Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Ron "Bumblefoot" Thal

Ron "Bumblefoot" Thal

Już po raz drugi spotykamy się z Ronem Thalem, gitarzystą Guns N' Roses. Po raz kolejny okazało się, że popularny Bumblefoot jest bardzo przyjazny, wygadany i skory do dzielenia się swoimi przeżyciami muzycznymi.

Jako, że jesteśmy przede wszystkim magazynem o sprzęcie muzycznym powiedz jakiego sprzętu aktualnie używasz na scenie i poza nią?


Na scenie z Guns‘N Roses używam gitary Vigier GV single-cutaway, dwóch zbudowanych pode mnie dwugryfowych gitar Vigier (jeden gryf z progami, drugi bezprogowy), akustycznego Parkwooda PW370M i gitary elektrycznej z nylonowymi strunami firmy Godin. Vigiera podpinam do 100 watowej głowy Engla. Do tego używam jeszcze kaczki Dunlopa i muliefektu ‘Nova’ TC Electronic, który jest powiązany z pętlą efektów znajdującą się w Englu. Jeśli chodzi o paczkę, jest to kolumna 4x12 firmy Hermit, która zawiera głośniki Celestion. Do tego dwa mikrofony AT4050. Po więcej informacji na temat sprzętu zapraszam na moja stronę www.bumblefoot.com/gear.php.


Opowiedz coś więcej na temat gitar Vigier. Pytam, ponieważ ta marka nie jest zbyt dobrze znana w Polsce. Jaka jest ich historia? Kiedy zacząłeś używać tych gitar i dlaczego wybrałeś akurat tą markę?


Gitary Vigier pochodzą z Francji. Firmę o tej nazwie założył Patrice Vigier około 30 lat temu. Byłem akurat na trasie po Francji w 1997 roku i jeden reprezentantów firmy przyszedł na mój koncert i zapytał czy nie chciałbym wypróbować ich gitar. Zawsze sam budowałem i używałem tylko swoich własnych gitar i nigdy nie myślałem w tamtym momencie o reprezentowaniu czyjejś marki, ale wypróbowałem ją, zagrałem na niej wówczas ów koncert i czułem, że jest ona lepsza niż gitary, które sam robiłem. Byłem pod wrażeniem wielu jej cech. Posiadała zerowy próg przez co pierwszy próg bardziej naturalnie stawał się podobny w feelingu do pozostałych. Poza tym była ona wyposażona w przetworniki Dimarzio, których używałem od zawsze, a także nie posiadała możliwości korekcji krzywizny gryfu bowiem nie była wyposażona w pręt, który przechodził przez cały gryf. Zamiast tego przez środek gryfu przechodził grafit, co powodowało, że ów gryf był zawsze perfekcyjnie prosty i nigdy nie wymagał regulacji. I tak po ponad prawie dwunastu latach "walki" z tymi gitarami w różnych warunkach ciepła i wilgotności mogę potwierdzić, że gryf ciągle pozostaje prosty.


Niedługo później okazało się, że firma robiła także gitary bezprogowe. Bardzo szybko więc zainteresowałem się i tym tematem. Poza tym okazało się, że oni chętnie wyprodukują dla mnie te wszystkie dziwne gitary, które ja chciałem zrobić dla siebie. Zrobili dla mnie gitarę o nazwie Flying Foot, której kształt wzorował się na zdjęciu z okładki mojego pierwszego albumu. Co ciekawe, za każdym razem kiedy użyłbym ruchomego mostka tremolo w tej gitarze z boków jej korpusu miały wychodzić skrzydła (śmiech)! W zeszłym roku do mojej kolekcji dołączyła dwugryfowa gitara. Jeden jej gryf wyposażony jest w progi, drugi natomiast jest bezprogowy. Od tego czasu każdy mój album nagrywam na gitarach Vigier. Zanim jednak trafiły one w moje ręce używałem przede wszystkim swojej gitary - "Szwajcarskiego Sera", na której nagrałem cały mój pierwszy album "The Adventures Of Bumblefoot", który wyszedł w 1995 roku.


