Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / George Benson

George Benson

George Benson to wybitny amerykański piosenkarz i kompozytor, jeden z najwybitniejszych gitarzystów jazzowych w historii muzyki. Wystarczy wspomnieć, że w swojej długoletniej karierze artysta nagrał ponad 50 albumów...

George Benson ma na swoim koncie niejedną platynową płytę i niezliczoną liczbę nagród: między innymi 10 nagród Grammy i wyróżnienie NEA Jazz Masters 2009 za całokształt twórczości. Jego kariera trwa już ponad 30 lat. Dla miłośników jazzu jest on gwiazdą numer jeden, czyli kimś takim jak Eric Clapton lub Jimi Hendrix dla fanów rocka. Z artystą spotykamy się w Londynie, gdzie muzyk ma promować swoją nową płytę zatytułowaną "Classic Love Songs". Chcemy także porozmawiać o drugiej produkcji gitarzysty, która ukazuje się niemal jednocześnie - "Songs And Stories". To zaszczyt móc poznać kogoś, kto pomimo wielkiego sukcesu i uwielbienia fanów na całym świecie pozostaje skromny, a przede wszystkim bezgranicznie oddany gitarze.

Opowiedz nam o swojej nowej składance "Classic Love Songs". Czym kierowałeś się przy wyborze utworów na tę płytę?


Cieszę się, że w tym przypadku zadzwoniono do mnie wcześniej z wytwórni, żeby się skonsultować w kwestii wyboru utworów. Tworząc tę składankę miałem świadomość tego, że jedne piosenki reprezentują mnie lepiej niż inne. Niektóre utwory wybrałem, kierując się ich walorami artystycznymi i muzycznymi, a inne zaś dlatego, że ich nagrywanie sprawiło mi dużą przyjemność. Jeszcze inne są po prostu bardzo romantyczne, a wiadomo, że coś, co łapie za serce, dłużej pozostaje w ludzkiej pamięci.

W takiej składance przebojów, jak ta, z pewnością liczy się bardziej wartość sentymentalna utworów i to, czy da się do nich potańczyć. Jest to na pewno ważniejsze niż wartość artystyczna. Jednak mimo to bardzo zależało mi na tym, żeby umieścić w niej też kilka ambitniejszych kompozycji. W kilku piosenkach mogłem też wykazać się grą techniczną. Myślę więc, że na ten krążek wybrałem dobre utwory. Mogę też powiedzieć, że tak właśnie powinna wyglądać współpraca z wytwórniami płytowymi (śmiech).


Który gatunek jest ci bliższy: jazz czy R&B?


Uważam się przede wszystkim za artystę z kręgu muzyki R&B. W swoim życiu przesłuchałem chyba wszystko, co muzycznie mieści się w tych kategoriach. Na wczesnym etapie swojej kariery grałem tylko R&B, dopiero później zacząłem interesować się jazzem i jazzowymi improwizacjami, które były dla mnie sporym wyzwaniem. I wciąż są! Na mojej płycie "Songs And Stories", która właśnie się ukazuje, słychać to o wiele wyraźniej, bo to coś zupełnie nowego, no i bo to zupełnie nowe przedsięwzięcie.

Znalazł się na niej bardzo zróżnicowany materiał oraz dużo ciekawych partii gitarowych - nie są to może rzeczy grane w zabójczym tempie, ale na pewno są wyzwaniem pod względem harmonicznym. Przecież sięgnąłem po piosenki, które były nagrywane przez innych uznanych artystów, musiałem więc zaproponować je w nowym, równie ciekawym wydaniu.


Do nagrania płyty "Songs And Stories" zaprosiłeś kilku innych muzyków. Uważasz, że wymiana pomysłów między muzykami jest cennym doświadczeniem?


Cóż, wielu artystów przyznaje, że byłem dla nich inspiracją. Usłyszałem to między innymi od Earla Klugha, a przy okazji nagrywania tej płyty powiedział mi to także Norman Brown, który sam jest wybitnie utalentowanym gitarzystą i ma wielu wiernych fanów. Ja też sporo czerpię od moich kolegów. Podoba mi się sama idea współpracy między muzykami, którzy ze sobą nie rywalizują, lecz wręcz przeciwnie - są dla siebie nawzajem inspiracją. Dzięki temu może narodzić się lepsza jakość.

To jest właśnie wyzwanie - schować swoje ego do kieszeni. Ponieważ Norman był gościem na mojej płycie, chciałem, żeby nagrał naprawdę efektowne partie. Nie miałem zamiaru zachować dla siebie samych najlepszych kąsków tylko dlatego, że to moja płyta. Jesteśmy na tyle dobrymi przyjaciółmi, że on mógł mi całkowicie zaufać w tej kwestii. Bardzo podobają mi się partie, które nagrał, jego styl jest absolutnie wyjątkowy.


