Tak, delikatnie powiedziawszy (śmiech). Teraz tę nazwę traktuje się normalnie, ale wtedy, jak miałem w takiej kapeli zagrać, to poczułem się dziwnie, no ale trudno, tak Hołdys sobie wymyślił. Zgodziłem się, oczywiście wszystko miało być równo dzielone, tak jak w Police były kompozycje Police, to tu będą kompozycje Perfect - pełna demokracja. Było troszeczkę inaczej, no ale jeżeli chodzi o samą pracę, to bardzo się cieszę, że brałem udział w takim projekcie, bo nie wiadomo, jak by się później potoczyły moje losy. Praca wyglądała tak, że siedzieliśmy chyba z pół roku w Stodole w kanciapie i potrafiliśmy czasem godzinę nic nie mówić, nie mieliśmy pomysłu na jakiś tam fragment utworu, nie graliśmy ani nie mówiliśmy nic, bo każdy bał się wyskoczyć z jakimś głupim pomysłem.
W końcu ktoś coś proponował, tak więc było to w jakimś sensie szanowanie siebie, ale przy okazji taka burza mózgów. Hołdys był wprawdzie przywódcą, miał decydujące zdanie, był kompozytorem, ale wszystko robiliśmy i aranżowaliśmy po swojemu. Na przykład piosenkę "Nie płacz Ewka" to on przyniósł na próbę, zagrał nam ją i to brzmiało jak country, a ja wymyśliłem wszystkie gitary, zaś Dzidek Zawadzki ten motyw basowy pod koniec, ja chciałem uzyskać coś w rodzaju gitary slide, więc wymyśliłem sobie jakiś motyw i zagrałem go zapalniczką, tak więc tu aranżacja bardzo dużo dawała. Poza tym w tamtych czasach bardzo ważne były teksty, które pisał Olewicz z Hołdysem (w większości oczywiście Olewicz), okres buntu całego narodu, Solidarność - to wszystko złożyło się jakoś chyba na sukces Perfectu. No i skład personalny, do którego dopiero po pół roku prób Hołdys znalazł gdzieś Grześka Markowskiego, który śpiewał w jakiejś knajpie.
Przyprowadził go na próbę i wszystko się zgadzało. Po jakimś czasie, po trasach koncertowych, zaczęły się sprawy jakie mają miejsce w niemal każdej grupie ludzkiej - a więc kłótnie, pijaństwa, a następnego dnia Hołdys ładnie ubrany i uczesany krzyczy: "Co tu się dzieje!" i tak dalej, że nie będzie z pijakami pracował, a sam przecież robił to samo. I któregoś dnia powiedział: "Rezygnuję, nie mogę pracować w takiej atmosferze, odchodzę z zespołu, róbcie sobie z nim, co chcecie". Ponieważ ja i basista najwięcej tam pracowaliśmy, ciągnęliśmy to od strony aranżacyjnej i muzycznej, spotykaliśmy się kilka tygodni i zastanawialiśmy się, czy robić to dalej, czy nie. Jednak nie mieliśmy jednej rzeczy, którą miał Hołdys - daru do wszystkich posunięć medialnych i reklamy na rzecz zespołu; nie wiem, chyba nauczył się tego w Stanach.
Kiedyś, chyba to pamiętasz, radio i telewizja mówiły tylko prawdę, powszechnie mówiło się: "a co ty mi gadasz, posłuchaj, co powiedzieli w radio", nie było tak, że w radiu można było skłamać (śmiech), a Hołdys chyba w USA się nauczył, że radio i TV służą do sprzedawania picu, a tego w Polsce nikt nie znał. Dlatego pierwszy wywiad Hołdysa w telewizji jako lidera Perfectu polegał na tym, że patrząc prosto w kamerę, bez zmrużenia okiem powiedział: "Bo my jesteśmy najlepsi w Polsce". Oczywiście to tylko jeden z przykładów, których można przytoczyć wiele, wypowiedzi do mikrofonu, do ludzi, a także drażnienie służb typu milicja - to wszystko tworzyło określoną aurę wokół zespołu, której my sami nie bylibyśmy w stanie zrobić. Mieliśmy do wyboru: albo prowadzić Perfect, albo przyjąć jakieś kontrakty zagraniczne, bo wtedy na nich można było dobrze zarobić.
Wybraliśmy tę drugą opcję, ja dostałem jakiś kontrakt, Dzidek Zawadzki również, ale Hołdys powiedział, że tak czy inaczej gramy do końca roku. Stan wojenny zastał nas w Novotelu w Gdańsku i skończyło się granie, ale w międzyczasie przyszedł kontrakt dla Perfectu z Holandii, no i Hołdys zmienił zdanie, że jednak nie odchodzi, a ja już miałem kontrakt podpisany gdzie indziej, więc zrezygnowałem z kapeli i nie wiem, czy niestety, czy stety, ale nie żałuję, bo później nagrałem swoje solowe płyty.