Twój pierwszy solowy album, "The Adventures Of Bumblefoot", będzie obecnie wznawiany. Minęło już 15 lat od jego premiery. Patrząc w przeszłość, czy jesteś zadowolony z efektu końcowego osiągniętego na tym krążku, czy jednak, gdybyś miał taką możliwość, zmieniłbyś coś?

                                  
Nie zmieniłbym nic. Nie teraz. Myślę, że po ukończeniu każdego krążka przechodzę przez pewien etap, który za każdym razem się u mnie powtarza - kończę dany album, jestem z niego zadowolony i tydzień później zaczynam słyszeć rzeczy, które bym zmienił, zaczynam być wręcz prześladowany przez coraz więcej dźwięków, które wymagają zmiany. Ale tak naprawdę to "ja" jestem tą osobą, która się zmienia. Zaczynam czuć, że przedobrzyłem dany krążek za każdym kolejnym wydawnictwem i to powoduje, że zaczynam myśleć w ten sposób, iż na każdej kolejnej płycie jest mnie coraz mniej. Mnie jako osoby, która reprezentuje konkretny styl i idzie w danym kierunku. Później po kilku latach zaczynam to wszystko akceptować jako pewien mój okres w życiu i czuję się z tym w porządku, czasami nawet lepiej niż tylko "w porządku".


Jedyną rzeczą jaką kiedykolwiek mógłbym zmienić w tym aspekcie jest część krzyczącego wokalu w kawałku "Q Fever". Mój głos był wówczas przemęczony od dużego natężenia koncertów w owym czasie i do końca nie udało mi się tej partii wokalnej nagrać tak jak bym sobie tego życzył. Niestety miałem pewien deadline, jeśli chodzi o ukończenie prac nad tym albumem i nie mogłem poczekać kilku dni aż moje gardło trochę wydobrzeje i będę mógł spróbować nagrać to jeszcze raz. Ale teraz w tej kwestii już się z tym pogodziłem. Jest to niedoskonałe, ale właśnie takie powinny być wszystkie albumy - powinny być "ludzkie", niedoskonałe jak żywa osoba. Oryginalnie album ten został wydany przez Shrapnel Records i oni także wydadzą go teraz ponownie. Pracowałem z nimi nad jego ponownym wypuszczeniem. Odświeżyłem szatę graficzną i dodałem dodatkowy utwór ze ścieżki dźwiękowej do gry komputerowej, który nagrałem na jej potrzeby w tamtym okresie.

Będę sprzedawał podpisane egzemplarze mojego wznowionego albumu poprzez stronę  www.baldfreak.com - jest to oficjalna strona, poprzez którą można nabyć wszystkie produkty związane ze mną. Ponadto, każde 5 dolarów z podpisanego przeze mnie egzemplarza płyty zostanie przekazane na badania nad stwardnieniem rozsianym. Z okazji ponownego wydania mojego pierwszego albumu napisałem też książkę z transkrypcjami do niego. Zajęło mi to jakieś 6 miesięcy. Książka ma 200 stron. Jest w niej zawarty każdy szczegół mojej gry - nuty, tabulatury, ustawienie palców, metody gry i wiele innych pomocnych wskazówek. To także będzie do nabycia przez powyższą stronę internetową.


Czy w związku z ponownym wydaniem swojego pierwszego krążka planujesz jaką trasę związaną z tym materiałem? Jeśli tak, może znajdą się w niej także jakieś daty w Europie?
    

Na ten moment wygląda na to, że przez jakiś czas będę w trasie wyłącznie z Guns’N Roses. Nie wiem kiedy będę miał wystarczająco dużą przerwę by móc pojechać w trasę z moim solowym materiałem. Ale odkąd album będzie znów dostępny w sprzedaży, będę mógł chociaż dodać kilka utworów z niego do moich pojedynczych solowych występów. Kawałki z tego krążka świetnie nadają się także na warsztaty gitarowe i to jest może coś nad czym popracuję w niedalekiej przyszłości.


