Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Dino Cazares (Fear Factory)

Dino Cazares (Fear Factory)

Zespół Fear Factory od kilku lat konsekwentnie zbierał coraz to gorsze recenzje. Nuda, komercja i brak oryginalności to tylko kilka z wielu zarzutów kierowanych pod adresem tego kiedyś obiecującego zespołu, ale... tu historia jednak się nie kończy. Po pewnych zmianach personalnych Fear Factory powraca z nowym krążkiem zatytułowanym "Mechanize". Na łamach magazynu "Gitarzysta" rozmawiamy z Dino Cazaresem - synem nie do końca marnotrawnym, który powrócił na stałe i zamierza razem z kolegami przywrócić dobre imię swojemu okrętowi flagowemu. I robi to w iście mistrzowskim stylu.

Chciałbym zacząć od twoich gitarowych początków. Dlaczego zdecydowałeś się właśnie na ten instrument i skąd zainteresowanie muzyką gitarową?


Zdecydowałem się na wiosło w chwili, kiedy zobaczyłem występ AC/DC z Angusem Youngiem na gitarze. Byłem wprost oszołomiony, patrząc na to, jak on gra. Na scenie nie miał sobie równych. W moim domu natomiast zawsze gdzieś leżała jakaś gitara. Mój ojciec był wielkim fanem meksykańskiej muzyki ludowej, a matka szalała za Beatlesami. W otoczeniu takich dźwięków dorastałem, więc mój wybór był dla mnie czymś dość naturalnym. Jeśli jednak miałbym wskazać ten jeden moment, kiedy to zdałem sobie sprawę, że chcę się tym zajmować do końca życia, to było to właśnie wtedy, kiedy zobaczyłem Angusa Younga. Po obejrzeniu tego koncertu poszedłem do ojca, pożyczyłem od niego gitarę, kostkę i po prostu zacząłem ćwiczyć. Kilka miesięcy potem moja matka kupiła mi gitarę elektryczną ze wzmacniaczem i od tamtej chwili systematycznie się rozwijam.


Czy zatem twoje meksykańskie korzenie wpłynęły jakoś na twoją twórczość?


Zdecydowanie tak. Dzięki nim nauczyłem się bardziej doceniać inne rodzaje muzyki. Poza tym zacząłem też pisać kompozycje po hiszpańsku, kiedy to razem z moimi przyjaciółmi tworzyliśmy zespół Brujeria. W Asesino natomiast muzyka była w całości pisana i śpiewana w języku hiszpańskim. W obu składach zwiedziłem kawał świata. Szczególnie dużo czasu zabawiliśmy w Ameryce Południowej. Jak widzisz, wpływ moich korzeni jest widoczny na każdym kroku mojej kariery.


Od czasu wydania płyty "Digimortal" na linii Fear Factory i Dino Cazares zostało wypowiedzianych wiele gorzkich słów. Stwierdziłeś, że grając w Fear Factory, pod koniec waszej współpracy byłeś bardzo nieszczęśliwym człowiekiem...


Mogę ci nawet dokładnie powiedzieć, co się stało i dlaczego tak to się skończyło. Widzisz, kiedy zespół osiągnie już pewien bardzo wysoki poziom w tym biznesie, pojawia się dużo różnych ludzi z zewnątrz, którzy szukają sposobu zrobienia na tym pieniędzy. W pewnym momencie nasz wydawca zażądał od nas, abyśmy korzystali z usług konkretnych producentów, zatrudnili konkretnych ludzi do pisania bądź też do pomocy w pisaniu muzyki, a to wszystko z jednego prostego powodu - chęci zarobienia większej kasy. Chcieli z nas zrobić dużo bardziej komercyjny zespół i to stało się przyczyną naszego upadku. Do mojego złego samopoczucia przyczynił się również fakt, że proces pisania muzyki w zespole uległ znacznej zmianie. Przy pierwszych trzech albumach cały materiał tworzyłem sam z perkusistą, natomiast przy "Digimortal" udzielał się również Christian, a jego wpływy były skądinąd bliższe muzyce hiphopowej. Bardzo mi to już wtedy nie odpowiadało. Ciężko było mi też zrozumieć, dlaczego mam dopuścić kogoś innego do pracy, z której wszyscy byliśmy zadowoleni, i uzyskiwać przez to gorszy efekt od zamierzonego. Raymond był tą osobą, która popierała to całe komercyjne szaleństwo. To on chciał, żeby Christian pisał muzykę i to on cieszył się na każdą zmianę proponowaną przez wytwórnię. Dla mnie to było już za wiele. Fear Factory straciło swoją osobowość i nie brzmiało już jak kiedyś, a z tym, co powstało w jego miejsce, po prostu nie mogłem się pogodzić.


