Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Doug Wimbish (Living Colour)

Doug Wimbish (Living Colour)

Choć niezwykle trudno jest opisać muzykę grupy Living Colour, to mówiąc o niej, z pewnością nie powinno zabraknąć trzech słów, a mianowicie: eklektyzm, nieprzewidywalność i energia. Zespół tworzy muzykę pełną anarchii, miesza konwencje i łamie muzyczne granice. W twórczości Living Colour można się doszukać różnych gatunków muzycznych: od heavy metalu przez punk, funky po acid jazz. Rozmawiamy z Dougiem Wimbishem, basistą grupy.

Na gitarze zacząłeś grać już w wieku dwunastu lat. Dwa lata potem sięgnąłeś po bas, który jest z tobą do dziś. Jak to się stało, że zainteresowałeś się właśnie tym instrumentem?


Tak na dobrą sprawę to na początku była mandolina. Ucząc się gry na niej, de facto uczyłem się gry na gitarze, nie będąc wtedy jeszcze tego świadomym. Po prostu któregoś dnia osiem strun zamieniłem na cztery i w ten sposób wkroczyłem w świat gitarowego grania. Bas natomiast był dla mnie powołaniem. Kiedy poznałem już podstawy gry na instrumencie strunowym, zacząłem grywać na gitarze z moimi kumplami. Moim sąsiadem był wtedy chłopak, którego brat z Wietnamu jakimś cudem przysłał mu gitarę wraz ze wzmacniaczem. To był mój pierwszy kontakt z gitarą elektryczną. Niedługo potem pojawił się bas. Ponieważ jednak w mieście, w którym się wychowywałem, nie było prawie żadnych szkółek dla gitarzystów czy chociażby zajęć dodatkowych z muzyki, postanowiłem więc poszukać ludzi, którzy grali już na gitarze, i pokręcić się w ich towarzystwie. W ten sposób zebrałem dużo informacji, które pomogły mi się potem rozwinąć i pozwoliły odszukać swoje własne brzmienie. Uwielbiałem grać na basie. Jego częstotliwość od razu do mnie przemówiła, więc postanowiłem trzymać się tego i dalej podpatrywać różnych gitarzystów. To było wtedy dla mnie najlepsze wyjście, gdyż ludzie, których spotykałem, bardzo chętnie udzielali mi rad i chcieli, żebym z nimi grywał. Dzięki temu złapałem częstotliwość bluesa i rocka. Poza tym spędzałem z nimi dużo czasu na zwykłych rozmowach. To wszystko otworzyło mi drogę do gitary basowej i bardzo szybko zdałem sobie sprawę z tego, że ten świat mnie całkowicie pochłonął. Tak więc pomimo tego, że zaczynałem na gitarze elektrycznej, to jednak właśnie w basie odnalazłem swoją nutę. Będąc w wieku czternastu czy piętnastu lat, nie posiadałem wtedy jeszcze nawet własnej gitary. Grywałem na sprzęcie muzyków, z którymi się zadawałem. Moje pierwsze własne wiosło otrzymałem dopiero, gdy miałem siedemnaście lat, i to właśnie wtedy podjąłem decyzję, że zwiążę swoje życie z basem. Był to Fender Jazz Bass z 1972 roku, na którym zresztą nadal gram i muszę powiedzieć, że jest wspaniały. Nagrałem na nim wszystkie numery w Sugar Hill Records. Ten bas po prostu brzmi świetnie i nigdy się go nie pozbędę.


Jednym z twoich pierwszych poważnych przedsięwzięć była gra w wytwórni Sugar Hill Records w ich ówczesnej sekcji rytmicznej. Czy to była twoja przepustka do tego biznesu? Jak wspominasz tamte czasy?


