Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Leszek Cichoński

Leszek Cichoński

Czołowy polski gitarzysta bluesowy, ceniony pedagog i niestrudzony organizator ósmej już edycji festiwalu Thanks Jimi połączonego z próbą pobicia ustanowionego rok temu rekordu Guinnessa. O tym wydarzeniu oraz o innych sprawach rozmawiamy z Leszkiem Cichońskim.

Tegoroczna próba pobicia rekordu Guinnessa zakończyła się niepowodzeniem, ale chyba spodziewałeś się, że tak będzie...


Określenie "niepowodzenie" w przypadku zjawiska, jakim jest nasz festiwal, jest zupełnym nieporozumieniem. Każdy, kto choć raz zagrał z nami we Wrocławiu, wie, że liczba gitar i bicie rekordu to sprawa drugorzędna. Tegoroczna frekwencja w zaistniałych okolicznościach jest zaskakującym sukcesem. W związku z żałobą narodową promocja imprezy zamiast miesiąc trwała tylko tydzień.

Spodziewałem się, że nie będzie nowego rekordu, nie było też przecież megagwiazdy światowego formatu, jak np. Deep Purple, myślałem więc że będzie 2.500, no może najwyżej 3.000 widzów i uczestników, zwłaszcza że rano padał deszcz, a nie każdy pójdzie z gitarą na deszcz - ja bym pewnie nie poszedł. A tu okazało się, że było ponad 4.500 osób, które są tak oddane tej imprezie i idei wspólnego grania, że się zdecydowały pojawić we Wrocławiu z gitarami i wziąć udział w tym niezwykłym wydarzeniu.


Na zeszłoroczny sukces miał z pewnością duży wpływ występ zaproszonej gwiazdy - zespołu Deep Purple. Czy też tak sądzisz?


Oczywiście, to było bardzo dobre posunięcie marketingowe, żeby zaprosić gwiazdę tego formatu oraz takiego gitarzystę jak Steve Morse, który zagrał na scenie razem z nami, co z pewnością przyciągnęło wielu ludzi. W miarę możliwości będziemy zmierzać w tym kierunku, żeby mieć taką megaatrakcję na przyszłorocznym festiwalu, no cóż, zobaczymy. W tym roku staraliśmy się o AC/DC, były też rozmowy z Joe Satrianim, ale nie udało się tego sfinalizować, tym bardziej że - nie ukrywam - mamy problemy finansowe i mimo zeszłorocznego sukcesu dostaliśmy mniej pieniędzy od władz miasta.

Poza tym uciekli nam wszyscy sponsorzy, tłumacząc się kryzysem. Tak więc ta impreza jest niestety pod kreską i mimo że z jednej strony jest oczywiście wielkim sukcesem, także medialnym, to jednak z drugiej strony jest kompletną klapą finansową, co mam nadzieję uda się w przyszłym roku zmienić i nadrobić. Ale sam widziałeś i miałeś okazję się przekonać, że jest to impreza o wyjątkowej atmosferze i wyjątkowo pozytywnym przesłaniu, że wystarczy się po prostu spotkać, żeby sobie pograć i... jest pięknie!

Ja sam dopiero w tym roku po raz pierwszy miałem taką pełną frajdę. W czasie tegorocznego festiwalu udało mi się nie poddawać różnym stresom, jakie spadają na osobę odpowiedzialną za przebieg imprezy: że coś tam nie wychodzi, że np. jakieś wideo miało być wyemitowane na telebimie i nie poszło itp. Starałem się wszystko w miarę kontrolować, natomiast nie poddawałem się tym dołkom, które czyhają na organizatora, i cieszyłem się każdym utworem i kontaktem z ludźmi.

Także tym, że miałem kontakt wzrokowy z gitarzystami elektrycznymi, dzięki czemu udało mi się wychwycić bardzo ważną sprawę: żeby mieli dobre odsłuchy; po prostu pokazywali mi, gdy pytałem, czy słychać dobrze bębny, dzięki temu była ta interakcja i wszystko poszło sprawnie. Oni rzeczywiście przestawali grać wtedy, gdy miały grać tylko gitary akustyczne, wchodzili wtedy, kiedy mieli wejść. Była pełna dyscyplina i zabawa muzą, o którą chodzi w naszej imprezie, czyli dobrze się bawić i poczuć, że jesteśmy razemegoroczna próba pobicia rekordu Guinnessa zakończyła się niepowodzeniem, ale chyba spodziewałeś się, że tak będzie...


