Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Greg Mackintosh (Paradise Lost)

Greg Mackintosh (Paradise Lost)

Gitarzysta Paradise Lost, Greg Mackintosh, opowiada nam o nowym albumie i o tym, jak znowu zakochał się w gitarze - tym razem siedmiostrunowej.

Kariera zespołu Paradise Lost trwa już dwadzieścia jeden lat. To jeden z najlepszych metalowych zespołów brytyjskich. Na pewno można o nich powiedzieć jedno: bardzo konsekwentnie podążają swoją drogą. Niektórzy uważają, że Paradise Lost przegrał w wyścigu do wielkiej kariery, ale to nieprawda. Wszystko, co robią, wynika z ich własnego wyboru. To artyści, którzy robią muzykę na swoich warunkach i są całkowicie odporni na wszelkie muzyczne mody.

Zespół cały czas robi swoje, a przy tym rozwija się i nie zaprzestaje muzycznych poszukiwań. Ich muzyka cały czas ewoluuje: od death metalu poprzez doom metal aż do pionierskiego gothic metalu. Przez niektórych uważani są za pionierów death doom metalu. Paradise Lost nie boją się też eksperymentów z muzyką elektroniczną. Nowa płyta zatytułowana "Faith Divides Us - Death Unites Us" jest kwintesencją ich ciężkiego, dynamicznego stylu gry. Album potwierdza również wysoką klasę gitarzysty Grega Mackintosha. Z Gregiem rozmawiamy o nowej płycie, gitarach siedmiostrunowych i czerpaniu inspiracji z... pieśni religijnych oraz hymnów.

Przy nagrywaniu albumu po raz pierwszy użyłeś gitary siedmiostrunowej. Dlaczego się na nią zdecydowałeś?


Przed nagraniem ostatniej płyty "In Requiem" podpisałem kontrakt z firmą Mayones. Zrobili dla mnie dwie gitary sześciostrunowe i jedną gitarę siedmiostrunową do użytku osobistego - model Setius GTM7 z przetwornikami EMG 707-TW. Nigdy wcześniej nie miałem gitary z siedmioma strunami i często jammowałem sobie na niej w studiu. Tak mi się spodobała, że grając na niej, zacząłem pisać materiał na nową płytę. Wszystko działo się jednak stopniowo. To wiązało się również z koniecznością przerobienia niektórych utworów. Pierwszą piosenkę ("The Rise Of Denial") na nową płytę skomponowałem już dwa lata wcześniej. Oryginalnie była stworzona na sześciostrunowej gitarze przestrojonej do D. Czegoś jej jednak brakowało, wydawała się niepełna. Spróbowałem zagrać ją na gitarze siedmiostrunowej przestrojonej do A, i to był strzał w dziesiątkę. Piosenka ożyła, nabrała charakteru. Nie upierałem się, że użyję tej gitary do pozostałych kawałków na płycie. Tak się jednak złożyło, że pasowała do wszystkich utworów! Idealnie oddawała klimat dosłownie każdego kawałka. Spasowała mi w stu procentach. Zależało nam na nagraniu płyty superciężkiej, ale nie chcieliśmy, żeby została zepsuta zbyt agresywnym masteringiem. Chcieliśmy, żeby miała więcej ciężaru, ale z drugiej strony, żeby było na niej więcej przestrzeni z czytelną górą. Na płycie nie mogło też zabraknąć wyrazistej melodii i brzmieniowej różnorodności.

Co sprawiło, że zdecydowałeś się na współpracę z firmą Mayones?


Firma Mayones tworzy instrumenty najwyższej jakości, na których gra to czysta przyjemność - to są naprawdę bardzo wygodne gitary. Wcześniej grałem na Gibsonach i na Hamerach. Wiosła Gibsona były dla mnie zbyt ciężkie na trasę, ale charakteryzowały się wspaniałym brzmieniem. Natomiast Hamery były zbyt delikatne jak na warunki koncertowe, nadawały się więc tylko do pracy studyjnej. Za to Gitary Mayones łączą w sobie obie te wymienione wyżej cechy: są wytrzymałe, a z drugiej strony są czułe na artykulację i mają brzmienie idealnie nadające się do studia. Aaron Aedy, nasz gitarzysta rytmiczny, też przerzucił się na instrumenty tej marki.

