Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Francis Rossi (Status Quo)

Francis Rossi (Status Quo)

Status Quo to zespół, który zajmuje szczególne miejsce w sercach fanów rock and rolla. Grupa grała na scenach całego świata i pobiła wszelkie rekordy popularności.

Muzycy mają fanów nie tylko wśród zatwardziałych rockmanów, ale i... urzędników, a także wśród gospodyń domowych. Francis Rossi, gitarzysta prowadzący i założyciel zespołu, postawił teraz na karierę solową - niedługo ukaże się jego drugi solowy album...

Zanim jednak zaczniemy, oto garść faktów i liczb, ponieważ statystyka mówi sama za siebie. W swojej czterdziestoletniej historii zespół Status Quo dał ponad 6 tysięcy koncertów dla 25 milionów widzów! Muzycy przejechali 4 miliony mil i spędzili w sumie 23 lata z dala od domu. Sprzedali 118 milionów płyt. Zespół jednak nie chce na tym poprzestać. Rok 2009 przyniósł wiele zmian i nowych projektów: założyciel grupy Francis Rossi i jego kolega z zespołu Rick Parfitt postanowili wziąć sprawy w swoje ręce. Obaj muzycy zyskali tytuły królów rock and boogie. Nie są jednak zmęczeni graniem, a wręcz przeciwnie. Francis ma w sobie tyle pasji i zapału do tworzenia muzyki, ile ma nastolatek.

Od ukazania się pierwszego solowego albumu artysty ("King Of The Doghouse") minęło już 14 lat. W kwietniu 2010 ukazała się jego druga, długo oczekiwana płyta solowa zatytułowana "One Step At A Time". Na krążku znalazły się kompozycje bliskie sercu artysty - oprócz utworów premierowych są na niej także nowe wersje starych przebojów. Wiele z nich jest owocem współpracy ze starym przyjacielem Bobem Youngiem. Na płycie znalazła się między innymi nowa wersja przeboju "Caroline" z 1973 roku.

Opowiedz nam o swej nowej płycie...


Miałem poczucie, że wreszcie trzeba nagrać piosenki, które nosiłem od dawna w głowie i które zaczynały się już powoli starzeć. Szczerze mówiąc, mam tremę, gdy muszę wyjść sam do ludzi. To zupełnie co innego niż gra w zespole. Ale zdecydowałem się nagrać tę płytę i jestem bardzo zadowolony z efektu. Uważam, że brzmi świetnie, zobaczymy jednak, jak to wszystko wyjdzie na żywo. Inspirację czerpałem z bardzo wielu źródeł - zresztą jak zwykle. Kiedy pracuję nad piosenką, szukam fragmentu, linijki, o którą mogę się zaczepić i która popchnie mnie do przodu. Wspaniale mi się pracuje z Bobem Youngiem. Pierwsza piosenka, jaką napisaliśmy, nosi tytuł "Sleeping On The Job". I była to, jak się później okazało, jedyna piosenka, która powstała specjalnie na ten krążek. Podoba mi się w niej solówka i tekst, który idealnie pasuje do muzyki. Drugi kawałek na płytę został napisany przez mojego syna, Nicholasa, a jej tytuł to "Rolling Down The Road". Natomiast jeśli miałbym wybrać najlepszy utwór na tym krążku, to wskazałbym na kawałek tytułowy - "One Step At A Time". To przepiękna ballada napisana przez Guya Johnsona, którego poznałem kilka lat temu. Utwór "Tallulah’s Waiting" opowiada o tym, jak wyruszam w drogę - odjeżdżam i krzyczę z dala do swoich dzieci, że wkrótce wrócę do domu. Kiedy one dorastały, właśnie takie słowa najczęściej słyszały z moich ust. Gdy gra się w zespole, nie zawsze można podejmować decyzję, która piosenka znajdzie się na płycie, a która nie. W przypadku mojej solowej płyty wszystkie decyzje mogłem podejmować sam.

Niektóre piosenki, które znalazły się na płycie, były pierwotnie przeznaczone dla zespołu. Niestety nic nie wyszło z ich nagrania, teraz mogłem je zaprezentować. Koncerty będę otwierał swoją własną wersją utworu "Caroline", który przearanżowałem, dodając mocną pulsację shuffle. Kiedy już nagrałem sporą część albumu, zająłem się pracą ze Status Quo. Miałem więc sporo czasu, żeby przemyśleć wiele spraw i zdystansować się do tego, co dotychczas nagrałem. Do płyty powróciłem po około pięciu miesiącach. Bałem się, że nie spodoba mi się to, co nagrałem wcześniej - że stwierdzę, iż ten materiał do niczego się nie nadaje. Było jednak inaczej. Utwory wciąż brzmiały dobrze.

