Na początek dziękuję za zaproszenie do rozmowy i pozdrawiam wszystkich, którzy chcą poświęcić swój czas na przeczytanie o tym, co ma do powiedzenia nieznany szarpidrut z Podkarpacia. Wracając do pytania, muszę stwierdzić, że od kiedy pamiętam, muzyka zawsze mnie fascynowała, a z jakiegoś niewyjaśnionego powodu zwróciłem najbardziej uwagę na coś, co Bóg stworzył dnia ósmego, czyli gitarę. Teraz zdaję sobie sprawę z tego, że ten instrument ma w sobie to coś. Jest wyjątkowy, jest bardzo sexy dla kobiet i jest atrybutem męskości dla facetów. Daje poczucie siły i niezależności. Jest też narzędziem mojej pasji. W domu mieliśmy jakiegoś (wątpliwej jakości) akustyka, brat pokazał mi pierwsze chwyty - oczywiście najtrudniejsze były dla mnie akordy barowe - i potem zacząłem je wykorzystywać przy rozszyfrowywaniu akordów piosenek, których słuchałem ze starych płyt winylowych. Ale wcześniej pamiętam, że kolega brata zostawił u nas w domu swoją gitarę elektryczną, jakąś okropną podróbkę Stratocastera, która jednakże była wtedy dla mnie czymś magicznym, czymś tak kuszącym, że nie mogłem się powstrzymać, by nie spróbować, i ośmieliłem się do niej dobrać. I tak się wciągnąłem w to brzdąkanie, wyobrażając sobie przy tym, że jestem Janem Borysewiczem, że aż urwałem strunę. Upiekło mi się, ale uczucie podekscytowania zostało na znacznie dłużej. O ile mnie pamięć nie myli, było to mniej więcej wtedy, kiedy miałem jakieś pięć lat. Potem były lata doświadczeń, prób i błędów w lokalnych zespołach.