Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Warren DeMartini (Ratt)

Warren DeMartini (Ratt)

Ratt to amerykański zespół metalowy, który święcił triumfy w latach 80. Z dużym powodzeniem łączył heavy metal z elementami popu, przez co porównywany był do grupy Aerosmith. Muzycy zadebiutowali mini albumem "Ratt" (1983) i między innymi dzięki znajomościom w zespole Mötley Crüe podpisali kontrakt z wytwórnią Atlantic Records

Grupa odbyła tournée z Ozzym Osbournem i Billym Squierem. Zespół rozpadł się w 1992 roku, później reaktywował się na chwilę, aby w 1999 nagrać jeden album. Muzycy jednak nie dali za wygraną. Po jedenastu latach milczenia postanowili spróbować jeszcze raz - w tym roku ukazał się ich nowy album, który otrzymał tytuł "Infestation". Nikt się nie spodziewał, że grupa ma jeszcze szansę powrócić, i to w tak dobrym stylu - "Infestation" to jedna z najlepszych płyt rockowych 2010 roku. Co ciekawe, większość ludzi pamiętających tę formację postrzega ją jako pewnego rodzaju muzyczną skamielinę z lat 80., która nie ma dzisiaj nic do zaprezentowania. Wystarczy jednak posłuchać albumu "Infestation", żeby zmienić zdanie. To ostra, pełna energii dawka gitarowej muzy, której żaden prawdziwy fan rocka się nie oprze. Jeśli myślicie, że Ratt wraz ze swoimi glamrockowymi korzeniami odszedł do lamusa, to się grubo mylicie. Ale dowiedzmy się czegoś więcej o tym krążku od gitarzysty formacji, Warrena DeMartini. Już na samy początku naszego spotkania muzyk uprzedza nasze pytanie, mówiąc: "myślę, że ta płyta różni się od tego, co obecnie jest popularne w muzyce rockowej". Warren ma całkowitą rację, bo w tej muzyce słychać doświadczenie.

Wasz zespół wzbogacił się ostatnio o kolejną interesującą osobowość muzyczną, Carlosa Cavazo...

Tak, Cavazo najpierw występował w zespole Snow z Los Angeles. Grali w klubach tak jak zespoły Starwood, The Whiskey i Gazaris w roku 1978. Kiedy Randy Rhoads wstąpił do zespołu Ozzyego, Carlos zastąpił go w kapeli Quiet Riot, który później odniósł wielki sukces. Jedną z najważniejszych rzeczy, jakie wniósł do naszego zespołu, były piosenki. To były naprawdę gorące utwory. Na płycie "Infestation" dorzuciłem wprawdzie swoje trzy grosze w kilku miejscach, ale to właśnie Carlos wykonał większość roboty. Moje ulubione kawałki na tym krążku są właśnie jego autorstwa. Szczególnie podobają mi się nasze partie prowadzące grane w harmoniach, które zostały nagrane jednocześnie, bez dogrywek. Te fragmenty przypominają mi wspaniałe czasy, kiedy wraz z Robbinem Crosbym nagrywaliśmy takie utwory, jak np. "Wanted Man".

Twoje partie gitarowe na płycie "Infestation" też robią ogromne wrażenie. Twoje riffy i partie prowadzące przypominają swoim melodramatyzmem grę Adriana Vandenberga z grupy Whitesnake.

Poszczęściło mi się. Miałem czterech starszych braci i kiedy byłem bardzo młody, miałem szansę słuchać najlepszych płyt z tamtego okresu, między innymi "Cream Live". Wtedy był to absolutny przebój w Chicago. W ten sposób miałem przedsmak dobrej muzyki, stylu, który stał się dla mnie najdroższy. Później Eddie Van Halen jeszcze ten styl rozwinął i wniósł go na nowy, wyższy poziom. Wywarł na mnie ogromny wpływ.

Podobno wynajęliście wielką posiadłość, w której mieszkaliście i pracowaliście nad nową płytą. Może lata 80. odeszły w niepamięć, ale rockowy styl życia gwiazd niekoniecznie...

Tak, zdecydowanie (śmiech). Mam nadzieję, że to pozytywnie odbiło się na jakości płyty. Zawsze podobały mi się historie, kiedy zespoły wynajmowały wielką willę lub posiadłość i nagrywały tam całą płytę, tak jak w przypadku "Houses Of The Holy" grupy Led Zeppelin albo "Exile On Main Street" Rolling Stones. Zawsze chcieliśmy zrobić coś takiego, ale nie było okazji. Kiedy wreszcie się nadarzyła, nie mogliśmy się oprzeć, aby z niej nie skorzystać. Chcieliśmy wyrwać się z miasta i jechać na wieś, gdzie telefony nie mają zasięgu. Być w takim miejscu, gdzie można tylko jeść, pić, spać i pracować nad muzyką.

Jakich gitar używaliście do nagrania płyty?

W studiu towarzyszyło mi kilka gitar marki Charvel z serii przeze mnie sygnowanej i kilka wioseł Performance.

Mówisz o gitarach custom?

W późnych latach 80. Charvel i Jackson po prostu bardzo się zmienili. Grover Jackson opuścił firmę, która od tego momentu zmieniła się nie do poznania. Nie wiedziałem, co robić. Pewnego dnia odwiedziłem w studiu Franka Zappę. Zainteresowała mnie jego gitara i zapytałem, czy mogę ją wypróbować. Brzmiała fantastycznie. Kupił ją w sklepie gitarowym o nazwie Performance, który mieścił się zaraz obok Capitol Records w Hollywood. Poznałem też Kuni Sugai, właściciela firmy Performance. Zadzwoniłem do nich i zapytałem, czy mają jeszcze dane techniczne tej konkretnej gitary i czy mogliby zrobić dla mnie dokładnie taką samą. Od Stratocastera różni się tylko tym, że jej korpus ma tępe brzegi, prawie tak jak Telecaster. Tak zaczęła się moja przygoda z gitarami Performance, która trwa do dzisiaj. Ale muszę przyznać, że gitary Charvel ostatnio bardzo się poprawiły. Firma zatoczyła pełne koło. To dobre czasy dla gitar.

