Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Jarosław Śmietana

Jarosław Śmietana

Najnowsza płyta Jarka Śmietany zatytułowana "A Tribute To Zbigniew Seifert" została w całości poświęcona muzyce Zbigniewa Seiferta nazywanego polskim Coltrane’em. Jest to świetna okazja do tego, by porozmawiać z Jarkiem Śmietaną.

Przyznam, że coraz trudniej jest złapać Jarka Śmietanę. Cały czas podróżujesz, koncertujesz, nagrywasz. Jak wyglądał twój grafik w ostatnim czasie?


Z ważniejszych rzeczy - na przełomie października i listopada ubiegłego roku grałem w Polsce trasę promocyjną płyty "A Tribute To Zbigniew Seifert", 5 listopada zagrałem koncert w Gdyni w klubie Pokład z programem "Psychedelic. Music Of Jimi Hendrix", 8 listopada zagrałem koncert w Filharmonii Opolskiej jako zaproszony solista do poznańskiego zespołu Classic Jazz Quartet. Od 9 do 16 listopada byłem w Chicago, gdzie zagrałem trzy koncerty - dwa główne koncerty w Chopin Theater i Art Gallery Cafe. Zaraz potem odbyły się dwa koncerty mojego tria w Londynie - program z CD "Polish Standards" i "Psychedelic". W grudniu grałem w Niemczech i Turcji trasę koncertową z zespołem Nigela Kennedy’ego. Jak widzisz, sporo się dzieje.


Nagranie płyty z muzyką Jimiego Hendriksa to spora odwaga. Jak oceniasz jej odbiór?


Odzew na płytę "Psychedelic" był niesamowity. W zasadzie przerósł nawet moje oczekiwania. Niech sam za siebie mówi fakt, że będziemy robić dodruk tej płyty, bo pierwszy nakład rozszedł się błyskawicznie.


Prawdziwą sensacją na tej płycie były twoje wokalizy, ale na koncertach przyjąłeś inną strategię. Jaki był powód?


Na płycie mogłem sobie pozwolić na zaśpiewanie jedenastu numerów, ale nie oszukujmy się - nie jestem wokalistą. Na koncertach zapraszałem do współpracy pochodzącą z Trynidadu, ale mieszkającą w Londynie, czarnoskórą wokalistkę Z-Star. Wokalistka ta została uhonorowana nagrodą Pop- Brits, czyli angielskim odpowiednikiem Grammy. Jestem pewien, że wkrótce o niej usłyszy cały świat. Zaśpiewała Hendriksa fenomenalnie.


Dlaczego akurat Hendrix?


Bo to jest muzyka, na której się wychowywałem. W 1965 roku miałem 14 lat i kiedy usłyszałem tę muzykę w radiu Luxemburg, to po prostu oniemiałem. Były to pierwsze "moje" dźwięki - dźwięki, z którymi się utożsamiałem. Gdy miałem lat 16, próbowałem uczyć się zagrywek Hendriksa z pocztówek dźwiękowych, bo wtedy nie było przecież komputerów i płyt CD. Miałem jakąś straszną pseudogitarę za 50 zł, ale w ogóle mi to nie przeszkadzało. Liczyła się tylko muzyka. Przebyłem jako gitarzysta długą drogę, by wreszcie powrócić do korzeni. Po tych wszystkich latach chciałem znów poczuć to, co wtedy. I świetnie się z tym czuję, zupełnie jakby muzyka Jimiego mnie odmłodziła.


Moim zdaniem twoje nagrania brzmią bardzo autentycznie - słychać, że nie udajesz i że ta muza w tobie pulsuje. Dzięki temu przyciągasz ludzi spoza swojego tradycyjnego, jazzowego elektoratu.


Z tego, co widzę, to ludzie chcą po prostu słuchać dobrej muzyki. Przychodzą coraz liczniej na koncerty, dobrze się bawią - o czym świadczą częste standing ovations - i powoli zaczynają odróżniać rzeczy wartościowe od bullshitu. Cieszę się, że odbiór tej muzyki jest tak dobry, bo przez to jest dużo większe zainteresowanie moimi pozostałymi projektami. Jest to dla mnie ważne, gdyż staram się robić jak najwięcej rozmaitych i wartościowych artystycznie rzeczy, co w dzisiejszych czasach nie jest łatwe. Sam wydaję swoje płyty i jest to możliwe w dużej mierze dzięki ludziom, którzy chcą w tym uczestniczyć i którzy spontanicznie mi pomagają. Dzięki temu mają szansę zaistnieć momenty wręcz magiczne. Jest to według mnie konieczna przeciwwaga dla tego, co proponują obecnie media.