Mówiłeś, że miało być AC/DC, ale oni będą grali u nas niebawem...


Tak, AC/DC gra 27 maja. Zresztą będę na tym koncercie, mimo że mam wtedy trasę z Mikiem Greenem, bo gram koncerty od 25 z Greenem, Davidem Price’em, Krzysiem Baranowiczem na Hammondzie i z jego perkusistą Szymkiem Banasikiem, ale w ten jeden dzień sobie zrobię przerwę - oni zagrają sami, a ja śmigam na AC/DC, zresztą z rodziną, dziećmi, bo to jest takie wydarzenie, na którym trzeba być. Będziemy podchodzić do tematu gwiazdy za rok, zobaczymy, kto to będzie, ale jeśli taka impreza ma się w pełni udać, to musi być megagwiazda. Jak zwykle jednak jest ten problem, czy będziemy mieli na to pieniądze, czy nie.


Przygotowujesz nową płytę?


Wszedłem już do studia i nagrałem pierwsze siedem utworów. Na razie są tylko zarejestrowane tracki - wprawdzie nie są jeszcze przebrane, ale już widać, że będzie to arcyciekawy materiał, na którym znajdzie się kilka pięknych utworów. Zdecydowałem się przearanżować trzy piosenki, żeby wykorzystać świetny fortepian Fazioli, który jest w studio w Lubrzy - to nowe, znakomite studio RecPublica.

Nagraliśmy siedem utworów, będzie to absolutnie nowa muza i myślę, że zaskoczy nie tylko moich fanów, ale i branżę. Cały krążek będzie mniej bluesowy, bardziej nastawiony na piosenki, które czasem gdzieś tam się o bluesa ocierają. Materiał ten miałem wydać już jesienią, na razie jednak daję sobie więcej czasu i nie chcę się spinać tak bardzo, zwłaszcza że chcę uruchomić projekt Thanks Jimi Symphonic i wszystko wskazuje na to, że jesienią uda się z nim ruszyć.

Jestem wstępnie umówiony na koncert w Jeleniej Górze z Filharmonią Dolnośląską na 3 września, tak więc muszę się teraz spiąć i przygotować do końca aranże, a także pomóc w opracowaniu orkiestracji, którą przygotowują młodzi klasyczni muzycy Jakub Zarycz i Marlena Mruz. Odciąga mnie to nieco od mojej płyty autorskiej. Jest też nowy wątek, bo jest nowy wokalista, którego zaprosiłem do współpracy, ten sam, który śpiewał ze mną 1 maja wieczorem.

Nie będę zdradzał na razie jego nazwiska, ponieważ on musi się jeszcze w tym wszystkim odnaleźć. Czuję w nim ogromny potencjał, wprawdzie jeszcze dużo pracy przed nim, żeby osiągnął ten poziom, o który mi chodzi, ale ma w wokalu tyle smaczków i czuje muzykę podobnie jak ja, a to jest dla mnie bardzo ważne.


Czy na nowej płycie będą wyłącznie twoje autorskie kompozycje?


Tak, same moje kompozycje, w sumie mam ponad 20 utworów do wyboru, z czego wybiorę 12-13 na ten krążek. Najprawdopodobniej tytułowym utworem będzie taka balladka "Kim jestem" z moim tekstem - to zasadnicze pytanie życiowe, kim jestem, kim jesteśmy w ogóle, dokąd zmierzamy - tak więc będzie na tej płycie trochę refleksyjnych pytań i refleksyjnej muzyki, niekoniecznie bluesowej. Pojawi się parę utworów o charakterze bluesowym, nie będzie jednak żadnego klasycznego bluesa.


Wróćmy jeszcze na chwilę do tegorocznego festiwalu Thanks Jimi. Pomimo że była to, jak powiedziałeś, finansowa klapa, czy planujesz jakiś rozwój tej imprezy, a jeśli tak, to w którą stronę?


Impreza rozwija się w wielu kierunkach. Mnie chodzi przede wszystkim o tych ludzi, którzy przyjeżdżają do Wrocławia i grają, bo to oni są tu najważniejsi. Ten rok pokazał, że pomysł, aby grać więcej piosenek, żeby oni mieli większą frajdę, żeby się uczyli nowych utworów - był naprawdę dobry. Teraz mają znowu rok na szlifowanie tych wszystkich utworów, a jest ich już osiem.

