Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Jeff Waters (Annihilator)

Jeff Waters (Annihilator)

Dwadzieścia lat temu grupa Annihilator była pionierem thrashu. Zespół nie przestał jednak eksperymentować i - jak mówi lider formacji, Jeff Waters - wciąż toruje sobie nowe drogi w ramach tego gatunku, co słychać na nowej płycie zatytułowanej po prostu "Annihilator".

Krążek ten ukazał się w maju bieżącego roku. Co ciekawe, muzycy w sposób dość oczywisty reklamują go sami. Na okładce płyty umieścili bowiem naklejkę, na której napisane jest czarno na białym - dosłownie tak, aby nikt nie miał żadnych wątpliwości - "NA TEJ PŁYCIE JEST 66 SOLÓWEK!" (ang. 66 SOLOS ON THIS RECORD!). Wytwórnia Earache musiała być bardzo zadowolona z tej produkcji. Slogan reklamowy na naklejce rzeczywiście jest esencją tego, co jest na płycie najważniejsze: partie gitarowe grane przez Jeffa Watersa. To one wysuwają się na pierwszy plan. Artysta gra solówki tak szybkie i tak często, że każdego miłośnika gitary może to wprawić w osłupienie. "Szczerze mówiąc, nie liczyłem tych solówek - mówi Waters. - Czy któryś z gitarzystów liczy swoje własne solówki?" No cóż, znamy kilku takich... Po chwili muzyk dodaje: "Może to jakaś ekstrawagancja, ale czasami lubię przesadzać. Niektóre piosenki wymagają jednej czy dwóch solówek, inne zaś dwudziestu - ja zawsze jestem gotów wszystkie je zagrać".

Płyta utrzymana jest w tym samym stylu co wasze poprzednie krążki...
 

Nie ukrywam, że nie gramy niczego nowego. To wciąż ta sama muzyka, którą wykonuję od lat, a także powrót do tego, czego słuchałem, gdy dorastałem. Czy ja powiedziałem "gdy dorastałem"? (śmiech). Ależ to całkowita nieprawda! Powinienem powiedzieć: "gdy próbowałem dorosnąć".
 

Jesteś przede wszystkim znany ze swoich niezwykle szybkich solówek, ale przecież twoja zwarta i precyzyjna gra genialnie się sprawdza w partiach rytmicznych...

Gdyby ktoś mnie poprosił, żebym zrobił ranking stu najlepszych gitarzystów wszech czasów, to jakie kryteria wziąłbym pod uwagę? Otóż pierwszym kryterium byłaby dla mnie gra rytmiczna, później solówki, a na końcu pisanie piosenek. Dlatego w moim rankingu Mustaine znalazłby się przed Hetfieldem. Mustaine gra solówki i jest w tym dobry, ale przede wszystkim jest genialnym gitarzystą rytmicznym i tworzy świetne kompozycje. Wprawdzie Hetfield robi to wszystko, ale pozwala grać solówki Kirkowi.
 

Co jest dla ciebie ważne w technice gry?
 

Nigdy nie przykładałem wagi do nauki teorii i dlatego nie odebrałem żadnego klasycznego wykształcenia. Nauczyłem się tylko tyle, żeby wiedzieć, że lewy kciuk powinien znajdować się pod gryfem. Dzięki temu możliwe jest ekstremalne rozciągnięcie palców, co jest praktycznie niewykonalne w sytuacji, gdy kciuk jest umieszczony w tradycyjny, nazwijmy to "rockowy sposób", czyli na górnej części gryfu. A skoro już mowa o palcach, to wspomnę jeszcze o jednej sprawie. Zwykle gitarzyści nie lubią używać małego palca, ponieważ jest on słabszy niż pozostałe. Ale jeżeli używa się go od samego początku, to staje się on równie skuteczny jak palec wskazujący, dzięki czemu można grać szybciej i czyściej. Jeśli wszystkie cztery palce mocno współpracują ze sobą, wówczas gra staje się bardziej efektywna. Oczywiście nie chodzi tu tylko o szybkość i efektywność. Czasami zarzucam własnej grze to, że jest zbyt perfekcyjna, czysta i mechaniczna. Staram się, żeby tu i ówdzie było bardziej bluesowo, ponieważ brakuje mi feelingu.