W jednym ze swoich poprzednich wywiadów powiedziałeś, że nigdy nie powrócisz już do Fear Factory. Dodałeś też: "Mój powrót byłby niczym wybaczenie żonie zdrady z najlepszym przyjacielem, i to zaraz po zobaczeniu ich razem we własnym łóżku". Co skłoniło cię do wybaczenia tej żonie?


Brakuje mi tej dziewczyny... (śmiech). Fakt, masz rację, pamiętam, jak to mówiłem. W tamtym czasie jednak taka możliwość powrotu nie przeszła mi nawet przez myśl. Nie dawałem temu nawet ułamka nadziei. Pewnego razu jednak tak się stało, że całkiem przypadkowo wpadłem na Burtona. Zaczęliśmy rozmawiać o tym wszystkim, co wtedy nas bolało. Było sporo pytań i niedomówień, które musieliśmy sobie wyjaśnić i zrzucić z serca. Z biegiem czasu dowiedziałem się od niego również, co się działo w Fear Factory po moim odejściu, i aż włosy stawały mi dęba, jak tego słuchałem. Naturalnie w pewnym momencie Burt zaproponował mi powrót do zespołu w takim składzie, jaki był przed moim odejściem, czyli łącznie z Raymondem i Christianem. Miałem oczywiście swoje wątpliwości. Powiedziałem mu, że muszę to przemyśleć, i dopiero po pewnym czasie zdecydowałem się na ten krok. Zaczęliśmy więc o tym rozmawiać i pracować nad pewnymi dźwiękami, ale niestety tych dwóch członków nie chciało ze mną współpracować. Burt powiedział im więc, że albo pracujemy razem i idziemy naprzód, albo będziemy musieli się z nimi rozstać, i tak właśnie się stało.


Czyli to oni nie chcieli z tobą pracować?


Dokładnie tak. Raymond powiedział nawet, i tu cytuję: "Dino jest dla mnie martwy". Dlatego całkowicie przestałem się nim przejmować. Zeszliśmy się z Burtem, dołączyli do nas Gene, Byron, i jest nam z tym bardzo dobrze.


Każdy z was w Fear Factory ma na swoim koncie po kilka w pełni udanych projektów. Po co więc reanimować zespół, który przysporzył tylu problemów na gruncie zawodowym i personalnym?


Wiesz, dla mnie to bardziej ich problem niż mój. Ja koncertuję po całym świecie, nagrałem płytę z Fear Factory, udzielam wywiadów, jak choćby teraz dla "Gitarzysty", niedługo odwiedzę Europę i Australię... Nie widzę żadnego problemu (śmiech). Oczywiście są pewne kroki prawne, które trzeba podjąć, ale tym zajmują się już nasi prawnicy (śmiech). Ja osobiście bawię się w tej chwili świetnie, więc jeśli ktoś już tu ma problem, to raczej Raymond i Christian.


Jak wasi fani zareagowali na zmiany personalne?


Wydaje mi się, że bardzo pozytywnie. Wszyscy cieszą się z mojego powrotu i nowego starego oblicza Fear Factory. Jeśli nawet wejdziesz na iTunes i poczytasz recenzje do kawałka "Powershifter", to zobaczysz, o czym mówię. Nawet na serwisie Blabbermouth dobrze o nas piszą, a to bardzo rzadko się tam zdarza (śmiech). Jest tam tak dużo negatywnych wypowiedzi na temat różnych zespołów, że aż czasami się zastanawiam, czy ci ludzie w ogóle lubią muzykę metalową (śmiech).


Osiągałeś sukcesy z Asesino w 2002 i 2006 roku, ale dopiero z Divine Heresy przyszedł sukces komercyjny. Kilka miesięcy temu wydałeś już swój drugi krążek z tym zespołem. Który projekt jest dla ciebie ważniejszy?


Wszystkie projekty są dla mnie bardzo ważne, ale w tej chwili Fear Factory wymaga ode mnie więcej uwagi niż pozostałe. Jesteśmy znanym na całym świecie zespołem i oczywiście granie w nim zajmuje mi obecnie odpowiednio więcej czasu. Rozmawiałem o tym z Burtem i ustaliliśmy, że kiedy tylko będziemy mieli trochę wolnego czasu pomiędzy trasami koncertowymi, to będę wtedy występował z Divine Heresy i Asesino. Z tym ostatnim zresztą będziemy nagrywać niedługo nową płytę, więc na pewno nie będę zaniedbywać innych moich projektów.


Czy to, że każdy z was ma teraz jakiś inny zespół, w którym się realizuje, pomaga w pewien sposób Fear Factory?