Kiedy zaczynałeś swoją przygodę z gitarą, ile godzin dziennie poświęcałeś na samym początku na grę? Na jakim aspekcie gry skupiałeś się najbardziej? Z początku byłeś samoukiem czy brałeś lekcje u jakiegoś nauczyciela?


Kiedy zaczynałem grać od razu praktycznie wskoczyłem do zespołu - zaczynałem pisać kawałki, tworzyć logo dla kapeli, dbać o sprawy pozamuzyczne, planować koncerty. Jedynym problemem wówczas było to, że tak naprawdę to ja nie potrafiłem jeszcze grać (śmiech). Ale w tym wszystkich jest jedna filozofia, którą zawsze wyznawałem - musisz być na tyle dobry, żeby umieć grać dobrze swoje kawałki. Albo kawałki, które po prostu grasz. Pisałem takie piosenki, które wówczas potrafiłem zagrać, pomimo moich ograniczonych umiejętności. Zacząłem brać prywatne lekcje z różnymi nauczycielami przez kolejne 8 lat. Poza tym rozpocząłem czytanie, bardzo dużo czasu poświęcałem na ogólną teorię muzyki, później muzyki klasycznej i jazzu. Oczywiście w przerwach starałem się grać rocka jak tylko potrafiłem i trenowałem słuch ucząc się grać utwory tylko ze słuchu. Zatrzymywałem i cofałem taśmę na kilka sekund, zapamiętywałem dźwięk i starałem się go jakoś znaleźć na gryfie gitary. Starałem się uczyć jednego albumu na dzień - na początku takich wykonawców jak Scorpions, Judas Priest, Ozzy Osbourne, Iron Maiden. Później przyszła pora na trudniejsze rzeczy typu Yes, Van Halen, Jethro Tull, nawet Czajkowski.


To było świetne doświadczenie dla uszu i świetne kiedy chciałem pograć z ludźmi, ponieważ przez takie ćwiczenia nauczyłem się wielu różnych kawałków. Kiedy przestałem brać lekcje, zacząłem kontynuować naukę gry na własną rękę. Starałem się znaleźć inne patenty, aspekty, które przekładały życie na muzykę. Starałem się znaleźć w jaki sposób muzyka, matematyka i emocje są ze sobą połączone. Napisałem wówczas nawet program na moim starym Commodore 64, który pozwalał pisać różnorodną muzykę (śmiech). Jak widać już wtedy miałem bzika na punkcie muzyki.


Jakie są plany Guns’N Roses na najbliższą przyszłość?
        

Na chwilę obecną wygląda na to, że będziemy latem grać koncerty w Europie. Bardzo prawdopodobne, że także w innych częściach świata, ale to trochę później. Nie wiem do tej pory jakie daty zostały dokładnie potwierdzone, ale mam nadzieję, że znajdzie się tam także miejsce na koncert w Polsce. Na tą chwilę jednak jest jeszcze za wcześnie na jakiekolwiek konkrety w tej kwestii. Minęły już 4 lata odkąd graliśmy w Warszawie, a ja ciągle pamiętam o dekoracji z róż i oprawie tamtego koncertu. Coś niesamowitego!


Domyślam się, że to pytanie może być już dla Ciebie trochę wkurzające (jeśli nie jest to odetchnąłem z ulgą). Czy mógłbyś opowiedzieć skąd wzięła się Twoja ksywka "Bumblefoot", ponieważ myślę, że wielu fanów w Polsce nie zna jej historii?