Nagrywanie płyty solowej było bardzo wyzwalające, to zupełnie co innego niż praca z zespołem. Grałem w grupie od dwunastego roku życia i w końcu pomyślałem, że musi być fajnie, kiedy nikt nie mówi ci, co masz robić. Będę więc robił to, co chcę, i zobaczymy, jakie będą tego efekty. Moim zdaniem przemysł muzyczny często sam strzela sobie w stopę - dobra muzyka przechodzi prawie niezauważona. Jeśli chodzi o mnie, to ludzie mają już sprecyzowaną opinię na mój temat i zostałem dawno zaszufladkowany.

Ale teraz będę miał okazję pokazać się z innej strony i naprawdę jestem ciekawy, jak zareagują na to moi fani. Osobiście uważam, że ten materiał jest oczywiście wspaniały i dużo mógłbym o nim opowiadać.


Zabierasz swój zespół w trasę koncertową po Wielkiej Brytanii...


Kiedy postanowiłem nagrywać ten album, mój menedżer mnie oświecił, mówiąc, że po pracy w studiu będę jeszcze musiał zająć się promocją krążka, grając koncerty. Nie miałem najmniejszej ochoty tego robić, ale cóż, taki jest już show-biznes. Wiem, że nie mam innego wyjścia. Jednak gdy żona mi powiedziała, że przyjdzie mnie obejrzeć, to stanowczo jej zabroniłem. Jeszcze bardziej bym się denerwował! W zespole gra ze mną Freddie, syn Rhino Edwardsa (basisty Status Quo - przyp. red.). W trasę zabieram też swojego syna, Nicholasa, który gra na gitarze. W chórkach zaśpiewa kilka utalentowanych dziewczyn, bo lubię brzmienie tego typu. Mam nadzieję, że podczas koncertów uda mi się zrelaksować i dobrze bawić.

W czasie występów Status Quo atmosfera była zazwyczaj bardzo gorąca, dużo się działo i było bardzo głośno. Tym razem będzie zupełnie inaczej. Na pewno nie będzie tak głośno chociażby z powodu braku Ricka. Chciałbym, żeby po koncertach ludzie dzielili się ze mną szczerze swoimi opiniami na temat mojej działalności, choć wiem, że nie będzie to łatwe. Mam przecież taką pozycję w świecie muzyki, że raczej nikt nie podejdzie do mnie i nie powie, że to, co robię, do niczego się nie nadaje. Swoją drogą, nigdy nie byłem do końca zadowolony z mojego pierwszego solowego albumu. Czułem, że dałem się wodzić za nos. Nie powinienem był do tego dopuścić. Musiałem czekać aż do sześćdziesiątki, żeby nagrać nowy album! To takie dziwne, nigdy nie myślałem, że będę miał tyle lat.


Miałeś za to bardzo ciekawe życie. Poruszyłeś miliony ludzkich serc swoją muzyką...


Cóż, muszę uważać i starać się zachować do tego spory dystans. Pamiętaj, że mówimy o show-biznesie, w którym wszystko jest trochę nadmuchane do rozmiarów większych niż w rzeczywistości. Ostatnio przyznano nam Ordery Imperium Brytyjskiego, podobno na nie zasługujemy (Francis i Rick od 30 lat są zaangażowani w pomaganie fundacji Prince’s Trust, Nordoff-Robbins Children’s Music Therapy i wiele innych - przyp. red.). Ale ja nie jestem tego tak do końca pewien. Rozumiem jednak funkcjonowanie tego mechanizmu: nasze zaangażowanie pomaga zdobyć rozgłos wspieranym przez nas organizacjom, a to zawsze jest jak najbardziej pozytywne zjawisko. Dla przykładu powiem, że niestety jakiś nieznany kierowca karetki w Bolton, który mimo że wykonuje niezmiernie ważną i odpowiedzialną pracę, nie wzbudza de facto niczyjego zainteresowania. Dlatego w moim odczuciu te ordery dla nas to była lekka przesada.


W kilku utworach na tej płycie słychać wyraźne wpływy country...


Ludzie wiedzą, że lubię muzykę country, i pewnie wielu z nich spodziewało się, że nagram album utrzymany w tej stylistyce. Nie mogę jednak robić niczego na siłę. Jeśli w jakimś utworze pasowała mi gitara typu pedal steel, to po prostu jej używałem. To wszystko! Nie dorabiałem do tego jakichś niepotrzebnych ideologii. Nie chcę naśladować czyjegoś stylu, z każdego gatunku biorę to, co mi odpowiada. Podziwiam muzyków country, lubię Keitha Urbana, a także wielu współczesnych artystów. Mimo to nie potrafię wskazać jednego muzyka, którego bym chciał ślepo naśladować. Oczywiście w młodości było trochę inaczej. Chciałem być taki, jak wielu znanych muzyków (śmiech). Nawet mówiłem ostatnio Royowi Woodowi (wokalista i kompozytor w zespole Move - przyp. red.), że kiedyś chciałem być jak Carl Wayne (wokalista Move - przyp. red.). Jego styl strasznie mi się podobał.