Typowi wymiatacze odchodzą już powoli do lamusa. Twoja gra jest ekscytująca i na czasie, bo choć grasz szybko, to w twojej grze słychać wpływy klasycznego rocka właściwie na wszystkich albumach. Można powiedzieć, że twoja gra jest bardziej złożona...


Byłbym ostrożny z wystawianiem jakiejkolwiek oceny. Pamiętam, jak Gene Simmons został skrytykowany w jakiejś gazecie za to, że nie ma talentu. O Angusie Youngu ktoś napisał, że nie potrafi grać i jest tylko dobrym showmanem. Ale przecież partie, które Simmons grał na basie - szczególnie we wczesnym okresie swej kariery - były bardzo oryginalne. Solówki Younga i partie rytmiczne Malcolma to przecież klasyka... Czy ktoś inny umiałby zagrać tak jak oni? Gra Malcolma Younga jest najbardziej zwarta w całej historii rocka, a Angus ma wręcz niewyobrażalny bluesowy feeling, praktycznie niemożliwy do podrobienia - w stylu Chucka Berry’ego czy B.B. Kinga.
 

Solówka w utworze "Death In Your Eyes" jest zarówno pełna feelingu, jak i gry bardziej zwartej rytmicznie. Podobno pracujesz nad gitarą, która łączyłaby w sobie te dwa światy...
 

Pracujemy nad gitarami Epiphone od ponad dwóch lat. To bardzo długo jak na gitary, których cena ma nie przekroczyć tysiąca dolarów. Naprawdę czuję się zaszczycony, że firmy Gibson i Epiphone zwróciły się do mnie z taką propozycją. Po kilku miesiącach entuzjazm trochę opadł i zacząłem się zastanawiać, jak zrobić gitarę, która nie byłaby za droga, a jednocześnie jej jakość byłaby odpowiednio wysoka. Przez rok negocjowaliśmy i wreszcie się zgodzili, by przy zmniejszeniu nieco marginesu zysku zrobić mi gitarę, która naprawdę wymiata. Tak więc gitara nie będzie szokowała swoją ceną i - co najważniejsze - zaoferuje znacznie więcej, niż można by się po niej spodziewać! Chciałem, żeby na tej gitarze można było zagrać nie tylko partie rytmiczne w stylu Hetfielda, ale także wydobyć z niej bardziej nowoczesne brzmienie - coś w stylu Zakka Wylde’a. Chciałem, żeby grało się na niej lekko i łatwo - dosłownie tak, jakby gryf był posmarowany masłem. Nie zależało mi na zbyt mocno naciągniętych strunach. Pragnąłem, aby były bardziej luźne, w stylu Angusa Younga, czyli po prostu: uderz i zobacz, co się stanie! (śmiech).
 

Nie zawsze grałeś na gitarach Gibson i Epiphone...
 