Przede wszystkim moja droga do Sugar Hill zaczęła się od poznania Skipa McDonalda, a dokładnie rzecz biorąc, kolektywu artystów w Hartford Connecticut z Jackiem McLeanem na czele. Tam właśnie poznałem Skipa. Był on wtedy nauczycielem gry na basie i szybko zawiązała się między nami przyjaźń. Wraz ze swoim zespołem przeniósł się wtedy z Dayton w stanie Ohio do Hartford. Kiedy poznałem ludzi z jego ekipy, od razu coś między nami zaskoczyło. Byłem jeszcze młodym chłopakiem, a ci goście mieli po trzydzieści pięć lat, ale bardzo ceniłem sobie ich towarzystwo. Bardzo dużo się od nich nauczyłem, a energia, jaką emanowali, była po prostu zaraźliwa. Niedługo potem Skip przedstawił mnie Joemu i Sylvii Robinsonom, którzy posiadali wtedy wytwórnię All Platinum Records. To właśnie oni potem szefowali Sugar Hill. Zacząłem więc pracę z zespołem, który nazywał się Wood, Brass & Steel. Tworzyliśmy go: ja, Skip i paru innych przyjaciół (1975). Nagraliśmy razem trochę materiału, a ja w międzyczasie stałem się muzykiem studyjnym w All Platinum Records. Miałem wtedy przyjemność pracować z takimi ludźmi, jak Silvia Robinson, The Moments czy Jack McDuff. Wszyscy oni pochodzili ze świata muzyki R’n’B. Miałem wtedy siedemnaście czy osiemnaście lat, a trwało to od 1974 do 1979 roku, kiedy to właśnie zostało powołane do życia Sugar Hill. To były narodziny komercyjnego hip-hopu, bo ten, który narodził się na ulicach, zdążył już zaistnieć kilka lat wcześniej. W Sugar Hill Records pracę zacząłem dokładnie w sierpniu 1979 roku. Tam właśnie współpracowałem z Grandmaster Flashem, grupą Funky Four Plus One, The Sequence, Crash Crew oraz z Angie Stone z The Sequence. W tych latach nagrywaliśmy z tymi ludźmi wszystkie ich utwory i od tego momentu sprawy zaczęły żyć swoim własnym życiem. Po prostu wskoczyłem na falę i już nie zastanawiałem się nad tym, co będzie dalej. Znalazłem się we właściwym miejscu i w odpowiednim czasie.


Wśród twoich wczesnych idoli można znaleźć takich ludzi, jak Miles Davis czy George Clinton. Miałeś kiedyś przyjemność spotkania ich osobiście?


Tak, spotkałem się z Milesem Davisem przy okazji projektu Sun City (Artyści Zjednoczeni Przeciwko Segregacji Rasowej) w 1984 i 1985 roku. Z George’em Clintonem natomiast pracowałem, zanim jeszcze zająłem się na poważnie produkowaniem i pisaniem piosenek. Do dzisiaj, nawet wśród moich przyjaciół, są ludzie, którzy bardzo dobrze znają się z George’em i Thomasem Tolbym. To byli moi bohaterowie w czasie, kiedy dorastałem, i na zawsze nimi już zostaną. Niesamowitym przeżyciem jest móc pracować z ludźmi, którzy cię kiedyś zainspirowali do bycia muzykiem.


Jak wspominasz swoją współpracę z Jeffem Beckiem?


Jeff Beck to wspaniały facet - bez dwóch zdań. Poznałem go dzięki Alfredowi Bakerowi, który był moim dobrym przyjacielem. Zajmował się on wtedy produkowaniem kilku remiksów i któregoś dnia w Electric Ladyland Studios spotkaliśmy Jeffa. Po paru minutach zaczęliśmy razem jammować. Byłem tam ja, Jeff i Zack Alfred. Beck zaprosił mnie wtedy na małe spotkanie w Londynie, a ja bez namysłu się zgodziłem. Kilka dni później odwiedziłem Jeffa w jego domu w Londynie. Były imprezy, był jam session, i tak zawiązała się między nami przyjaźń. Udzielałem się trochę na płycie Jeffa zatytułowanej "Flash", wziąłem też udział w jego trasie i szczerze powiedziawszy, to była moja pierwsza rockowa fucha. Wtedy właśnie przestawiłem się na muzykę rockową. Do tamtego czasu zajmowałem się jedynie R’n’B.


Przez Becka poznałeś również Micka Jaggera z The Rolling Stones. Jak do tego doszło, że nagrałeś z nimi płytę "Bridges To Babylon"?