Do Wrocławia przyjeżdżają ludzie, którzy nauczą się pięciu akordów i od tego zaczyna się ich przygoda z gitarą, zresztą od tego zaczęła się też przygoda mojego syna na pierwszym rekordzie. Miał wtedy 12 lat i 10 dni przed imprezą nauczył się tych pięciu akordów; gdy grał na Rynku "Hey Joe", kostka mu wypadła, poranił sobie palce na strunach, ale to było dla niego ogromne przeżycie, i gra do tej pory.

Gra w rockowej kapeli Chris June i pojechał 1 maja jako mój reprezentant i reprezentant Wrocławia na bliźniaczą imprezę do Zielonej Góry. Zielona Góra połączyła się z nami mostem przez Internet, było tam 130 gitarzystów i panowała wyjątkowa atmosfera, ludzie byli poruszeni, mimo że to dopiero początek.

Tak więc impreza się rozwija, i to nie tylko w Polsce, ale i na świecie, na przykład Mirek "Carlos" Kaczmarczyk zrobił imprezę u siebie pod Oslo w Norwegii, nie wiem, ile tam było osób, bo nie zaglądałem jeszcze do skrzynki pocztowej. W tym samym czasie była impreza również w Australii w Perth, na pewno mniejsza, ale wiem, że Polonia spotkała się z gitarami w klubie Cracovia.

W Perth mieszka moja koleżanka z klasy z liceum, to ją o to zapytam...


Zapytaj, czy słyszała o tej imprezie, może się przyłączy w przyszłym roku. Tak więc budujemy pewną wspólnotę. Często zwracam się do zaprzyjaźnionych gitarzystów słowami: "let’s build the guitar union". Budujemy więc takie połączenie z całym światem, gdzie Wrocław i Polska są pewnym centrum.

Ta impreza na Rynku we Wrocławiu jest czymś wyjątkowym w skali świata, bo owszem, robiono rekordy na zasadzie, że jest utwór typu "Smoke On The Water", który ludzie grają, i na tym koniec. Ja od drugiej edycji realizuję taki pomysł, że co roku uczymy się całkiem nowego utworu, gramy coraz więcej piosenek, bawimy się muzą, spędzamy razem czas. Zresztą redaktor z "Total Guitar", który przyjechał de facto dzięki twojej wydatnej pomocy, był pod ogromnym wrażeniem.

Był zaszokowany tym, że jest taki przekrój wiekowy, bo w Anglii jak jest impreza, to jest albo dla młodzieży, albo dla starszego lub średniego pokolenia, albo dla dziadków, a tutaj wszyscy przyjeżdżają, razem grają i uśmiechają się do siebie. To jest właśnie wyjątkowe w skali świata, i nie chodzi tu o ilość, tylko o jakość - i to o zupełnie nową, unikatową jakość.

Ta idea z pewnością będzie się rozwijać, byłbym szczęśliwy, gdyby się udało tę imprezę przenieść na cały świat, żeby wszyscy grający w różnych miejscach na kuli ziemskiej mogli poczuć tę jedność, że jesteśmy razem, i to jest taki mój cel na przyszłość. Wszyscy, a zwłaszcza polscy gitarzyści, mogą się włączyć w popularyzację tej idei.

Dużą gwiazdą tej edycji festiwalu był Greg Koch...


Tak, to genialny gitarzysta. Wczoraj po północy rozmawialiśmy z Markiem Raduli właśnie o nim i o tym, że pokazał on coś takiego, co w Polsce jest kompletnie poza zasięgiem pod każdym względem. Mówię nie tylko o sprawności technicznej, ale o muzykalności, perfekcji połączonej z wyczuciem stylów i umiejętności ich łączenia, o wszechstronności tonu, genialnych brzmień, alikwotów, które wydobywały się spod jego palców - to było powalające, niesamowita szkoła grania.

Rozmawialiśmy też o festiwalu, zresztą chcę wszystkich gitarzystów zarazić tym, żeby co roku w dniu 1 maja łączyć się przez Internet czy napisać na forach o tym, że coś takiego będzie czy że się dzieje na świecie, bo to się dzieje już nie tylko w Polsce. Wystarczy podać parę linków i napisać, że możemy coś zbudować razem, bo to nasze Guitar Union już jest faktem, wystarczy się tylko pod tym podpisać i zrobić mały krok w tym kierunku, żeby nasza impreza była widoczna.

