Mając trzynaście lat, obserwowałem w domu starszego brata, który już wtedy chodził do szkoły muzycznej - grał na akordeonie i kontrabasie. Zapragnąłem też muzykować, jednak chciałem grać na gitarze w zespole rockowym, a nie w orkiestrze symfonicznej. Nie miałem też cierpliwości do ćwiczeń gam i pasaży. Trafiłem, jak wielu młodych ludzi, do opolskiego MDK-u, gdzie uczyłem się podstaw gry na gitarze. Dwa lata później miałem już zespół, a w nim na organach grał niejaki... Andrzej Nowak, który wówczas uczył się razem z moim bratem w zespole akordeonowym. W repertuarze dominowały utwory Grand Funk Railroad i Ten Years After. Grało się na tym, co pan instruktor pozwolił wyjąć z szafy. A w MDK-owskiej szafie do dyspozycji była polska gitara Defil i całkiem niezły NRD-owski wzmacniacz lampowy MV-3. Od święta (czyli na występ) można było wybłagać doskonałą - jak na owe czasy - czeską Jolanę i lampowy wzmacniacz Telos. To już był szał, bo brzmiało to całkiem nieźle i było głośne, jak trzeba. A pierwszą własną gitarę zrobiłem sobie sam. Zastosowałem jakimś cudem zdobyty gryf od Jolany, wycięty przez stolarza korpus na wzór gitar widzianych na koncercie SBB i polskie przystawki. Ponieważ nie wiedziałem, skąd wziąć potencjometry, i jak je podłączyć, więc gitara ich nie miała...