Przeciwwaga dla bullshitu?


Mam tu na myśli masowy chłam, jakim zalewają masowego odbiorcę wszelkiej maści płytkie radyjka i stacyjki telewizyjne. To jest jakiś konglomerat bez twarzy, mieszanka rozmaitych elementów samych w sobie dobrych, ale których suma nie ma żadnego smaku. To tak, jakby wrzucić do wielkiego miksera kawałek tortu, ciasteczko, pół kiszonego ogórka, pętko wiejskiej kiełbasy, jajko sadzone, rybę i garść mentolowych draży, a potem zmieszać i podać do spożycia. Poziom tej muzycznej brei jest już dla mnie tak obraźliwy, że próbuję sam z tym walczyć, tak jak tylko mogę i na moją własną skalę.


W jaki sposób?


Przede wszystkim sama muzyka jest rejestrowana i miksowana w najlepszych studiach, a nie w najtańszych - m.in. krakowskie S4, S5 Radia Kraków, gdzie rejestruję zespół, i Nieustraszeni Łowcy Dźwięków, gdzie robimy finalny miks. Pracują przy tym ludzie, którzy są pasjonatami, a nie wyrobnikami, w związku z czym brzmienie płyt jest fenomenalne. Do współpracy zapraszam najlepszych muzyków światowego formatu, takich jak np. Nigel Kennedy czy David Liebman.


Poza tym staram się zawsze wydawać płyty w jak najbardziej estetyczny sposób. Dlatego między innymi unikam plastiku, który jest może tańszy, ale za to obrzydliwy. Płytę w digipackach inaczej się odbiera - już na starcie znacznie przyjemniej i bardziej naturalnie. Poza tym jest tutaj większe pole do popisu dla grafika. Obecnie wszystkie moje wydawnictwa projektuje Kuba Karłowski - fenomenalny artysta, który dzięki swoim pracom dodaje do mojej muzyki nutkę mistycyzmu. Jak już wspomniałem, takie podejście do wydawania płyt nie jest łatwe. Jest to droga pod górkę i nieco kamienista. Z pewnością nie można tego nazwać biznesem, bo jeśli już z jakiegoś projektu popłyną pieniądze, to natychmiast inwestujemy je w kolejny. To po prostu nasza pasja.


Uważasz, że kiedyś było tej "muzycznej brei" mniej?


Kiedyś artysta sam decydował o swoim brzmieniu, a wytwórnie nie bały się eksperymentów. Dlatego było tak wielu oryginalnych muzyków o rozpoznawalnym stylu. Ludzie wydający Hendriksa mówili: "Okay, nie kumamy zupełnie, o co chodzi temu czarnuchowi, ale wypuśćmy to na rynek i zobaczmy, co się stanie". Pozwalali artyście na swobodne tworzenie. Natomiast większość tego, co się obecnie promuje, jest produkowane, a nie tworzone. To zbyt dochodowy biznes, by ktoś chciał ryzykować i realizować fantazje artystów. Muzyka poszła teraz w stronę krystalicznie czystej komercji...


...i coraz częściej zamiast docenić oryginalność i wyszukiwać naturalne talenty, powołuje się do życia sztuczne twory, których jedynym zadaniem jest wygenerowanie jak najwięcej pieniędzy.


Dokładnie. Muzykę się teraz projektuje pod określonego odbiorcę, według wskazówek speców od chwytania tak zwanego targetu w marketingowe sieci koncernów płytowych. Potem produkuje się tę gotową do spożycia papkę, którą ów określony odbiorca ma kupić, przetrawić i szybko zapomnieć, tak aby było miejsce na kolejny produkt. To powoduje, że za kilka lat o wielu dzisiejszych gwiazdkach nikt nie będzie pamiętał.


Tymczasem szyld "Jimi Hendrix" pozostanie wieczny, ale nie tylko ten. Jest drugi, o który także chciałem cię zapytać. Twój najnowszy projekt nosi tytuł "A Tribute To Zbigniew Seifert". Czyżbyś kroczył ścieżką gigantów?


W pewnym sensie tak. Kroczę ścieżką gigantów, którzy odmienili moje życie. Hendrix sprawił, że pokochałem gitarę, a Seifert wprowadził mnie w świat jazzu. On był moim pierwszym jazzowym nauczycielem.


