finalny bardzo nam się podoba.


Tak. Teledysk nakręcony był w Teatrze Wielkim w Poznaniu. Do współpracy udało się nam zaprosić dzięki wytężonej pracy Ani i Daniela... nie wiem jak to nazwać - akrobatów, tancerzy?


Artystów pełną gębą!


Oni też startowali w programie "Mam Talent" - tańczą na zawieszonych pod sufitem szarfach.


Przyjechali do nas z alpinistą i wyciągarką. Śmigali czasami sześć, siedem metrów nad ziemią!


Nam udało się przekonać dyrektora teatru, że ta muzyka nie jest taka straszna i blisko przesterowanym gitarom do Jeziora Łabędziego (śmiech) - i się zgodził.


Powiedział nawet, że bardzo mu się podoba.


Pomagało nam tyle osób, że ich wszystkich musielibyśmy wymienić na osobnym spotkaniu. A to tylko dzięki nim udało nam się zrobić ten teledysk. Sam pomysł przyszedł też od człowieka zaangażowanego w naszą pracę na planie - Artura Szczegóły. Reżyserem był Jacek Jabłoński. Pomagał nam Marek Całka, który przywiózł całe oświetlenie. Masa osób pomagała nam przy klipie, ponieważ mieliśmy bardzo mało czasu.


Realizacja trwała od godziny 22, czyli od momentu, w którym skończyło się Jezioro Łabędzie, do momentu wejścia pierwszych muzyków na scenę o godzinie 8 rano. Było to zatem spore wydarzenie, bo dopiero od 22 zaczęliśmy montować światła. Dzięki temu nie było przestojów, a tylko wytężona praca.


Niesamowite było to, że po raz kolejny potwierdziło się powiedzenie, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Okazało się, że w Poznaniu mamy mnóstwo przyjaciół i chętnych rąk do pracy. Jak światła przyjechały było wiadome, że ktoś je musi rozstawić. Znaleźli się ludzie, którzy pomogli, a potem powiedzieli, że nie chcą nam przeszkadzać i jakby co są pod telefonem. To było naprawdę niesamowite.


Mamy zatem płytę, mamy teledysk. Jak planujecie dalszą promocję? Koncerty?


Już niebawem ogłosimy dokładny terminarz. Od 25 kwietnia zaczniemy grać trasę koncertową, a więcej szczegółów podamy na naszej stronie internetowej oraz MySpace.


A propos MySpace - umieściliście na nim, jeszcze przed oficjalną premierą, cała swoją płytę. Czy nie obawialiście się takiego posunięcia?


Każda decyzja w Terminalu podejmowana jest wspólnie, choć uważam, że demokracja jest ustrojem okropnym. Ale tak już się przyjęło i tego się będziemy trzymać (śmiech). To była nasza wspólna decyzja. Płytę udostępniliśmy tylko na kilka dni, a to służyło temu, ażeby więcej osób mogło się z nią zapoznać i wyraziło swoją chęć lub niechęć do jej nabycia.


Czy jesteście zadowoleni ze współpracy z wydawcą?


Bardzo! Mamy wspaniały kontakt zarówno z Bartkiem, jak i z Agnieszką. Jesteśmy ze sobą na "ty". Fajne jest to, że my jesteśmy debiutantem i nasz wydawca też odrobinę debiutuje w tej stylistyce, w muzyce tego typu. Nasze pomysły i rozmowy są niezwykle kreatywne i to przynosi już widoczne efekty.


Pragnę nawiązać jeszcze do Waszych tekstów. Jakie tematy poruszacie na płycie, czy jest to ważny element w Waszej muzyce?