Trudno było ci przestawić się na gitary siedmiostrunowe?


Początkowo zajmowałem się tylko pisaniem materiału i z tym nie było żadnych problemów, z kolei latem w każdy weekend występowaliśmy na festiwalach i miałem okazję zagrać stary materiał na gitarze siedmiostrunowej. Zabierałem ze sobą tylko tę gitarę, ponieważ chciałem się do niej przyzwyczaić - wiedziałem, że muszę się wprawić i przygotować do trasy promującej nowy album. Ten etap był dla mnie najtrudniejszy. Musiałem zmienić pozycję, do której byłem przyzwyczajony przez wiele lat. Praktycznie stanąłem przed koniecznością zmiany wielu swoich nawyków i zupełnie innego podejścia do tych piosenek. Ale pod pewnym względem było to wygodniejsze. Zawsze używaliśmy różnych strojów, a gitara siedmiostrunowa daje ten komfort, że nie trzeba ciągle kombinować i przestrajać się w górę czy w dół.


Czy przy nagraniu płyty "Faith Divides Us - Death Unites Us" zmieniłeś wzmacniacze, czy używałeś tych samych co przy nagrywaniu "In Requiem"?


Przy "In Requiem" używaliśmy właściwie tylko wzmacniaczy Krank Krankenstein, natomiast podczas pracy nad najnowszym krążkiem towarzyszyło nam wiele różnych urządzeń. Oprócz urządzeń marki Krank mieliśmy do dyspozycji wzmacniacze m.in. Mesa Boogie, Marshall i Peavey JSX.


Na ostatnich kilku płytach znowu przejąłeś rolę gitarzysty prowadzącego. Tym razem jednak twoje partie gitarowe bardziej zdecydowanie wysunęły się na pierwszy plan. Czy to było świadome posunięcie?


Nie podszedłem do tego albumu z założeniem, że chcę grać więcej partii prowadzących. Brakowało mi natomiast gry w harmoniach. Chciałem nagrać album trochę mniej czarno-biały, bez wyraźnego podziału na gitarę rytmiczną i prowadzącą. Dlatego na tej płycie grałem także partie rytmiczne, a jeśli chodzi o solówki, to bardzo dużo eksperymentowaliśmy. Partie prowadzące są dość rozbudowane, ponieważ na nowo odkryłem w sobie fascynację gitarą. Nie wiem, co się ze mną stało, ale przez ostatnie dwa lata znowu pokochałem grę na tym instrumencie. Może dlatego, że mój dwunastoletni syn uczy się właśnie grać - interesuje go wyłącznie klasyczny rock i uważa, że to, co gramy, to nie muzyka, tylko hałas. Inspiruje go Jimi Hendrix, Lynyrd Skynyrd, wczesny Black Sabbath. Cały czas ogląda filmiki instruktażowe na YouTube. Ale często prosi mnie też o radę lub wytłumaczenie czegoś. To powoduje, że na nowo odkrywam ten instrument, i jest to dla mnie pasjonujące.


Jak ci się udało osiągnąć tak oryginalne brzmienie w partiach prowadzących?


Używałem trzech efektów wah, z których każdy był ustawiony w innej pozycji, dzięki czemu mogłem uzyskać zróżnicowany rezultat brzmieniowy. Robię tak od lat - na scenie mam też jedną kaczkę wpiętą w tor sygnałowy na stałe, która służy jako filtr. Teraz na rynku jest cała masa nowych kaczek, w których można zmieniać częstotliwości małym pokrętłem z boku. Kiedyś używałem efektu Ibanez Weeping Demon - swoją drogą, doskonała nazwa!


Niektóre partie gitarowe mają lekko wschodni klimat. Skąd się to wzięło?


Mam kolegę z Armenii, który zainteresował mnie muzyką swojego kraju. Później trafiłem do kilku naprawdę dziwnych typów, którzy grają muzykę syryjską na skrzypcach i do tego śpiewają, nie używając żadnych innych instrumentów. Zainspirowała mnie ta muzyka. Muszę przyznać, że miała też na mnie wpływ muzyka chóralna, a przede wszystkim hymny.


