To był trochę taki techniczny hardcore i mnóstwo technicznych ćwiczeń. Ale według mnie nie jest to najtrudniejsza rzecz. Myślę, że wystarczy trochę determinacji, by dużo osiągnąć technicznie. Jeśli już osiągniesz pewną sprawność i znasz różne zagrywki, wtedy największą trudność stanowi połączenie tego w całość w taki sposób, aby było to muzykalne. Każdy z nas zna jakieś bluesowe zagrywki i gra je swobodnie, wręcz naturalnie, tylko dlatego, że zagrał je milion razy. Myślę, że najtrudniejszą sprawą w ćwiczeniach jest wypracowanie sposobu na to, aby to, co grasz, brzmiało naturalnie, spontanicznie i było muzycznie uzasadnione, a nie tylko zestawem zagrywek. Bardzo ważne jest granie do podkładów, bo w przeciwnym razie nie da się pracować nad improwizacją.
Zwykle robiłem tak, że kiedy chciałem, aby dana zagrywka brzmiała prawdziwie, wiarygodnie i pasowała do kontekstu, to wtedy pracowałem z podkładem. Istotne jest to, co należy zagrać przed i po wyuczonej zagrywce. Tak jak w dzieciństwie - poznajesz pewne słowo, a z czasem uczysz się tego, jak, kiedy i w jakim kontekście je używać. Później już używasz je w sposób całkowicie naturalny. Generalnie to chyba nie ma idealnego sposobu na uczenie się muzyki. Osobiście nie jestem zwolennikiem sposobów narzucanych przez szkoły, takie jak np. Berklee. Myślę, że nie musisz uczyć się wszystkiego, bo tego w praktyce nie potrzebujesz. Jeśli słuchasz swoich ulubionych gitarzystów czy innych muzyków, to wtedy odkrywasz, że oni nie grają tego wszystkiego, czego się nauczyli. Grają pięć, może dziesięć różnych rzeczy, które dopracowali do poziomu mistrzowskiego, i już.
Metheny nigdy nie będzie grał jak Holdsworth, a Holdsworth nie zagra jak Stevie Ray Vaughan. Jeden nie jest lepszy od drugiego, ale z pewnością jeden różni się od następnego. Vaughan nie potrzebuje wiedzieć, jak ograć alterowany akord, bo nie musi. Warto jest odpowiedzieć sobie na pytanie, co chcę grać, i wtedy należy się zastanowić, co jest do tego potrzebne.