Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Ryszard Sygitowicz

Ryszard Sygitowicz

Jeden z czołowych polskich gitarzystów, który uważany jest za gitarowy numer jeden w Polsce nie tylko przez fanów, ale także przez wielu asów gitary. Niegdyś filar grupy Perfect, później artysta działający w pojedynkę i udzielający się w projektach wielu wybitnych polskich wykonawców, ostatnio nagrał solową płytę, na której w roli głównego wokalisty wystąpił Grzegorz Markowski. Z Ryszardem Sygitowiczem rozmawiamy o tej płycie, a także o wielu innych sprawach z bogatego życiorysu artysty

Twój muzyczny życiorys jest bardzo bogaty, ale może zaczniemy od początku?


Wszystko zaczęło się od tego, że rodzice odkryli we mnie jakieś tam muzyczne zdolności, stwierdzili, że nie fałszuję i że mam pociąg do muzyki, właściwie odkryła to mama, bo ojciec za bardzo się na tym nie znał. Ponieważ dziadek ze strony mamy grał na skrzypcach, mama spytała, na jakim instrumencie chciałbym się uczyć grać, a ja, wtedy mały chłopiec, odpowiedziałem, że też na skrzypcach tak jak dziadek. Zacząłem chodzić do podstawowej szkoły muzycznej równolegle z normalną podstawówką.

Pamiętam, że w czwartej klasie zaczęły się zajęcia z fortepianu jako instrumentu dodatkowego. W trakcie tej mojej nauki pojawili się Beatlesi, więc zacząłem sobie przestrajać skrzypce - już nie pamiętam, czy stroiłem kwartami, ale chyba był to mój prywatny strój, żeby móc łapać akordy na tych czterech strunach. Tak więc próbowałem jakoś to robić po swojemu i grałem kolegom na podwórku "She Loves You" i inne tego typu rzeczy. Później dostałem od ojca jakąś pierwszą gitarę akustyczną z elektryczną przystawką, którą podłączałem do radia, no i oczywiście od razu było otwarte okno i całe podwórko słyszało (śmiech). Następną moją gitarą była czeska Jolana Tornado.


Też miałem taką, kto wie nawet, czy nie twoją... Była straszna...


Tak, była okropna, w ogóle nie mogłem na niej grać. Później miałem inną Jolanę, taką w kształcie latawca - wszyscy sikali ze śmiechu na jej widok, ale mi się jakoś w miarę wygodnie na niej grało. Z tą gitarą wszedłem w takie bardziej profesjonalne życie muzyczne.


Jakie były twoje pierwsze fascynacje gitarowe? Czytałem gdzieś, że słuchałeś Alvina Lee, podobnie zresztą jak ja...


Tak, to były początki mojego zrzynania solówek, oczywiście nie było to zrzynanie bardzo dokładne, bo nie wszystko udało się wysłyszeć. Nie było żadnych nut, tabulatur ani wideo, tylko nagrania z radia utrwalone na taśmie magnetofonowej, którą czasem udawało mi się trochę spowolnić, tak więc brzmiało to najczęściej tylko podobnie, choć niekiedy prawie jota w jotę.

Gdy byłem w szkole średniej, miałem taki zespół szkolny i na przykład solo w "Highway Star" skopiowałem dokładnie. Jak mieliśmy próby, to nawet drugi głos nagrałem na magnetofon, a nasz kolega techniczny czekał tylko na ten moment, żeby w odpowiednim momencie wystartować i albo się zgodziło, albo nie (śmiech). Graliśmy sporo Deep Purple, więc ściągałem trochę z Blackmore’a, natomiast mało grałem Hendriksa, choć oczywiście słuchałem go. Grałem więcej rzeczy typu Led Zeppelin, Deep Purple, później miałem fascynację Emerson, Lake & Palmer.


Ta ostatnia kapela to był znakomity zespół, w późniejszych czasach mało znany i niekiedy bardzo niesprawiedliwie oceniany...


Tak, później zrobił się trochę z tego zespół odcinający kupony, ale wtedy, w tamtych czasach, był to mój numer jeden. Słuchałem też King Crimson, dla mnie rewelacja, później zaczęło mnie fascynować Mahavishnu Orchestra z Johnem McLaughlinem, Chick Corea i Return To Forever, Billy Cobham - tak więc klimaty jazzrockowe. Ale tak w ogóle to miałem takie trzy przełomy, jeżeli chodzi o muzykę - pierwszym byli Beatlesi, to było pierwsze zetknięcie z muzą, która mnie powaliła, normalnie serce mi podchodziło do gardła, następnie album "Dark Side Of The Moon", rewelacyjna płyta, i później The Police.

