Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Vernon Reid (Living Colour)

Vernon Reid (Living Colour)

Zespół Living Colour zaistniał w latach 80. Ta grupa czarnoskórych muzyków niegdyś bardzo mocno zamieszała na rynku płytowym swoim niebanalnym podejściem do rocka i energią, którą emanowała. Po paru latach uśpienia zespół wraca do gry z nowym albumem zatytułowanym "The Chair In The Doorway". O muzyce, pasjach i karierze rozmawiamy z gitarzystą Vernonem Reidem.

Długo nie było o was słychać. Czy coś się zmieniło na muzycznej scenie podczas waszej nieobecności?

O tak, sporo się zmieniło. Weźmy na przykład okładkę płyty. Tym razem zaprojektowali ją nasi fani. Najpierw dostawaliśmy od nich całą masę pytań o znaczenie tytułu płyty. Stwierdziliśmy, że skoro ludzie się tak angażują w ten temat, to zadamy im pracę domową (śmiech). Odwróciliśmy więc sprawę i zapytaliśmy ich, jak interpretują tytuł naszej płyty, prosząc jednocześnie o przesyłanie zdjęć z projektami okładki. Ilość odpowiedzi nas zaskoczyła, ludzie przysłali nam naprawdę wspaniałe, profesjonalne zdjęcia. Wszystko to odbyło się za pośrednictwem serwisu Flickr. W Internecie tworzą się całe społeczności, których potencjał można wykorzystywać. To jest absolutnie genialne.


Czyli wykorzystujecie Internet do promocji...


Nie można udawać, że nie ma Internetu. W takich czasach żyjemy. Cała tajemnica tkwi w umiejętności wykorzystania nowych środków masowego przekazu. Starsze zespoły, które wypracowały sobie markę i mają silną pozycję na rynku - takie jak Nine Inch Nails czy Radiohead - całymi garściami korzystają z dobrodziejstw Internetu. Ale mogą to robić dlatego, że wywodzą się ze starego środowiska i ich promocja odbywała się tradycyjnymi metodami. Mogli zatem wykorzystać Internet, ponieważ mieli już wypracowaną markę. Kiedy wygasły im kontrakty z wytwórniami, naturalną koleją rzeczy było zwrócenie się w stronę Internetu. Teraz dystrybucja ich płyt odbywa się głównie tym kanałem. A na jakim etapie my się znajdujemy? Duża część naszej działalności polega teraz na wzmacnianiu i redefiniowaniu marki, jaką jest nasz zespół.


W początkach kariery właśnie polityczny aktywizm rozgrzewał waszą muzykę i teksty do czerwoności. Rzeczywiście nazwa Living Colour bardzo do was pasuje...


Kolor jest jednym z podstawowych składowych ludzkiej egzystencji. Jest wyrazisty, dlatego za jego pomocą można łatwo przekazywać różne idee. "The Chair In The Doorway" to nasz pierwszy concept album od czasu "Time’s Up". Na tej płycie przeformułowaliśmy wszystkie te pytania, które zadawaliśmy sobie na początku istnienia zespołu. Kontynuujemy wątek, który dawno temu został przerwany. Czuję, że wracamy na właściwe tory. Płyta "Collideoscope" była w dużej mierze reakcją na wydarzenia z 11 września. To był temat przewodni tego krążka. Ale ludzie potępiający skrajnych islamistów często zapominają o tym, że terroryzm ma więcej ofiar wśród muzułmanów. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Jeśli podczas piątkowych modlitw wybuchnie bomba, może zginąć nawet pięćdziesiąt osób. To jest tragiczne i niewiarygodne.


Płyta "Collideoscope" jest przepełniona złością, ale "The Chair In The Doorway" opowiada bardziej o emocjach niż o polityce...


