Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / John Mayall

John Mayall

Rzadko w dzisiejszych czasach można znaleźć jeszcze ludzi, którzy zmieniali niegdyś oblicze muzyki i torowali drogę przyszłym pokoleniom. W tym miesiącu rozmawiamy z żywą legendą muzyki bluesowej, Johnem Mayallem. Niedawno wydana płyta "Tough" jest już 57 albumem studyjnym w karierze tego muzyka i wszystko wskazuje na to, że nie będzie to ostatnie słowo, jakie od niego usłyszymy.

Twoja kariera zaczęła się w latach 60., kiedy to założyłeś zespół The Bluesbreakers. Kto wymyślił tę nazwę i co ona właściwie dla ciebie dzisiaj znaczy?


Gdy zacząłem grać już tak na poważnie w 1962 roku, przyszła potrzeba wymyślenia jakiejś nazwy dla zespołu. Najpierw przerobiłem kilka wariantów, które zapisałem sobie na kartce. Wszystkie miały słowo "blues" w tytule, a najlepiej do tego, co chciałem wtedy robić, pasowało mi "breakers" (z ang. łamacze - przyp. red.), więc przy tym pozostałem. Brzmiało dobrze i jest tak chyba do dziś.


Czyli chodziło o swego rodzaju przełamywanie utartych już standardów?


Dokładnie tak! Powiedziałbym nawet, że chodziło o wgryzanie się w bluesa.


Mając kilkanaście lat, zapoznałeś się z muzyką jazzową. Czy to, że dzisiaj zajmujesz się tą profesją, zawdzięczasz przede wszystkim zainteresowaniom muzycznym swojego ojca?


Wydaje mi się, że tak. Ciężko mi to dzisiaj po takim czasie jednoznacznie stwierdzić. Natomiast często właśnie bywa tak, że kiedy już dorastasz, odnajdujesz taką muzykę, z którą możesz się identyfikować i której słuchanie sprawia ci ogromną przyjemność. Ja sam zawsze byłem wielkim entuzjastą jazzu i bluesa. Zawsze czułem z tą muzyką jakąś więź, która zaprowadziła mnie właśnie do tego miejsca, gdzie jestem teraz.


Poza gitarą grasz również na pianinie, organach, harmonijce i także śpiewasz. Czy nigdy nie próbowałeś wyspecjalizować się w grze na jednym z tych instrumentów?


Chyba nigdy nie miałem na to ochoty. Co więcej, nie mogę powiedzieć dzisiaj, że jestem na przykład wyjątkowo dobrym gitarzystą. Instrumenty są dla mnie tylko narzędziami, dzięki którym mogę wyrazić siebie. Jeśli więc czuję, że utwór wymaga ode mnie danej formy ekspresji, to używam do jej wyrażenia tego instrumentu, który najlepiej się do tego nadaje.


Prawdopodobnie teraz jest to dla ciebie tak naturalne jak oddychanie, ale powiedz mi, jak nauczyłeś się dobierać te wszystkie dźwięki i instrumenty?


To jest coś takiego, że po pewnym czasie już się nawet o tym nie myśli. Utwór sam mi podpowiada, jakim smakiem chciałby być. Do mnie należy tylko skomponowanie i wykonanie go na takim instrumencie, który najlepiej się do tego celu nadaje.


Rozpoczynałeś karierę w latach 60., kiedy zmieniała się cała ówczesna kultura rozrywkowa. Jak wspominasz tamte czasy?


To był bardzo emocjonujący okres w moim życiu. Jak sam wspominałeś, panowała wtedy kulturowa rewolucja, a muzyka starała się oddać jej ducha. Wspaniale było móc stać się częścią nowego nurtu, który się wtedy rodził. Myślę tu o początkach brytyjskiego rocka i bluesa. Był to niezwykle produktywny czas dla nas wszystkich. Wielu ludzi, którzy wtedy zaistnieli na scenie muzycznej, udowodniło, że w muzyce drzemie wielka siła, i dzięki temu stali się ikonami, które dzisiaj wszyscy znają.