Muzycznie byłem na jakimś pograniczu stylistyk - jazzem to trudno było nazwać, rock to też nie był, jazz-rock to także coś innego. Chyba po prostu wykształciłem jakiś swój styl - to było wtedy, gdy nagrywałem "Cavalcado" czy pierwszą swoją płytę, no ale to już było dużo później. W każdym razie miałem na myśli takie przełomy na przestrzeni całego życia, czyli trzy najważniejsze zdarzenia muzyczne. Natomiast dużo później, jak przyjechałem z USA w 1994 roku (bo wyjechałem w 1988 roku) w Radiu Wawa o dziwo, a nie w Stanach, usłyszałem Soundgarden, Alice In Chains, Nine Inch Nails, Rage Against The Machine, Clawfinger - no i znowu mną tąpnęło. Oczywiście ta ich muzyka była w jakiś sposób wtórna, ale powaliła mnie swoją energią i bardziej nowoczesnym podejściem do tematu, na przykład Soundgarden "Black Hole Sun" to była dla mnie rewelacja - ten utwór wywarł na mnie duże wrażenie.


Czy obserwując tendencje w muzyce, nie odniosłeś wrażenia, że jest to coraz gorsze, a właściwie coraz prostsze? Wymieniłeś Emerson, Lake & Palmer i The Police - dla mnie w ogóle trudno porównywać te dwa zespoły, jednak ty twierdzisz, że to było przełomem...


Było przełomem, bo było to coś innego zarówno rytmicznie, jak i pod wieloma innymi względami. W Emersonie było dużo wysublimowanych dźwięków, dużo harmonii, trochę zapożyczeń z klasyki, a do tego rewelacyjni muzycy, natomiast tutaj było trochę odwrócenie roli perkusisty, który niekiedy wtrącał coś na "i", czasami rytm triolowy w metrum parzystym, a kwartolowy w trójkowym - było dużo takich elementów. The Police była to właściwie punkowa kapela, ale jej energia była powalająca. U nas punk kojarzy się z czymś typu trzy akordy, prawie nie ma w tym muzyki, bardziej to przypomina polkę, już nie będę wymieniał nazw takich kapel, w każdym razie żenada, natomiast dla mnie The Police było punkową kapelą, w której byli prawdziwi muzycy.


Studiowałeś inżynierię lądową, podobnie jak ja. Czy skończyłeś ten kierunek?


Nie, skądże! Już przed drugim semestrem wyrwał mnie stamtąd Hołdys. Debiutowałem w jego zespole o nazwie Dzikie Dziecko, a było to tak, że mój kolega miał tam zagrać, ja mu miałem przynieść gitarę, bo akurat nie miał czy coś się z nią stało. Ale on nie dotarł na umówione spotkanie do Medyka, nie wiem, dlaczego - może miał tremę, ale chyba nie przede mną, bo ja wtedy nie byłem znany. Wszyscy czekali łącznie z Hołdysem, a on się nie zjawił, no to tak nieśmiało zaproponowałem, że może ja z nimi zagram, bo byłem na kilku próbach i coś tam pamiętam. Były wątpliwości, czy sobie poradzę, ale po koncercie Hołdys powiedział mi, że zostaję.

Była to kapela grająca kompozycje Zbyszka - ciekawe harmonicznie, fajnie zrobione - trudno jednym słowem określić jej styl, było trochę Wishbone Ash, solówki w dwugłosie, dialogi gitarowe, ciekawe jak na tamte czasy harmonie, fajne melodie, był to rock, ale trudny do jednoznacznego sklasyfikowania. Gdy dostaliśmy propozycję, żeby grać support przed Budką Suflera, to była to dla nas wielka nobilitacja, ale gdy Budka kończyła grać, ludzie krzyczeli: "Dzikie Dziecko!", co było bardzo miłe. Szybko zakończyliśmy tę współpracę, a właściwie to oni ją skończyli, bo nie chcieli takich sytuacji (śmiech). Później zresztą powtórzyło się to, gdy była reaktywacja Perfectu i jeździliśmy z Budką, oni występowali po nas, a po ich występie ludzie krzyczeli "Perfect!".


Czy po Dzikim Dziecku zaczął się od razu Perfect?


Nie, po rozpadzie Dzikiego Dziecka Hołdys wyjechał do Stanów, ale przedtem załatwił mi pracę w charakterze pracownika technicznego na trasie Haliny Frąckowiak w Czechosłowacji. Ale jej basista nie dostał paszportu na czas, tak więc musiałem zastąpić go na basie, czyli występowałem w dwóch rolach - jako basista i jako techniczny.

Potem z Frąckowiak coś tam nagrywałem, pamiętam, że nagrałem wszystkie instrumenty do utworu "Mały Elf", ale były to raczej sporadyczne historie. Potem była taka grupa Bumerang, którą zajmował się Franciszek Walicki, i jakoś miał to prowadzić, miał wielkie nadzieje związane z tym zespołem, ale nie była to pewnie jakaś specjalnie dobra kapela - po prostu chciał na siłę wykrzesać z nas coś, czego w nas nie było, tak więc umarło to śmiercią naturalną.

Były jeszcze inne pomniejsze kapele typu Aerobus - taka druga, trzecia liga. A potem Hołdys przyjechał ze Stanów, zauroczony The Police, zaczął opowiadać, że był na koncercie, widział, no w ogóle szał. No i zaproponował mi stworzenie zespołu, a ponieważ ta jego kapela wyjazdowa nazywała się Perfect Super Show and Disco Band, zdecydował, że nowy zespół będzie się nazywał Perfect, czyli bez żadnych dodatków. Ta nazwa wydawała mi się od początku taka jakaś...


Megalomańska?


