Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Krzysztof Siryk i Robert Węgrzyn (Ciryam)

Krzysztof Siryk i Robert Węgrzyn (Ciryam)

Rozmawiamy z dwoma gitarzystami grupy Ciryam - Krzysztofem Sirykiem i Robertem Węgrzynem. Obecnie formacja ta intensywnie koncertuje i jednocześnie pracuje nad swym nowym krążkiem...

W jaki sposób zaczęliście swoją przygodę z gitarą?


Na początek dziękuję za zaproszenie do rozmowy i pozdrawiam wszystkich, którzy chcą poświęcić swój czas na przeczytanie o tym, co ma do powiedzenia nieznany szarpidrut z Podkarpacia. Wracając do pytania, muszę stwierdzić, że od kiedy pamiętam, muzyka zawsze mnie fascynowała, a z jakiegoś niewyjaśnionego powodu zwróciłem najbardziej uwagę na coś, co Bóg stworzył dnia ósmego, czyli gitarę. Teraz zdaję sobie sprawę z tego, że ten instrument ma w sobie to coś. Jest wyjątkowy, jest bardzo sexy dla kobiet i jest atrybutem męskości dla facetów. Daje poczucie siły i niezależności. Jest też narzędziem mojej pasji. W domu mieliśmy jakiegoś (wątpliwej jakości) akustyka, brat pokazał mi pierwsze chwyty - oczywiście najtrudniejsze były dla mnie akordy barowe - i potem zacząłem je wykorzystywać przy rozszyfrowywaniu akordów piosenek, których słuchałem ze starych płyt winylowych. Ale wcześniej pamiętam, że kolega brata zostawił u nas w domu swoją gitarę elektryczną, jakąś okropną podróbkę Stratocastera, która jednakże była wtedy dla mnie czymś magicznym, czymś tak kuszącym, że nie mogłem się powstrzymać, by nie spróbować, i ośmieliłem się do niej dobrać. I tak się wciągnąłem w to brzdąkanie, wyobrażając sobie przy tym, że jestem Janem Borysewiczem, że aż urwałem strunę. Upiekło mi się, ale uczucie podekscytowania zostało na znacznie dłużej. O ile mnie pamięć nie myli, było to mniej więcej wtedy, kiedy miałem jakieś pięć lat. Potem były lata doświadczeń, prób i błędów w lokalnych zespołach.

Hmm..., kiedy to dokładnie było, sam nie wiem, ale jedno jest pewne - ten instrument mnie po prostu fascynuje pod każdym względem, i to nie tylko brzmieniowo-technicznym, ale i estetycznym, to konkretne męskie narzędzie, które potrafi dobrze przyłożyć i miło utulić, a zarazem przyciąga... Moja przygoda z muzyką w ogóle zaczęła się już we wczesnym dzieciństwie, gdy na magnetofonach szpulowych na okrągło płynęły z głośników dźwięki Niemena, Skaldów, Maanamu, Bajmu, Budki Suflera, Trubadurów itd. To, czego słuchano w domu, siłą rzeczy gdzieś w podświadomości mocno utkwiło. Dalsza chęć przelania emocji i zrobienia czegoś więcej niż tylko odsłuchiwanie spowodowały, że sięgnąłem po instrument, a w konsekwencji założyłem zespół.

Czy pamiętacie jakiś moment przełomowy, który zmienił wasze podejście do życia i gry na instrumencie?


Było ich parę, ale jakoś nic konkretnego nie przychodzi mi w tej chwili do głowy. Z pewnością były to momenty, gdy zdawałem sobie z czegoś sprawę, na przykład ze swojego gitarowego progresu, albo gdy docierały do mnie prawdy o życiu mówiące, że jak wsadzisz rękę do ognia, to się sparzysz (śmiech). Zgodnie z zasadą, by zawsze otaczać się ludźmi mądrzejszymi od siebie, we wczesnych latach gitarowego szaleństwa dobrą szkołą było podpatrywanie starszych i lepszych kolegów gitarzystów. Wtedy nagle uświadamiałem sobie, że wszystkie solówki, które odtwarzane z kasety wydawały mi się nie do zagrania, w momencie stawały się dla mnie proste jak drut. To były pocieszające i mobilizujące doświadczenia.

Dla mnie muzycznym momentem przełomowym był zdecydowanie mój pierwszy koncert obejrzany na żywo, na który zabrali mnie rodzice, kiedy za oknami jeszcze wirował postkomunizm (śmiech). To był koncert grupy Skaldowie w ówczesnym Domu Górnika, na którym poczułem wielką chęć tworzenia...