Z Mickiem pracowałem jeszcze wcześniej przy okazji płyty "Primitive Cool", a poznanie go było jednym z najlepszych przeżyć w moim życiu. W pewnym momencie Stonesi potrzebowali basisty, więc zaproponowali mi współpracę. Los chciał, że niestety zajmowałem się wtedy naszym projektem w Living Colour. Wprawdzie starałem się jakoś dzielić swe obowiązki, ale okazało się to niemożliwie. Nie byłem w stanie się rozdwoić i być w dwóch miejscach jednocześnie. Natomiast faktem jest, że kiedy Bill Wyman odszedł z grupy, to właśnie mnie zaproponowali zajęcie jego miejsca. Nie dałem jednak rady. Pomimo tego nadal jesteśmy dobrymi kumplami. Pracowałem też indywidualnie z Ronem Woodem nad jego płytą, z Charlie Wattsem (kiedy ten robił swój projekt), a w międzyczasie była też praca z Mickiem. Poznałem ich wszystkich bardzo dobrze i dzisiaj wszyscy jesteśmy bardzo dobrymi przyjaciółmi. Stonesi to naprawdę równi goście, którzy zawsze emanują pozytywną energią.


W swojej karierze pracowałeś z takimi ludźmi, jak chociażby Madonna, Mos Def, Annie Lennox, Mick Jagger czy Jeff Beck. Co sprawiło, że stałeś się tak bardzo pożądanym muzykiem w tym biznesie?


To efekt wieloletniej pracy i fascynacji muzyką. Muzyka musi stać się twoim własnym odbiciem. To, jak żyjesz, materializuje się w twojej muzyce. Moją największą zaletą jest, jak sądzę, fakt, że bardzo uważnie słucham, nawet zanim jeszcze zagram jakiś akord. Wsłuchuję się w niego i wyszukuję częstotliwości, na której mógłbym z nim współgrać. I to zarówno w warstwie lirycznej, jak i muzycznej - myślę, że właśnie to jest kluczem do sukcesu. Nie chodzi o to, co zagrasz, ale o to, ile w tym jest ciebie. Musisz sprawić, żeby ludzie dobrze czuli się w twoim towarzystwie. Atmosfera jest bardzo ważna. Dla mnie to wszystko, co dotychczas osiągnąłem, jest spełnieniem moich marzeń. W Sugar Hill nauczyłem się wielu rzeczy, a jedną z nich była cierpliwość i umiejętność słuchania innych ludzi. I w zasadzie na tym opiera się moja filozofia. Praca muzyka studyjnego i granie hip--hopu bardzo dobrze przygotowało mnie do odbierania częstotliwości rocka. Dlatego więc, kiedy zacząłem pracować ze Stonesami, było to już dla mnie jak przysłowiowa kaszka z mleczkiem. Wcześniej cała moja praca była zdezorganizowana i goniły mnie terminy, tam natomiast wszystko było poukładane i zaplanowane. Jednego razu dostałem miesiąc czasu na opanowanie dziesięciu utworów. Miałem więc istne wakacje (śmiech). Zawdzięczałem to jednak moim wcześniejszym doświadczeniom. Zresztą sama praca z rockiem również nauczyła mnie wielu nowych wspaniałych rzeczy. Jedyne, o czym musiałem pamiętać, to było to, żeby być cierpliwym. Dzisiaj, kiedy coś nagrywam, robię to czasami tak szybko, że aż kumple się ze mnie śmieją (śmiech). Miałem dużo szczęścia w życiu. Spotkałem na swojej drodze ludzi, którzy mnie inspirowali, więc teraz staram się robić to samo i dzielić się z innymi wszystkim tym, co wiem - tak o muzyce, jak i o produkcji.


Wielu ludzi z branży nazywa cię prekursorem hiphopowego stylu gry na basie. Czy dużo eksperymentujesz z dźwiękami?


Ja po prostu gram. Ale to, co gram, niektórzy uważają za eksperymentowanie, a przecież z dźwiękami i częstotliwościami bawię się odkąd tylko zacząłem grać na basie. Zawsze lubiłem w pełni ukształtowaną muzykę, która ma swoją formę i doskonałe dźwięki. To właśnie pojedyncze dźwięki mają w sobie prawdziwy potencjał. Trzeba tylko ciągle w nich mieszać, żeby otrzymać coś interesującego i energetycznego.


Co dzisiaj w takim razie inspiruje cię do tworzenia?