Tak, delikatnie powiedziawszy (śmiech). Teraz tę nazwę traktuje się normalnie, ale wtedy, jak miałem w takiej kapeli zagrać, to poczułem się dziwnie, no ale trudno, tak Hołdys sobie wymyślił. Zgodziłem się, oczywiście wszystko miało być równo dzielone, tak jak w Police były kompozycje Police, to tu będą kompozycje Perfect - pełna demokracja. Było troszeczkę inaczej, no ale jeżeli chodzi o samą pracę, to bardzo się cieszę, że brałem udział w takim projekcie, bo nie wiadomo, jak by się później potoczyły moje losy. Praca wyglądała tak, że siedzieliśmy chyba z pół roku w Stodole w kanciapie i potrafiliśmy czasem godzinę nic nie mówić, nie mieliśmy pomysłu na jakiś tam fragment utworu, nie graliśmy ani nie mówiliśmy nic, bo każdy bał się wyskoczyć z jakimś głupim pomysłem.

W końcu ktoś coś proponował, tak więc było to w jakimś sensie szanowanie siebie, ale przy okazji taka burza mózgów. Hołdys był wprawdzie przywódcą, miał decydujące zdanie, był kompozytorem, ale wszystko robiliśmy i aranżowaliśmy po swojemu. Na przykład piosenkę "Nie płacz Ewka" to on przyniósł na próbę, zagrał nam ją i to brzmiało jak country, a ja wymyśliłem wszystkie gitary, zaś Dzidek Zawadzki ten motyw basowy pod koniec, ja chciałem uzyskać coś w rodzaju gitary slide, więc wymyśliłem sobie jakiś motyw i zagrałem go zapalniczką, tak więc tu aranżacja bardzo dużo dawała. Poza tym w tamtych czasach bardzo ważne były teksty, które pisał Olewicz z Hołdysem (w większości oczywiście Olewicz), okres buntu całego narodu, Solidarność - to wszystko złożyło się jakoś chyba na sukces Perfectu. No i skład personalny, do którego dopiero po pół roku prób Hołdys znalazł gdzieś Grześka Markowskiego, który śpiewał w jakiejś knajpie.

Przyprowadził go na próbę i wszystko się zgadzało. Po jakimś czasie, po trasach koncertowych, zaczęły się sprawy jakie mają miejsce w niemal każdej grupie ludzkiej - a więc kłótnie, pijaństwa, a następnego dnia Hołdys ładnie ubrany i uczesany krzyczy: "Co tu się dzieje!" i tak dalej, że nie będzie z pijakami pracował, a sam przecież robił to samo. I któregoś dnia powiedział: "Rezygnuję, nie mogę pracować w takiej atmosferze, odchodzę z zespołu, róbcie sobie z nim, co chcecie". Ponieważ ja i basista najwięcej tam pracowaliśmy, ciągnęliśmy to od strony aranżacyjnej i muzycznej, spotykaliśmy się kilka tygodni i zastanawialiśmy się, czy robić to dalej, czy nie. Jednak nie mieliśmy jednej rzeczy, którą miał Hołdys - daru do wszystkich posunięć medialnych i reklamy na rzecz zespołu; nie wiem, chyba nauczył się tego w Stanach.

Kiedyś, chyba to pamiętasz, radio i telewizja mówiły tylko prawdę, powszechnie mówiło się: "a co ty mi gadasz, posłuchaj, co powiedzieli w radio", nie było tak, że w radiu można było skłamać (śmiech), a Hołdys chyba w USA się nauczył, że radio i TV służą do sprzedawania picu, a tego w Polsce nikt nie znał. Dlatego pierwszy wywiad Hołdysa w telewizji jako lidera Perfectu polegał na tym, że patrząc prosto w kamerę, bez zmrużenia okiem powiedział: "Bo my jesteśmy najlepsi w Polsce". Oczywiście to tylko jeden z przykładów, których można przytoczyć wiele, wypowiedzi do mikrofonu, do ludzi, a także drażnienie służb typu milicja - to wszystko tworzyło określoną aurę wokół zespołu, której my sami nie bylibyśmy w stanie zrobić. Mieliśmy do wyboru: albo prowadzić Perfect, albo przyjąć jakieś kontrakty zagraniczne, bo wtedy na nich można było dobrze zarobić.

Wybraliśmy tę drugą opcję, ja dostałem jakiś kontrakt, Dzidek Zawadzki również, ale Hołdys powiedział, że tak czy inaczej gramy do końca roku. Stan wojenny zastał nas w Novotelu w Gdańsku i skończyło się granie, ale w międzyczasie przyszedł kontrakt dla Perfectu z Holandii, no i Hołdys zmienił zdanie, że jednak nie odchodzi, a ja już miałem kontrakt podpisany gdzie indziej, więc zrezygnowałem z kapeli i nie wiem, czy niestety, czy stety, ale nie żałuję, bo później nagrałem swoje solowe płyty.


Po pierwszym odejściu z Perfectu grałeś muzykę komercyjną za granicą. Czy uważasz, że granie w knajpie jest działalnością szkodliwą, czy jednak coś daje?