Zgadza się. Na naszej najnowszej płycie rozprawiliśmy się z tematem, który długo w sobie nosiliśmy, mianowicie z rozpadem zespołu w 2003 roku. Okazało się, że to wydarzenie miało na nas większy wpływ, niż nam się początkowo wydawało. To był trudny okres i mieliśmy do siebie nawzajem dużo żalu. Musieliśmy w końcu dać upust swym emocjom. Mówi o tym między innymi pierwsza piosenka na płycie, zatytułowana "Burned Bridges", w której śpiewamy: "Wrzuciłem klucze do rzeki i już nie mogę wrócić do domu". Napisaliśmy ten tekst niedługo przed rozpadem naszej grupy, lecz wtedy nie został on wykorzystany. Kiedy się ponownie zeszliśmy, postanowiliśmy od razu go wykorzystać. Piosenka powstała w ciągu dosłownie dwudziestu minut. Od razu między nami zaskoczyło, poczuliśmy się tak jak dawniej. A miałem ten tekst gotowy od dziesięciu lat i nie potrafiłem go wykorzystać! Kolejnym ważnym utworem na płycie jest "That’s What You Taught Me". Opowiada o tym, co się dzieje z miłością po dwudziestu latach. Pomyśl o parze z utworu "Love Rears Up Its Ugly Head" i jak ich miłość wygląda po wielu latach wspólnego życia. Dzieci już dorosły, a życie ich nie oszczędzało - spotkały ich rozczarowania i zdrady. On dostał ofertę pracy na drugim końcu kraju, ona nie chce się przeprowadzić. O tym właśnie opowiada ten utwór. Miłość jest słodko-gorzka. I choć ten fakt budzi w nas wściekłość, musimy się z nim pogodzić. Chodzi o to, co się stanie na końcu, czy uda nam się przez to wspólnie przejść i dalej być razem.


Czy nie obawialiście się, że Living Colour może zostać zmiecione przez rockową falę lat dziewięćdziesiątych? Jaka jest wasza recepta na sukces?


Niewielu rzeczy żałuję w życiu. Ale żałuję jednego: mogłem spędzić więcej czasu z Mickiem Jaggerem i zapytać go, jak to się robi... Nie istnieje instrukcja mówiąca o tym, jak odnieść sukces. Tylu wartościowych artystów zostaje pożartych przez show-biznes. Dzieją się różne rzeczy, a my pozostajemy sobą - nadal jesteśmy podziwiani i ludzie wciąż chcą nas słuchać. To jest wspaniałe. Są jednak artyści, którzy nie wytrzymują tempa, napięcia, presji i kończą jako alkoholicy.


Dzisiaj gitarzysta odda wszystko za dobrą gitarę vintage - taka jest moda. Słowo retro robi wielką karierę. Ty jednak zdajesz się nie ulegać temu trendowi...


Lubię eksperymentować i ciekawią mnie różne nowości techniczne, ale oczywiście nie tylko. O płycie "The Chair In The Doorway" można powiedzieć na pewno jedną rzecz: to album na wskroś eksperymentalny. A na przykład w utworze "Method" znajduje się wiele śladów gitary o brzmieniu syntezatorowym. Użyłem w nim urządzenia E-Bow i również laptopa, który służył do odtwarzania sampli. Z drugiej zaś strony, po tych wszystkich eksperymentach brzmieniowych chętnie wracam do tradycyjnych sposobów pracy.


Czy pomimo tego, że gitary MIDI są już raczej niemodne, nie zostały one wyrzucone z łask?


Zgadza się. Zresztą sam gram na nich od wielu lat. Ta cała gadanina o korzeniach i autentyczności mnie męczy. Ja jestem muzykiem science fiction i wcale mi nie zależy na autentyczności. Od zawsze fascynowały mnie dziwaczne brzmienia. Nie rezygnuję ze swoich korzeni, tylko je łączę z nowymi fascynacjami. Lubię po prostu różnorodność. Wciąż kocham gitarę MIDI oraz możliwość kontrolowania parametrów efektów za pomocą komunikatów MIDI. Idę nawet krok dalej, ponieważ interesują mnie takie sztuczki jak sterowanie wtyczkami VST.


