Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Mikael Åkerfeldt (Opeth)

Mikael Åkerfeldt (Opeth)

Muzycy z grupy Opeth są niekwestionowanymi królami szwedzkiego rocka. Teraz, po dwudziestu latach istnienia zespołu i po siedmiu latach od wydania płyty "Blackwater Park", Mikael Akerfeldt zdecydował się nagrać płytę solową. Jego talent muzyczny jest niezwykle wszechstronny, jest on bowiem gitarzystą, piosenkarzem i kompozytorem. Czasami ma tyle pomysłów, że sam nie wie, jak i kiedy je wykorzystać. Paradoksalnie wcale nie ułatwia mu to życia. Jednak ten niezwykły muzyk nie zawsze miał lekko i musiał ostro walczyć o swoje...

Pamiętasz swoją pierwszą gitarę?


Zacząłem grać na gitarze, gdy miałem siedem, a może osiem lat. Swój pierwszy instrument dostałem od babci - to był klasyczny Levin. Pamiętam, że namalowałem na nim pokrętła głośności, tak bardzo chciałem mieć gitarę elektryczną (śmiech). Moja babcia miała bardzo artystyczną duszę - była zdolną malarką i poetką. Kiedy ją odwiedzałem, specjalnie dla mnie wymyślała na poczekaniu piosenki. Grałem na jej gitarze, a ona mnie nagrywała i pamiętam, że puszczała później te cholerne taśmy przy każdej rodzinnej kolacji! Było to dla mnie dość denerwujące, ale muszę przyznać, że bardzo mi pomogła w znalezieniu celu w życiu. To ona naprowadziła mnie na właściwe tory.


Jaki był twój pierwszy zespół?


W wieku trzynastu lat założyliśmy z kolegą zespół o nazwie Eruption. Zespół to może za duże słowo - po prostu spotykaliśmy się w wolnych chwilach i graliśmy. On tłukł na perkusji, którą trzymał w piwnicy, natomiast ja przychodziłem do niego z gitarą i próbowałem coś z niej wycisnąć. Używałem wtedy 12-watowego wzmacniacza combo, którym nie byłem specjalnie zachwycony, ponieważ jedyne, co mogłem na nim uzyskać, to nieznośne pierdzenie... Sprzęt kolegi też pozostawiał wiele do życzenia: miał starą zniszczoną perkusję Gretsch, która właściwie nie nadawała się już do niczego. Ale nie przejmowaliśmy się tym, po prostu dawaliśmy czadu, grając zaimprowizowane piosenki, riffy znanych zespołów i wszystko, co nam tylko przyszło do głowy. Przede wszystkim interesowała nas muzyka metalowa, ale nie było nam łatwo ją grać, ponieważ w tamtym czasie nie miałem żadnego efektu przesterowującego i musiałem sobie radzić, rozkręcając swój mały wzmacniacz. Nie graliśmy piosenek w stylu "Yesterday", jeśli wiesz, co mam na myśli. Miało być ostro i głośno! Po pewnym czasie dołączył do nas basista, ale nadal nie dawaliśmy żadnych koncertów i nie mogliśmy się pochwalić ani jedną demówką. Co tu dużo mówić - wtedy nie słyszał o nas absolutnie nikt.


Absolutnie nikt?


Nikt, może z wyjątkiem jednego gościa, który nazywał się David Isberg i który chodził ze mną do tej samej szkoły. Obaj uwielbialiśmy jeździć na deskorolkach i słuchać thrashu. On grał w zespole o nazwie... Opeth. Myślę, że uważał mnie za dobrego gitarzystę, chociaż nigdy nie zaprosił mnie na próbę, bo miał już w zespole dwóch gitarzystów. Jednak pewnego razu zapytał mnie, czy nie chciałbym grać u nich na basie, bo ich basista był do niczego. Zgodziłem się, ponieważ podobało mi się, że Isberg miał spójną, ciekawą wizję swojego zespołu. Podobała mi się też nazwa Opeth - uważałem, że brzmi super. Do tego chłopaki wymyślili sobie świetne logo - namalowany ręcznie gotycką czcionką odwrócony krzyż. Zresztą granie w moim dotychczasowym zespole przestało mnie satysfakcjonować, bo tak naprawdę zmierzaliśmy donikąd. Pozostali członkowie zespołu Opeth nie wiedzieli, że mam przyjść na próbę. Pojawił się też basista, który się wściekł, gdy dotarło do niego, że mam go zastąpić. David i reszta zespołu strasznie się pokłócili. W końcu powiedział im, że to koniec i mają się wynosić. W ten sposób w zespole Opeth zostaliśmy tylko on i... ja. Tamtym muzykom żadna krzywda się nie stała, ponieważ za kilka dni już mieli nowy zespół. W końcu byliśmy tylko nastolatkami.