Myślę, że daje i to zdecydowanie, ponieważ daje ogranie podczas wykonywania różnorakiego repertuaru. Ja w ogóle nie mam problemów z zagraniem jakichś piosenek, akordów, nie potrzebuję do tego żadnych nut, po prostu słyszę, biorę gitarę i gram - więc przede wszystkim daje pod tym względem. Mam osłuchanie, jakąś wiedzę na temat tego, jaki akord może teraz nastąpić, a także jakąś przewidywalność akordów. Tak więc nawet chałturzenie dodaje muzykalności i rozwija warsztat, w końcu nie każdy potrafi wziąć instrument i grać ze słuchu, a jeśli grałeś w knajpie, to na pewno masz taką zdolność.

Wiem, że wielu naszych nawet znanych gitarzystów, bo nieznanych nie sprawdzałem, takiej łatwości nie ma. Oczywiście jeśli są tylko akordy triady, to jeszcze większość sobie radzi, ale jak jest jakiś dodatkowy akord, to już zaczyna się szukanie. Ja za dużo nie jeździłem - raz byłem pół roku w Skandynawii i pół roku w Emiratach, ale i tak te wyjazdy mi bardzo dużo dały i miło je wspominam, choć zaliczyłem także wojnę gdzieś w Bejrucie (śmiech).


Tak więc w twoim przypadku zastąpiło to szkołę muzyczną, której przecież nie skończyłeś. A może jednak uczyłeś się trochę z książek?


Nie, tylko z praktyki. Później zresztą wyjechałem do Stanów, ale to było po wydaniu moich dwóch płyt w Polsce. Pojechałem z jakimiś nadziejami, bo moja pierwsza płyta odniosła już tam pewien sukces - 100 tysięcy egzemplarzy to jak na instrumentalną muzę nie było źle - obecnie życzyłbym każdemu takich wyników, wtedy nie było to aż tak dużo, ale było to zaznaczenie swojej obecności na rynku. Zresztą w brytyjskim czasopiśmie "Gandy Dancer", które zajmowało się instrumentalną muzyką rockową, dostałem za tę płytę cztery gwiazdki na cztery możliwe, podczas gdy Santana dostał trzy! Ale wracając do knajpy, w Stanach grałem w Chicago u Wandera - brata znanej prezenterki telewizyjnej - tam był repertuar bardziej rockowy (Zeppelini, Floydzi), ale jak przyjechał Krawczyk, to graliśmy z nim jego numery.

Pamiętam, że Włodek gościł różnych znanych ludzi i kiedyś przyjechał Czesiek Niemen, który miał mieć koncert w dużej sali na ponad dwa tysiące osób, w Copernicus Center. W pierwszej części występowały zespoły polonijne, m.in. ja z Włodkiem i jego zespołem, a w drugiej części gwiazdą był Niemen - wychodził sam ze wszystkimi swoimi urządzeniami. No i miałem niesamowitą przygodę z Cześkiem, który wszedł do naszej garderoby, jak skończyliśmy grać, a był on jeszcze przed swoim występem, i powiedział do mnie: "Sygit, a może byś ze mną zagrał?". Ja na to: "Czesiek, ale o co chodzi, kiedy?", a on na to: "No... zaraz" (śmiech). Ja mu odpowiedziałem, że przecież nigdy z nim nie grałem, on zaś: "Dasz sobie radę, chyba wszystko znasz, »Płonie stodoła«, »Dziwny jest ten świat«, na pewno dasz sobie radę". Miałem moment zastanowienia, ale krótki (parę sekund) i powiedziałem, że "no dobra Czesiek, tylko mów mi tonacje".

No i podał mi tonacje - tylko to sobie zapisałem i pojechaliśmy bez żadnej próby. Od tamtej pory jak przyjeżdżał, to zawsze z nim grałem. Nie mówię tego dlatego, żeby pokazać, jaki jestem zdolny, bo znałem "Stodołę" (Sygitowicz nuci fragment motywu - przyp. RL), choć nigdy jej nie grałem, ale ogranie w knajpach spowodowało, że ja ten riff zagrałem od razu za pierwszym razem bez pomyłki na koncercie z Cześkiem. Numer "Dziwny jest ten świat", gdzie pamiętałem mniej więcej, jak leci solówka, to nawet nie chciałem tam grać własnej solówki, tylko oddałem klimat solówki oryginalnej. Zmierzam do tego, że nie tylko same zdolności, ale i ogranie w knajpie bardzo pomaga w znalezieniu się na dużej scenie czy na jam session - mnie na przykład pomogło w zagraniu bez próby z Niemenem.


Dlaczego nie ma wznowienia twojej pierwszej płyty? Szukałem jej, ale są tylko winyle.


Nie była wydana na kompakcie, jest tylko "The Best Of Sygitowicz", gdzie jest chyba większość materiału z tej płyty. Nie wiem, czy jest sens ją wznawiać, bo z muzyką instrumentalną jest u nas bardzo cienko. Jak koledzy wydają jakieś swoje gitarowe płyty, to tysiąc, dwa tysiące się sprzeda, to tak, jakbym w domu nagrał sobie demówki i puszczał swoim znajomym. Co prawda kilka z tych utworów jest znanych u nas w kraju, ale nie wiem, czy ma to sens.


