Trudno mi powiedzieć, po prostu bardzo interesowałem się muzyką, a jazz jest dość blisko spokrewniony z bluesem, którego słuchałem. Progresję bluesową można usłyszeć również w jazzie, więc pomyślałem sobie, że to jest 12-taktowy blues, który jest mi znany, ale są tu jednak pewne zmiany w akordach oraz w harmonii. Poza tym kochałem brzmienie jazzu. Gdy jako nastolatek usłyszałem płyty Milesa Davisa, Charliego Parkera czy Coltrane’a - mimo że niewiele z nich wtedy rozumiałem - naprawdę spodobały mi się. Tak więc to oni byli moimi głównymi mentorami, ale słuchałem także gitarzystów jazzowych. Zacząłem od Django Reinhardta, słuchałem go z płyty "Djangology", którą ojciec kupił mi, kiedy byłem bardzo młody. Ta muzyka była niesamowita, lecz pod każdym względem zbyt trudna dla mnie. Na tym krążku znajdował się utwór "Beyond The Sea", który uwielbiałem. Poznałem go także w wersji śpiewanej - moja siostra miała płytę Bobby’ego Darina i tam był ten utwór. Jednak szybko zacząłem słuchać też innych gitarzystów jazzowych, jak Pat Martino, George Benson, a później Jim Hall. Bardzo lubiłem też McLaughlina, którego usłyszałem po raz pierwszy z zespołem Tony Williams Lifetime, a także na płycie "Bitches Brew" Milesa Davisa. Bardziej lubiłem swingowy jazz, funk i blues niż fusion. W sumie to jest to, co robię obecnie - dziś wieczorem zagramy bardzo bluesowy program.