Gitarzyści często mają problemy z kontrolowaniem funkcjonowania wszystkich sprzętów na koncercie. Wyobrażam sobie, że przy takiej liczbie efektów gra wymaga od ciebie sporej koncentracji i dużego wysiłku...


Na pewno tak, ale mam na to pewien sposób - zamiast koncentrować się na swojej grze, bardziej skupiam się na ogólnym brzmieniu utworu i jego klimacie. I nie chodzi mi o drobiazgi. W każdym kawałku może pojawić się partia gitary wymagająca dużej precyzji, ale z drugiej strony może być ona nagle zakłócona przez to, że nuty nie układają się tak, jak powinny. Do gry na gitarze można podchodzić na różne sposoby. Nawet jeśli jesteśmy sam na sam z gitarą - tylko gryf, struny i my - to też jest to duże wyzwanie. Ale później uczymy się łączyć poszczególne techniki z konkretnymi brzmieniami. A to jest już zupełnie co innego. Nie obowiązują tu żadne reguły. Możemy robić to, co nas naprawdę interesuje. To właśnie kocham w swoim Rolandzie VG-99, dzięki któremu można do woli eksperymentować z brzmieniem, przepuszczając sygnał przez dowolne efekty. Czasami pożądany rezultat brzmieniowy uzyskuje się dopiero po połączeniu wielu różnych efektów. Nieustannie mnie to fascynuje.


Jesteś właścicielem sporej kolekcji gitar Hamer, ale niedawno podpisałeś kontrakt z firmą Parker, która pracuje nad nowym modelem gitary dla ciebie. Gitara będzie się nazywać DragonFly...


Zawsze byłem bardzo zadowolony z gitar Hamer. Towarzyszą mi od osiemnastu lat. Moim ulubionym wiosłem jest wciąż gitara Ying Yang, która była pierwszym instrumentem, jaki dla mnie zrobili. Ale firma się zmieniła, kiedy wyprowadziła się z Chicago. Kiedyś reprezentowali styl kalifornijski, a obecnie ich instrumenty bardziej przypominają gitary typu Les Paul. Teraz robią instrumenty w stylu vintage. Może firma się zestarzała? W każdym razie zmieniła styl i mnie się to nie spodobało.


Jak zaczęła się twoja współpraca z Parkerem?


Ken Parker, którego już wcześniej znałem osobiście, przysłał mi prototyp gitary. Zawsze wysoko ceniłem instrumenty tej firmy, ale nigdy nie uważałem, że są to gitary dla mnie. Model DragonFly mnie zaskoczył, ponieważ jest zupełnie inny niż pozostałe gitary tej marki. Ma nową główkę i jest pierwszym modelem Parkera, w którym użyto mostka Floyd Rose. Musieli ustawić główkę pod innym kątem, przez co zmienił się też design korpusu. Poza mostkiem Floyd Rose to wiosło ma też wbudowany przetwornik Roland Hex. Ta gitara podoba mi się również wizualnie, uważam, że wygląda wprost fantastycznie. Na tym samym modelu gra Adam Dutkiewicz z zespołu Killswitch Engage, z tym że jego model wyposażony jest w mostek Wilkinsona. Moja wersja to bardziej tradycyjny Fly.


Jakich wzmacniaczy używasz?


Wciąż mam wczesne modele głów Mesa Boogie Rectifier i moim podstawowym wzmacniaczem jest nadal Rectifier. Wszystkie inne konstrukcje oceniam przez pryzmat właśnie tego konkretnego modelu - czy brzmią podobnie do niego, czy się różnią. To mój punkt odniesienia. Jakiś czas współpracowałem z firmą Crate i używałem ich głów. Też są bardzo dobre, ale mają jedną wadę: są zdecydowanie za ciężkie. Przenoszenie ich z miejsca na miejsce było prawdziwym koszmarem. Poza tym mam kilka wzmacniaczy Randalla, które bardzo lubię, i kilka urządzeń firmy Bugera. Jeśli chodzi o wzmacniacze, wciąż poszukuję idealnego sprzętu. Podoba mi się na przykład Randall z wymiennymi modułami - brzmi naprawdę świetnie. O coś takiego właśnie mi chodzi.