Powiedz mi, w jaki sposób jesteś w stanie wyważyć proporcje pomiędzy pracą dla siebie a pomaganiem innym? Pisałeś przecież dużo dla różnych solistów, jak np. Kasi Kowalskiej, Natalii Kukulskiej i innych. Czy nie ma tu miejsca na jakąś formę zazdrości, że pracujesz dla kogoś, a sam jesteś w cieniu?


Nie! Wydaje mi się, że jeśli jestem muzykiem, zresztą może to z wiekiem przychodzi, to nie mam jakiegoś parcia gwiazdorskiego, jestem przede wszystkim muzykiem, gitarzystą i gram. Jeżeli istnieje taka możliwość, że mogę nagrać swoją płytę, mam pomysły na nią i czuję, że może być to fajne, to po prostu to robię - tak było akurat, gdy nagrywałem dwie swoje płyty. Co prawda, nagrywając tamte numery, nie myślałem o płycie, były to nagrania dla Programu III, nagrałem na pierwszej sesji cztery utwory, potem kolejne. To były inne czasy, radio za to płaciło, dostawałem za to jakieś pieniądze.

Dopiero po jakimś czasie kolega, który był dyrektorem Wifonu, Tadek Trzciński, spotkał mnie i zapytał, czy nie wydałbym płyty ze swoimi utworami, na co odpowiedziałem, że "oczywiście, jeśli można, to bardzo chętnie". A on na to: "No to ja się tym zajmę". Tak więc to nie było tak, że ja specjalnie za tym chodziłem, po prostu tak się ułożyło - los i szczęście. Potem jakiś człowiek z Poznania wysłał te płyty do "Guitar Playera" i do "Gandy Dancer" i one tam uzyskały pochlebne recenzje, a także zostały zauważone na świecie. Akurat to był taki czas i tak się złożyło. Sam zawsze uważałem się za gitarulka, który pomaga innym - to jest moja praca, nie mam z tym żadnego problemu.


Na twojej najnowszej płycie dwie kompozycje mnie po prostu powaliły. Mam na myśli "Ten sen" oraz "To". Jak ty to robisz, skąd u ciebie ten warsztat kompozytorski?


Nie wiem (śmiech). Są u nas takie kapele (jestem prawie na sto procent pewien), których kawałki są z premedytacją robione na hit. Mają być obecne pewne elementy, jakaś konkretna melodia i w ten sposób powstaje numer robiony na hit - ale nie światowy, bo to by się nie udało, lecz dla nas, Polaków. Nie jesteśmy zbyt muzykalnym narodem, zresztą to Penderecki powiedział dawno temu, że Polacy są głusi, a mnie takie robienie kompozycji z premedytacją nie interesuje.

Z drugiej strony, nie jest to też jakaś męczarnia, jeśli o mnie chodzi, po prostu jak mi się chce coś zrobić, siadam do instrumentu i albo mi się udaje, albo nie. Tak więc u mnie wynika to z potrzeby chwili - jak to się szumnie mówi, muszę mieć natchnienie (śmiech) - poza tym jakieś inspiracje też grają rolę. Na przykład utwór "To" był inspirowany muzyką Eltona Johna, którego nie jestem jakimś wielkim fanem, ale którego szanuję, zawsze podobał mi się jego sposób prowadzenia akompaniamentu. Podszedłem sobie do jakiegoś pianina i zagrałem w stylu Eltona Johna, nie ma w tym numerze jego harmonii, wszystko jest tam inne, ale inspiracja fortepianu jest od niego.

W ogóle ten numer powstał i znalazł się na płycie w szczególny sposób, bo ja o nim zapomniałem - dwa lata temu w Sopocie w ZAiKS-ie, gdzie stał fortepian, moja dziewczyna powiedziała: "Rysiu, zagraj mi coś romantycznego". A ja właśnie przypomniałem sobie ten mój stary numer i jej się to tak spodobało, że powiedziała: "Musisz to dać na nową płytę z Grześkiem". Podobnie utwór "Nie płacz Ewka" nie był nagrywany jako przebój, tylko po nagraniu czterech innych numerów okazało się, że mamy jeszcze trochę czasu w studiu, więc to zarejestrowaliśmy.


Dlaczego na płycie są dwie wersje tej piosenki różniące się tym, że w pierwszej nie ma bridge’a?


Od dawna wiedziałem, że firmy fonograficzne wtrącają się w utwory, aranżacje i w to, czy jakaś część ma być, czy nie - ale nie dość, że firmy, to jeszcze stacje radiowe. Ostatnio w Sopocie dyrektor radia powiedział, że jeśli zagramy ten numer z bridge’em, to oni nie będą go puszczali. Zresztą podobnie było z firmą nagraniową. I tak dobrze się stało, że znaleźliśmy taką firmę, bo nagranie płyty pochłonęło bardzo dużo pieniędzy - można by nagrać trzy płyty za tę sumę - tak więc jestem wdzięczny, że to wzięli i postawili na to.