A jeśli chodzi o pozostały sprzęt?

Ostatnio pojawiło się na rynku kilka świetnych kostek. Wypróbowałem na przykład The King Of Tone firmy Analog Man. Przydaje się, kiedy potrzebujesz dobrej dopałki, ale nie zmienia drastycznie podstawowego sygnału. Niektóre przestery dosyć mocno redukują dolne pasmo, ale nie ten. W tym roku też miałem okazję wypróbować efekt Tone Box Skull Crusher. Ma kształt czaszki i rozmiar piłeczki do baseballa. Wykonany został z metalu, a kiedy jest włączony, w czaszce świecą się oczy. Brzmi tak dobrze, jak wygląda.

A wzmacniacze?

Podczas nagrywania ścieżek na naszą najnowszą płytę podpinałem gitarę do 100-watowego Diezela w połączeniu z Soldano. Dzięki temu mogłem uzyskać brzmienie o pełnym, zrównoważonym paśmie. Wzmacniacze Diezel z każdą serią są coraz lepsze. Kiedyś torturowaliśmy transformatory i lampy, wprowadzaliśmy wiele modyfikacji, aby osiągnąć zamierzony efekt, a teraz takie brzmienie można uzyskać dużo łatwiej. Wraz ze wzrostem popularności gitar typu vintage, postarzonych instrumentów i dostępności kostek po modyfikacjach - przed gitarzystami otwiera się znacznie więcej możliwości niż kiedyś.

Jesteś fanem gitar custom, które dla większości śmiertelników są jednak niedostępne. Czy według ciebie duża jest różnica pomiędzy wymuskanymi gitarami na zamówienie a masowym sprzętem ze sklepowej półki?

Myślę, że gitary dostępne w sklepach są naprawdę w porządku. Od czegoś trzeba przecież zacząć. Z czasem, kiedy lepiej zrozumiemy, na czym to wszystko polega, stwierdzimy, że ten i ten sprzęt powinien być lepszej jakości - i to właśnie wtedy najczęściej decydujemy się na model typu custom. Ale powtarzam: w sklepach można całkiem nieźle się zaopatrzyć. Ostatnio byłem naprawdę pod wrażeniem wzmacniacza Peavey sygnowanego przez Joego Satrianiego. Daje niezłego czadu. Ma bardzo dobry przester, który można wykorzystać w wielu sytuacjach. Sam miałem okazję wypróbować wersję combo. Gdybym traktował grę jako hobby, pewnie używałbym tego wzmacniacza w domu.

Minęło 28 lat, odkąd zagrałeś swoją pierwszą nutę w zespole Ratt. Jak postrzegasz tę grupę obecnie, a jak go widziałeś w latach 80.?

Cieszę się, że szalone lata 80. są już za mną. To był niesamowity, bardzo ekscytujący okres w moim życiu, choć z drugiej strony wtedy wszystko było zbyt przesadzone, za bardzo intensywne... Nie chodzi mi tylko o energię płynącą z koncertów, ale też o całe doświadczenie z tamtych lat. Teraz otwieramy nowy rozdział, co znowu jest ekscytujące, ale tym razem nie zaczynamy od początku. Nagraliśmy też inną płytę - w innych barwach i o zupełnie innej energii. Jest to brakujące ogniwo pomiędzy albumami "Out Of The Cellar" i "Invasion Of Your Privacy". W tej płycie chodzi o energię i tempo.

Ciaran Tracey

TECHNIKA

Przyglądamy się stylowi Warrena...

W latach 80. Warren był jednym z najlepszych gitarzystów metalowych. Jego solówki w zespole Ratt zawsze były bardzo zwarte, dokładne, a do tego idealnie dopełniały każdą kompozycję jako całość. Muzyk dbał nie tylko o to, by w jego solówkach było sporo melodii, ale także o to, by stworzyć prawdziwe arcydzieła pełne ekscytujących popisów technicznych. Chociaż nigdy nie był zagorzałym fanem szybkiego kostkowania czy techniki legato, jego najbardziej imponujące zagrywki grane są właśnie jako legato w układach szerokich, czego przykładem jest utwór "Wanted Man". Styl Warrena przypomina nieco styl Jake’a E. Lee, jego starego przyjaciela i poprzednika w zespole. Obaj mają talent do wymyślania ciekawych, niestandardowych zagrywek (wystarczy posłuchać utworu "I’m Insane"). Od samego początku Warren z powodzeniem wykorzystywał technikę side-to-side slide wibrato, której obecnie używa Greg Howe i wielu innych.

Zaklęty krąg Cugowscy

Krzysztof Cugowski jest na polskiej rockowej scenie od zawsze, zaś jego dwaj synowie Piotr i Wojciech od prawie zawsze, ale po raz pierwszy wspólnie...Gramy dalej

8 /10
Atoma Dark Tranquillity

Giganci szwedzkiej sceny melodyjnego death metalu od blisko piętnastu lat nie splamili się słabym wydawnictwem.

Gramy dalej

9 /10
CETI ocena 9
Snakes of Eden
Gatunek: Heavy metal
Green Day ocena 8
Revolution Radio
Gatunek: Pop punk
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Zobacz wszystkie