Mówisz o tym, jaki wpływ wywarłeś na innych muzyków. A czy uważasz, że twoja twórczość mogła mieć wpływ na całe gatunki muzyczne? Weźmy na przykład gypsy jazz...


Tak, masz rację. Nigdy nie przypuszczałem, że będę się cieszył takim szacunkiem i uznaniem wśród artystów z kręgu gypsy jazzu. Jest ich całkiem sporo i niektórzy z nich są naprawdę dobrzy, chociaż do tej pory nie pojawił się żaden lepszy gitarzysta od Django Reinhardta. On wprowadził grę na gitarze na niesłychanie wysoki poziom, przekraczając wszelkie granice wyobraźni. Na pytanie: "kogo uważam za najlepszego gitarzystę?", zawsze odpowiadałem tak samo: "facet dysponujący tylko dwoma sprawnymi palcami!". Grał najszybciej, był najbardziej kreatywny, miał niesamowite poczucie rytmu, potrafił tworzyć niewiarygodnie dopracowane frazy. Był też dobry w komponowaniu. Każdy gitarzysta marzy, żeby grać tak jak on.

Jeśli twoje nazwisko zostanie wymienione obok jego nazwiska, to jest to prawdziwy zaszczyt. Kiedy inni gitarzyści zaczynają mnie do niego porównywać, czuję się trochę nieswojo. Nie zasługuję na to. Wracając do gypsy jazzu... Sporo przebywałem w towarzystwie gitarzystów poruszających się w tym gatunku i muszę przyznać, że wszyscy oni mają jedną wspólną cechę: są głęboko zafascynowani grą na skrzypcach, a co za tym idzie - przywiązują dużą wagę do kwestii artykulacyjnych, przede wszystkim do techniki wibrato. Nie ma w tym nic dziwnego, w końcu odpowiednie wibrato jest nieodzownym elementem gry na skrzypcach.

Dźwięki wydobywane z tego instrumentu mogą stać się całkowicie pozbawione życia i brzmieć beznamiętnie, jeśli nie urozmaici się ich pięknym wibrato. Łatwo też sprawić, żeby wszystkie nuty brzmiały tak samo, czyli po prostu bez wyrazu. Wciąż próbuję zrozumieć, dlaczego to właśnie gitarzyści z kręgu gypsy jazzu tak bardzo zachwycają się moją muzyką...


Może fascynuje ich witalność i radość płynąca z twojej gry? A może podoba im się to, że bawisz się muzyką, tak jak to robił Django?


Rzeczywiście, może masz rację. Ja to nazywam kontrolowanym luzem. Django miał w sobie właśnie taki kontrolowany luz. Zaraz wyjaśnię, o co chodzi. Wszystko zaczęło się od Andrésa Segovii. Usłyszałem kiedyś, że popełnił błąd w jednym utworze. Co ciekawe, miało to miejsce nie podczas publicznego występu, lecz na płycie. Byłem dość młody i wydawało mi się, że ktoś tak znany nie może popełniać błędów, a w dodatku umieszczać je na płycie! Dało mi to do myślenia. Doszedłem do wniosku, że skoro ktoś takiego formatu jak Segovia może popełnić błąd, to co dopiero ja!

Od tamtej pory przestałem się martwić błędami. Później oglądałem w telewizji jego lekcje gry. Jego uczeń miał za zadanie ćwiczyć grę w domu, po czym pojawił się po tygodniu w studiu do oceny. Segovia skomentował jego grę następującymi słowami: "Zrób sobie tydzień wolnego od gitary i popatrz w oczy jakiejś pięknej seniority. Potem przyjdź tu do mnie do studia i zagraj mi to samo jeszcze raz". Myślę, że w tym jednym zdaniu mieści się cała jego mądrość.


Jaka nauka płynęła dla ciebie z tych słów?


Swoją grą trzeba coś wyrażać. Sama technika nie wystarczy - gitarzystów technicznych mamy dziś na pęczki. Niektórzy z nich swoją techniką przestraszyliby pewnie samego Django! Według mnie muzyka powinna tworzyć jakąś opowieść, powinna zostawiać w nas trwalszy ślad, powinna budować klimat. Kiedyś technika zupełnie się dla mnie nie liczyła. Nagrywając dla wytwórni CTI (w latach 1971-1983), nie miałem pojęcia, czym zajmuje się reszta świata, bo całymi dniami pracowałem, ćwiczyłem i koncertowałem.