Jakie macie najlepsze i najgorsze wspomnienie z grania na scenie i w studiu?


Hmm..., parę lat temu, gdy nagrywałem solo do utworu "Human Error" na płycie "Darkstricken", przeżyłem bardzo miłe chwile. Było to pierwsze solo, które wykonywałem podczas tamtej sesji. Byłem bardzo podekscytowany i wykorzystałem to. Zagrałem swoją partię solową wręcz koncertowo, bardzo naturalnie i bez wpadki. Zrobiłem tylko drobną kosmetykę w jednym czy dwóch miejscach. Byłem z siebie bardzo zadowolony. Teraz, słuchając tego, nie czuję już takiej wielkiej euforii, ale nadal mi się podoba. Z drugiej strony, praca w studiu nad materiałem potrafi być czasem bardzo nużąca, zwłaszcza gdy przedmioty martwe odmawiają posłuszeństwa. Pewnego razu na scenie, bodajże w Rzeszowie, długie włosy basisty Łukasza zaplątały się w gryf mojej gitary. Już myślałem, że trzeba je będzie obcinać (śmiech). Więcej grzechów nie pamiętam...

Staram się nie skupiać i nie roztrząsać negatywnych wspomnień, nie oglądam się za siebie, zawsze patrzę dalej, myślę pozytywnie i nie wspominam tego, co złe, tylko to, co dobre. A miłych wspomnień jest mnóstwo, każda praca w studiu przy nowym "dziecku" (czyli albumie), każdy zagrany koncert, kontakt z publicznością, brawa, emocje - to wszystko buduje momenty, chwile, które są nie do zapomnienia i nie do opisania.

W jaki sposób ćwiczycie?


Dawniej siedziałem, rozpracowując całymi godzinami riffy i solówki z taśmy ze słuchu, powtarzając swe próby do momentu, aż naiwnie wydawało mi się, że już gram jak moi mistrzowie. Potem traktowałem to jako ćwiczenie, przechodząc do kolejnych motywów. Pewnego dnia odkryłem, że jest coś takiego jak szkółki na gitarę i tabulatury do ćwiczenia różnych technik i skal. Sięgnięcie po nie sporo mi pomogło. Teraz najczęściej jammuję sobie, wykorzystując to wszystko, czego się nauczyłem do eksplorowania nowych rejonów tej wielkiej sztuki. Oczywiście do efektywnego ćwiczenia potrzebna jest odpowiednia rozgrzewka.

Oprócz prób z całą grupą staram się w każdej wolnej chwili trochę pograć i poćwiczyć indywidualnie - wiadomo, rozgrzewka i ćwiczenie. W związku z tym, że w zespole pełnię jeszcze jedną, bardzo absorbującą rolę managera, mój czas jest ograniczony, a zatem skupiam się przede wszystkim na komponowaniu nowych melodii, natomiast prace nad solówkami zostawiam gitarzyście solowemu.

Jak scharakteryzowalibyście swój styl gry?


Często się nad tym zastanawiałem, jednak najlepiej odpowiedzą na to pytanie słuchacze. Osobiście najczęściej przychodzi mi na myśl określenie "emocjonalny" lub "uduchowiony". W moich dźwiękach można wyczuć przede wszystkim nutkę nostalgii i melancholii. Na pewno będzie to zauważalne w muzyce mojego innego progresywnego projektu muzycznego o nazwie "Soundscape". Sesja nagraniowa zbliża się już wielkimi krokami. Do takiego wniosku dochodzę, słysząc, jak z mojej gitary wydobywa się długa, ciągnąca się spokojna nuta, za którą rozpościera się welon mistycznego echa, nuta, która w parze z interesującym akordem daje nastrój molowy lub inne ciekawe harmonie. Z drugiej jednak strony natura mojego brzmienia jest dość szalona. Zamaszyste wibrato, mięsisty riff - to coś, co lubię. Energetyczne piski a la Zakk Wylde, używanie tremolo również nie jest mi obce. Bardziej stawiam na żywioł niż na muzyczną matematykę i wyliczanie każdej nutki. Najważniejsza jest dla mnie melodia. Jak widać, każdy medal ma dwie strony.