Jak przebiegała praca nad krążkiem "Orchid"?


Podczas pracy nad naszym pierwszym albumem przyjąłem założenie, że nie chcę już być tak zwanym twardzielem i słuchać akurat tej muzyki, która jest aktualnie modna. Nie dbałem o tanią popularność. Scena deathmetalowa była w tym czasie bardzo hermetyczna. Trzeba było spełniać pewne kryteria, żeby zostać zaakceptowanym przez środowisko - tym kryterium było bycie "prawdziwym" a nie pozerem. Niestety ja byłem uważany za pozera, bo nie byłem prawdziwym deathmetalowcem. Słuchałem zespołów The Scorpions, Judas Priest, Black Sabbath i Deep Purple. Wszystkie one miały progresywne wpływy - mieszały style, co bardzo mi się podobało. Ten właśnie element chciałem wnieść do muzyki Opeth. Nie postrzegałem tego jako jakiejś rewolucji, po prostu chciałem grać dobrą muzykę, to wszystko.


A druga płyta? Czy to prawda, że powstała w... sklepie?


Tak, to prawda! Znalazłem w Sztokholmie pracę w małym sklepie z gitarami, w którym miałem odpowiadać za naprawy. Nie wiem, na jakiej podstawie mnie przyjęli, bo nie miałem pojęcia o naprawianiu gitar (śmiech). Właściciel nauczył mnie kilku drobnych rzeczy, między innymi jak zrobić siodełko, usunąć niektóre rysy i takie tam... Na początku byłem trochę rozczarowany, bo w sklepie nie było żadnych gitar elektrycznych, tylko same akustyki. Ale cieszyłem się, że w ogóle mam pracę. Nie mogłem przecież siedzieć całymi dniami w domu i brzdąkać na gitarze. Wyszło nawet jeszcze lepiej, ponieważ i tak całymi dniami grałem w sklepie, bo nie mieliśmy dużo klientów - sprzedawaliśmy gitary Martin, które nie należały do tanich. Ludzie nie przychodzili tam, żeby kupić gitarę swojemu dziecku, bo najtańsze wiosło kosztowało 3000 funtów! Tak więc siedziałem sobie i grałem - miałem do dyspozycji gitary z metalowymi strunami (sześcio- lub dwunastostrunowe), a także klasyki z nylonowymi strunami. Właściwie cały materiał na naszą drugą płytę "Morningrise" z 1996 roku powstał w tym właśnie sklepie. Gdyby nie ta praca, to nie wiem, czy udałoby mi się tyle osiągnąć. Mając sporo wolnego czasu, doskonaliłem swoją technikę gry na gitarze akustycznej i bardzo podszkoliłem się w pisaniu piosenek. Tak więc lata spędzone w tym sklepie pozwoliły mi wypracować styl oraz brzmienie charakterystyczne dziś dla Opeth.


Czyli mogło to mieć wpływ na twoje zainteresowania gitarą akustyczną...


Faktycznie bardzo dużo materiału tworzę na gitarę akustyczną - to wynika z przyzwyczajenia. Wprawdzie mam teraz studio nagrań w domu i w każdej chwili mogę podpiąć gitarę elektryczną, ale zawsze mam pod ręką akustyka, na wypadek gdyby naszła mnie ochota na granie. Łatwiej mi też wymyślać rzeczy na gitarę akustyczną. Praktycznie za każdym razem, kiedy biorę ją do ręki, przychodzi mi do głowy coś ciekawego. Uwielbiam nową gitarę PRS, która jest sygnowana moim nazwiskiem. Nie mogę nawet powiedzieć, że jest spełnieniem moich młodzieńczych marzeń, bo nigdy - nawet w najśmielszych marzeniach - nie myślałem, że ktoś da mi gitarę, nie mówiąc już o zrobieniu dla mnie sygnowanego modelu. To niesamowite! Jestem strasznie dumny z tego instrumentu.