Wkrótce zacząłem słyszeć od różnych osób opinie, że to, co robię, jest inne. Ludzie byli wręcz zachwyceni moją grą, chociaż ja sam nie czułem, żebym osiągnął szczyty swych możliwości. Byłem więc w szoku! Teraz, gdy po latach słucham tych płyt, jestem mocno zaskoczony. Zastanawiam się, jak to możliwe, że grałem takie rzeczy. Skąd ja miałem takie pomysły? I dlaczego grałem z taką nonszalancją i z takim luzem? Miałem wtedy spore braki techniczne i w ogóle się tym nie przejmowałem. Skróciłem sobie na przykład trzy akordy jakby nigdy nic, ale za to zagrałem je przekonująco. Moja gra coś wyrażała.


Czy uważasz, że twoje umiejętności wokalne pomogły ci w grze na gitarze? A może było odwrotnie?


Myślę, że jedno jest dopełnieniem drugiego. Kiedy mam pomysł na piosenkę, a nie mam przy sobie gitary, to i tak wyobrażam sobie, że gram ją właśnie na tym instrumencie. W głowie gram ten kawałek zaaranżowany na gitarę i jeśli trzeba, poprawiam melodię, pracuję nad harmoniami. Kiedy wyobrażę sobie, że gram daną melodię na gitarze, to po prostu szybko ją zapamiętuję. To działa również w drugą stronę - śpiewanie pomaga mi grać na gitarze w tym sensie, że mogę lepiej skupić się na melodii. W grze Charliego Parkera najbardziej podobało mi się, że bez względu na to, co grał, zawsze można było zanucić jego piosenkę. Marzyłem, żeby grać tak jak on. To samo odnosi się do Django - melodia była u niego na pierwszym miejscu.


W jakim stopniu twoja gra jest intuicyjna, a w jakim stopniu opierasz ją w sposób świadomy na znajomości harmonii?


Zauważyłem, że im mniej myślę o muzyce w kategoriach rozwiązań harmonicznych, tym bardziej melodyjna staje się moja gra. Kiedy nie staram się na siłę czegoś zrobić, efekt jest dużo lepszy. Owszem są momenty, kiedy pewne fragmenty trzeba ubarwić jakąś efektowną zagrywką, dodać coś wcześniej wyćwiczonego - w takich przypadkach znajomość harmonii i techniki jest nieodzowna. Najczęściej jednak staram się wymyślać rzeczy, których wcześniej nie grałem, coś, co zadziała w danym przypadku i nie odbierze piosence jej oryginalnego charakteru.

Jeśli człowiek zbytnio koncentruje się tylko na jednym fragmencie utworu, wtedy nie wpływa to korzystnie na całą kompozycję. Trzeba zbudować zwartą opowieść, i to zarówno pod względem harmonicznym, jak i rytmicznym. Pisanie piosenki zaczynam od głównego motywu, a więc od podmiotu. Potem zastanawiam się, jak o tym opowiedzieć. Przedstawiam odpowiednio sprawę, by następnie przejść do pewnego rodzaju punktu kulminacyjnego. Potem staram się wyciszyć utwór i zgrabnie go zakończyć, żeby pozostawić u słuchaczy pewien niedosyt.


Co robisz, żeby utrzymać się w tak dobrej formie?


Więcej ćwiczę w domu niż gdy jestem w trasie, bo grając koncerty w ramach tournée, praktycznie codziennie odbywam też i próby. Jeśli chodzi o nowe rzeczy i pomysły, to zajmuję się nimi wtedy, kiedy ćwiczę w domu sam. Gram praktycznie codziennie. Czasem biorę gitarę do ręki zupełnie bezwiednie - nagle zdaję sobie sprawę, że mam w ręku gitarę, a jest dopiero siódma rano! Ale już taki styl życia sobie wybrałem, gitara w ręku działa na mnie uspokajająco. Kiedy tworzę coś nowego, to czuję się, jakbym odkrywał coś ważnego lub jakbym podbijał cały świat.

Można powiedzieć, że gitara jest bardzo wygodnym instrumentem. Jeśli grasz na gitarze, która nie do końca ci się podoba, możesz zawsze sięgnąć po inny model, który w danej chwili do ciebie przemówi. Właśnie ta swoboda jest dla mnie niezwykle cenna. Jestem w bardzo bliskiej przyjaźni z moimi gitarami. Znam je bardzo dobrze i wiem, czego mogę się po nich spodziewać. Każda jest inna, każda jest niepowtarzalna. Wiem, jak w pełni wykorzystać potencjał wszystkich swoich instrumentów.


