Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Sandi Thom

Sandi Thom

Metamorfoza Sandi jest tak radykalna, że trudno ją poznać na zdjęciu. Ta artystka zamieniła kwiatki i punka na skórę i blues-rocka, a gitarę akustyczną na elektryczną. Stała się prawdziwą rasową gitarzystką, czym zaskoczyła zarówno krytyków, jak i fanów. Chętnie się dowiemy, co spowodowało taką odmianę...

Historia muzyki zna wiele przypadków metamorfoz i radykalnych zmian stylu. Muzycy eksperymentują z nowymi gatunkami, zmieniają skład zespołów, a także swój wizerunek. Sandi Thom przeobraziła się nie do poznania. Może dlatego, że była ostro krytykowana za poprzedni image? Niektórzy mówili, że nie można być punkowcem z kwiatkami we włosach, innym zaś nie podobało się, że zupełnie nieznana osoba stała się gwiazdą z dnia na dzień. Podejrzewano, że cała akcja promocyjna - łącznie z koncertami w piwnicy, o których za chwilę - została skrupulatnie zaplanowana przez wytwórnię. Bo jak to możliwe, że dziesiątki tysięcy osób zainteresowało się nagle jej koncertami w Internecie. W pewnym momencie wydawało się, że Thom spędza tyle samo czasu, tworząc muzykę, co odpierając krytykę. Ostatecznie artystka nie zdołała oczyścić swojego imienia i na długo przylgnęła do niej etykietka marionetki w rękach speców od wizerunku i wielkich koncernów płytowych.

Kariera tej szkockiej artystki od początku potoczyła się błyskawicznie. W 2006 roku Sandi zagrała z zespołem serię 21 koncertów w piwnicy swojego domu, które były transmitowane na cały świat poprzez stronę internetową. Po tygodniu stała się tak popularna, że jej publiczność wzrosła z garstki przyjaciół do kilkuset tysięcy osób i podpisała kontrakt z wytwórnią RCA, a jej singiel zatytułowany "I Wish I Was A Punk Rocker (With Flowers In My Hair)" podbił amerykańskie listy przebojów. Sandi zaczęła przejawiać zainteresowanie muzyką, gdy miała czternaście lat. Szybko zorientowano się, że ma świetny słuch i spory talent. W wieku siedemnastu lat została przyjęta do Liverpool Institute Of Performing Arts - była najmłodszą studentką w dziejach tej szkoły. Minęły cztery lata od podpisania kontraktu z wytwórnią. Wiele się w tym czasie wydarzyło. Thom wydała trzy krążki: "Smile... It Confuses People", "The Pink & The Lily" i "Merchants And Thieves", które stylistycznie różnią się między sobą. Na ostatniej płycie artystki dominuje świetny wokal, koncertowy klimat, a także słychać wyraziste i brzmieniowo dopracowane partie gitary. Na płycie wystąpił gościnnie sam Joe Bonamassa. Thom po raz pierwszy współpracowała z nim w zeszłym roku - muzyk nie był w stanie śpiewać z powodu choroby i Sandi zastąpiła go podczas serii koncertów wiosną 2009 roku. To wydarzenie było punktem zwrotnym w jej życiu i karierze. To właśnie dzięki Bonamassie Thom sięgnęła po gitarę elektryczną.

Jej nowy krążek zatytułowany "Merchants And Thieves" udowadnia, że artystka chce zacząć wszystko od nowa. Ostatnio zdecydowała się na niezależność - zerwała z wielką wytwórnią i postanowiła pójść własną drogą. Można śmiało powiedzieć, że właśnie narodziła się nowa Sandi - rockowa gitarzystka ubrana w skórę i z ostrym makijażem na twarzy. Mogłoby się wydawać, że to kolejny chwyt marketingowy, gdyby nie to, że w tym wydaniu Sandi jest nad wyraz wiarygodna. Może więc wreszcie odnalazła swoje miejsce na muzycznej scenie?

 

Słuchając twojej płyty, odnosi się wrażenie, że masz słabość do bluesa. Czy interesowałaś się tą muzyką, zanim rozpoczęła się twoja wielka popowa kariera?

Miałam 14 lat, kiedy zostałam członkiem swej pierwszej formacji muzycznej. Otóż w miejscowym pubie odbywały się próby zespołu, który miał zagrać koncert w hołdzie nieistniejącej już grupy Fleetwood Mac. Właściciel powiedział członkom zespołu, że dobrze śpiewam. Gdy zgłosiłam się na przesłuchanie, od razu im się spodobał mój wokal. Zapytali, kiedy mogę zacząć. Wszyscy byli znacznie starsi ode mnie - niektórzy mieli ponad 40 lat, a nawet i więcej (najstarszy był basista - miał 55 lat!). I tak właśnie zaczęła się moja przygoda z muzyką. Graliśmy utwory Fleetwood Mac, The Band i Van Morrison. Kiedy w wieku 17 lat zaczynałam naukę w szkole muzycznej, miałam już pewne doświadczenie. Przede wszystkim obyłam się ze sceną. To zabawne, ale mój pierwszy zespół odcisnął na mnie duże piętno. Przeżyłam z nim wiele wspaniałych chwil, np. jesteśmy w trasie, za nami pięć koncertów, a tu ktoś na Facebooku komentuje mój występ, pisząc: "Podoba mi się twoja gra w stylu Petera Greena". O rany! To był najlepszy komplement, jaki mogłam wtedy otrzymać!