Najogólniej mówiąc, inspiruje mnie chyba samo życie. Jak już wcześniej powiedziałem: to, jak żyjesz, materializuje się w twojej muzyce. Do tego dochodzą przyjaźnie z różnymi ludźmi, relacje rodzinne, kontakty z kumplami z zespołu. To prawie jak tocząca się wciąż dyskusja, która ciągle wnosi coś nowego. Muzyka sama w sobie jest nieskończona. Nieustannie się toczy jak kula śnieżna, która z każdym obrotem się powiększa. To właśnie kocham najbardziej. Ten stan i tę częstotliwość muzyki. Staram się po prostu być odzwierciedleniem tego, co lubię i co czuję.


Do Living Colour dołączyłeś w 1992 roku. Zaledwie trzy lata później grupa się rozpadła. Co takiego się stało, że do tego doszło?


Zmęczenie materiału. Zanim chłopaki przyjęli mnie do zespołu, powinni zrobić sobie dłuższą przerwę i przedyskutować parę rzeczy. Stało się jednak inaczej. Czasami po fakcie dopiero człowiek uświadamia sobie, że mógł coś zrobić lepiej. Los jednak chciał, że po paru latach zeszliśmy się i znowu robimy dobrą muzykę. Nadal mamy coś do powiedzenia i wciąż jesteśmy przyjaciółmi. Pracujemy pod szyldem Living Colour i jak dotąd dobrze nam z tym. Gdybyśmy jednak mogli jeszcze raz podjąć pewne decyzje, najpewniej zrobilibyśmy sobie przerwę, zanim to wszystko się rozpadło.


Czy Living Colour jest teraz twoim głównym projektem? Czy myślisz też tak o którymś z zespołów, w których grasz?


Nie, o żadnym nie myślę w ten sposób. Living Colour to jeden z zespołów, w którym gram. Obecnie jestem powiązany z wieloma projektami i nie oceniam ich. Nigdy nie porzuciłem i nie zaniedbałem jednego na rzecz drugiego. Wszyscy jesteśmy częścią tego samego dźwięku i mamy to samo DNA. Tackhead, Living Colour, Little Axe, Mark Stewart & The Mafia i inne są przecież częścią tej samej rodziny. Wszyscy się wzajemnie wspieramy przy tworzeniu muzyki, więc nie ma między nami rywalizacji.


The Rolling Stones powiedzieli kiedyś, że Living Colour jest prekursorem czarnego funk metalu. Jak ty sam scharakteryzowałbyś waszą muzykę? Czy komukolwiek udało się was kiedyś trafnie sklasyfikować?


Nikomu się to jeszcze nie udało i wątpię, żeby kiedykolwiek to się miało stać. Czasami wrzucają nas do kosza z heavy metalem, innym razem trafiamy do działu pop, więc można śmiało powiedzieć, że jesteśmy dość zróżnicowanym muzycznie zespołem. Living Colour od samego początku mówiło bardzo otwartym językiem. Niektórzy ludzie potrzebują jednak coś skategoryzować, aby móc się lepiej skupić na tym, czego konkretnie szukają. Generalnie ludziom jest łatwiej się w czymś połapać, jeśli wiedzą, o co chodzi. Nam jednak na tym nigdy nie zależało. Gramy tak jak jeszcze żaden inny zespół przed nami, a to, jak ludzie nas opisują, tak naprawdę nie ma dla nas większego znaczenia.


Jednym z waszych największych przebojów jest "Cult Of Personality". Jimmy Page powiedział kiedyś, że jeśli mógłby coś w swoim życiu zmienić, to nie nagrałby "Stairway To Heaven", gdyż musiał go grać niemal na każdym swym koncercie. Nie masz czasami podobnego wrażania, grając wasz sztandarowy kawałek?