W jakich okolicznościach się poznaliście?


Zaczęło się od koncertów, na które chodziłem do Piwnicy pod Baranami. Zbyszek grał zupełnie zjawiskowo. Podobało mi się to bardzo, ale nic z tego nie rozumiałem - jakieś dziwne skale, przejmujące harmonie, elektryzujące przebiegi... Chodziłem więc do niego i podpytywałem, jak się tego nauczyć. Zaprosił mnie do siebie do domu, pokazał zeszyt cały zapisany nutami i powiedział: "Popatrz, to jest płyta "Blue Train" Coltrane’a spisana dźwięk po dźwięku przeze mnie". Zatkało mnie - uderzył mnie ten ogrom tytanicznej pracy, jaką Zbyszek wykonał. Od razu zacząłem go prosić, żeby mi to pożyczył do skopiowania, a on na to: "Oczywiście mogę ci to dać, nie ma żadnego problemu, ale spróbuj zrobić to  sam - wtedy się naprawdę czegoś nauczysz. Jeśli kochasz muzykę, to musisz ją traktować serio, poświęcać jej czas i wkładać w nią dużo pracy".


Tak wyglądała moja pierwsza lekcja u Seiferta. Tego samego dnia siedziałem do późna w nocy i udało mi się przez pięć godzin spisać zaledwie dwa takty. Następnego dnia poszło mi lepiej i przez cztery godziny rozpisałem osiem taktów. Z dnia na dzień było coraz lepiej, widziałem postępy w tej pracy i coraz bardziej wsiąkałem w świat jazzu. Tymczasem Zbyszek wyjechał do Niemiec i zaczął robić międzynarodową karierę.


Niestety młodzi gitarzyści raczej mało o tym wiedzą. Wielu z nich wielbi Scofielda, ale czy wiedzą, że Sco grał jako sideman u Seiferta?


Tak, to smutne. Z pewnością jest niedoceniany. Dziś wielu muzyków gra z zagranicznymi gwiazdami, ale w latach 70. to był ewenement. Seiferta nazywano wówczas Coltrane’em skrzypiec. Nikt nie grał tak jak on. Szczytowym punktem jego kariery była nagrana dla Capitolu w 1978 roku płyta "Passion", na której zagrali między innymi Jack DeJohnette, John Scofield i Eddie Gomez. Niestety okazało się, że nowotwór, na który chorował, jest wyjątkowo złośliwy. Zbyszek przyjeżdżał do Polski na leczenie i w tym czasie graliśmy w krakowskich klubach, dzięki czemu mógł szlifować repertuar. Niestety na płycie zachował się jedynie koncert, który zagraliśmy w Jaszczurach. Znamy go pod tytułem "Kilimanjaro". Seifert zmarł 15 lutego 1979 roku. W 2009 mija trzydziestolecie, więc uznałem, że jest to właśnie "ten" czas.


Do projektu "A Tribute To Zbigniew Seifert" zaprosiłeś wielu znanych muzyków. Jak ci się to udało?


W zasadzie nie miałem z tym żadnych problemów. To była jakaś magia, zupełnie jakby nad wszystkim czuwał duch Seiferta. Pełen szacunek, pełne uznanie... Wszędzie, gdzie dzwoniłem, wystarczyło tylko wypowiedzieć jego nazwisko, by otrzymać deklarację wejścia w ten projekt. Choć mówiłem, że niestety mamy ciasny budżet, to jednak odpowiadano mi: "Nie ma sprawy, ja chcę być na tej płycie, chcę zrobić coś dla Zbyszka". Dzięki takiemu honorowemu podejściu udało się zebrać piorunujący wręcz skład. W poszczególnych utworach na skrzypcach wystąpili: Jerry Goodman, Mateusz Smoczyński, Didier Lockwood, Krzesimir Dębski, Christian Howes, Mark Feldman, Maciej Strzelczyk, Adam Bałdych i Pierre Blanchard. Zagrali z taką pasją, że podczas miksowania płyty ciarki chodziły mi po plecach. Niech sam za siebie mówi fakt, że ja jako producent płyty nie jestem w stanie powiedzieć, kto zagrał najlepiej.


Na czym nagrywałeś tę płytę?


Wykorzystałem wzmacniacze marki Vox i Laboga, które ustawiam ciszej do podkładów i głośno do solówek, dzięki czemu mam naturalny drive. Do tego mikrofon Neumann U87 nieco dalej od pieca i Shure SM58 przy głośniku.


