To ciekawe, ale już przy nagraniu pierwszej płyty ("Facelift", 1990) odnaleźliśmy swój styl i swoje brzmienie. Od razu wiedzieliśmy, o co nam chodzi i co chcemy osiągnąć. Tak więc przy drugiej czy trzeciej płycie nie musieliśmy dokonywać żadnych rewolucyjnych zmian. Już na pierwszym krążku słychać nasze charakterystyczne brzmienie, które co prawda może nie jest jeszcze zbyt dopracowane, ale już wystarczająco rozpoznawalne. Jednak z perspektywy czasu muszę powiedzieć, że na tym albumie znalazło się kilka utworów, których teraz nie umieścilibyśmy na krążku. No cóż, byliśmy wtedy młodym zespołem i znajdowaliśmy się na początku naszej muzycznej drogi. Oczywiście, że od tamtego czasu bardzo się zmieniliśmy i rozwinęliśmy. To naturalne.
W Alice In Chains gram już dwadzieścia kilka lat i nie wyobrażam sobie, że mógłbym przez ten czas stać w miejscu. Zresztą cały czas próbowaliśmy nowych rzeczy i eksperymentowaliśmy z brzmieniem. Przykład? Wydaliśmy akustyczną EP-kę. Nie boimy się eksperymentować, dlatego wymykamy się wszelkim definicjom i unikamy zaszufladkowania. To było niesłychanie wyzwalające doświadczenie, bo mogliśmy robić naprawdę dobrą muzykę, nie martwiąc się o to, do jakiego gatunku ona należy. Muszę przyznać, że nasze najcięższe utwory to utwory akustyczne, co potwierdza tezę, że najważniejszy jest sam przekaz i odpowiedni klimat, a nie brzmienie. Ale tak naprawdę umiem grać tylko w jeden sposób i nauczyłem się go właśnie w tym zespole.