Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Greg Howe

Greg Howe

Przez wielu ludzi Greg Howe kojarzony jest ze shredem, z czego artysta doskonale zdaje sobie sprawę. Mimo to eksploruje on także nowe obszary muzyczne.

Jak to się stało, że zacząłeś grać na gitarze?


Dla moich rodziców stało się jasne, że ja i mój brat kochamy muzykę. Słuchaliśmy jej w radiu i telewizji. Często udawaliśmy, że gramy. Początkowo grałem na bębnach, wziąłem nawet kilka lekcji. Potem przerzuciłem się na gitarę. Chciałem grać taką muzykę, jaką słyszałem w radiu w latach 70. Pewnego razu był u nas w domu chłopak mojej starszej siostry i pokazał mi, jak podciągać strunę. Pomyślałem sobie, że to jest to, co mnie faktycznie kręci. Od tej pory sam zacząłem podciągać struny i w trakcie nauki odkryłem pentatonikę, dzięki czemu improwizacja stała się znacznie łatwiejsza. Wprawdzie nie wiedziałem, co gram, ale nuty, które grałem, pasowały mi.

Wszystko grałem ze słuchu. Z czasem odkryłem muzykę Jimmy’ego Page’a i granie jego solówek nie sprawiało mi trudności. Pod koniec lat 70. usłyszałem grupę Van Halen i to zmieniło postrzeganie przeze mnie gry na gitarze. Wcześniej myślałem, że jestem już dobry, a tu proszę, coś takiego! Uznałem, że muszę odkryć, jak Eddie to robi. Od tego momentu zacząłem traktować gitarę bardzo poważnie i na nowo zakochałem się w muzyce. Zacząłem zadawać mnóstwo pytań, analizować nagrania. Nigdy formalnie nie uczęszczałem do szkoły muzycznej, ale miałem to szczęście, że chłopak mojej drugiej siostry (basista, grał na "Introspection") pokazał mi świat Pata Metheny’ego, Joego Scofielda i George’a Bensona. To odmieniło moje myślenie, które do tej pory sprowadzało się tylko do pytania, jak szybko mogę zagrać.


Jak teraz podchodzisz do muzyki?


Jeśli chodzi o komponowanie, to zdecydowanie lepiej mi wychodzi wówczas, gdy nie widzę gitary. Najlepsze kawałki stworzyłem w samochodzie, stojąc w korku, albo podczas spaceru. Gitara wprowadza pewne ograniczenia, a w zasadzie to nasze palce i gryf wprowadzają limity, bo słyszymy tylko te rzeczy, które jesteśmy w stanie zagrać. Najlepiej dla mnie jest udawać, że nie umiem na niej grać. To daje mojej gitarze możliwość zaistnienia w zespole w roli wokalisty. Pisząc, nie zastanawiam się nad tym, czy mam zagrać od tego, czy tamtego progu, używając tej czy innej zagrywki.

Najpierw tworzę sobie numer w głowie, a potem sprawdzam, czy mogę go odnaleźć na gitarze. Na przykład utwór "Contigo" z płyty "Extraction" powstał w dość zabawny sposób. Otóż pewnego dnia wstałem rano i cały numer był już gotowy: zwrotka, refren, harmonia, solo itd. Napisanie tego numeru nie miało nic wspólnego z gitarą. Na domiar tego momentami czułem się dziwnie, myśląc, że to nie ja napisałem ten numer (śmiech). Przecież on już był rano, kiedy parzyłem sobie kawę! Potem przydarzyło mi się to jeszcze kilka razy. Nawet na mojej ostatniej płycie są utwory napisane w ten sam sposób. Kiedyś Steve Wonder przyznał, że jemu też przytrafiają się identyczne sytuacje. Bardzo często zdarza mi się śpiewać. Jeśli długo nie mogę czegoś wymyślić, odkładam gitarę i śpiewam. Wyobrażam sobie wtedy kogoś w samochodzie, stojącego w gigantycznym korku, kogoś, kto chce oderwać się od rzeczywistości, puszcza muzykę i zaczyna śpiewać. To daje mi sposobność dotarcia do słuchaczy, którzy nie grają na gitarze. Jako gitarzysta doskonale wiem, co trzeba zagrać, aby zadowolić innych gitarzystów, ale ja przecież chcę też docierać do pozostałych odbiorców. Lubię zabawę z rytmem. Może nie granie na 5 czy 7, ale na 4 z nieoczywistymi akcentami... taki trochę Tribal Tech. Ma to również wiele wspólnego z muzyką latynoamerykańską, którą bardzo lubię.