Czy nagrałabyś album bluesowy, gdybyś nie spotkała na swojej drodze Joe Bonamassy?

Nie mieliśmy żadnej wizji na temat tej płyty, choć na pewno wydarzenia z zeszłego roku odegrały tu swoją rolę. Joe chwilowo stracił głos i poprosił mnie, żebym za niego zaśpiewała. Wystąpiłam w serii koncertów. No i miałam możliwość obserwowania B.B. Kinga, stojąc z boku na scenie! Kiedy weszłam do studia, to wszystkie te emocje były całkiem świeże. Na pewno miały one wpływ na proces twórczy. Przy powstawaniu płyty pracowała moja sprawdzona ekipa: Jake Field (producent), Randall Breneman (gitarzysta) i Marcus Bonfanti (gitarzysta). Cały nasz zespół ma bluesowe korzenie. Randall pochodzi z Chicago i wychował się na bluesie, natomiast Marcus jest typowym artystą bluesowym. Wszyscy skończyliśmy słynną akademię LIPA, czyli Liverpool Institute For Performing Arts. Od 10 lat razem gramy, komponujemy i śpiewamy. Wypracowaliśmy własny styl i mam nadzieję, że na tej płycie słychać, iż jesteśmy dojrzałym zespołem.

Można chyba powiedzieć, że Randall Breneman jest najważniejszym gitarzystą w waszym teamie. Chętnie dowiedzielibyśmy się o nim czegoś więcej...

Jak już wspomniałam, skończył akademię LIPA. Ale nawet mój techniczny skończył również tę szkołę! Randall pochodzi z Chicago i rzeczywiście jest genialnym gitarzystą. Mimo że nie powiedziałabym, iż wiedzie on zdecydowanie prym w zespole, to na pewno nagrał dużą część partii gitarowych. Ale muszę tu nadmienić, że Joe Bonamassa zagrał w utworze "This Ol’ World",natomiast Marcus Bonfanti jest mistrzem techniki slide i najlepiej czuje się z gitarą akustyczną, dlatego to on zagrał w kompozycjach "Runaway Train" i "Show No Concern". Ja też nagrałam kilka partii - między innymi partie prowadzące do kompozycji "Gold Dust". Razem z Marcusem nagraliśmy też utwór tytułowy, który jest kompozycją instrumentalną. Eksperymentowaliśmy trochę ze strojem. Bardzo się cieszę, że miałam okazję zagrać na gitarze przy nagrywaniu płyty. To było dla mnie pierwsze doświadczenie tego typu. Miałam dużo szczęścia, że otaczali mnie tak wspaniali gitarzyści i że mogłam się od nich tak wiele nauczyć.
Opowiedz nam teraz o Sandi Thom - gitarzystce. Kiedy zainteresowałaś się gitarą?

Zaczęłam grać na gitarze w wieku szesnastu lat. Moją pierwszą gitarą był nowiutki akustyk Westfield. Później przerzuciłam się na gitary dwunastostrunowe - na takich grał mój tata, kiedy byłam mała. Teraz mam gitarę Taylor T5, oczywiście dwunastostrunową. Po gitarach akustycznych przyszedł czas na dwunastostrunowe gitary elektryczne - kupiłam sobie wiosło marki Duesenberg. Odkrywanie samej siebie jako gitarzystki trwało bardzo długo i prowadziło mnie po strasznie dziwnych drogach. Zawsze uważałam się raczej za gitarzystkę akustyczną. Wszystko zmieniło się w zeszłym roku, kiedy zagrałam z Joe Bonamassą. To właśnie on zainspirował mnie do grania partii prowadzących. Pewnego wieczoru, gdy mieliśmy grać ze Steve’em Winwoodem, pożyczyłam jedną z jego gitar i zaczęłam sobie brzdąkać. Siedziałam w garderobie, grałam na gitarze Joego i słuchałam jego iPoda z nagraniami gitarzystów - moją biblię. Miał tam nagrania wszystkich największych muzyków, począwszy od Jeffa Becka, a skończywszy na Rorym Gallagherze. Gitara elektryczna tak mi się spodobała, że poszłam do sklepu Vintage & Rare na Denmark Street i kupiłam sobie Fendera Telecastera. Gitara została wyprodukowana w Japonii. To model "reissue" Telecastera Custom z 1972 roku sygnowanego przez Keitha Richardsa. Właśnie na niej gram w utworze "Gold Dust".

Widzimy też bardzo ładnego Gibsona...