Czy Bluesbreakersi byli właśnie tymi łamaczami zasad, którzy tworzyli nowy obraz muzyki bluesowej?


Wydaje mi się, że chyba właśnie tak było (śmiech). Chociaż w tamtych czasach nawet nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. Dopiero wtedy, kiedy patrzy się na to wszystko z perspektywy czasu, dostrzega się pewne rzeczy. Dawniej zależało nam tylko na tym, żeby grać. Na nasze szczęście była grupa ludzi, którym się to spodobało i tak prom kosmiczny wystartował.


Odkrywałeś i nadal odkrywasz muzyków, którzy stali się największymi gwiazdami. Jakich cech zawsze poszukiwałeś w ludziach, z którymi miałeś pracować?


To zawsze musiała być osoba, która mnie czymś poruszyła. Czasem bywało tak, że chodziło o jej charakter, a innym razem przeważała gra. A zatem osoba, z którą chętnie współpracuję, musi być kompatybilna ze mną i z tym, co chcę stworzyć. Poza tym musi mi się z tym kimś dobrze grać. Zawsze chcę mieć radochę z tego, że wykonuję jakiś kawałek z tym, a nie innym muzykiem.


Album "Blues Breakers With Eric Clapton" określa się dzisiaj mianem przełomowego dla twojej kapeli. Nadal utrzymujecie jakiś kontakt z Erikiem Claptonem?


Nie, już raczej nie. Dzisiaj chyba nawet nie wiedziałbym, gdzie go można znaleźć. Jest gwiazdą światowego formatu i ma swoje własne życie osobiste, szanuję to. Ostatni raz widziałem go chyba podczas koncertu, jaki zagraliśmy z okazji moich 70. urodzin. To było wspaniałe spotkanie po latach i pamiętam, że świetnie się wtedy bawiliśmy na scenie.


Jakim człowiekiem jest Eric Clapton?


Cóż, Eric jest fantastycznym gościem. Poza tym jest niesamowicie utalentowanym muzykiem i bardzo pozytywnym człowiekiem. W ogóle nie zmienił się od czasu, kiedy jeszcze razem pracowaliśmy przy Bluesbreakers. To nadal ten sam chłopak (śmiech).


Album "The Blues Alone" nagrywałeś tylko z Keefem Hartleyem, który zasiadł wtedy za perkusją. Całą resztę instrumentów dograłeś sam. Czemu podjąłeś taką decyzję?


Ten materiał tak naprawdę nigdy nie miał zostać wydany jako oficjalna płyta. Z punktu widzenia wytwórni nie nadawał się na kolejny zakontraktowany album. Nagrywałem wtedy dla Decca Records, która miała podwytwórnię Ace Of Clubs, spod której skrzydeł wypuszczała wszelkie reedycje. Ace Of Clubs to była jedna z tych niespecjalnie zamożnych wytwórni. Zdecydowali, że wydadzą coś w rodzaju składanki z moimi utworami z poprzednich albumów. Nie spodobało mi się to za bardzo, więc zaproponowałem im, że zamiast tego wyprodukuję album solowy, który nic nie będzie ich kosztował. Kupili ten pomysł i wydałem ten krążek, ale nie podejrzewałem nawet, że stanie się on kiedyś taki popularny. To był po prostu niskobudżetowy projekt, który na przekór wszystkiemu stał się jednym z moich najważniejszych albumów.


Podobała ci się wtedy taka praca w samotności?


Tak, to było nawet zabawne. Cały projekt był swego rodzaju eksperymentem, w który postanowiłem nie angażować zespołu. Chciałem tylko opracować swoje własne kompozycje i zabawić się trochę przy nagrywaniu tych wszystkich instrumentów (śmiech).