Natomiast była sugestia ingerencji, bo bridge im się nie podobał, że za bardzo kontrastuje z resztą, że w RMF-ie to może nie przejść i że to trzeba złagodzić, a może wyrzucić i że ktoś inny to zrobi. W tym momencie ja odpuściłem, choć ten numer bez bridge’a troszeczkę stracił sens, jeżeli chodzi o słowa. Zmieniony został też numer, który leci w radiu - "Każdej nocy". Wyrzucili mi części z chórkami, z czego nie jestem zadowolony, ale za to z innych jestem, to znaczy akceptuję to. Wybrali cztery numery na ewentualne single, one są na płycie oznaczone jako Radio edit, ale według mnie powinni pokazać więcej drapieżności, żeby nie było, że spotkało się dwóch dziadków, którzy nagrali same ballady. Wiadomo, że ten pierwszy numer "Z duszą na ramieniu" nie nadaje się do komercyjnego radia, bo jest za ostry (śmiech).

Ten sielankowy wstęp w nim wziął się stąd, że na płycie "Jestem" Perfectu, która powstała po reaktywacji grupy, a mnie powierzono tam rolę kierownika muzycznego, zrobiłem podobny greps. Grałem tam na malutkim wzmacniaczu Fendera, który nagrywałem jeszcze, klepiąc sobie nogą w podłogę, taki numer "Nie daj się zabić", a Grzesiek śpiewał przez jakąś tubę, i potem nagle wchodzi kapela. Wtedy chodziło mi o ten efekt, żeby słuchacz podszedł do swojej wieży, zastanawiając się, co to za klepanie w podłogę, co to za płyta, że prawie nic nie słychać - i nagle walnięcie. Tutaj chodziło mi o podobny efekt, żeby to wyglądało na country, taki element zaskoczenia.


Tak więc jest to twoja trzecia płyta solowa. Dlaczego nazywa się "Markowski - Sygitowicz", a nie "Sygitowicz - Markowski"?


Ze względów komercyjnych, bo wiadomo, że Markowski jest bardziej rozpoznawalny niż ja, a poza tym mnie - tak jak mówiłem - specjalnie nie zależy, nie mam parcia na gwiazdorstwo, natomiast chciałem zaznaczyć jakoś swoją obecność, że jestem na rynku i coś robię. Ale wracając jeszcze do numerów do wypromowania, to myślałem o kawałku "Nie da rady", który też jest melodyjny i ma znamiona jakiegoś tam przeboju, lecz przy okazji jest bardziej drapieżny. Albo "Chcesz więcej", to też jest numer przebojowy, no ale akurat wybrali inne. Oni wyłożyli na to tyle kasy, że ja już nie chciałem się za bardzo wtrącać, to raz, a dwa - oni wybrali takie numery, których ja bym nie wybrał, ale dzięki temu tych, które ja bym wybrał, mi nie poprzerabiali (śmiech). Jeśli zaś chodzi o utwór "Ten sen", to zastosowałem tam inne strojenie gitary, a mianowicie wszystkie struny to dźwięk Bb.


Na tej płycie gra Jacek Królik. Czy była to konieczność, czy kurtuazja?


Wyłącznie kurtuazja, po prostu zaprosiłem swojego przyjaciela do dość ważnego dla mnie projektu, żeby się tam trochę z nim pościgać, ale jedną jego solówkę w ogóle wycięli, zdaje się że z utworu "Ty wiesz". Jacek zagrał fajne solo, przygotował je sobie i zaaranżował w domu, a oni mu je wycięli, w ogóle zmienili utwór. Poza tym Jacek zagrał na płycie trochę solówek, a raczej parę takich wstawek, natomiast bardzo chciał zagrać "Z duszą na ramieniu" od początku do końca, bo bardzo go kopały te riffy, tak więc zagraliśmy ten kawałek we dwóch.

Nuno Bettencourt powiedział, że trudniej jest napisać zgrabną kompozycję niż zagrać solo gitarowe. Zgadzasz się z tym stwierdzeniem?


Nie wiem, co jest trudniejsze, w każdym razie chyba już przeszła moda na granie solówek, mnie samego też nie rajcuje to tak bardzo, jak wymyślenie jakiegoś fajnego riffu czy skomponowanie utworu. Wracając jeszcze do tego numeru "Ten sen" (była o nim mowa w "Gitarzyście" 8/2010 - przyp. red.), to niekiedy jakiś pomysł - jak w tym przypadku strój gitary - powoduje, że wpada ci do głowy zupełnie coś innego. Podobnie było w utworze "Czy ja śnię", tyle że tam obniżyłem dwie struny wiolinowe o cały ton i basową o cały ton, bo kiedyś na kanale Mezzo słyszałem Francuza, który uderzył flażolet, a ja zorientowałem się, że on zupełnie inaczej stroi gitarę. No i postanowiłem sobie znaleźć taki strój, gdzie flażolet będzie brzmiał z sekundą, i znalazłem swój prywatny strój, w którym tworzy się sekunda pomiędzy struną G3 a H2. Cały ten numer grany jest w tym stroju, tak więc trzeba mieć pewien pomysł na numer. Kiedyś pomysł przyszedł mi do głowy w pociągu i musiałem go szybko zapisać w nutach. Najśmieszniejszą historię z komponowaniem miałem z wokalistą Stanisławem Wenglorzem, któremu pomagałem przy jego pierwszej płycie, to znaczy dałem mu jakieś swoje kompozycje i kilka z nich wtedy zaistniało, nawet były robione do tego teledyski. No i on, podjarany sukcesem tych moich numerów, powiedział: "Sygit, to następną płytę całą mi napiszesz". Gdy rzeczywiście już coś tam napisałem, a potem jakoś straciłem wenę, to on wziął moje instrumentalne numery nagrane w "Trójce" i dodał do tego swój głos. Powiedziałem mu, że musimy się spotkać, bo mam dla niego jeszcze dwa numery, chociaż tak naprawdę ich nie miałem. Przekładaliśmy jednak to spotkanie, aż w końcu - jak mnie przyparł do muru, że musi już te numery mieć - umówiliśmy się u mojej mamy, tam było pianino i wszystko miałem mu zagrać, ale ja w dalszym ciągu tych numerów nie miałem. Położyłem magnetofon na pianinie i powiedziałem mu, że nie zagram mu na razie wszystkiego, tylko najpierw canto pierwszego utworu. No i zagrałem mu to canto, oczywiście z głowy (śmiech), a potem wymyśliłem refren. W ten sposób skomponowałem na poczekaniu dwa utwory, które znalazły się potem na płycie (śmiech).