Generalnie nie jesteśmy zespołem, który ma jakieś konkretne przesłanie i sprecyzowaną ideologię. Teksty na płycie "Tree of Lie" opisują oczywiście jak najbardziej ważne dla każdego z nas wydarzenia czy rzeczy, które znamy z autopsji. Jeżeli chodzi o przekrój tematyczny to jest naprawdę skrajny, bo mamy tekst o miłości (singiel "Deep Inside"), jest i utwór o wojnie ("Game of War"), choć akurat w wojnie nie uczestniczyłem i nie mówię, że to jest z autopsji (głośny śmiech). Staraliśmy się w tekstach zawrzeć nutkę czegoś, co nie będzie podane w dosłowny i oczywisty sposób.


W tekstach jest wszystko to, co nas dotyczy. Nie są to fantazje, lecz ważne rzeczy. Każdy z utworów jest oddzielną historią, która w jakiś sposób jest dla każdego z nas istotna.


A dlaczego teksty po angielsku? Planujecie jechać do USA?


Jasne, że tak (śmiech).


Próbowałem nawet bookować już bilety, ale okazuje się, że bez wizy jest ciężko (śmiech). Tak naprawdę teksty są po angielsku z prozaicznych powodów. Podejmowaliśmy próby śpiewania po polsku i przy tego rodzaju muzyce wyszło to komicznie. Daliśmy więc sobie spokój. Z pewnością język polski jest piękny, natomiast zwyczajnie nie zadziałał w naszym przypadku.


Ale ja bym się jeszcze nie zamykał i nie mówił ostatecznie, że Terminal nie nagra żadnego utworu po polsku. Myślę, że to jest kwestia podejścia, może bardziej dojrzalszego i na drugą płytę. Ja z chęcią podejmę się tej próby, a co z tego wyjdzie to się okaże. Na język angielski zdecydowaliśmy się też z tego względu, że świat się kurczy. Czemu ograniczać się tylko do Polski, jeżeli można zawojować jeszcze parę innych krajów. A przynajmniej podjąć taką próbę.


Behemoth ma na koncie wiele płyt, a dopiero na ostatniej zdecydował się umieścić kawałek po polsku, może zatem i na Was przyjdzie pora.


"Kaka Demona" (głośny śmiech).


Prawie (śmiech). Jaką przyszłość wiążecie z Terminalem? Co chcecie osiągnąć?


Nigdy bym się nie podjął odpowiedzi na pytanie na co liczymy.


Ale wolicie komercyjny sukces czy...


Co oznacza komercyjny sukces? Blichtr, pieniądze, sława i pudelek.pl?


Pojawienie się w pierwszej piątce OLIS (najlepiej sprzedające się płyty z Polsce) czy docenienie przez jak największą liczbę magazynów w Polsce i za granicą, dobre recenzje, duża liczba fanów.


To jest bardzo trudne pytanie.


Bardzo trudne. My sobie założyliśmy, zaczynając uczestniczyć w Terminalu, że to nie jest zespół na pięć minut. Nie mamy określonego planu - płyta, premiera, sprawdzamy statystyki, a jak się nie udało to kończymy działalność i wchodzimy w inny projekt. Nie. Terminal to nasze dziecko, które niezależnie od okoliczności będzie robić swoją robotę.  I starać się robić ją jak najlepiej, bo sprawia nam to ogromną radość.


Każdy koncert jest dla nas wielkim świętem. Pewnie, każdemu pisarzowi czy malarzowi jest miło, jeżeli jego książka czy obraz są czytane i oglądane i tak samo nam jest bardzo miło, jeżeli ludzie nas słuchają. Będziemy starać się o to, aby dotrzeć do jak największego grona odbiorców.


Tak na dobrą sprawę, zakładając Terminal pięć lat temu, nie myśleliśmy w ogóle o promocji. Być może wynikało to z faktu naszej ignorancji na te sprawy. Zapewne tak było. Początkowo byliśmy tylko gronem przyjaciół, które oddziałuje na siebie, a granie jest wielką przyjemnością. Być może teraz, gdy na rynku jest już pierwsza płyta, zaczynamy myśleć w innych kategoriach.