Zupełnie nie. To wspaniały utwór i wszyscy bardzo lubimy go grać. Dlatego nie pokuszę się o taki komentarz jak Jimmy (śmiech). Jego historia i piosenka są inne. My nie graliśmy "Cult Of Personality" tyle razy co on "Stairway To Heaven". Jimmy ma dużo większy staż i potrafię zrozumieć, dlaczego tak powiedział. Pomimo iż to nie ja nagrałem "Cult Of Personality", cieszę się bardzo, że zespół ma właśnie taki przebój. To wspaniała piosenka z przemyślanym tekstem. Kiedy się coś tworzy i daje światu, to człowiek nie powinien się już nad tym zastanawiać. Dzieło zaczyna żyć własnym życiem. Ponieważ ostatnio jeszcze raz nagraliśmy ten kawałek, tym razem na potrzeby gry Guitar Hero 3, stał się on również moim udziałem. Nie mam więc problemów czy oporów z graniem tego utworu. Jedyne, czym się przejmuję, to jest to, żeby za każdym razem zagrać go, jak najlepiej potrafię.

Poza Guitar Hero 3 ten utwór trafił również do gry Grand Theft Auto: San Andreas. Grałeś w te gry? Co sądzisz o serii gier muzycznych Guitar Hero?

Grałem w obie te gry i bardzo mi się podobały. Natomiast seria Guitar Hero to według mnie wspaniały pomysł. Wszystko, co nakłania dzieciaki do sięgnięcia po prawdziwe instrumenty, jest genialne. Guitar Hero popieram na całej linii. Jest to też dużo ciekawsza forma zabawy w odróżnieniu od zwykłego klikania w klawiaturę komputera.


Naprawdę sądzisz, że gra jest w stanie przekonać dzieciaki do używania prawdziwych instrumentów?


Dokładnie tak. Zresztą to już ma miejsce. Słyszałem niejednokrotnie o tym, jak młodzi ludzie przerzucają się na prawdziwe instrumenty po przygodzie z Guitar Hero i zakładają własne zespoły. Do sklepów muzycznych cały czas docierają właśnie takie historie opowiadane przez ich klientów.


Wasz nowy album nie tak dawno ujrzał światło dzienne. Jest to pierwszy od sześciu lat pełnoprawny longplay Living Colour. Jak wyglądał proces nagrywania "The Chair In The Doorway"?


W zasadzie sam zorganizowałem całą sesję nagraniową. Wykorzystując swe doświadczenie i wolny czas, udało mi się zebrać wszystkich członków zespołu, by móc stworzyć ten album. Na początku skontaktowałem się z kilkoma ludźmi, którzy mogliby nam użyczyć studia. Zacząłem od mojego przyjaciela z Solo Studios w Czechach. Potem zgadałem się z Theodorem Ballpartem, który pracował swego czasu ze Stonesami. Zastanawiałem się też przez chwilę, czy może nie skorzystać z mojego własnego studia w Connecticut. Inny mój przyjaciel, który wynajmował kiedyś swoje pomieszczenia Madonnie, zaoferował mi z kolei swoje studio w New Jersey. Mając takie możliwości, nadałem po prostu sprawie tempa. Po różnych dyskusjach i ustaleniach przedstawiłem zespołowi pomysł nagrania materiału w Czechach. Całe to przedsięwzięcie okazało się świetnym pomysłem. Zabranie ekipy ze Stanów było dobrą decyzją. Udało nam się stworzyć coś niezwykle energetycznego. Każdy z nas włożył sporą cząstkę samego siebie w ten projekt i jestem bardzo dumny z efektów naszej pracy.


Czym był Living Colour dla przemysłu muzycznego w latach osiemdziesiątych? Prawdą jest, że pomógł przełamać pewne bariery i stereotypy?


Niektórzy sądzą, że wszystkie bariery, jakie Living Colour pomógł kiedyś przełamać, wróciły zaraz po rozpadzie zespołu. Opinie są tutaj podzielone i każdy ma swoją wersję tej historii. Ludzie lubią kategoryzować. Nazywanie jakiejś muzyki czarnym rockiem samo w sobie jest już ograniczające. Nie mówi się przecież o białym rocku. Czarny rock jest jednak bardzo łatwo napiętnować. Z jednej strony nie ma się o co obrażać, bo jest to po prostu jakiś sposób na opisanie rzeczywistości, ale z drugiej należy uważać, aby nie popaść w skrajność. Czasami po prostu zdarza się zespół, który jest szczery w swoim przekazie i robi to, co uważa za stosowne. My byliśmy inspirowani całą rzeszą ludzi, którzy nam pomagali, więc teraz chcemy się odwdzięczyć, pomagając tym, którzy tego potrzebują. A zatem przekazujemy pałeczkę dalej.