Przez jakiś czas grałem na gitarze ESP Dave’a Mustaine’a - model DV-8R sprzed prawie dziesięciu lat. Niektórzy nie mogli uwierzyć, że na niej gram, bo to jest przecież tani model. Ale o wiele bardziej mi się podoba on niż te niektóre wiosła kosztujące 3.000 dolarów. Zawsze ciągnęło mnie do tanich gitar, bo właśnie na takich się wychowałem. Lepsze instrumenty wydają mi się ciężkimi, sztywnymi kawałkami drewna. Zależało mi na nieco przybrudzonym brzmieniu gitary, w którym pojawi się trochę niekontrolowanych artefaktów pochodzących ze strun obijających się o progi itp. Wszystko to jednak można kontrolować. Wielu gitarzystów w latach 90. przerzuciło się na aktywne przetworniki EMG, które bardzo spłaszczyły i przytłumiły ich brzmienie. To się może sprawdza w przypadku kiepskich zespołów metalowych. My kolesie z lat 80. wiemy, że jak się chce uzyskać prawdziwe, mięsiste brzmienie, to nie może ono pochodzić z przetwornika. Ja wolę bluesowe, czyste przetworniki, a przester ustawiam na wzmacniaczu. Miałem szczęście, bo firma Gibson zaproponowała mi współpracę. Chcieli zrobić dla mnie przetwornik, lecz nie mieli żadnego punktu zaczepienia. Dałem im do przesłuchania kilka płyt zespołu Judas Priest, ponieważ chodziło mi dokładnie o takie brzmienie. Przesłuchali i spisali się naprawdę nieźle. Zaprezentowali mi pięć przetworników, spośród których wybrałem jeden, który będzie sygnowany moim nazwiskiem. A więc mam przetworniki Gibsona w gitarach Epiphone.


Przez długie lata byłeś fanem Marshalla, ale ostatnio używasz wzmacniaczy, które można programować komputerowo...
 

Podłączam gitarę bezpośrednio do wzmacniacza Hughes & Kettner Coreblade. Początkowo się wahałem, ponieważ nie chciałem kolejnego zaawansowanego konstrukcyjnie wzmacniacza, bo miałem z nimi wcześniej problemy. Ale Hughes & Kettner to co innego - ten sprzęt został zaprojektowany i wyprodukowany w Niemczech. Dobra jakość jest więc gwarantowana! Zresztą zbieram wzmacniacze już od 1989 roku i nie podejrzewałem, że kiedykolwiek będę potrzebował nowego sprzętu tego typu. Ale pojawili się goście z firmy Hughes & Kettner i zaproponowali, żebym wypróbował ich sprzęt. Na początku nie byłem zainteresowany nowinkami technicznymi. Byli jednak tak przekonujący, że w końcu zgodziłem się skorzystać z ich oferty. Najpierw zaproponowali mi wzmacniacz Switchblade, ale potem sami stwierdzili, że prawdziwi metalowcy potrzebują lamp. Wzięli więc zwykły lampowy wzmacniacz, w którym zainstalowali układ cyfrowy służący tylko do kontrolowania efektów i korekcji. Na domiar tego własne brzmienia można w wygodny sposób zapisać na PenDrivie podłączonym do złącza USB umieszczonego na panelu przednim. Wszystko jest banalnie proste w obsłudze: uzyskujemy brzmienie, które nas satysfakcjonuje, naciskamy klawisz ZAPISZ i wysyłamy mailem do naszego technicznego w Hiszpanii. Wiem, że wszystko będzie brzmiało jak należy. To brzmienie jest jak metalowa wersja AC/DC. Ten wzmacniacz po prostu wymiata!
 

Na nowej płycie znajduje się też cover utworu Van Halen "Romeo Delight". Skąd wybór akurat tej kompozycji?


Nagrywanie utworu "Romeo Delight" było dla mnie prawdziwą przyjemnością. Nigdy wcześniej na żadnej płycie studyjnej nie umieszczałem coveru, więc czułem się trochę jak dziecko w sklepie ze słodyczami - nie wiedziałem, na co się zdecydować. Nie jest trudno wybrać jakiś ulubiony kawałek Metalliki, Exodusa czy Slayera, ale chciałem zdecydować się na coś, co miałoby dla mnie szczególne znaczenie. "Romeo Delight" jest dla mnie utworem szczególnym. Van Halen był pierwszym zespołem, którego słuchałem, który grał ostrzejszą muzykę. Oni zainspirowali mnie do dalszych muzycznych poszukiwań. Dzięki nim trafiłem na Black Sabbath, Judas Priest, Iron Maiden i Slayera. Słuchałem ostrej muzyki, żeby wyładować swoją młodzieńczą agresję. Kiedy zaczniesz słuchać Slayera, jesteś na prostej drodze do piekła (śmiech). Później odkryłem zespoły Exciter, Razor i Anvil.
 