W moim przypadku na pewno tak. Cieszę się, że miałem co robić przez te ostatnie parę lat. Dzięki temu mogłem rozwijać swój styl grania i uczyć się od innych muzyków, jak choćby z grupy Asesino czy Divine Heresy. Czasami, kiedy jest się w jednym zespole, człowiek boi się eksperymentować, gdyż fanom nie zawsze to przypada do gustu. Inne zespoły są też dla mnie swego rodzaju poligonem, na którym mogę wypróbować pewne rzeczy. Jeśli coś się przyjmie tam, to czemu nie przenieść tego do innego projektu?


Jesteś znany z grania bardzo szybkich partii gitarowych. Jak osiągnąłeś takie rezultaty?


Swego czasu bardzo intensywnie ćwiczyłem, wykorzystując obciążniki na kostki dla biegaczy. Zakładałem je na nadgarstki i po prostu grałem. Dodatkowo zaklejałem sobie taśmą palce na zgięciach tak, żeby maksymalnie utrudnić sobie dociskanie strun. Ćwiczyłem w ten sposób godzinami. Grałem tak długo, jak tylko mogłem ruszać palcami i nadgarstkami. Było ciężko, ale dzięki temu udało mi się rozbudować odpowiednie partie mięśni. W ten sposób grałem nawet na basie. Ma on grubsze struny i ciężej się je dociska. Po takim kilkumiesięcznym treningu zdejmowałem obciążenia i grałem jak nawiedzony. Wszystko robiłem sprawniej i zdecydowanie szybciej niż wcześniej. Dzisiaj widuję perkusistów, którzy robią dokładnie to samo, co ja wtedy. Gene Hoglan tak się właśnie rozgrzewa. Zakłada obciążniki na nadgarstki i zaczyna tłuc. Można w ten sposób zdziałać cuda.


Grasz na 7- i 8-strunowych gitarach. O ile trudniejsza jest gra na takim instrumencie? Czemu zdecydowałeś się na taki właśnie sprzęt?


Gdy zaczynałem grać w Fear Factory, używałem gitary 6-strunowej, ale przestrajałem ją tak nisko, jak się tylko dawało. W tym celu musiałem dobierać struny o odpowiedniej średnicy. Cienkie robiły się zbyt luźne, kiedy się je dociskało za bardzo, ale uzyskiwane brzmienie było idealne i dlatego nie chciałem z niego rezygnować. Żeby więc osiągać przez cały czas zamierzony efekt, musiałem stać się o wiele bardziej dokładniejszym gitarzystą i nauczyć się delikatniej przyciskać struny. Gdy dociskałem za mocno, to od razu miałem kłopoty z intonacją. Kiedy więc Ibanez wprowadził na rynek swoją gitarę 7-strunową, byłem wniebowzięty. Mogłem nadal używać cienkich strun, nie mając problemów z intonacją. Same struny nie robiły się luźne i można było wyciągnąć z nich nowe ciekawsze brzmienie. Nie miałem też większego problemu z przestawieniem się na 7 i potem docelowo na 8 strun, gdyż już wcześniej grywałem w niskich rejestrach.


Na gitarach Ibaneza grasz już dobrych parę lat. Co czyni je tak wyjątkowymi?


Tak, pierwsze miejsce zajmuje u mnie Ibanez z serii RGA. Bardzo wygodnie mi się na nim gra. Mogę spokojnie oprzeć swoją rękę i przyjąć lepszą pozycję do uderzania w struny. Nie zawsze tak można. Czasami, kiedy korpus gitary jest grubszy, w pewnej chwili zaczyna cię boleć przedramię, a gra zamienia się w prawdziwą męczarnię. W przypadku RGA nie ma takiego problemu. Poza tym Ibanez jest składany w USA. Gitary na specjalne zamówienie robią od początku do końca u nas w kraju. A ściślej mówiąc, to w zakładzie, który jest dosłownie dwie mile od mojego domu. Mogę więc spokojnie się tam do nich przejść, wybrać sobie drewno, przetwornik, mostek, i kazać im poskładać to wszystko w całość na miejscu. Wielu producentów sprzętu robi swoje części obecnie w Japonii, Korei czy na Tajwanie. Nawet egzemplarze na specjalne zamówienie składane są w różnych częściach świata. Dla mnie produkt amerykański jest najlepszy. Ibanez to ma, inni niestety nie, i stąd moje przywiązanie do tej marki.


Czy zatem niedługo powstanie jakaś gitara sygnowana twoim nazwiskiem?