Takie działanie jest ważne również z innych powodów - to buduje nasz rynek muzyczny, pokazuje polskich gitarzystów, linkuje nas do różnych stron światowych, jesteśmy w tym momencie centrum świata. Mamy nośnik informacji w postaci Internetu, w miarę niezależny od mód, a także od firm, które pompują kasę, żeby mamić ludzi plastikiem muzycznym i życiowym. Tak więc róbmy to - wartościowa muza jest tym, z czym jesteśmy emocjonalnie związani, mamy narzędzie w postaci Internetu i mamy ideę, dla której warto podziałać.


Jak ci się udało przekonać Zbigniewa Hołdysa, żeby wystąpił na festiwalu Thanks Jimi?


Zbyszek jest inspiratorem wielu działań, wielu ludzi za nim pójdzie, jeśli on się pod tym podpisze. Ja go przekonywałem od paru lat, że powinien tu być i zobaczyć to wszystko, no i w tym roku akurat przyszedł czas i się zmobilizował, żeby przyjechać i zagrać z nami, myślę że też dla niego to było przeżycie, które w nim zostanie na długo.


To już ósma edycja tej imprezy. Jak ty w ogóle na to wpadłeś?


Wiele spraw w moim życiu dzieje się bardzo spontanicznie. Owszem planuję, przygotowuję, ale same pomysły przychodzą nie wiadomo skąd. Dużą inspiracją były tu warsztaty bluesowe Blues Express w Zakrzewie, które prowadziłem jakieś 16 lat temu. Każdy z wykładowców przygotowywał z jednym lub dwoma uczniami coś na koncert finałowy, a ja postanowiłem wziąć wszystkich gitarzystów i zagrać coś razem. Był to dość zwariowany pomysł, zagraliśmy "Hey Joe" i coś tam jeszcze, a była tylko jedna półgodzinna próba. No i to wszystko tak zagrało, to był potężny cios, zwłaszcza że było to w małym klubowym pomieszczeniu. Teraz, gdy na Rynku gramy ten końcowy riff, to robi się poważna wichura, to niesamowite uczucie. Tam, w klubie, była to tylko namiastka...

Wtedy nie myślałem, że to można zrobić na tysiąc gitar, ale coś energetycznego we mnie zostało i powoli kiełkowało. Zagrałem też "Hey Joe" na Przystanku Woodstock, to było chyba siedem czy osiem lat temu, na 10 gitar, zaprosiłem warsztatowiczów z Bolesławca, a potem przyszedł rok 2002, kiedy próbowałem to zrobić we Wrocławiu - niby wszystko było klepnięte, Rynek był zarezerwowany, i na jakieś 10 dni przed imprezą okazało się, że nie ma na to pieniędzy.

Natomiast od 2003 roku zacząłem robić tę imprezę z Krzyśkiem Jakubczakiem - to jest gość, który bierze na siebie całość strony produkcyjnej i technicznej tej imprezy, dzięki temu to się kręci, bardzo dobrze się uzupełniamy. A więc takie są źródła tej imprezy. Pozostał jakiś ślad energetyczny, zakodowana informacja, że może być fajnie, nie trzeba nawet dużo umieć, jeżeli chodzi o granie, wystarczy parę akordów, a już można grać i coś przeżywać.

Ważne, żeby kontakt z muzyką, ze sztuką, z graniem, z instrumentem wiązał się od razu z emocjami, wtedy to zostawia w środku głód czegoś, co nas będzie zawsze inspirować, co nas będzie ciągnąć do tego, żeby siedzieć pół nocy nad paroma dźwiękami tylko po to, aby poczuć sens w tym wszystkim. Nasza wrocławska impreza to daje.


Dla mnie Wrocław jest magicznym miejscem, mieszkałem tu jakiś czas po studiach, które podobnie jak w twoim przypadku nie były studiami muzycznymi, lecz technicznymi. Czy twój syn idzie w twoje ślady, ile ma lat, co robi?


Mój najmłodszy syn Radek, który zaczął grać na Rekordzie, jak miał 12 lat, ma obecnie 20 lat i podobnie jak ty i ja studiuje na Politechnice, no i gra na gitarze, a trochę również śpiewa. Nigdy go do tego specjalnie nie namawiałem. Samo przyszło. Dobrze, że gra oraz że ma tę możliwość i potrzebę grania, bo ja niestety studia zmarnowałem, jeżeli chodzi o granie. Nie sądziłem, że będę kiedyś grał zawodowo.