Przez te wszystkie lata członkowie The Bluesbreakers wielokrotnie się zmieniali. Czy był jakiś konkretny skład, z którym grało ci się wyjątkowo dobrze?


Ze wszystkimi grało mi się wyjątkowo dobrze. Na wszystko jest zawsze czas i miejsce. Kiedy ludzie odchodzili z zespołu lub kiedy ja zmieniałem kierunek rozwoju kapeli - nikt nie miał do nikogo pretensji. Wszystko robiło się wtedy dla dobra muzyki. Czerpałem więc przyjemność z gry z każdym z Bluesbreakersów i z każdej muzycznej chwili spędzonej z nimi. Nasza współpraca była zawsze bardzo kreatywna i stymulująca dla wszystkich.


Niektórzy ludzie z uwagi na twoje liczne zasługi dla tego nurtu nazywają cię ojcem chrzestnym brytyjskiego bluesa. Jak reagujesz na takie stwierdzenia?


Jest to oczywiście coś, z czego jestem bardzo dumny. Móc być częścią czegoś, co dzisiaj jest określane mianem legendy muzyki bluesowej, to wspaniała rzecz. W tamtym czasie nie zastanawiałem się nad konsekwencjami swych czynów, po prostu podążałem za swoją intuicją. Jednak z biegiem czasu można było zauważyć, że pewne moje decyzje zmieniły oblicze muzyki. Jestem więc bardzo szczęśliwy i dumny z tego, że mam w swoim życiu taki dorobek.


Bardziej liczyły i liczą się dla ciebie opinie ludzi czy muzyka?


Od początku mojej kariery niezmiennie liczy się dla mnie przede wszystkim muzyka. Ale jeśli jest grupa ludzi, którzy chcą posłuchać mojej gry, to tym lepiej i z pewnością bardzo mnie to cieszy (śmiech).


Dlaczego w pewnym momencie swojego życia przeprowadziłeś się do Stanów Zjednoczonych?


To było dla mnie bardzo naturalne posunięcie, ponieważ blues narodził się właśnie w Ameryce. Czułem więc pewną więź z tym miejscem. Poza tym bardzo odpowiadał mi klimat panujący w Kalifornii. Było to wszystko dla mnie niezwykle atrakcyjne i zapragnąłem w końcu amerykańskiego stylu życia (śmiech).


Zawsze miałeś dobre oko do wypatrywania nowych talentów. Dlaczego nie zdecydowałeś się na otwarcie własnej wytwórni płytowej? Czy ten sektor rynku w ogóle cię nie interesuje?


Nie, nigdy się tym nie interesowałem. Po prostu nie musiałem zajmować się tą stroną rynku. Mogę tylko sobie wyobrazić, że jest to coś zupełnie innego niż tworzenie muzyki (śmiech).


Czy istnieje przepis na dobrą kapelę?


Podążaj za swoją intuicją i słuchaj. Potem nie będziesz musiał niczego kwestionować. Dobra kapela jest jak żywy organizm, z którym musisz umieć się komunikować. Nie można też zapominać o czerpaniu przyjemności z gry w takim zespole. W dobrym funkcjonowaniu kapeli liczą się wszystkie te rzeczy.


Nagrałeś 57 albumów studyjnych i - jak sądzę - nie powiedziałeś jeszcze swojego ostatniego słowa. Skąd bierzesz wciąż pomysły na te wszystkie krążki?


Nie jest to już dla mnie takie trudne jak kiedyś. Rutyną stało się, że pomiędzy kolejnymi albumami robię sobie coraz dłuższe przerwy. W latach 60. nagrywałem krążek średnio co 6 miesięcy. Dzisiaj przeważnie jest to jakieś 18 miesięcy do dwóch lat. To bardzo dużo czasu. Dzięki temu mogę sobie spokojnie zaplanować pracę i poeksperymentować z nowymi pomysłami. W pewnym momencie stało się to dla mnie czymś naturalnym i bardzo prostym.