To dość paradoksalne, biorąc pod uwagę tytuł płyty...


Podoba nam się dychotomia tego tytułu - ma takie ateistyczne przesłanie. Trochę nam się dostało za ten antyreligijny tytuł. Niektórzy stwierdzili, że poszliśmy na łatwiznę, wybierając taki chwytliwy tytuł. Takimi metodami łatwo jest szokować. Paradoksalnie pisząc muzykę i tworząc materiał na płytę, inspirowaliśmy się motywami religijnymi. Niektóre z nich są naprawdę cudowne.


Jak ci się układa współpraca z Aaronem, gitarzystą rytmicznym? Czy po tylu latach wspólnego grania rozumiecie się bez słów?


Nigdy nie było między nami konfliktów. Aaron zawsze był doskonałym, precyzyjnym gitarzystą rytmicznym, którego interesowały partie prowadzące. Ja z kolei nie przepadałem za grą rytmiczną, która jest jednak trochę ograniczająca. Zawsze wolałem uczyć się nowych rzeczy. Nie jestem zwolennikiem jednego stylu gry, lubię różnorodność oraz improwizację. Obaj nadajemy się do swoich ról i żaden z nas nie aspiruje do tego, żeby cokolwiek zmieniać. Stanowimy więc idealnie zgraną parę (śmiech). Pomimo to na nowej płycie nieco zatarliśmy granice między naszymi dwoma światami.

Większość utworów jest dość skomplikowana... O to nam właśnie chodziło - chcieliśmy pokazać, jak rozwinęliśmy się jako gitarzyści. Od razu zastrzegliśmy Century Media, że nie będziemy pisać żadnych singli. Z tej płyty żaden utwór nie znalazł się na singlu. Skupiliśmy się na pisaniu mocnego, spójnego albumu. Naszym celem było stworzenie utworów, których struktura nie będzie zbyt prosta i oczywista. Nie chcieliśmy też przesadzić w drugą stronę, tworząc dziwaczne kompozycje tylko dlatego, żeby były oryginalne. Zależało nam na napisaniu utworów, które zaskakiwałyby słuchacza i na dłużej zatrzymywałyby jego uwagę. Piosenki nie są może łatwe przy pierwszym odbiorze, ale za to dłużej będzie można się nimi cieszyć.


Czy eksperymentowaliście z różnymi aranżacjami?


Oczywiście, że tak, i to bardzo dużo. Byliśmy w stosunku do siebie niezwykle krytyczni. Każdy kawałek na płycie miał chyba ze trzydzieści wersji. Mój twardy dysk o pojemności 500GB jest po brzegi wypełniony najróżniejszymi wersjami wszystkich utworów. Wiadomo, czasami coś się nie klei, coś nie pasuje czy po prostu nie brzmi dobrze. Nie jesteśmy zespołem, który za pierwszym podejściem nagrywa trzydzieści piosenek, a potem wybiera dziesięć najlepszych i umieszcza je na płycie. My pracujemy inaczej - z materiału, który mamy, wybieramy najlepsze fragmenty i rozbudowujemy je, tworząc z nich całe kompozycje.


Riff do utworu "Living With Scars" ma w sobie coś z death metalu. Czy to oznacza, że wasze stare inspiracje dały o sobie znać?


Kawałek "Living With Scars" jest rodzajem hołdu i na pewno ociera się o death metal. Na płycie jest zresztą kilka takich momentów. Od paru lat odczuwam pewną tęsknotę za muzyką sprzed lat. Słucham płyt ze starej kolekcji - od Autopsy po Bathory. To bez wątpienia miało duży wpływ na naszą najnowszą płytę.


Jesteś gitarzystą, który lubi eksperymentować. Podczas nagrania albumu "Host" poszedłeś w stronę tworzenia bogatszych brzmień. Jak zmieniałeś się jako gitarzysta przez te dwadzieścia jeden lat?