To trochę tak jak z abstrakcyjnymi obrazami, na których każdy widzi coś innego. Zbyt skomplikowana muzyka kojarzy mi się z wykładem z fizyki kwantowej, a zbyt oczywista - z oglądaniem w kółko tego samego show w TV. Istotna jest właściwa równowaga pomiędzy tym, co brzmi znajomo, a tym, co jest nieprzewidywalne.


A jak w takim razie wygląda praca nad utworem?


Kiedyś wszystko musiało być dokładnie takie, jakie sobie wymyśliłem. Mówiłem moim muzykom, co mają grać, jaka nutka ma znaleźć się w konkretnym miejscu. Podobnie było podczas pracy z Michaelem Jacksonem, który miał zawsze całkowitą wizję tego, co było do zagrania, czy też jak miało to wyglądać. W takim reżimie nie było mowy o dowolności czy zmianie. Miało być dokładnie tak, jak zaplanował. Teraz mam inne podejście - bardziej otwarte, ale ostateczna decyzja i tak należy do mnie. Podczas pracy z Chambersem czy Wootenem często prezentowałem im swój pomysł i nigdy nie wiedziałem, do czego dojdziemy. Zresztą to dawało nam bardzo dużo radości i przyjemności. Bardziej bawił mnie sam proces wspólnego tworzenia niż rezultat końcowy. Tak jak z podróżą - jedziesz, ale nie wiesz, jaki jest jej cel...


Czy zapamiętałeś coś szczególnego ze współpracy z Jacksonem?


Oczywiście, że tak! Od pewnego czasu wiedziałem, że będę zastępować gitarzystkę Michaela - Jennifer Batten. Mijały miesiące i dawno zapomniałem o całej sprawie. Aż tu nagle w poniedziałkowy wieczór dzwoni telefon i okazuje się, że muszę być w Amsterdamie na środowym koncercie. To było dosłownie wariactwo...

Samolot do Europy miałem o szóstej rano, na lotnisku musiałem być dwie godziny wcześniej, więc z domu wyszedłem o drugiej w nocy. Zostało mi sześć godzin na to, aby się przygotować, spakować rzeczy i nauczyć numerów (śmiech). Do hotelu dotarłem wieczorem we wtorek, miałem więc trochę czasu na przygotowanie się. Następnego dnia rano graliśmy próbę. Wszystko brzmiało super, więc zadowolony wróciłem do hotelu. Aż tu nagle przyszedł człowiek od choreografii i powiedział, że w pierwszym numerze muszę zrobić to - tutaj pokazał mi obrót, przejście do grupy tancerzy - a tu wykonać inną figurę; w drugim zaś numerze to i tamto, w trzecim coś i w czwartym jeszcze coś innego (śmiech). Okazało się, że oprócz grania musiałem zapamiętać całą choreografię. Ale to nie był jeszcze koniec... później facet od efektów pirotechnicznych z prędkością karabinu maszynowego wytłumaczył mi zasady działania pirogitary, z której musiałem strzelać w stronę publiczności - też w określonym momencie! Facet naprawdę mówił to z taką prędkością, że z całej ultraszybkiej instrukcji usłyszałem tylko, że jak zrobię to źle, to wybuch może spalić mi twarz (śmiech). Niestety to jeszcze nie było wszystko, ponieważ musiałem założyć perukę zrobioną ze światłowodów, która ważyła jakieś 12kg i była podłączona do zasilania gigantycznym kablem. Tym kablem zajmowało się trzech technicznych na scenie. Jak już przyzwyczaiłem się to tych wszystkich rzeczy, to miałem nawet niezły ubaw.


Porozmawiajmy teraz o twoim charakterystycznym brzmieniu...