Ja traktowałem wtedy granie na luzie, zresztą to trochę wynika z tych programów, które są nam zaszczepione w głowie od dziecka, że to jest jakiś niepoważny zawód i nie da się z tego żyć, a w ogóle po co? Być muzykiem? No nie, to niepoważne, prawda? (śmiech). Tak więc te moje studia przeleciały w ogóle bez jakiegoś grania w zespołach. Owszem, czasami sobie brzdąkałem, słuchając nagrań Claptona czy B.B. Kinga w domu. Zaczęło się pod koniec studiów, zagrałem w 1981 roku z CDN-em na Rock Na Wyspie, później zaprosiłem do tego zespołu Pawła Kukiza i zagraliśmy w Jarocinie w 1982 roku. Było to bardzo dobrze przyjęte, ale mimo wszystko nie sądziłem jeszcze, że będzie to mój zawód i w normalnym trybie obroniłem pracę magisterską po wakacjach w 1982 roku.


W którym roku zacząłeś grać na gitarze?


Zacząłem, kiedy byłem małym chłopcem (śmiech), miałem wtedy 12 lat, ale było to granie utworów typu "Dom wschodzącego słońca" i innych kawałków, które wtedy lubiłem. Pamiętam, że już w liceum zacząłem kopiować Santanę i "Sambę Pa Ti" grałem dźwięk w dźwięk. Grałem też Wintera, Hendriksa - zresztą podkreślam zawsze, że kopiowanie solówek i granie razem z nagraniem to chyba najlepsza szkoła grania, ponieważ czuje się wtedy ten cały kontekst i energię kompozycji.

Tabulatura i programy powinny być tylko elementem pomocniczym. Czasami stawia się jako zarzut to, że ktoś kopiuje solówki, a to jest świetna szkoła, jest to też szkoła wrażliwości na dźwięki, na artykulację. Wszystko z czegoś wynika i niekoniecznie  trzeba to analizować mentalnie, trzeba to poczuć, dlaczego tak jest zagrane - to jest droga, żeby potem, grając na scenie, oddać te emocje.


Widziałem, że na scenie grasz na wzmacniaczu firmy Line 6. Co to za piecyk?


Tak, to jest Vetta, pierwsza wersja tego wzmacniacza, gram na tym już 8 lat, od pierwszego rekordu. Bardzo przyzwyczaiłem się do tego pieca. Chociaż czasem stoją obok niego Rivery i różne piece butikowe, to on brzmi bardzo dobrze i nie ma tu jakiejś przepaści - owszem jest różnica w sposobie grania i to mi czasem trochę przeszkadza.

Gdy sobie pogram na dobrym lampowym piecu i potem znów na piecu Vetta, to jednak czuje się, że są to tylko symulacje. Natomiast plusów jest cała masa, na przykład to, że się go stawia i nie trzeba nic więcej podłączać, każdy efekt jest osiągalny pod nogą i on brzmi dobrze zawsze - zarówno po cichu, jak i głośno czy bardzo głośno - sprawdza mi się w każdej sytuacji i w każdym miejscu.

Natomiast ostatnio używam do niego kostkę taBASSco naszej polskiej firmy Exar, która daje gruby drive, którego mi brakuje w tym piecu, bo on tak nosowo brzmi - ma taką górkę nieprzyjemną, z którą już się pogodziłem i nie próbuję jej wycinać equalizerem, bo im więcej się po drodze robi z tym dźwiękiem, tym bardziej się go degraduje.

Ta kosteczka daje mi rzeczywiście takiego grubego brzmienia, to coś zupełnie wyjątkowego, daje dużo możliwości korekcji oraz miksu sygnału przesterowanego i czystego. Można nawet nieco przyciąć dołu, a jednak zostaje tam coś takiego fajnego, brudnego, a z drugiej strony świetnie reaguje, jak się ścisza gitarkę potencjometrem - jest fajna czysta barwa i tutaj można sobie dodawać drive’u z ręki.


Ciągle grasz na gitarze typu Stratocaster?


Najczęściej gram na Stracie Witkowskiego i bardzo przyzwyczaiłem się do tego instrumentu, zresztą jest to gitara wielokrotnie dla mnie modyfikowana. Szukamy z Markiem optymalnego soundu i wymieniamy co jakiś czas korpus, co jakiś czas gryf, tak więc w tej gitarze od lat chyba kilkunastu jest to już czwarty korpus i czwarty gryf - jesteśmy coraz bliżej pewnego optimum, gitara jest świetna artykulacyjnie, jest szybka, co bardzo lubię, i jest taki konkretny atak. Nie ma tego w nowych instrumentach, nawet w Fenderach, może nie będziemy tu wymieniać firm, ale nowe instrumenty zgubiły pewien charakter, który ja sobie cenię, czyli właśnie taki gruby, konkretny atak.


