Nie mogę powiedzieć, że lubię zmiany składu, ale każda zmiana sprawiała, że stawaliśmy się lepszym zespołem. Mówiąc o ulubionej płycie naszego zespołu, ludzie często odnoszą ją do konkretnego składu, w którym została nagrana. Dla mnie przetasowanie składu formacji zawsze oznaczało jedno: rozwój i zmiany na lepsze. Ma to oczywiście swoje złe strony. Po pewnym czasie traci się kontakt z ludźmi, którzy byli kiedyś naszymi bliskimi przyjaciółmi. Przyznaję, że to nie jest łatwe. Niektóre rozstania były dla mnie szczególnie bolesne - na przykład odejście Petera Lindgrena (gitarzysta w latach 1991-2007). Wtedy było mi naprawdę ciężko. Nie cierpiałem tak bardzo, kiedy zespół opuszczał Martin Lopez (perkusista w latach 1997-2006), bo nie byliśmy ze sobą bardzo zżyci, choć oczywiście kolegowaliśmy się. Zresztą nie znaliśmy się wcześniej. Natomiast z Lindgrenem przyjaźniłem się na długo przed tym, zanim on dołączył do Opeth, dlatego było mi ciężko - i to do tego stopnia, że nie wiedziałem, czy chcę grać dalej. Tak było również, gdy odszedł od nas perkusista, z którym nagraliśmy dwa pierwsze krążki. Po jego odejściu pomyślałem, że to już koniec. Ale zaraz zdałem sobie sprawę, że ja ciągle jestem muzykiem i że nic nie może tego zmienić. A więc mogą sobie odchodzić i pracować dla Ericssona czy innej firmy - nic mnie to nie powinno obchodzić. Kocham grać i dlatego nigdy nie przestanę być muzykiem. Po uświadomieniu sobie tych, wydawałoby się oczywistych prawd, poczułem się lepiej. Sprawa znajomości i przyjaźni w zespole odeszła na dalszy plan. Nie znaczy to, że jestem bezwzględny i wyrachowany, ale po prostu ustawiłem sobie priorytety - dziś wiem, jakie są moje cele.