Mój sposób myślenia nie lubi szufladkowania ani żadnych kategoryzacji, bo to wprowadza ograniczenia. Dla przykładu: ktoś kiedyś zapytał mnie, jak to jest możliwe, że lubię Pata Metheny’ego i jednocześnie Yngwiego Malmsteena. A ja po prostu nie mam z tym problemu. Biorę z nich (i z innych oczywiście) to, co najlepsze, i łączę w całość. Moje brzmienie jest połączeniem wszystkiego, co kocham. Brzmienie musi mieć osobowość, a każda nutka swoją jakość. Osobiście na przykład nie umiem grać na wzmacniaczach typu Solid State - tracę wtedy wszystkie swoje zdolności, a moje palce patrzą na mnie i mówią: "nie da rady kolego!". Brzmienia z Solid State nie mają głębi, niuansów, interaktywności, dynamiki, którą masz w lampach. Z lampami można eksperymentować. Dobrze wiem, czego oczekuję od brzmienia, ale mimo to wciąż szukam i za każdym razem chcę dodać jeszcze coś nowego, innego i jeszcze, jeszcze więcej...


Pomówmy jeszcze trochę o wzmacniaczach...


Mam MK 50 firmy Cornford i powiem, że jest to absolutnie najlepiej brzmiący wzmacniacz, na jakim grałem w całej swojej karierze. Jest to jedyny wzmacniacz, do którego wpinasz się bez dodatkowych kostek, efektów - i brzmisz świetnie. Całą swoją ostatnią płytę nagrałem w ten sposób i tylko na MK 50. To proste: gitara, kabel i MK 50. Ciekawa historia o MK 50 jest taka: kiedyś (a więc jakiś czas temu) dostałem swój pierwszy wzmacniacz z lampami 5881. A że zawsze byłem fanem EL34, to we wszystkich wzmacniaczach, na których grałem, wymieniałem lampy na EL34. Tak też zrobiłem i tym razem. Brzmiało naprawdę dobrze aż do momentu, gdy EL34 trzeba było wymienić na nowe. Ponieważ nie miałem innego wzmacniacza, szybko wymieniłem lampy na te, które siedziały we wzmacniaczu na początku, czyli oryginalne 5881. I nagle okazało się, że grało to dziesięć razy lepiej.

Nie wiem, co oni robią z tymi wzmacniaczami, ale jest to fantastyczne, gdy na odkręconym przesterze przykręcisz głośność w gitarze i robi się naprawdę piękne czyste brzmienie. Ono jest bardzo tłuste, ale zarazem nowoczesne. Każda nuta jest dobrze słyszalna, pomyłki też dobrze słychać (śmiech). Zdecydowanie jest to mój najlepszy wzmacniacz.


Widziałem, że dajesz prywatne lekcje za pośrednictwem swojej strony internetowej. Skąd taki pomysł?


W dzisiejszych czasach technologia daje niesłychane możliwości. Lekcje przez Internet to był w zasadzie przypadek. Kiedyś mój przyjaciel, z którym nie mogłem mieć bezpośredniego kontaktu, poprosił mnie, abym pokazał mu kilka rzeczy na gitarze. Powiedział: "Masz kamerę internetową, ja też taką mam, więc dlaczego nie?". Podłączyliśmy się więc, i to było to! Mój przyjaciel zasugerował mi wtedy, że może to być też sposób na zarobienie dodatkowych pieniędzy, gdybym oczywiście chciał udzielać lekcji w ten sposób. Bardzo lubię kogoś uczyć, więc szybko zdecydowałem się na taki krok.

Najtrudniejsze w tym jest to, że ludzie podejrzewają, iż to nie jestem ja, czyli nie Greg Howe (śmiech). Potem dostajesz maila z pytaniem, czy aby to naprawdę jesteś ty. Więc zdecydowałem się na darmowe, siedmiominutowe sesje. W trakcie ich trwania możesz się zorientować, na czym polega taka lekcja. Trudności są też z zarządzaniem planowanymi sesjami, bo czasami jesteś chory albo w ostatniej chwili musisz coś gdzieś zagrać czy jedziesz w trasę. Wtedy trzeba taką lekcję przełożyć na termin późniejszy. Generalnie nie jest to skomplikowane. Na początku rejestrujesz się. Potem moja asystentka przeprowadza cię przez cały proces. Zawsze trzydzieści minut przed lekcją jest próba dźwięku i obrazu. Podczas takiej lekcji robisz to, co chcesz. Są ludzie, którzy pytają o harmonię, o sprawy techniki, o improwizację, a są też i tacy, którzy chcą tylko pogadać.


Czy grywasz wprawki i ćwiczenia?