Do nagrywania nowej płyty używałeś swojego słynnego Telecastera z 1957 roku?


Właściwie używałem wszystkich innych gitar, tylko nie tej. Na przykład grałem na Telecasterze blonde natural finish, który miał pełnić funkcję gitary tylko do ćwiczeń, dlatego nigdy przesadnie o niego nie dbałem. Zdarzało się nawet, że to wiosło parę razy upadło na podłogę, generalnie było poniewierane i przerzucane z kąta w kąt. Właściwie w ogóle nie wkładałem go do futerału. Ale tak się jakoś złożyło, że to właśnie na tej gitarze nagrałem większość utworów na płytę. Podczas pracy w studiu korzystałem też z Telecastera Deluxe oraz jeszcze innego Telecastera, którego zobaczyłem na okładce magazynu


A gitary akustyczne?


Moim ulubionym akustykiem jest Washburn, którego kupiłem gdzieś około roku 1974 albo 1975. Brzmi wspaniale. W mojej kolekcji jest też Ibanez. Obie gitary bardzo ładnie się starzeją i z upływem lat brzmią coraz lepiej. Poza tym mam gitary Takamine OB12 i OB6. Na płycie znalazło się kilka partii akustycznych, ponieważ lubię różnorodność. Nawet w odniesieniu do pojedynczych kompozycji staram się uzyskać bogaty efekt brzmieniowy. Jestem bardzo zadowolony z uzyskanego rezultatu.

 
Czy ćwiczysz więcej w domu, czy podczas trasy?


Faktycznie ćwiczę cały czas. Miałem kiedyś pogadankę o gitarze w pewnej szkole. Rozmawialiśmy o graniu, komponowaniu i życiu w trasie. Wspaniale jest móc dzielić się swoją wiedzą - szczególnie wtedy, kiedy dzieciaki chcą się uczyć i interesuje je to, co masz do powiedzenia. To sprawia, że czuję się ważny. Kiedy jesteśmy w trasie, to praktycznie mieszkamy w autobusie, a tylko czasem śpimy w hotelu i mamy wolne dni. Na szczęście w autobusie mam swoją własną przestrzeń, w której jest miejsce na moją gitarę, iPoda, mały wzmacniacz, kapodaster, kostki, tulejkę slide i moje książki do nauki włoskiego. Na swojego iPhona nagrywam riffy i luźne pomysły. Później przesłuchuję je i wybieram najlepsze smaczki, coś, co się wyróżnia. Musi być w tym czymś zawsze jakaś magia. Wokół tego buduję nowy utwór.


Ach, to życie w trasie...


No właśnie. Lubię na nie narzekać, choć nie powinienem. Dawniej lubiłem sobie wyobrażać, że gram ze swoimi dziećmi, które są już starsze, słuchamy razem muzyki (Francis ma ośmioro dzieci - przyp. red.). Teraz wreszcie te marzenia zaczynają się spełniać. Gdybyś mi kilka lat temu powiedział, że mój syn będzie grał ze mną na jednej scenie, to pewnie bym ci nie uwierzył. To niesamowite uczucie. Chcę się tym cieszyć i chcę to smakować. Tak łatwo przechodzimy nad czymś do porządku dziennego, nie doceniając wielu rzeczy. Kiedy grałem w Status Quo, żyłem w ciągłym pośpiechu. Myślałem tylko o tym, kiedy będzie kolejna trasa, kolejny koncert, kiedy napiszę kolejną piosenkę oraz kiedy wydamy kolejny album. Nie miałem czasu na to, żeby cieszyć się chwilą. Teraz z jednej strony nie mogę się doczekać trasy promującej mój album solowy, a z drugiej strony boję się jej. Zawsze tak miałem. Obecnie czuję się dobrze, ale gdybyś rozmawiał ze mną jutro na godzinę przed wyjściem na scenę, powiedziałbym ci, że chcę zrezygnować i wracać do domu! I to mimo że wczorajszy koncert w Oxfordzie był naprawdę fenomenalny, a ja bawiłem się wspaniale!


Jamie Crompton
Ostatnia rodzina - muzyka z filmu Różni Wykonawcy

"Ostatnia rodzina" to jeden z najgłośniejszych filmów ostatnich miesięcy, który trafi do kin pod koniec września. Z kolei dwa tygodnie temu premierę...Gramy dalej

7 /10
Death Resonance Soilwork

Kariera Soilwork to dość ciekawy przypadek. Zespół, który nigdy nie splamił się słabym wydawnictwem, a od "Stabbing The Drama" (czyli dekady)...Gramy dalej

8 /10
In Flames ocena 7
Sounds From the Heart of Gothenburg
Gatunek: Melodic death metal
Bad Vibrations
Gatunek: Metal
Rage ocena 8
The Devil Strikes Again
Gatunek: Heavy metal
Zobacz wszystkie