Pytanie w ogóle mnie nie drażni (śmiech)! Moja dziewczyna uczyła się żeby zostać weterynarzem, a ja pomagałem jej w nauce, to było prawie 20 lat temu. Jedną z chorób zwierząt, o których się uczyła, była "Ulcerative Pododermatitis", potocznie zwana jako "Bumblefoot" (bąble pojawiające się na łapach zwierząt - przyp.red.). Jedną z terapii leczniczych opisach w książce było nałożenie maści przeciw hemoroidom na stopę pacjenta i założenie opatrunku w kształcie kuli. Jako, że wówczas szybko łapałem wszystko co było dla mnie niezwykłe, szybko podłapałem temat. Wymyśliłem sobie superbohatera, który wyglądał jak skrzyżowanie ogromnej stopy z pszczołą i napisałem o tym piosenkę dla mojego zespołu. To był kawałek z tekstem, taki bluesowo-funkowy. Brzmiało to jak formacja Extreme kiedy teraz sobie o tym przypomnę. Trochę później napisałem instrumentalny numer, który bardziej pasował do tej całej idei - brzmiał on jak piosenka do jakiejś kreskówki, której głównym bohaterem jest fikcyjny szpieg rodem z lat 60-tych, coś jak Różowa Pantera. Nazwałem ten utwór "Bumblefoot" i został on wówczas wydany na pewnej kompilacji instrumentalnej muzyki gitarowej "Guitars On The Edge, Vol. 4" (ukazała się w lutym 1994 roku za sprawą Legato Records).


Kilka miesięcy później, kiedy podpisałem mój kontrakt ze Shrapnel Records, ten kawałek był dla mnie inspiracją do napisania całego konceptalbumu. Nazwałem więc go "The Adventures Of Bumblefoot", a otwierającym go kawałkiem stał się właśnie numer "Bumblefoot". Nazwy następnych numerów na tym krążku także oznaczają różne choroby zwierzęce. Jeśli zaś chodzi o szatę graficzną płyty, odtworzyłem obraz w mojej głowie, który pojawił się na samym początku tej całej historii - "latająca stopa", stwór w czarne i żółte paski, ze skrzydłami, żądłem i pięcioma palcami. Utworzyłem także inne postacie, które reprezentowały każdą z piosenek na tym albumie. Pojawiają się one w różnych miejscach załączonej do płyty książeczki. Nie był to dość normalny pomysł na krążek (śmiech). Kiedy mój kontrakt ze Shrapnel Records wygasł, założyłem własny zespół i nazwałem go "Bumblefoot". Muzyka, jaką wykonywaliśmy była hard rockowa, trochę metalowa, czasami trochę dziwna. Miała w sobie coś z Primusa czy Faith No More. Graliśmy koncerty i wydawaliśmy albumy, a ja byłem wokalistą, gitarą prowadząca, twórcą kawałków, ponadto zajmowałem się szata graficzną, nagrywaniem, promocją.


Wyglądało to więc w ten sposób, że tak naprawdę to ja byłem tym zespołem. I tak też postrzegali to ludzie z zewnątrz. Ja z kolei nie chciałem żeby to tak wyglądało, ale te wszystkie sprawy ktoś przecież musiał ogarnąć. A że nikt poza mną się jakoś do tego nie kwapił, musiałem sam robić to wszystko na raz. Coraz częściej słyszałem też ludzi wskazujących na mnie palcem mówiących "Bumblefoot, zgadza się?". To wszystko stało się dość naturalnie i pozwoliłem na to aby w ten sposób się to stało. Zostałem zaszufladkowany przez otoczenie, które, swoją drogą, nie odbiegało za bardzo od prawdy. Pamiętam jak w 2001 roku mówiłem Patrice’owi Vigierowi, że już czas bym zaczął siebie nazywać "Bumblefoot", czując, że jest w tym jakiś ukryty plan na moją przyszłość. Tak czy siak, jestem zadowolony z tego jak się rzeczy potoczyły w tej kwestii. Ale cały czas nastawiam się na więcej. Jeszcze nie przekazałem światu wystarczającej ilości mojej muzyki. Czuję wielką potrzebę na jeszcze więcej muzyki.


Krzysztof Kukawka 
Atoma Dark Tranquillity

Giganci szwedzkiej sceny melodyjnego death metalu od blisko piętnastu lat nie splamili się słabym wydawnictwem.

Gramy dalej

9 /10
Snakes of Eden CETI

Dwa lata po znakomitym albumie "Brutus Syndrome" CETI powraca z kolejnym mocnym uderzeniem zatytułowanym "Snakes Of Eden".

Gramy dalej

9 /10
Green Day ocena 8
Revolution Radio
Gatunek: Pop punk
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Ghost ocena 9
Popestar
Gatunek: Heavy metal
Zobacz wszystkie