Zawsze staram się przeznaczyć na grę minimum godzinę lub dwie dziennie. Ironią jest fakt, że im bardziej jesteś popularny, tym więcej czasu poświęcasz innym obszarom i procesom związanym z muzyką. Czasami myślę, że lepiej jest być takim domowym gitarzystą, bo masz cały dzień dla siebie i żadnych obowiązków (śmiech). Jeśli już zaczynam grać, to nie są to wprawki czy ćwiczenia z metronomem itd. Zdarza się, że przykładowo usłyszałem coś nowego i szybko chcę sprawdzić, jak działa na przykład skala molowa melodyczna w takim, a nie innym kontekście. Jeśli widzę, że dzieje się coś technicznie niepokojącego, wtedy muszę nad tym popracować.


A jak wyglądały twoje ćwiczenia, zanim osiągnąłeś swój obecny poziom?


To był trochę taki techniczny hardcore i mnóstwo technicznych ćwiczeń. Ale według mnie nie jest to najtrudniejsza rzecz. Myślę, że wystarczy trochę determinacji, by dużo osiągnąć technicznie. Jeśli już osiągniesz pewną sprawność i znasz różne zagrywki, wtedy największą trudność stanowi połączenie tego w całość w taki sposób, aby było to muzykalne. Każdy z nas zna jakieś bluesowe zagrywki i gra je swobodnie, wręcz naturalnie, tylko dlatego, że zagrał je milion razy. Myślę, że najtrudniejszą sprawą w ćwiczeniach jest wypracowanie sposobu na to, aby to, co grasz, brzmiało naturalnie, spontanicznie i było muzycznie uzasadnione, a nie tylko zestawem zagrywek. Bardzo ważne jest granie do podkładów, bo w przeciwnym razie nie da się pracować nad improwizacją.

Zwykle robiłem tak, że kiedy chciałem, aby dana zagrywka brzmiała prawdziwie, wiarygodnie i pasowała do kontekstu, to wtedy pracowałem z podkładem. Istotne jest to, co należy zagrać przed i po wyuczonej zagrywce. Tak jak w dzieciństwie - poznajesz pewne słowo, a z czasem uczysz się tego, jak, kiedy i w jakim kontekście je używać. Później już używasz je w sposób całkowicie naturalny. Generalnie to chyba nie ma idealnego sposobu na uczenie się muzyki. Osobiście nie jestem zwolennikiem sposobów narzucanych przez szkoły, takie jak np. Berklee. Myślę, że nie musisz uczyć się wszystkiego, bo tego w praktyce nie potrzebujesz. Jeśli słuchasz swoich ulubionych gitarzystów czy innych muzyków, to wtedy odkrywasz, że oni nie grają tego wszystkiego, czego się nauczyli. Grają pięć, może dziesięć różnych rzeczy, które dopracowali do poziomu mistrzowskiego, i już.

Metheny nigdy nie będzie grał jak Holdsworth, a Holdsworth nie zagra jak Stevie Ray Vaughan. Jeden nie jest lepszy od drugiego, ale z pewnością jeden różni się od następnego. Vaughan nie potrzebuje wiedzieć, jak ograć alterowany akord, bo nie musi. Warto jest odpowiedzieć sobie na pytanie, co chcę grać, i wtedy należy się zastanowić, co jest do tego potrzebne.


Na koniec zadam ci pytanie z innej beczki. Grałeś już z wieloma gwiazdami... Czy jest ktoś, z kim chciałbyś zagrać lub zrealizować jakiś muzyczny projekt?


Tak... Zdecydowanie byliby to Stevie Wonder i Sting. Wyjątkowo cenię sobie ich twórczość. Praca z nimi dałaby mi możliwość grania świetnych rzeczy i jednocześnie nawiązania nowych kontaktów z wieloma ciekawymi ludźmi, a nie tylko z sześcioma gitarzystami wśród publiczności (śmiech).


Paweł Małecki
GALERIA
Wild World Bastille

Przy okazji słuchania drugiej płyty Bastille doszedłem do wniosku, że chyba nigdy nie zrozumiem zwyczajów zakupowych współczesnych fanów muzyki....Gramy dalej

7 /10
Ostatnia rodzina - muzyka z filmu Różni Wykonawcy

"Ostatnia rodzina" to jeden z najgłośniejszych filmów ostatnich miesięcy, który trafi do kin pod koniec września. Z kolei dwa tygodnie temu premierę...Gramy dalej

7 /10
Soilwork ocena 8
Death Resonance
Gatunek: Melodic death metal
In Flames ocena 7
Sounds From the Heart of Gothenburg
Gatunek: Melodic death metal
Bad Vibrations
Gatunek: Metal
Zobacz wszystkie