Przez te wszystkie lata szczerze podziwiałem wielu gitarzystów i uczyłem się od nich. Pamiętam nawet moment, w którym porównywałem różne czasy odbić efektu delay, jakie stosuje The Edge, i próbowałem rozgryźć jego techniki gry. Żywiłem olbrzymią ciekawość w stosunku do wszystkiego, co nowe. Nie umiem skupić się tylko na jednej rzeczy i się jej trzymać, nie lubię stagnacji. Poznałem też jedną podstawową prawdę: czasami jedna, odpowiednio zagrana nuta potrafi zrobić większe wrażenie i wywołać więcej emocji niż mnóstwo dźwięków upchanych na siłę.

 

GREG O SWOICH ULUBIONYCH UTWORACH...

Utwór: "As I Die" Album: "Shades Of God" (1992)
Ten kawałek hołduje zasadzie "mniej znaczy więcej". Reszta utworów na płycie ma bardzo rozbudowane partie gitarowe - są na niej nawet ośmiominutowe kompozycje z bogatymi partiami na gitarę. I to właśnie wśród nich znalazła się ta blisko czterominutowa piosenka, która nie była zaplanowana na tę płytę, ponieważ naszym zdaniem na nią nie pasowała. Od razu, jak ją nagraliśmy, czuliśmy, że to utwór wyjątkowy. On zmienił moje podejście do nagrywania, ponieważ dzięki niemu zrozumiałem, że ważniejsza jest melodia i dynamika piosenki niż przeładowanie jej zbędnymi efektami czy popisami na gitarze. Jeśli porówna się nasze dwie płyty "Shades Of God" i "Icon", można zauważyć, że "As I Die" miało na ten drugi krążek duży wpływ.

Utwór: "Over The Madness" Album: "Paradise Lost" (2005)
Ten utwór był dla mnie punktem zwrotnym. To dzięki niemu znowu chciałem grać partie prowadzące. Początkowo nie było tu żadnej solówki. Rhys Fulber, nasz producent, stwierdził jednak, że czegoś w nim brakuje. Według niego piosenka powinna mieć mocne, wyraziste zakończenie. Kazał mi po prostu improwizować. Grałem bez przerwy chyba ze cztery godziny i cały ten materiał został nagrany. Później przesłuchaliśmy całość i wybraliśmy najciekawsze fragmenty, które następnie zagrałem jako pełną solówkę. Bardzo podobało mi się to uczucie, którego wtedy doświadczyłem, ponieważ od bardzo dawna nie grałem partii solowych.

Utwór: "One Second" Album: "One Second" (1997)
Właśnie kończyła się nasza czteroletnia trasa koncertowa promująca albumy "Icon" i "Draconian Times". Dosłownie mieliśmy już dość wszystkiego, będąc tyle czasu z dala od domu i grając co wieczór wciąż te same kawałki. Byliśmy naprawdę wypaleni i czuliśmy, że przyszedł czas, żeby zająć się czymś innym. Wtedy właśnie powstała piosenka "One Second". Ten utwór wiele mnie nauczył. To najprostsza kompozycja gitarowa, jaką kiedykolwiek napisałem. Powtarza się w niej pięć, może sześć nut, ale jednocześnie ma się wrażenie, że w utworze dużo się dzieje. To kompozycja, która teoretycznie nie powinna stać się przebojem, a jednak się nim stała. Bardzo różni się od piosenek, które zwykle piszemy.

Rob Laing

Wild World Bastille

Przy okazji słuchania drugiej płyty Bastille doszedłem do wniosku, że chyba nigdy nie zrozumiem zwyczajów zakupowych współczesnych fanów muzyki....Gramy dalej

7 /10
Ostatnia rodzina - muzyka z filmu Różni Wykonawcy

"Ostatnia rodzina" to jeden z najgłośniejszych filmów ostatnich miesięcy, który trafi do kin pod koniec września. Z kolei dwa tygodnie temu premierę...Gramy dalej

7 /10
Soilwork ocena 8
Death Resonance
Gatunek: Melodic death metal
In Flames ocena 7
Sounds From the Heart of Gothenburg
Gatunek: Melodic death metal
Bad Vibrations
Gatunek: Metal
Zobacz wszystkie