A jak było z płytą "Still Life"? Podobno przygotowywaliście ją w dość nietypowych warunkach...


Przy nagrywaniu płyty "Still Life" nie graliśmy wcześniej żadnych prób, bo nie mieliśmy odpowiedniej sali, a ja już nawet nie miałem wzmacniacza - musiałem go sprzedać, żeby zapłacić czynsz. Ale wszystkie piosenki były już gotowe. Sypałem pomysłami jak z rękawa. Zapisywałem na kartce krótkie uwagi: pierwszy riff (cztery takty), drugi riff (cztery takty), wokal (ten sam riff, cztery takty) itd. Po prostu zapisywałem w ten sposób swoje utwory. Wymyślałem riffy i musiałem od razu je zapamiętać, bo nie miałem możliwości ich nagrania. Zapisałem wszystko dopiero w przeddzień naszego wejścia do studia. Potem poszedłem do kolegi, żeby nagrać kilka riffów i luźnych pomysłów. Musiałem mieć chociaż próbkę brzmienia, jakie chciałem uzyskać na tej płycie. Przed ukazaniem się krążka nie słyszałem gotowych utworów. Zresztą nikt z nas ich nie słyszał. Żaden muzyk nie wiedział, co tak naprawdę nagrywa. Dochodziło do tak absurdalnych sytuacji, jak wtedy, gdy Martin Lopez zagrał na perkusji dwa motywy i zanim przeszedł do trzeciego, już zapomniał jak brzmiał ten pierwszy. Nikt nie miał bladego pojęcia, jaki kształt przybierze cała płyta! Było to ekscytujące, ale też ryzykowne. Bo co by było, gdyby nie spodobał mi się jakiś riff w już gotowym kawałku? Załóżmy, że dogrywam partie prowadzące i myślę, że ten riff nie jest za dobry. Co wtedy robię? Dogrywam dużo różnych ozdobników, żeby ukryć ten pechowy riff - mógłbym zastosować Ebow czy dodać również parę efektów albo wokalu. Musiałem być bardzo twórczy i czasem zrobić coś z niczego. To była dla mnie bardzo dobra szkoła komponowania utworów.


Jak doszło do tego, że płyty "Deliverance" i "Damnation" nagraliście w tym samym czasie?


Po prostu w tamtym okresie przygotowałem tak dużo materiału, że starczyło go na dwie płyty: "Deliverance" i "Damnation". Miałem sporo gotowych riffów i krótkich aranżacji, które musiałem jakoś wykorzystać. Po dokładnym przeanalizowaniu albumów "Still Life" oraz "Blackwater Park" doszedłem do wniosku, że podczas pracy nad nimi w studiu przede wszystkim improwizowaliśmy. Tym razem musieliśmy podejść do tematu w bardziej zorganizowany sposób, ponieważ mieliśmy nagrać dwa albumy. Przyznaję, że wtedy trochę za dużo na siebie wziąłem, przez co musiałem strasznie ciężko pracować - dosłownie siedziałem po nocach i grałem. W pierwszym tygodniu wszystko szło dobrze, ale później zaczęło ze mnie wychodzić zmęczenie i nie mogłem się na niczym skupić. Pisałem jakiś kawałek tylko po to, żeby mieć co nagrywać następnego dnia. Nie zależało mi już, czy to, co piszę, jest dobre czy złe. Zespół też był w strasznym stanie. Miałem trudności z uzyskaniem porządnego brzmienia, wszystko było robione byle jak. Wciąż jestem w szoku, że udało nam się nagrać te płyty. Przede wszystkim zaskoczył mnie album "Damnation" - myślę, że to bardzo udana płyta, która została zresztą doskonale przyjęta. Dla wielu ludzi to ważny album - nie mówię tylko o fanach metalu, ale o fanach dobrej muzyki w ogóle. Również kilka utworów z płyty "Deliverance" przeszło do klasyki zespołu Opeth. Praca nad tymi krążkami to było istne piekło - ale rzeczywiście było warto!


Często dochodziło u was do zmian składu...