Co zrobicie, jeśli podwinie Wam się noga?


Muzyka jest naszym życiem, każdy z nas czerpie z niej mniejsze lub większe korzyści majątkowe. Ja jestem akurat najmłodszy z tego grona, więc mam jeszcze czas na zmianę zawodu, ale nie ma takiej opcji, że jak dostaniemy za pół roku informację, że płyta się nie sprzedała, to zawiesimy działalność.


Granie sprawia nam dziką przyjemność. Mamy pozytywne sygnały i recenzje z USA, Rosji, Danii. Ostatnio dobra recenzja naszej płyty ukazała się na hiszpańskim portalu.


Jak ją przeczytaliście?


Mamy przyjaciół (głośny śmiech). A na poważnie, dlaczego jeżeli nie sprzeda się pierwsza płyta zespół Terminal ma się skończyć? Mamy szansę nagrać drugą i trzecią. Jak osiągniemy sukces dopiero po piątej, to też będzie fajnie.


Utrzymujecie się z muzyki?


Tak, wszyscy jesteśmy zawodowymi muzykami, niektórzy od wielu, wielu lat.


Mamy swoje poboczne projekty, pozwalające się utrzymać, zaś Terminal jest realizacją naszych muzycznych marzeń i ambicji. Płyta nie jest produktem, który ma osiągnąć konkretny cel i zrealizować plan.


Jeżeli nastawialibyśmy się na korzyści majątkowe, zabilibyśmy ducha tej muzyki. Mielibyśmy cieśninie, które wprowadzałoby napięcia między nami.


Myślę, że w tej chwili nasz wydawca dzwoni do prawnika żeby rozwiązać umowę (głośny śmiech).


Teraz zatem lżejszy temat - czy myślicie już o drugiej płycie? Macie skomponowane utwory, które nie pojawiły się na pierwszym wydawnictwie?


Mamy, mamy. Mamy jeden utwór, którego jeszcze nikt nie słyszał i zaprezentujemy go na koncertach. Do tego dwa utwory, które nie weszły na płytę, ale nie sądzę, aby pojawiły się na drugiej. Podczas prób tak wiele się dzieje, że prawdopodobnie już nie wrócimy do tych kompozycji, ale zobaczymy. Je także będziemy grać na koncertach.


Mamy jedną świeżą bułeczkę, która pojawiła się podczas pracy w studiu. Improwizowaliśmy i wyszła naprawdę ciekawa rzecz - idzie w nieco inną stronę niż cały album.


Jest też jeden utwór nagrany z Virgilem Donatim, który nie ukazał się na płycie. Pojawi się on zapewne w tak zwanym międzyczasie.


Czyli po świeże bułeczki zapraszamy na koncerty.


Tak jest (śmiech). Od 25 kwietnia.


Jakieś końcowe słowa dla naszych Czytelników?


Kocham swoją żonę.


Pantofel! (śmiech).


Fajnie byłoby, gdybyśmy spotkali się na koncercie.


Tak. Serdecznie i gorąco zapraszamy na koncerty i do odwiedzania naszej strony internetowej.


Marcin Kamiński
przy udziale G. Żurka i M. Kubickiego

 

Death Resonance Soilwork

Kariera Soilwork to dość ciekawy przypadek. Zespół, który nigdy nie splamił się słabym wydawnictwem, a od "Stabbing The Drama" (czyli dekady)...Gramy dalej

8 /10
Sounds From the Heart of Gothenburg In Flames

Dobór utworów pożegnalnego DVD In Flames z Danielem Svenssonem za zestawem perkusyjnym jest mocno dyskusyjny.

Gramy dalej

7 /10
Bad Vibrations
Gatunek: Metal
Rage ocena 8
The Devil Strikes Again
Gatunek: Heavy metal
Big Jesus ocena 5
Oneiric
Gatunek: Alternative rock
Zobacz wszystkie