Pytanie w ogóle mnie nie drażni (śmiech)! Moja dziewczyna uczyła się żeby zostać weterynarzem, a ja pomagałem jej w nauce, to było prawie 20 lat temu. Jedną z chorób zwierząt, o których się uczyła, była "Ulcerative Pododermatitis", potocznie zwana jako "Bumblefoot" (bąble pojawiające się na łapach zwierząt - przyp.red.). Jedną z terapii leczniczych opisach w książce było nałożenie maści przeciw hemoroidom na stopę pacjenta i założenie opatrunku w kształcie kuli. Jako, że wówczas szybko łapałem wszystko co było dla mnie niezwykłe, szybko podłapałem temat. Wymyśliłem sobie superbohatera, który wyglądał jak skrzyżowanie ogromnej stopy z pszczołą i napisałem o tym piosenkę dla mojego zespołu. To był kawałek z tekstem, taki bluesowo-funkowy. Brzmiało to jak formacja Extreme kiedy teraz sobie o tym przypomnę. Trochę później napisałem instrumentalny numer, który bardziej pasował do tej całej idei - brzmiał on jak piosenka do jakiejś kreskówki, której głównym bohaterem jest fikcyjny szpieg rodem z lat 60-tych, coś jak Różowa Pantera. Nazwałem ten utwór "Bumblefoot" i został on wówczas wydany na pewnej kompilacji instrumentalnej muzyki gitarowej "Guitars On The Edge, Vol. 4" (ukazała się w lutym 1994 roku za sprawą Legato Records).
Kilka miesięcy później, kiedy podpisałem mój kontrakt ze Shrapnel Records, ten kawałek był dla mnie inspiracją do napisania całego konceptalbumu. Nazwałem więc go "The Adventures Of Bumblefoot", a otwierającym go kawałkiem stał się właśnie numer "Bumblefoot". Nazwy następnych numerów na tym krążku także oznaczają różne choroby zwierzęce. Jeśli zaś chodzi o szatę graficzną płyty, odtworzyłem obraz w mojej głowie, który pojawił się na samym początku tej całej historii - "latająca stopa", stwór w czarne i żółte paski, ze skrzydłami, żądłem i pięcioma palcami. Utworzyłem także inne postacie, które reprezentowały każdą z piosenek na tym albumie. Pojawiają się one w różnych miejscach załączonej do płyty książeczki. Nie był to dość normalny pomysł na krążek (śmiech). Kiedy mój kontrakt ze Shrapnel Records wygasł, założyłem własny zespół i nazwałem go "Bumblefoot". Muzyka, jaką wykonywaliśmy była hard rockowa, trochę metalowa, czasami trochę dziwna. Miała w sobie coś z Primusa czy Faith No More. Graliśmy koncerty i wydawaliśmy albumy, a ja byłem wokalistą, gitarą prowadząca, twórcą kawałków, ponadto zajmowałem się szata graficzną, nagrywaniem, promocją.
Wyglądało to więc w ten sposób, że tak naprawdę to ja byłem tym zespołem. I tak też postrzegali to ludzie z zewnątrz. Ja z kolei nie chciałem żeby to tak wyglądało, ale te wszystkie sprawy ktoś przecież musiał ogarnąć. A że nikt poza mną się jakoś do tego nie kwapił, musiałem sam robić to wszystko na raz. Coraz częściej słyszałem też ludzi wskazujących na mnie palcem mówiących "Bumblefoot, zgadza się?". To wszystko stało się dość naturalnie i pozwoliłem na to aby w ten sposób się to stało. Zostałem zaszufladkowany przez otoczenie, które, swoją drogą, nie odbiegało za bardzo od prawdy. Pamiętam jak w 2001 roku mówiłem Patrice’owi Vigierowi, że już czas bym zaczął siebie nazywać "Bumblefoot", czując, że jest w tym jakiś ukryty plan na moją przyszłość. Tak czy siak, jestem zadowolony z tego jak się rzeczy potoczyły w tej kwestii. Ale cały czas nastawiam się na więcej. Jeszcze nie przekazałem światu wystarczającej ilości mojej muzyki. Czuję wielką potrzebę na jeszcze więcej muzyki.