Komponujesz na fortepianie czy na gitarze?


Na gitarze. Fortepian to ja miałem tylko jako dodatkowy instrument niecały rok w szkole muzycznej, tak więc nie umiem za wiele, najłatwiej mi się gra C i Am, bez czarnych klawiszy (śmiech), tak więc zagranie z Perfectem "Niewiele ci mogę dać" nie nastręczało mi trudności.

Co sądzisz o graniu coverów dla celów szkoleniowych?


Z Jackiem Królikiem cały czas je gramy w ramach projektu Giganci Gitary. Byliśmy rok temu w Stanach - oprócz naszego wokalisty, który też z nami śpiewał covery, wzięliśmy Piotrka Cugowskiego. Silimy się na utwory autorskie, gdy to ma sens, ale też trzeba pograć coś z innych rzeczy, żeby mieć trochę dystansu. Wszystko jedno, co robisz, ale żeby miało to jakieś podstawy, że to jest twoje, lecz nic na siłę.

Kiedyś fascynowałeś się szybkim graniem w stylu Ala Di Meoli, a jak to wygląda teraz?


Oczywiście dawniej imponowali mi Di Meola, McLaughlin czy Paco de Lucia, aczkolwiek tego ostatniego nie słuchałem za często. Później powalił mnie paroma numerami Steve Vai. Jeżeli chodzi o technikę, to chyba jestem tradycjonalistą - owszem, lubię posłuchać jakiegoś fajnego wymiatania, ale nie kręci mnie to tak jak kiedyś, teraz interesuje mnie raczej fajny riff, fajna kompozycja, solówka tam gdzie potrzeba i tyle dźwięków, ile wystarczy. Czasami oczywiście, jak spotkamy się z Królikiem, to się ścigamy, ale wiadomo, że go nie dogonię, bo on, jak to królik, biega szybko (śmiech), a ja jestem żółw - tak mnie nazywa kolega, którego ja z kolei przezywam ślimak. W młodości ćwiczyłem dużo i jak na tamte czasy byłem OK, ale teraz nie chce mi się ćwiczyć tak dużo, jeśli w ogóle ćwiczę (śmiech). Ludzi, którzy grają dobrze technicznie, jest dużo, ale mnie fascynują muzycy, którzy grają dobrze technicznie i przy okazji fajnie muzycznie. Jest dużo gitarzystów, którzy nie potrafią znaleźć się w zespołach, bo są tak zasłuchani w siebie, że nie wiedzą, gdzie jest fraza, a gdzie wypada na "raz". Oni grają tylko po to, żeby pokazać technikę.

Czy masz w domu dużo gitar?


Nie, jeżeli chodzi o elektryki, to mam dwie gitary. Nie mogę odżałować faktu, że nie mam farta do Fenderów, bo co kupiłem jakiś model tej marki, to zawsze mi coś przeszkadzało, a szczególnie przy prawej ręce nie pasowało mi granie przy tym mostku i ciągle z tych Fenderów się wycofywałem. Takim wiosłem, które uważam za swoje podstawowe, jest Gibson Les Paul, a teraz od paru lat gram na Music Manie Axis i uważam, że jest to uniwersalna gitarka. Miałem też okres Ibanezów, ale jakoś mi przeszło, natomiast Axis dobrze sprawdza się we wszystkim. W ogóle nie znam się na gitarach, nie śledzę rozwoju gitarowego rzemiosła i konstrukcji. Śmieszna przygoda trafiła mi się z Grześkiem Skawińskim, który jest znawcą szczegółów technicznych gitar. Podszedł kiedyś do mnie i spytał, na jakim wiośle gram, ja na to, że na Ibanezie, wtedy on odpowiedział, że wie, iż to jest Ibanez, ale chce wiedzieć, jaki to jest model. Niestety nawet nie wiedziałem, jaki model gitary sobie kupiłem w Stanach. Po prostu wszedłem do sklepu, gitara mi się spodobała z wyglądu, więc uderzyłem parę dźwięków, i to wszystko. Zresztą podobnie było z ostatnim Les Paulem, którego kupiłem w Stanach na godzinę przed odlotem samolotu - parę dźwięków i koniec, biorę. Nigdy się nie zastanawiałem nad żadnymi parametrami, nigdy mnie to nie interesowało. Podobnie jest ze wzmacniaczami.