Do dzisiaj powstały dwie gitary podpisane twoim imieniem. Jedna z nich to pięciostrunowy Ibanez. Można go jeszcze gdzieś znaleźć?


Niestety nie. Ibanez już go nie produkuje. Natomiast gitara od Spectora nadal jest jak najbardziej dostępna.


Właśnie do tego zmierzałem. Ten Spector to model Euro4LX?


Dokładnie tak. Właśnie dzisiaj jadę zobaczyć, jak wygląda ten model po paru przeróbkach, jakie zastosowaliśmy, i strasznie się na to cieszę. Wiem już, że brzmi świetnie, dlatego mogę z czystym sumieniem polecić go wszystkim zainteresowanym.


Czy mógłbyś mi powiedzieć coś więcej o tej gitarze? Jak to się stało, że masz dzisiaj swoją własną serię basówek, i jaki był twój wkład w ich tworzeniu?


Nie doszłoby do tego, gdybym kiedyś dawno temu nie poznał Stewarta Spectora. Od początku rozmawialiśmy o serii Doug Wimbish, ale wtedy byłem skoncentrowany na swojej karierze i graniu na tylu gitarach, na ilu tylko mi się udawało. Nie chciałem się ograniczać do jednej marki. Do tego dochodziła kwestia mojej nieśmiałości co do sygnowania czegokolwiek moim imieniem. Z czasem jednak coraz więcej ludzi przekonywało mnie do zajęcia się tym na poważnie. Basy, które robił wtedy dla mnie Stewart, były i tak już w pewnym stopniu przerobione. Miały nieznacznie inny kształt w porównaniu do seryjnych modeli. Potem zmiany te weszły na stałe do produkcji i rozwiązanie, które pomagałem implikować, są w Spectorach wykorzystywane do dziś. Dwadzieścia trzy lata później powstała pierwsza seria gitar Doug Wimbish, którą projektowałem wraz ze Stewartem. Nie ma w niej jakichś innowacyjnych rozwiązań, ale jest naprawę wygodna i ma świetne parametry. Stewart zapoznał mnie z całym procesem produkcyjnym, dlatego wiem, że tworzenie sprzętu muzycznego jest dużo trudniejsze, niż produkowanie potem na nim muzyki. W tym biznesie trzeba dobrze rozumieć obie strony i przełożyć tę wiedzę na sprzęt, który się produkuje. To wszystko pomogło mi niezmiernie w stworzeniu dobrego wiosła i dzięki temu mogę spać spokojnie, ciesząc się, że moje nazwisko widnieje na tej gitarze.


Jaka jest w takim razie twoja ulubiona gitara?


Dobre pytanie (śmiech). Nadal po dziś dzień najlepiej gra mi się na moim starym czterostrunowym Spectorze z 1987. Jest to chyba moja ulubiona gitara. Choć tak na dobrą sprawę powinienem powiedzieć "gitary", gdyż są ich dwie - bliźniaczki. Jedna to pięciostrunowy Spector, a druga czterostrunowy - obie z 1987 roku. Są w kolorze niebieskim i brązowym. Używałem ich przy nagrywaniu dla Madonny, Annie Lennox, Seala czy Stonesów. W studiu częściej idzie w ruch pięciostrunowa, ale druga jest zawsze w pobliżu, one są nierozerwalne.


M. Kubicki

Wild World Bastille

Przy okazji słuchania drugiej płyty Bastille doszedłem do wniosku, że chyba nigdy nie zrozumiem zwyczajów zakupowych współczesnych fanów muzyki....Gramy dalej

7 /10
Ostatnia rodzina - muzyka z filmu Różni Wykonawcy

"Ostatnia rodzina" to jeden z najgłośniejszych filmów ostatnich miesięcy, który trafi do kin pod koniec września. Z kolei dwa tygodnie temu premierę...Gramy dalej

7 /10
Soilwork ocena 8
Death Resonance
Gatunek: Melodic death metal
In Flames ocena 7
Sounds From the Heart of Gothenburg
Gatunek: Melodic death metal
Bad Vibrations
Gatunek: Metal
Zobacz wszystkie