Niedawno ukazał się twój nowy album. Pokładasz w nim duże nadzieje?


Oczywiście, że tak. Skompletowaliśmy nowy zespół i jesteśmy bardzo podekscytowani możliwością grania tych kawałków na koncertach. Jest to płyta z muzyką zagraną z życiem i ogromną energią. Póki co, iskry się sypią spod instrumentów i świetnie się przy tym bawimy.


Album ten nosi tytuł "Tough" (z ang. twardy, ciężki - przyp. red.). Co to słowo oznacza dla ciebie?


Dokładnie to, co przez nie rozumiemy. Nagraliśmy bardzo mocny i solidny materiał pod każdym względem. Mamy bardzo dobrych muzyków, przemyślane teksty i pewną koncepcję. W przypadku tego projektu wszystko jest dopięte na ostatni guzik i mówię to z pełną świadomością.


A może nie jest też trochę tak, że nazwa tego wydawnictwa sugeruje, iż wydawanie takich albumów robi się z czasem coraz cięższe?


W pewnym sensie tak. Według mnie powoli zbliżają się ciężkie czasy dla nas wszystkich, a album "Tough" oddaje właśnie nastrój tego, co nas otacza w tej chwili. Można więc uznać, że jest w tym materiale pewne przesłanie. Zresztą samo słowo "tough" może znaczyć dla każdego coś zupełnie innego, i jeśli ktoś czyta to inaczej, to też jest dobrze.


Czy muzyka rockowa zaistniałaby bez bluesa?


Nie wydaje mi się. Nie ma wątpliwości, że rock zawdzięcza swoje istnienie bluesowi, który leży w zasadzie u podstaw całego nurtu tak rockowego, jak i metalowego.


Uczęszczałeś kiedyś do szkoły plastycznej w Manchesterze. Czy wiązałeś z tą profesją swoje życiowe plany? Czy umiejętności, jakie tam nabyłeś, pomogły ci w twojej karierze muzyka?


Oczywiście, że chciałem iść w tym kierunku i rozwijać swoje zdolności, stało się jednak tak, że pojawiła się okazja na robienie muzyki, i moje plany się zmieniły. Ale za to potem mogłem sobie sam projektować niektóre okładki, więc nauka nie poszła w las. Poza tym muzyka jest również częścią sztuki, więc aż tak daleko nie odszedłem od swoich pierwotnych założeń (śmiech).


Joe Bonamassa zaczynał swoją przygodę z gitarą, kiedy był jeszcze bardzo młodym chłopakiem. Poznałeś go osobiście?


Tak, graliśmy razem nawet kilka razy, ale od dłuższego czasu się nie widzieliśmy. Ostatni raz spotkałem się z nim chyba 4 lata temu, kiedy występowaliśmy na tym samym festiwalu.


Pytam o niego, gdyż widzę tu pewne podobieństwo do młodego Erica Steckela, który również grał na gitarze już jako dzieciak i podobnie jak Bonamassa z B.B. Kingiem grał koncerty z tobą...


Widzę, do czego zmierzasz. Rzeczywiście sytuacja wygląda podobnie, ale tylko czas pokaże, kto z niego wyrośnie. W muzyce Erica słychać dzisiaj mnóstwo rockowych wpływów, które mieszają się z bluesem. Jednak zarówno on, jak i Bonamassa mają swój odrębny styl, a to zawsze dobrze wróży na przyszłość.


Kilka lat temu zostałeś uhonorowany Orderem Imperium Brytyjskiego. Czy ten symbol uznania miał dla ciebie jakieś szczególne znaczenie?


Byłem niezwykle zaszczycony możliwością odebrania takiego odznaczenia. To było coś niespodziewanego, ale z drugiej strony uhonorowanie taką nagrodą za to, co robię przez całe swoje życie i co przy okazji sprawia mi ogromną przyjemność jest szalenie miłe.