Nie mogę powiedzieć, że lubię zmiany składu, ale każda zmiana sprawiała, że stawaliśmy się lepszym zespołem. Mówiąc o ulubionej płycie naszego zespołu, ludzie często odnoszą ją do konkretnego składu, w którym została nagrana. Dla mnie przetasowanie składu formacji zawsze oznaczało jedno: rozwój i zmiany na lepsze. Ma to oczywiście swoje złe strony. Po pewnym czasie traci się kontakt z ludźmi, którzy byli kiedyś naszymi bliskimi przyjaciółmi. Przyznaję, że to nie jest łatwe. Niektóre rozstania były dla mnie szczególnie bolesne - na przykład odejście Petera Lindgrena (gitarzysta w latach 1991-2007). Wtedy było mi naprawdę ciężko. Nie cierpiałem tak bardzo, kiedy zespół opuszczał Martin Lopez (perkusista w latach 1997-2006), bo nie byliśmy ze sobą bardzo zżyci, choć oczywiście kolegowaliśmy się. Zresztą nie znaliśmy się wcześniej. Natomiast z Lindgrenem przyjaźniłem się na długo przed tym, zanim on dołączył do Opeth, dlatego było mi ciężko - i to do tego stopnia, że nie wiedziałem, czy chcę grać dalej. Tak było również, gdy odszedł od nas perkusista, z którym nagraliśmy dwa pierwsze krążki. Po jego odejściu pomyślałem, że to już koniec. Ale zaraz zdałem sobie sprawę, że ja ciągle jestem muzykiem i że nic nie może tego zmienić. A więc mogą sobie odchodzić i pracować dla Ericssona czy innej firmy - nic mnie to nie powinno obchodzić. Kocham grać i dlatego nigdy nie przestanę być muzykiem. Po uświadomieniu sobie tych, wydawałoby się oczywistych prawd, poczułem się lepiej. Sprawa znajomości i przyjaźni w zespole odeszła na dalszy plan. Nie znaczy to, że jestem bezwzględny i wyrachowany, ale po prostu ustawiłem sobie priorytety - dziś wiem, jakie są moje cele.


Którzy gitarzyści wywarli największy wpływ na twoją grę? Czy mógłbyś wskazać jednego, tego najważniejszego?


Właśnie wczoraj słuchałem pierwszej płyty Yngwiego Malmsteena. Zdałem sobie sprawę, jak wielki wpływ na mnie wywarł, i to pomimo tego, że nigdy nie chciałem grać tak jak on. Jego pierwszy album jest dla mnie bardzo ważny - miał tylko 19 lat, kiedy go nagrał! No i fakt, że jest ze Szwecji... Andy Latimer, gitarzysta grupy Camel, pokazał mi bardziej wysmakowany rodzaj gry, którego nigdy wcześniej nie słyszałem. Oczywiście byłem też fanem Gilmoura, ale osobiście uważam, że Latimer jest od niego lepszy - po prostu dysponuje większą swobodą w zakresie tworzenia niesamowitych klimatów, no i gra wspaniałe bluesowe zagrywki. Wystarczy spojrzeć na jego twarz w jednym z teledysków zespołu Camel - on gra całym sobą! Gdybym miał naśladować jakiegoś konkretnego gitarzystę, to z pewnością wybrałbym właśnie jego. Myślę, że podświadomie bardzo dużo zaczerpnąłem z jego stylu gry. Kiedyś zapytałem go, czy nie słuchał przypadkiem grupy Focus, ponieważ ona ma bardzo podobne brzmienie do Camel. Odpowiedział, że owszem, a Jan Akkerman to jeden z jego ulubionych gitarzystów. Z pewnością tak jest i trzeba przyznać, że Latimer wniósł to, co robi Akkerman, na jeszcze wyższy poziom.


A co możesz powiedzieć o swoim koledze Fredriku Akessonie?