"Romeo Delight" nie jest łatwym utworem...
 

Oj, nie jest! Nie sądzę, żebym zagrał go całkowicie poprawnie. Sprawdzałem na YouTube, czy jestem chociaż w jakimś stopniu bliski oryginału. Myślę, że przeboje z mojej młodości nagrane są prawie perfekcyjnie, każda nuta zdaje się być na swoim miejscu. Ale jak się lepiej wsłuchać, okazuje się, że jednak nie! Produkcja na wielu albumach sprzed lat była po prostu fatalna. Wokal jest poza rytmem i ogólnie nie jest tu najlepiej z poprawnością rytmiczną. Ale tak naprawdę nie ma to znaczenia, bo w tych utworach najważniejszy jest klimat i energia.


Bardzo wiernie udało ci się odtworzyć brzmienie Eddiego Van Halena. Uzyskałeś je między innymi dzięki efektowi, który sam pomogłeś stworzyć...

Tak, odkryłem genialny efekt do solówek! To cacko to MXR Phase 90. Dzięki tej kostce można uzyskać w solówkach piękne przemiatanie. Nie wiem, z czego to wynika, ale faktem jest, że Phase 90 potrafi skutecznie poprawić brzmienie, wpływając jednocześnie na zwiększenie dokładności gry. Z drugiej strony, jeśli podczas kostkowania pozwolimy sobie na pewnego rodzaju lenistwo i niezbyt staranne wykonanie, to wspomniany efekt tego nie wybaczy i wszystko będzie bardzo wyraźnie słychać. Używałem tej kostki praktycznie w każdej solówce na ostatnich trzech płytach zespołu Annihilator.

Na waszej najnowszej płycie nagrałeś naprawdę imponującą liczbę solówek. Twoja szybkość gry wymaga pewnych kompromisów. Czy nie wiąże się to z wyborem cieńszych strun?


Tak, używam strun o grubości od .009" do 0.046", które w trasie uważa się raczej za cienkie. Cóż, jestem producentem, miksuję, zajmuję się masteringiem, aranżacją, jestem menadżerem trasy, piszę piosenki, gram na basie... Czasami przez długi czas nie biorę do ręki gitary, bo zwyczajnie nie mam na to czasu. Z jednej strony to dobrze, bo nie zdzieram sobie palców przed trasą. Z drugiej jednak strony - moje palce są trochę słabe, bo nie mam okazji ćwiczyć. Za to pod koniec trasy jest inaczej, wtedy mam ochotę zmieniać struny na grubsze!


Byliście inspiracją dla wielu młodych zespołów metalowych, które robią teraz zawrotną karierę. Ich ogromne rzesze fanów zapewne o was nie słyszały. Trzy lata temu zaprosiliście kilka młodych gwiazd do nagrania płyty zatytułowanej "Metal". Czy to był z waszej strony tylko chwyt marketingowy?


Myślę, że to wynikało z desperackiej chęci przetrwania w trudnych dla nas czasach. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że prezes wytwórni AFM, z którą mieliśmy podpisany kontrakt, zginął w wypadku samochodowym. Po prostu zjechał nagle z drogi i uderzył w drzewo. Był mężem i ojcem - to było dla nas wszystkich naprawdę straszne. Kończyliśmy nagrywanie płyty w grobowych nastrojach. Wiedzieliśmy, że mamy kilka dobrych kawałków, i zabraliśmy się za pisanie następnych. Dave Padden, nasz wokalista, miał niestety problemy ze śpiewaniem. Spotykaliśmy się u mnie w domu przez kilka tygodni, pracowaliśmy nad płytą, ale nic nam nie wychodziło. Nasza wiara we własne możliwości drastycznie spadła. Pewnego dnia zadzwonił Corey z Trivium. Wiedział, że nagrywamy płytę, i zapytał, czy nie mógłby nagrać dla nas solówki. Oczywiście zgodziłem się. Następnego dnia zadzwonił do mnie Mike Amott z Arch Enemy, więc przy okazji zapytałem go, czy nie nagrałby czegoś dla nas. Później przyszedł mi na myśl Alexi Laiho - skontaktowałem się z nim. I tak się zaczęło. Fantastycznie się też słucha, jak Jeff Loomis z Nevermore tworzy zagrywki specjalnie na naszą płytę!