Przez te wszystkie lata używałeś bardzo wielu gitar. Czy były jakieś egzemplarze, na których grało ci się wyjątkowo dobrze?


Głównie ogrywałem Rolandy. Zresztą nadal używam takiego jednego elektryka z 12 strunami. Nigdy jednak chyba nie miałem jakiejś szczególnie ulubionej gitary w swoim zbiorze. Tak długo jak instrument przyzwoicie się spisuje, tak długo jestem z niego zadowolony. Nie uważam się za jakiegoś specjalnie wybitnego gitarzystę, więc tak na dobrą sprawę wystarczy mi sprzęt standardowy. Najważniejsze, żeby dało się na nim wybrzdąkać parę dobrych numerów (śmiech).


Liczy się sprzęt czy człowiek?


Zdecydowanie człowiek. Dobry gitarzysta musi mieć w sobie tę iskrę i potrafić dostroić się do kolegów. To chyba zawsze jest najważniejszą sprawą.


Ze wszystkich instrumentów, na jakich grasz, który przypadł ci najbardziej do gustu?


Zawsze najbardziej przemawiały do mnie klawisze, ale uwielbiam też grać na harmonijce. Według mnie w tym instrumencie jest dusza, która przewodzi całej reszcie. Dlatego, kiedy tylko mogę, sięgam właśnie po nią, żeby się trochę pobawić. Najogólniej rzecz biorąc, zawsze korzystam z tego instrumentu, który zażyczy sobie ode mnie dany utwór.


Ćwiczysz czasami jeszcze grę na gitarze?


Niestety, nie. Kiedy jestem w domu, to nawet jej nie dotykam. Gram tylko wtedy, gdy jesteśmy w trasie albo gdy nagrywamy nowy materiał.


Jak ważnym elementem w rozwoju bluesa było przejście na gitary elektryczne?


To było nieuniknione, ponieważ blues zawsze był na bieżąco ze wszelkimi nowinkami technicznymi. Zresztą nadal jest, jak się nad tym dobrze zastanowić. Muzyka ewoluuje, pojawiają się nowe trendy, nowe pomysły, nowe kierunki i nowi ludzie. Elektryki musiały wejść do bluesa. W przeciwnym wypadku nie mógłby się on dalej rozwijać, a na to nie można było sobie pozwolić. Ta muzyka wciąż żyje i oddycha.


Nie tak dawno temu krążyły jeszcze plotki o twojej muzycznej emeryturze. Czy zastanawiasz się czasami nad tym, kiedy trzeba będzie sobie w końcu powiedzieć dość?


Zdecydowanie nie. Pewni ludzie chyba źle odczytali moje intencje. Tym razem po prostu chciałem zrobić coś trochę innego. Żeby to osiągnąć, musiałem zarządzić dłuższą przerwę. Chciałem to wszystko sobie spokojnie przemyśleć. Bluesbreakersi trwali już w niezmienionym składzie od 15 czy nawet 20 lat, więc potrzebowałem trochę szerszego spojrzenia na to wszystko, aby móc odświeżyć kapelę i razem z nią stworzyć coś oryginalnego. Mam nadzieje, że nam się to udało (śmiech).


M. Kubicki
GALERIA
Wild World Bastille

Przy okazji słuchania drugiej płyty Bastille doszedłem do wniosku, że chyba nigdy nie zrozumiem zwyczajów zakupowych współczesnych fanów muzyki....Gramy dalej

7 /10
Ostatnia rodzina - muzyka z filmu Różni Wykonawcy

"Ostatnia rodzina" to jeden z najgłośniejszych filmów ostatnich miesięcy, który trafi do kin pod koniec września. Z kolei dwa tygodnie temu premierę...Gramy dalej

7 /10
Soilwork ocena 8
Death Resonance
Gatunek: Melodic death metal
In Flames ocena 7
Sounds From the Heart of Gothenburg
Gatunek: Melodic death metal
Bad Vibrations
Gatunek: Metal
Zobacz wszystkie