Fredrik Akesson to prawdziwy shredder. Całymi godzinami uczy się skomplikowanych zagrywek, kupuje magazyny gitarowe, w których od razu przechodzi do działu z warsztatami, który mnie z kolei nie interesuje, a on po prostu ma na tym punkcie bzika. Z drugiej jednak strony, potrafi grać świetne melodie i z łatwością uzyskuje wspaniałe brzmienie. Właśnie z tego względu został przyjęty do zespołu. Szczerze mówiąc, nie jestem fanem shredu, nie interesują mnie popisy i ekstremalnie szybka gra. Dla mnie solówka musi mieć w sobie coś, a przede wszystkim powinna idealnie wpisywać się w daną kompozycję. I muszę przyznać, że Fredrik genialnie sobie z tym radzi. Potrafi napisać idealne solo, w którym są zarówno piękne melodie, jak i efektowne popisy. Dlatego mam nadzieję, że ludzie docenią jego talent i że nie będzie on dla nich tylko jednym z kolejnych wymiataczy, o których się szybko zapomina.


A co z twoją płytą solową?


W tej chwili pracuję nad pewnym utworem, który jest przeznaczony na mój album solowy, ale cały czas piszę również materiał dla grupy Opeth. Nagrałem linię wokalu, co niestety wyszło okropnie (śmiech). Muszę się bardziej postarać. Nie wiem nawet, czy moja solowa płyta w ogóle się ukaże, ale nie o to chodzi: chcę po prostu zrealizować całą płytę sam, w moim domowym studiu i bez niczyjej pomocy. A kto mnie inspiruje przy pracy nad tą płytą? Otóż są to między innymi Nick Drake, Joni Mitchell i Jackson C. Frank. No i oczywiście kilku gitarzystów akustycznych, takich jak Bert Jansch czy Tommy Emmanuel. Zależy mi nie tylko na tym, żeby płyta była ciekawa pod względem partii gitarowych, ale także na tym, żeby znalazły się na niej dobre piosenki. Mogę powiedzieć, że będzie to prosty album i raczej melancholijny. Muzyka Nicka Drake’a i Joni Mitchell jest mi bardzo bliska - zresztą moje obydwie córki urodziły się przy dźwiękach płyty "Bryter Layter" Nicka Drake’a. Słuchając zaś Joni Mitchell, potrafię się wzruszyć. Te dźwięki sprawiają, że czuję się zrelaksowany. Dla mnie to o wiele więcej niż dobra płyta. Nie mam aspiracji, aby nagrać płytę, która będzie aż tak poruszać serca słuchaczy, ale chcę ją nagrać, żeby spełnić swoje marzenie i mam nadzieję, że wyniknie z tego coś dobrego.


Czy jest coś, co potrafi cię zirytować?


Owszem, tak! Jeśli ktoś gra w zespole przez wiele lat i odniósł pewien sukces, to ludzie uważają, że robi to jedynie dla pieniędzy. To jest bardzo niesprawiedliwy osąd. Jest to rzecz, która najbardziej mnie denerwuje w byciu muzykiem, a w szczególności - gitarzystą metalowym. Krótko mówiąc, wychodzi na to, że nie wolno mi zarabiać pieniędzy. Jest tyle hipokryzji w ludziach, którzy wytykają muzyków palcami... za ich dochody. Może powinni zająć się krytykowaniem zarobków na przykład piłkarzy? Jak to jest, że Cristiano Ronaldo może powiedzieć, iż jest wart 80 milionów funtów? Ci kolesie są bardziej jak modele na wystawie niż piłkarze. My zarabiamy blisko minimum krajowego i nawet tego nam nie wolno, bo od razu pojawiają się osoby, które nam to wytkną. Ciężko pracujemy, zresztą podobnie jak większość ludzi. Wciąż gramy, bo kochamy muzykę. I to jest jedyny powód, dla którego wychodzimy na scenę.


Rob Laing

Death Resonance Soilwork

Kariera Soilwork to dość ciekawy przypadek. Zespół, który nigdy nie splamił się słabym wydawnictwem, a od "Stabbing The Drama" (czyli dekady)...Gramy dalej

8 /10
Sounds From the Heart of Gothenburg In Flames

Dobór utworów pożegnalnego DVD In Flames z Danielem Svenssonem za zestawem perkusyjnym jest mocno dyskusyjny.

Gramy dalej

7 /10
Bad Vibrations
Gatunek: Metal
Rage ocena 8
The Devil Strikes Again
Gatunek: Heavy metal
Big Jesus ocena 5
Oneiric
Gatunek: Alternative rock
Zobacz wszystkie