Zawsze podkreślałeś, że czerpałeś wiele z B.B. Kinga, Claptona, Hendriksa, ale czy masz może jakichś nowych idoli, których słuchasz?


Dla mnie zawsze tą bazą wyjściową był blues, B.B. King, Clapton, Winter, Hendrix, poza tym Mike Bloomfield, Peter Green, Mick Taylor i wielu innych gitarzystów - to było to, co wyniosłem z lat 60. i początku 70. Później jednak zaczęły się inne fascynacje, jak np. John McLaughlin, Larry Carlton, Robben Ford, Scott Hendreson, John Scofield... Nie poświęcałem się rozwojowi w tym "jazzującym" kierunku, natomiast gdzieś pod skórą pozostały mi wibracyjne elementy, które każą mi niekiedy spontanicznie pójść za muzyką, która się dzieje, czy pójść za harmonią, którą niekoniecznie analizuję i znam.

Nie analizowałem ich solówek, raczej łapałem klimat tego, jak grają, i to mi gdzieś zostało, tak więc jeśli jest potrzeba pogrania "po czarnych klawiszach", to ja w to idę intuicyjnie, a nie na zasadzie analizowania przewrotów i akordów przejściowych. Pewnie, że wypadałoby ten temat dokładniej poznać, ale są ciekawsze rzeczy do grania i tak naprawdę sztuka jest gdzieś pomiędzy tymi akordami.


Powiedziałeś wcześniej, że zacząłeś śpiewać i widzę, że idziesz konsekwentnie w tę stronę. Czy bierzesz jakieś lekcje emisji głosu?


Od trzech lat próbuję śpiewać, dwukrotnie byłem na kursie SLS-u, byłem także u Tadeusza Konadora, żeby mi trochę ustawił głos, poza tym staram się, choć może nie codziennie, ale jednak robić te ćwiczenia, żeby sobie ustawić barwę, bo moim podstawowym problemem jest barwa. Łatwiej jest ustawić barwę koło trzydziestki, a ja zacząłem śpiewać w wieku lat 49, to trochę późno, ale zawsze podkreślam, że nigdy nie jest za późno, żeby zwariować (śmiech).

Są jednak efekty tego szaleństwa, chociażby wersja "Voodoo Chile" na płycie "Hey Jimi", która jest też na moim ostatnim albumie "The Best of Studio & Live". Śpiewanie na żywo jest dużo trudniejsze, na scenie często słabo się słyszysz, jak śpiewasz, zwłaszcza że z reguły kapela gra głośno, i tak ma być.

W studio była możliwość wykreowania barwy, interpretacji, a potem wybrania najlepszych fragmentów. Tak więc jest to nowa ścieżka w moim życiu, zresztą bardzo inspirująca. Zmieniło mnie to, jeżeli chodzi o bycie na scenie i kontakt z publicznością, czuję się teraz muzykiem i artystą pełniejszym... To, że mam możliwość zaśpiewać choćby tylko kilka utworów w programie, tworzy zupełnie nową jakość. Chcę też zaśpiewać kilka utworów na swojej nowej płycie.

Do jednego z nich Jacek Cygan napisał mi świetny tekst o graniu na gitarze zatytułowany "Sobą gram", dalej w refrenie jest "Sobą gram, życiem gram" - to jest naprawdę o mnie. Sposób, w jaki funkcjonuje się w rzeczywistości, ma duże przełożenie na granie i czasami jest wręcz odzwierciedleniem tego, co się czuje. Śpiewanie jeszcze bardziej, bo to sprawa ogromnie uzależniona od stanu emocjonalnego, więc trzeba dużego warsztatu, aby uniezależnić się od stresu czy zmęczenia, które przecież tak często towarzyszy nam na trasie.

Robert Lewandowski

Zaklęty krąg Cugowscy

Krzysztof Cugowski jest na polskiej rockowej scenie od zawsze, zaś jego dwaj synowie Piotr i Wojciech od prawie zawsze, ale po raz pierwszy wspólnie...Gramy dalej

8 /10
Atoma Dark Tranquillity

Giganci szwedzkiej sceny melodyjnego death metalu od blisko piętnastu lat nie splamili się słabym wydawnictwem.

Gramy dalej

9 /10
CETI ocena 9
Snakes of Eden
Gatunek: Heavy metal
Green Day ocena 8
Revolution Radio
Gatunek: Pop punk
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Zobacz wszystkie