Czyli dobrze sprawdzone i można by rzec "ulubione" zabawki. Jednakże o twojej kolekcji gitar chodzą już legendy. Jesteś sprzętowym freakiem?


Instrumenty niezmiennie mnie inspirują. Dlaczego je zbieram? Kiedyś sprzedałem legendarnego Les Paula Deluxe z 1966 roku i żałuję tego po dziś dzień. Od tamtej pory każdy kupiony przeze mnie instrument ma u mnie dożywocie. Minusem tego jest rosnący magazyn sprzętu w domu, ale wolę przetrzymać jakiś wzmacniacz przez kilka lat w piwnicy, niż potem nie móc wrócić do brzmienia, które niegdyś mi się podobało. W swojej kolekcji mam obecnie kilkadziesiąt gitar, z których kilka z pewnością nadaje się na osobne, poświęcone im artykuły.


Nadal nie ćwiczysz techniki, tylko grasz?


Nie, nie ćwiczę techniki. Ćwiczę muzykę, czyli po prostu dużo gram i improwizuję. Podążanie za szybkością to ślepa uliczka, na której gdzieś po drodze gubi się samego siebie. Jest wielu gitarzystów doskonałych technicznie, ale jałowych stylistycznie. Są gitarzyści grający hiperszybkie przebiegi legato lub sweep, ale zupełnie wykastrowane z artykulacji. W efekcie wszystko się unifikuje i brzmi tak samo płasko. Jeśli wszystko ma być grane maksymalnie szybko i bez zróżnicowania, to po co tu w ogóle człowiek? Komputer i tak wygra z każdym gitarzystą - zagra szybciej, równiej i bardziej czysto. Artykulacja natomiast wprowadza do muzyki czynnik ludzki. Nie jesteśmy doskonali, nie gramy zawsze tak samo - i to jest właśnie piękne.


Czyli w dobrej muzyce musi być czynnik ludzki. I co jeszcze?


Blues... Uważam, że blues to podstawa wszystkiego. Cała współczesna muzyka zaczęła się tam za oceanem, na polach kukurydzy i bawełny. Gdyby nie blues, do dziś gralibyśmy tylko klasyków. Dlatego jest on składnikiem każdej dobrej muzyki. Jego obecność nie musi być oczywista. Może przejawiać się w pulsie, w podejściu do dźwięków, w improwizacji...


Pewien bardzo znany polski pianista wyznał kiedyś, że nienawidzi bluesa jako formy obcej nam kulturowo.


To, że urodziliśmy się w Polsce, wcale nie oznacza, że powinniśmy grać same oberki i kujawiaki. To nonsens. Czy Japończycy nie mają prawa grać Chopina? Czy Afrykańczycy nie mają prawa grać Mozarta? A jeśli tak, to czy Europejczyk nie ma prawa grać jazzu? Jakim prawem ktoś miałby odbierać ludziom tę wolność wyboru? Każda muzyka, którą kochasz, która gra w głębi ciebie i która porusza w tobie czułe struny - jest twoja. Ja nie uważam się za jakiegoś zaściankowego dupka, tylko za obywatela tej planety. Moim światem jest cały świat, a moją Muzyką muzyka grana przez ludzi w najdalszych nawet jego zakątkach. Blues również.


To czemu nie nagrasz płyty z bluesami?


(śmiech) A żebyś wiedział, że nagram. Chciałbym zrobić płytę, na której znalazłyby się najróżniejsze bluesy w najróżniejszych aranżacjach, od tradycyjnych po coltrane’owskie lub utwory parabluesowe. Co więcej, zamierzam tam znów zaśpiewać. Płyta będzie nosiła tytuł "I Love The Blues".

Krzysztof Inglik

GALERIA
Popestar Ghost

Jako jeden z nielicznych w redakcji naszego magazynu uparcie bronię Ghost.

Gramy dalej

9 /10
Breaking Habits Meller Gołyźniak Duda

Wreszcie doczekaliśmy się polskiej supergrupy z prawdziwego zdarzenia. Nie jakiejś tam odpustowej zgrai muzykantów do kieliszka, ale ekipy złożonej...Gramy dalej

8 /10
Testament ocena 8
Brotherhood of the Snake
Gatunek: Thrash metal
When The Smoke Clears
Gatunek: Hardcore
Shklo ocena 7
Shklo Music
Gatunek: Alternatywa
Zobacz wszystkie