Przede wszystkim zapraszam do odsłuchania dokonań Ciryam. Jestem gitarzystą rytmicznym, uwielbiam ciężkie riffy w nieszablonowych rytmach, ale bardzo podchodzą mi też akustyczne igraszki. Lubię zarówno energię, jak i delikatność...

Którzy gitarzyści wywarli na was największy wpływ?


Och, znalazłoby się paru. Jako że wychowałem się na takim jednym zespole, co się nazywa Metallica, to rzekłbym, że moją pierwszą i dość ważną inspiracją był Kirk Hammett. Chwilami aż trudno mi się od niego uwolnić (śmiech). To jest pewnego rodzaju natręctwo. Moim mistrzem numer jeden jest (i chyba już pozostanie aż do grobowej deski) Steve Vai. Fenomen jego geniuszu jest dla mnie nie do ogarnięcia. On w najwspanialszy, znany mi sposób, za pomocą gitary przekazuje bardzo mocne i wyraziste emocje oraz dźwięki z otaczającego nas świata rzeczywistego bądź wewnętrznego. Jego "Passion And Warfare" rzucił mnie kiedyś dosłownie na kolana. Także "The Extremist" Joe Satrianiego odbił swoje piętno na moim umyśle pod względem pojmowania przepięknych, prostych i goszczących w głowie słuchacza na bardzo długo melodii. Zakk Wylde także jest bardzo ważny w mojej gitarowej edukacji - jego metoda na charakterystyczny riff i piski; a sięgając dalej - riffy Tony’ego Iommiego oraz Jeffa Loomisa czy Mikaela Akerfeldta również miały na mnie duży wpływ. Steve’a Morse’a może i nie słychać w mojej grze, ale za każdym razem, gdy go słucham, po raz kolejny myślę o tym, jak mało jeszcze potrafię (śmiech). Pat Metheny kiedyś na warszawskim Torwarze zagrał tak wspaniałe solo, że wywołane przez nie cudowne duchowe uczucie jest po prostu nie do opisania. Miód na uszy i duszę. Dorzuciłbym jeszcze niejakiego Edwarda Van Halena za tapping, ale nadal jego gra jest jeszcze długo, długo, dłuuuugo poza moim zasięgiem (śmiech). Ach, nie wybaczyłbym sobie, gdybym nie wspomniał o Martym Friedmanie i Ericu Johnsonie. Wymieniłbym jeszcze wielu, których cenię i którzy są po prostu niesamowici, ale ci powyżsi chyba wywarli na mnie największy wpływ, jak sądzę.

Z pewnością jest ich kilku lub nawet kilkunastu. W zasadzie nie mam swojego ulubionego bądź jedynego wzorca, lubię bowiem grę wielu gitarzystów i niekoniecznie solowych. Dla mnie ważne jest brzmienie, pomysł na muzykę i jej wykonanie, nie muszą to być wirtuozowskie sztuczki, ale przede wszystkim musi być melodia.

Porozmawiajmy o sprzęcie. Na jakich gracie gitarach?


Mam robioną na zamówienie 24-progową gitarę Malinek - dla niektórych znajoma nazwa. Jest bardzo ciężka - mahoń, palisandrowa podstrunnica, progi jumbo, długi sustain. Wspaniale gada. Przy mostku EMG-81, a przy gryfie humbucker, którego nazwy sobie za Chiny nie przypomnę, musi to być jakaś mało znana marka, ale clean, jaki sobie ustawiam w połączeniu z moim wzmacniaczem, to sam David Gilmour mógłby mi pozazdrościć! Do tego Floyd Rose. Nigdy nie sprzedam tej gitary! Używam strun zazwyczaj firmy D’Addario. Marzy mi się Paul Reed Smith w kolorze miodowym (śmiech), a do tego gitara akustyczna z najwyższej półki o zacnym, szlachetnym brzmieniu. Zauważyłem, że najlepiej mi się komponuje, grając na akustyku, ponieważ wtedy mogę dostrzec szczere, najprawdziwsze zalety swoich perełek. To taki powrót do korzeni, gdzie człowiek zdaje sobie sprawę z tego, o co tak naprawdę chodzi w tym cały bluesie i rock’n’rollu. Na nowej płycie Ciryam postaram się przemycić co nieco z akustycznych brzmień.

Przewinąłem już kilka modeli, obecnie gram na Gibsonie Les Paulu Studio oraz na Setiusie firmy Mayones - gitarze wykonanej specjalnie na moje indywidualne potrzeby, a co do akustycznych wojaży, to używam elektroakustyka marki Ibanez. I to by było na tyle w tym temacie.