Na jakim piecu teraz grasz?


Cały czas mam Riverę Knucklehead z oryginalną paczką, którą przywiozłem ze Stanów, no i od trzech lat mam 100-watowe combo Randalla, bo wożenie tej paczki i głowy w oddzielnych pudłach to była masakra i potrzebne mi było combo do takich wyjazdów czy mniejszych koncertów. Mam ten piec z trzema wymiennymi wkładami, a to jest bardzo dobre, bo mam niezależne kanały

A gitary akustyczne?


Mam akustyka Takamine Santa Fe, który sprawdza mi się w każdej sytuacji. Oprócz tego mam "dwunastkę" Yamahy, którą dostałem od Janka Borysewicza. To gitara, na której on nagrywał "Zawsze tam, gdzie Ty", natomiast ja pożyczałem ją od niego do nagrania "Kołysanki" Perfectu.

Myślałem, że "Kołysankę" nagrywał Kozakiewicz...


Nie, to ja ją nagrywałem, to było na "Jestem", zresztą "Niepokonanych" z "Genów" też nagrałem na tej "dwunastce". Z "Kołysanką" to była taka historia, że chłopaki, a głównie Nowicki, głowili się, jak to zaaranżować, a ja mówię: "absolutnie żadnej aranżacji, to ma być piosenka ogniskowa, gdzie koleś weźmie wiosełko i zaśpiewa swojej dziewczynie przy ognisku najpiękniej, jak będzie umiał". Tak więc to ja nagrywałem, a Darek zastąpił mnie w kapeli dopiero po płycie "Geny". Generalnie, żeby uciąć wszelkie spekulacje na temat, co nagrywałem, a co nie, mogę powiedzieć, że swoją obecność tam zaznaczyłem od samego początku, czyli "Lokomotywy", "Nie płacz Ewka", "Niewiele Ci mogę dać" itd. aż do "Kołysanki" i "Niepokonanych", czyli płyt "Jestem" i "Geny".

Jakie masz plany na najbliższą przyszłość?


Na razie postanowiłem nie planować nic i zobaczyć, co się będzie działo z moją ostatnią płytą. Miałem ostatnio gorący okres, dlatego na pewno zrobię sobie wakacje. Mam pewien pomysł na niedaleką przyszłość i myślę, że Ciebie i innych może trochę zaskoczę. Z Jackiem Królikiem, niezależnie od Gigantów Gitary, gramy cykl koncertów po świecie z repertuarem chopinowskim w wersjach rockowych. Niestety na samym początku projektu miałem pewne problemy zdrowotne i np. w Szanghaju godnie zastąpił mnie Marek Napiórkowski, ale już jest wszystko w porządku i reszta świata przede mną. Trochę żałowałem i z bólem serca musiałem zrezygnować, bo bardzo chciałem zobaczyć ten Szanghaj... (śmiech).

Kończąc naszą rozmowę, co byś doradził młodym gitarzystom? Może jakieś rady i sugestie?


Próbować grać zawsze warto, ale traktować to raczej jako hobby, a nie jako coś, co przyniesie nam kiedyś jakiś byt - albo się to kocha, albo nie. A kiedy przyjdzie taki moment, że trzeba będzie dokonać wyboru, czy na to postawić, czy nie, warto się poradzić jakiegoś profesjonalisty, czy ma to sens, żeby nie zmarnować sobie życia. Czasem można sobie zmarnować życie, jeśli na przykład będąc zdolnym muzycznie, poszło się pracować jako inżynier, choć z filozoficznego punktu widzenia nie wiadomo, co jest lepsze - najważniejsze jest szczęście i zależy, gdzie się będzie szczęśliwym. Ale jeśli się kocha muzykę i kocha grać, to w którymś momencie trzeba się zdecydować. Przypadków zmarnowanych talentów jest mniej, natomiast więcej jest ludzi, którzy się pchają do branży, nie mając talentu... Niektórym udaje się pomimo braku zdolności, czego dowodem są niektóre produkcje na polskim rynku, ale raczej czym innym czarują ludzi, nie dźwiękami (śmiech).

Robert Lewandowski

Popestar Ghost

Jako jeden z nielicznych w redakcji naszego magazynu uparcie bronię Ghost.

Gramy dalej

9 /10
Breaking Habits Meller Gołyźniak Duda

Wreszcie doczekaliśmy się polskiej supergrupy z prawdziwego zdarzenia. Nie jakiejś tam odpustowej zgrai muzykantów do kieliszka, ale ekipy złożonej...Gramy dalej

8 /10
Testament ocena 8
Brotherhood of the Snake
Gatunek: Thrash metal
When The Smoke Clears
Gatunek: Hardcore
Shklo ocena 7
Shklo Music
Gatunek: Alternatywa
Zobacz wszystkie