No cóż, thrash metal trochę odszedł do lamusa. Wyparł go grunge na początku lat 90. Ale nie narzekacie teraz na brak popularności. A wręcz przeciwnie...


To bardzo dziwne, jak zmienne są koleje losu. Był moment, kiedy wszyscy myśleli, że już po nas, że zespół się rozpadnie. A my zamiast tego nagrywamy jedną z naszych najlepszych płyt! To niesamowite, ale dopiero wtedy zacząłem zarabiać jakieś pieniądze na swojej karierze. W niektórych krajach w ogóle nie sprzedawaliśmy płyt i ludzie o nas zapomnieli. Ale były też miejsca, w których o nas pamiętano - pojechaliśmy do Grecji i graliśmy tam koncerty dla dziesięciotysięcznej publiczności. Nie czuliśmy więc presji, żeby się zmieniać.


To prawda, wiele zespołów thrashowych zmieniło styl...


Nigdy bym tego nie zrobił. Nie zacząłem grać dla sławy czy pieniędzy, czy też aby pojawiać się na okładkach magazynów. Autentycznie kocham muzykę. Przez ostatnie dwadzieścia lat mojego życia nie zrobiłem nic pod publiczkę, nawet nie zmieniłem image’u. Chociaż z drugiej strony miałem szczęście. Co bym zrobił, gdyby muzyka, którą tworzę, nie sprzedawała się? Może musiałbym poszukać normalnej pracy? Albo musiałbym jednak pomyśleć nad zmianą stylu?


Tragicznie zmarły Dimebag Darrell był twoim długoletnim przyjacielem. Na waszej nowej płycie sporo jest nawiązań do jego gry - od "Cowboys From Hell" do "Far Beyond Driven"...


Tak, na pewno. Byliśmy z Dimem w tym samym wieku. Z Panterą graliśmy koncerty w ramach trasy z Judas Priest "Painkiller". W studiu wciąż wisi plakat z tej trasy. Dimebag miał dokładnie taki sam - trzymał go w garażu. Wywodziliśmy się dokładnie z tej samej szkoły gry - była to szkoła metalowa, nie thrashowa.


Niektóre utwory z nowej płyty, jak na przykład "Ambush", mają niesamowitą energię. Skąd w tak łagodnym człowieku jak ty jest tyle ognia?


W dzisiejszym świecie nie jest trudno się wściec. Jeśli kiedykolwiek stracisz ochotę na tworzenie ciężkiej, ostrej muzyki, to rozejrzyj się dookoła: popatrz na rachunek na twoim biurku, pomyśl o prawniku, który cię wykiwał, albo przypomnij sobie, jak ktoś na festiwalu próbował ściągnąć twoje zagrywki. Nie jest trudno znaleźć powody do tego, żeby się wkurzyć. Nigdy nie mam problemu z tekstami. Z muzyką bywa trochę gorzej. Na ostatniej płycie nie ma za dużo ballad czy utworów instrumentalnych. Jest za to ostra jazda.

Ciaran Tracey

Zaklęty krąg Cugowscy

Krzysztof Cugowski jest na polskiej rockowej scenie od zawsze, zaś jego dwaj synowie Piotr i Wojciech od prawie zawsze, ale po raz pierwszy wspólnie...Gramy dalej

8 /10
Atoma Dark Tranquillity

Giganci szwedzkiej sceny melodyjnego death metalu od blisko piętnastu lat nie splamili się słabym wydawnictwem.

Gramy dalej

9 /10
CETI ocena 9
Snakes of Eden
Gatunek: Heavy metal
Green Day ocena 8
Revolution Radio
Gatunek: Pop punk
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Zobacz wszystkie