Byłeś jednym z pierwszych użytkowników efektu DigiTech Whammy i jak dotąd jesteś mu wierny przez cały czas twojej kariery. Co sądzisz dzisiaj o tym efekcie?


Nadal się z nim nie rozstaję i oczywiście często używałem go podczas nagrywania naszej najnowszej płyty. Choć efekt ten uważany był kiedyś za rewolucyjny, to teraz stał się czymś zupełnie normalnym, prawie tak jak kaczka - jest standardowym wyposażeniem wielu pedalboardów i znalazł się także na liście urządzeń, których emulacje dostępne są w wielu współczesnych procesorach. Wciąż jestem jego fanem i uważam, że wiele wniósł do gry sporej liczby utalentowanych gitarzystów, takich jak na przykład Tom Morello z Rage Against The Machine. Nie wyobrażam sobie nagrania niektórych utworów na naszym najnowszym krążku bez użycia tego właśnie efektu.


Jako eksperymentator zawsze kupowałeś nowe efekty i bawiłeś się nowymi brzmieniami. Jesteś pewnie na bieżąco ze wszystkimi nowinkami na rynku. Co cię aktualnie inspiruje?


Mam jeden efekt, który rzeczywiście mogę uznać za dość oryginalny. Nazywa się Pefftronics Randomatic i jest czymś w rodzaju chorusu. Podstawowa różnica w stosunku do innych urządzeń tego typu polega jednak na tym, że zamiast używać zwykłej jednostajnej modulacji, korzysta z losowych przebiegów. Nie potrafię dokładnie wyjaśnić, jak to działa, ale to bardzo awangardowy efekt. Można go posłuchać między innymi w intro do utworu "The Chair". Ponadto używam też efektów Eventide PitchFactor i ModFactor.


Zespół Living Colour ma swoją własną niszę na rynku muzycznym. Czy uważasz, że rzeczywiście nie ma zespołu, którego można by z wami porównać?


No cóż, staliśmy się społeczeństwem nisz. Mnie to odpowiada, bo każdy może znaleźć dziś miejsce dla siebie. W pewnych kręgach jesteśmy zespołem kultowym, i to na pewno dodaje nam skrzydeł. Jesteśmy kreatywni i konsekwentnie realizujemy swoje cele. Jako zespół chcemy zabierać głos w ważnych sprawach i chcemy, aby nasz głos był słyszany. Niestrudzenie poszukujemy też nowych brzmień. Gram na gitarze od wielu lat, i choć ten instrument towarzyszył mi w okresie dorastania, to mimo to nadal nie uważam się za eksperta. Cały czas się uczę i nieustannie zgłębiam tajemnice gitary. Wśród moich mistrzów, którzy mnie inspirują, znajdują się: Robert Fripp, Jimi Hendrix, Albert King, Stevie Ray Vaughan i Randy Rhoads. Z ich karier i sposobów gry wypływa jedna, podstawowa nauka. Zdają się do nas mówić: "To jest to, co ja zrobiłem w swoim życiu. A co ty zrobiłeś?".


Ciaran Tracey

Zaklęty krąg Cugowscy

Krzysztof Cugowski jest na polskiej rockowej scenie od zawsze, zaś jego dwaj synowie Piotr i Wojciech od prawie zawsze, ale po raz pierwszy wspólnie...Gramy dalej

8 /10
Atoma Dark Tranquillity

Giganci szwedzkiej sceny melodyjnego death metalu od blisko piętnastu lat nie splamili się słabym wydawnictwem.

Gramy dalej

9 /10
CETI ocena 9
Snakes of Eden
Gatunek: Heavy metal
Green Day ocena 8
Revolution Radio
Gatunek: Pop punk
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Zobacz wszystkie