To jest Melody Maker z 1965 roku, którego podarował mi Joe. Kupił ją w nowojorskim sklepie Rumble Seat Music. Podczas koncertu gram na niej w dwóch utworach.

Lubisz sobie pogadać o sprzęcie...

O tak! Otworzył się przede mną zupełnie nowy świat. Staję się powoli maniaczką sprzętu, bardzo lubię rozmawiać o efektach. A tak przy okazji, mam kostkę Boss DD-3 Digital Delay, do tego dochodzi chorus, przester Boss BD-2 Blues Driver i naprawdę świetny wzmacniacz Fender Hot Rod. Uwielbiam stare gitary, czyli instrumenty, które mają własną historię. Lubię myśleć o tym, kto na nich grał i do kogo należały wcześniej... Nie powiedziałabym, że jestem dobrą gitarzystką - zwłaszcza gdy porównuję się z artystami, z którymi mam szansę współpracować. Ale na pewno bardzo się staram i cieszę się, że mogę grać partie prowadzące. Fajnie, że dziewczyna może robić takie rzeczy. Kobiety w muzyce rockowej są bardzo słabo reprezentowane i choć niewiele jest gitarzystek, to mało kto o nich słyszał. Dlatego robię to nie tylko dla siebie, ale też dla innych dziewczyn!
Lubisz chodzić do sklepów muzycznych?

No cóż, czasami mam wrażenie, że do sklepów muzycznych chodzą wyłącznie faceci, i to przede wszystkim po to, żeby ze sobą współzawodniczyć. Jako dziewczynie nie jest mi łatwo. Sprzedawcy to prawie zawsze mężczyźni. Kiedy widzą dziewczynę, to z góry zakładają, że nie ma ona o niczym pojęcia. Dopiero kiedy siadam i biorę do ręki gitarę, zaczynają patrzeć na mnie z większym szacunkiem. Ale mimo wszystko lubię chodzić do sklepów z gitarami, ponieważ uwielbiam testować nowy sprzęt. Ostatnio dostałam od swojego chłopaka w prezencie efekt Electro-Harmonix Little Big Muff. To zdecydowanie lepsze niż kwiaty czy czekoladki! Tak więc lubię odwiedzać sklepy gitarowe, a zwłaszcza Denmark Street czy Guitar Center w Los Angeles.

Masz na oku jakieś nowe gitary, które by cię aktualnie interesowały?

Tak, chcę mieć nową gitarę. Jestem nawet na to gotowa. Cieszę się, że nikt już nie musi mi mówić, co jest dla mnie dobre. Sama wiem, jakiej gitary potrzebuję, czyli wiem, jak ma brzmieć, a także znam już mniej więcej typ, który mnie interesuje. Dlatego zamierzam wybrać się do sklepu i kupić sobie nową gitarę elektryczną. Raczej nie będzie to Stratocaster, ponieważ osobiście wolę Telecastery. Muszę jednak powiedzieć, że kiedyś grałam na Stratocasterze Joego i gitara ta brzmiała naprawdę świetnie.

Co się zmieniło od czasu, kiedy porzuciłaś karierę pop i zdecydowałaś się iść własną drogą?

Wszystko. Finansowo jest lepiej, bo jako muzyk niezależny zarabiam z płyt więcej niż wcześniej. W wytwórni mówiono mi, że jeśli płyty nie sprzedadzą się w wystarczająco wysokim nakładzie, to nie ma sensu kontynuować kariery muzycznej. Teraz jest całkiem inaczej. Postrzegam swoją pracę jak dostawianie kolejnych cegiełek. Ważne, że machina jest wprawiona w ruch. Na koncertach, które obecnie gramy, bawimy się dużo lepiej niż wcześniej. Zawsze byliśmy jak rodzina, ale teraz jesteśmy po prostu jeszcze bardziej zgrani.

Czy blues i soul to kierunki, w których już będziesz podążać?

O tak, zdecydowanie! Zamierzam realizować się właśnie w tych gatunkach, choć tak naprawdę nie wiem, co przyniesie przyszłość. I to właśnie najbardziej lubię w byciu muzykiem - muzyka nie jest nauką ścisłą, trzeba słuchać siebie i pozostawać otwartym. "Merchants And Thieves" jest produkcją niezależną, więc tylko od marketingu szeptanego zależy, czy odniesie sukces!

Mick Taylor

Sounds From the Heart of Gothenburg In Flames

Dobór utworów pożegnalnego DVD In Flames z Danielem Svenssonem za zestawem perkusyjnym jest mocno dyskusyjny.

Gramy dalej

7 /10
Bad Vibrations A Day To Remember

Amerykanie zbyt długo kazali czekać na swój nowy album.

Gramy dalej

8 /10
Rage ocena 8
The Devil Strikes Again
Gatunek: Heavy metal
Big Jesus ocena 5
Oneiric
Gatunek: Alternative rock
Divine Touch
Gatunek: Melodic death metal
Zobacz wszystkie