Dobre pytanie. Rozmawiałem już jakiś czas temu o tym z ludźmi z Ibaneza, więc kto wie... W tej chwili rynek sprzętu muzycznego przeżywa swój kryzys i niektóre firmy muszą ograniczać wydatki. Mam jednak nadzieję, że w najbliższym czasie dojdzie to w końcu do skutku, bo sądzę, że miałbym coś ciekawego do zaoferowania.


Co chcecie osiągnąć albumem "Mechanize"? Czym różni się ta odsłona Fear Factory od tego, co mogliśmy usłyszeć na chociażby "Archetype" czy "Transgression"?


Jeśli komuś podobały się nasze pierwsze trzy albumy, to sądzę, że spodoba mu się i ten. Zawiera on w sobie elementy tych właśnie krążków. Szybkość "Soul Of A New Machine" i "Demanufacture", ale warstwa tekstowa bliższa "Obsolete". Przy okazji tego ostatniego byliśmy już trochę bardziej dojrzali, więc i nasze teksty nabrały więcej sensu. "Mechanize" to naprawdę świetnie wykonany album i nie odbiega nawet na krok od tych trzech sprzed lat. Oczywiście wiele elementów jest nowych. Mój styl gry bardzo się rozwinął i zaowocował wieloma ciekawymi pomysłami. Jestem bardzo wdzięczny losowi, że mogę znowu grać w Fear Factory. Dzięki temu mogę dać swoim fanom to, czego pragną, i to, czego im tak bardzo brakowało.


Mógłbyś mi powiedzieć coś więcej o procesie nagrywania nowego materiału?


Cały proces był bardzo przyjemny i nadzwyczaj łatwy. Na producenta wybraliśmy Rhysa Fulbera. Znaliśmy się już dobrze, więc on wiedział dokładnie, o co nam chodzi. Po drodze nie natknęliśmy się na żadne poważne problemy, więc wszystko przebiegło gładko. W przeszłości bywało różnie, zawsze były problemy i niezliczone kompromisy. Tym razem całym procesem zarządzał jedynie Burt i ja, więc sprawa była ułatwiona. Ale bynajmniej nie chodzi tu o to, że Genowi i Byronowi czegoś w tym zakresie brakowało. Wręcz przeciwnie! Bardzo dużo pomogli nam przy komponowaniu niektórych kawałków, jednak ostatnie słowo należało zawsze do nas.


Co według ciebie było waszym największym błędem w kwestii współpracy z wytwórniami płytowymi?


Podpisanie bardzo niekorzystnej umowy. Nie mam osobiście dzisiaj nic przeciw Roadrunnerowi, gdyż zdecydowanie wiedzą, jak wypromować taki zespół, jakim my byliśmy. Do pewnego momentu wykonywali swoją robotę świetnie, ale jeśli chodzi o samą umowę, prawa, obowiązki i finanse - to było totalne zero. Pod tym względem nasza współpraca układała się dla nas druzgocąco źle.


To właśnie było główną przyczyną waszych późniejszych problemów?


W pewnym sensie tak. Pojawiło się wielu ludzi z zewnątrz, którzy namawiali nas na korzystanie z usług innych producentów, muzyków sesyjnych, bardziej komercyjnych kompozycji itp. Wytwórnia też dokładała do pieca i naciskała na lepsze wyniki sprzedaży. To wszystko razem doprowadziło do mojego odejścia i zmiany charakteru całego zespołu.


Dokąd podąża muzyka metalowa? Czy możesz w jakiś sposób przewidzieć kierunek rozwoju tego gatunku?


Samego kierunku nie potrafię chyba określić. Na pewno życzyłbym sobie, aby ta muzyka stała się jeszcze bardziej brutalna i jeszcze bardziej wpadająca w ucho. Można coś nazywać popem czy komercją, ale dopóki kawałek urywa łeb, wszystko jest w porządku (śmiech).


Gdzie widzisz siebie za 10 lat?


Grającego muzykę i dającego koncerty na całym świecie. Może też jakiś potomek by się przydał (śmiech).


M. Kubicki
GALERIA
Zaklęty krąg Cugowscy

Krzysztof Cugowski jest na polskiej rockowej scenie od zawsze, zaś jego dwaj synowie Piotr i Wojciech od prawie zawsze, ale po raz pierwszy wspólnie...Gramy dalej

8 /10
Atoma Dark Tranquillity

Giganci szwedzkiej sceny melodyjnego death metalu od blisko piętnastu lat nie splamili się słabym wydawnictwem.

Gramy dalej

9 /10
CETI ocena 9
Snakes of Eden
Gatunek: Heavy metal
Green Day ocena 8
Revolution Radio
Gatunek: Pop punk
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Zobacz wszystkie