A co powiecie o wzmacniaczach?


Wzmacniacze są niewątpliwie ważnym elementem rockowej sztuki (śmiech). Gram na również robionym na zamówienie Kiselu. On jest pod przester, a clean jest z Marshalla. Nieźle brzmi. Do tego paka Laboga z głośnikami Celestion V30. Planuję także zainwestować w sprzęt marki Orange. Brzmienie headów tej firmy to coś, co chcę wypróbować. Nadal poszukuję swojego ustawienia.

No cóż, docelowo używam zestawu, w skład którego wchodzą: trzykanałowy head Mesa Boogie, a do tego paczka 2×12", oczywiście Mesy na głośnikach Celestion Vintage 30 - jest to mój ulubiony zestaw, chociaż nie ukrywam, że gdzieś mi w głowie szumi (dla próby i porównania) Orange oraz Diesel.

A efekty?


Zaopatrzyłem się w multiefekt Line 6 PODxt Live. Prawdę mówiąc, mam w nim wszystko, czego potrzebuję. Ale niewykluczone, że kiedyś to zmienię na jakieś rackowe cacka lub po prostu kostkę. Do tego najlepszy moim zdaniem jest efekt Wah-Wah Dunlop Cry Baby. Nie potrzebuję wiele machinerii do realizowania swoich pomysłów. Efekty mają służyć muzykowi, a nie przeszkadzać mu w graniu.

Do zestawu Mesy wykorzystuję jeszcze analogi Bossa: bramkę szumów, delaya oraz tuner. W domowym zaciszu korzystam z "nerki", czyli POD-a, oraz dedykowanego pedalboardu. Jestem również zdania, że co za dużo to niezdrowo, w domu owszem można podłubać, ale na koncertach i próbach ma być konkret.

Jakie rady dalibyście młodym gitarzystom?


Przede wszystkim trzeba chcieć i mieć pasję do grania. Jak ze wszystkim. Dużo samozaparcia, trzeba po prostu kochać to, co się robi, i nie zapominać, z jakiego powodu sięgnęło się po gitarę. No i ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. Wypracować technikę, która pozwoli na uwydatnienie tego, co się chce słuchaczom przekazać. A potem to przydałoby się mieć jeszcze trochę szczęścia. Ale moim zdaniem uwagę słuchaczy najbardziej przyciąga oryginalność. Owszem to nie jest łatwe, a czasami nawet nieosiągalne. Ale to najważniejsza rzecz, o której powinien pamiętać każdy szanujący siebie i słuchaczy artysta. Jeśli za tym idą jeszcze walory artystyczne wysokich lotów, to cóż więcej potrzeba?

Jednym z moich stałych ulubionych powiedzeń jest: chcieć to móc. Poza tym próby, ćwiczenia, i tak w kółko - potrzeba dużo samozaparcia, a każdy mały czy duży sukces powoli będzie przybliżał marzenia.

Nad czym aktualnie pracujecie?

Aktualnie pracujemy nad nowym materiałem i do tego w nowym składzie, a zatem Ciryam ulegnie z pewnością pod względem muzycznym pewnemu przeobrażeniu, miejmy więc nadzieję, że będzie zaskakująco i ciekawie. A tymczasem szczerze zachęcam do sięgnięcia po nasz album "Człowiek motyl", który istnieje na rynku od połowy roku 2008 - jest tam duża dawka różnorodności stylistycznej Ciryam. Oczywiście muszę wspomnieć o nowym wizerunku naszego zespołu - kontrakty ze znanymi w środowisku, i nie tylko, sklepami: Restyle.pl, RockMetalShop oraz Naszywki.com.pl. Namiastkę naszego wizerunku zobaczycie powyżej, a więcej - na oficjalnych serwisach Ciryam: www.ciryam.pl. Serdecznie zapraszamy do odwiedzenia naszej strony internetowej oraz na nasze koncerty.

Kamil Ursynowicz

Bad Vibrations A Day To Remember

Amerykanie zbyt długo kazali czekać na swój nowy album.

Gramy dalej

8 /10
The Devil Strikes Again Rage

Giganci niemieckiego heavy powracają z nowym krążkiem, w mocno odświeżonym składzie.

Gramy dalej

8 /10
Big Jesus ocena 5
Oneiric
Gatunek: Alternative rock
Divine Touch
Gatunek: Melodic death metal
Intruder
Gatunek: New wave
Zobacz wszystkie