Sygnowany twoim nazwiskiem Ibanez towarzyszy ci od wielu lat. Kiedy zaczęła się ta przyjaźń?


Niech pomyślę... Współpracę z Ibanezem rozpocząłem w 1977 roku, a pierwszą gitarę wyprodukowali dla mnie w 1978 roku. Wychodzi więc na to, że mam ją od trzydziestu dwóch lat!


A co ze strunami flatwound?


Rzeczywiście lubię struny typu flatwound. W moim Ibanezie mam komplet .014", podczas gdy w tych gitarach z reguły zakłada się .013". W dzisiejszych czasach gitarzyści jazzowi grają z większą energią niż 30-40 lat temu, kiedy dominowały bardziej stonowane dźwięki, dlatego obecnie istnieje potrzeba stosowania grubszych strun. Muszę przyznać, że struny .013" również są dobre, ponieważ umożliwiają łatwiejsze wykonywanie podciągnięć oraz wibrato, czego już nie można powiedzieć o .014".


Na jakich grasz wzmacniaczach?


Używam wzmacniacza Polytone Mini-Brute. Wcześniej grałem na modelu tej samej firmy o nazwie 104, który był wyposażony w dwa 12-calowe głośniki. Właśnie tego sprzętu użyłem na płycie "Breezin’". Potem doszedłem do wniosku, że chcę mieć jeden głośnik po każdej stronie sceny, dlatego przerzuciłem się na model Mini-Brute. Mamy więc dwie dwunastki, po jednej na stronie. To rozwiązanie sprawdza się doskonale, ale mimo wszystko pracuję nad uzupełnieniem tego zestawu o wzmacniacz Fender Twin, który oferuje odpowiednią moc i doskonałą emisję dźwięku praktycznie w każdym miejscu sceny. Połączenie tych dwóch urządzeń daje mi wszystko, czego potrzebuję.


Jesteś już stałym gościem w jazzowych klubach nowojorskich. Siedzisz, słuchasz muzyki, pogwizdujesz. Czy do tych klubów chodzisz po prostu dla przyjemności, czy czerpiesz coś dla siebie z tych doświadczeń?


Chodzę tam, bo chcę być na bieżąco. W Nowym Jorku naprawdę dużo się dzieje. Tu nie przyjeżdżają byle jacy artyści, tylko muzycy, którzy coś sobą reprezentują i chcą swój talent pokazać światu. Poza tym jest tu około dwóch tysięcy wytwórni płytowych. Przynajmniej tyle było kiedyś i nie wiem, jak jest teraz. Ponieważ na każdym rogu jest klub, to nietrudno trafić na ciekawe koncerty. Czasami wywierają one na mnie naprawdę duże wrażenie. Zdarza się też, że muzycy zapraszają mnie na scenę i wtedy sobie jammujemy kilka godzin bez przerwy.

Ludzie szaleją, atmosfera aż się gotuje - to jest po prostu niesamowite doświadczenie. Czasem spotykam się z takimi artystami, jak McCoy Tyner, Gary Burton czy Chic Corea, a czasem również z nimi gram. Jak chcesz usłyszeć prawdziwą dojrzałość harmoniczną powstającą w wyniku spotkania muzyków tej klasy co oni, to powinieneś wybrać się na ich występ. Oni grają tak, jakby malowali obraz, a ja mogę sobie wybrać jakiś kolor i namalować swój fragment tam, gdzie chcę. To wyjątkowy zespół, ich muzyka jest pokarmem dla mojej duszy, bardzo mnie inspiruje i nie pozwala mi stracić czujności. Kiedy wracam do domu po takim wieczorze i biorę do ręki gitarę, mam głowę pełną pomysłów.

Bardzo dużo daje mi słuchanie gry innych - po takim doświadczeniu bardziej świeżo podchodzę do gry, jakby to był nowy początek. To niezwykle cenne doświadczenie i polecam je wszystkim gitarzystom. Trzeba wychodzić do ludzi i słuchać, jak grają, albo robić to razem z nimi. Jeśli dzięki temu przyjdzie do głowy choćby tylko jeden pomysł, to znaczy, że naprawdę było warto.


John Wheatcroft

Snakes of Eden CETI

Dwa lata po znakomitym albumie "Brutus Syndrome" CETI powraca z kolejnym mocnym uderzeniem zatytułowanym "Snakes Of Eden".

Gramy dalej

9 /10
Revolution Radio Green Day

Green Day jaki jest, każdy widzi (a właściwie słyszy).

Gramy dalej

8 /10
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Ghost ocena 9
Popestar
Gatunek: Heavy metal
Breaking Habits
Gatunek: Rock
Zobacz wszystkie