Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Tomasz Woźniak

Tomasz Woźniak

Po Jarku Szubrychcie za napisanie biografii jednego z najpopularniejszych zespołów thrashmetalowych zabrał się inny krajowy dziennikarz, Tomasz Woźniak. Tym razem bohaterami książki nie jest są jednak muzycy Slayera, ale członkowie innej, równie interesującej formacji - Nevermore.

Tomek, znany zapewne niektórym z nieistniejącego już magazynu "Pure Metal", popełnił książkę, której głównym tematem jest jego ulubiona grupa muzyczna, której pokręcone losy byłyby świetnym materiałem na scenariusz filmowy. Recenzję jego pracy możecie przeczytać na łamach naszej strony, zaś jej świetnym dopełnieniem będzie zapewne poniższy wywiad.

Cześć Tomku! Na początku naszej rozmowy chciałbym pogratulować Ci spełnienia kolejnego celu w życiu. Pamiętam, że zamierzałeś popełnić biografię Nevermore już dobrych kilka lat temu. Zrezygnowałeś jednak z tego na rzecz tworzenia czasopisma "Pure Metal". Jak rozumiem, gdy wspomniany magazyn zakończył działalność, powróciłeś do pracy nad książką...


Witam serdecznie! Niezupełnie tak było, albo inaczej - nie od razu. Nie zamierzałem w jakimś krótkim czasie powrócić do pomysłu napisania książki. Jak to w życiu bywa - wieloma kwestiami rządzi przypadek. "Pure Metal" zniknął z rynku w połowie 2008 roku, postanowiłem na krótko powrócić i wesprzeć swoim "piórem" portal powermetal.pl, a potem odpocząć. Na pół roku wycofałem się z wszelkich form aktywności, nawet zrezygnowałem z uczestniczenia w "życiu for internetowych". Ale jak to bywa - ciągnie wilka do lasu, długo bez pisania nie wytrzymałem. Mniej więcej w tym czasie zaczęła ukazywać się kolekcja "Teraz Rocka", czyli specjalne wydania magazynowe poświęcone najbardziej znanym i znaczącym grupom rockowym i metalowym. Podchwyciłem sam pomysł i przeniosłem go na grunt podziemia. Postanowiłem, że zajmę się opracowywaniem podobnych materiałów o mniej znanych wykonawcach. Ponieważ obecna technika umożliwia druk niewielkich nawet nakładów czy to książek czy też gazetek wymyśliłem sobie kolekcjonerskie, specjalne wydania magazynu Pure Metal (drukowane metodą cyfrową w ilościach wręcz dowolnych), przeznaczone dla bardzo wąskiego grona odbiorców. Przy okazji spróbowałem swych sił i zasmakowałem jak to jest nie tylko pisać, redagować, ale też samemu przygotować cały skład komputerowy - i tu od razu dopowiem - bez użycia fachowych programów. Nie uwierzysz Jacku - ale złożyłem cały magazyn (oprócz okładki) w starym, poczciwym Wordzie. W ten sposób powstało opracowanie o twórczości Jamesa Rivery, które rozeszło się w 35 egzemplarzach, a w drugiej kolejności - moja koleżanka Małgosia Gołębiewska, z dawnej ekipy Pure Metal, postarała się o obszerny materiał o Paradise Lost. Oczywiście magazyn o tej brytyjskiej kapeli rozszedł się w znacznie większym nakładzie (około 100 sztuk). Wspomniane dwa numery specjalne magazynu ukazały się w drugiej połowie 2009 roku.

Ponieważ pomysł chwycił postanowiłem pójść za ciosem. W dalszej kolejności miały powstać podobne opracowania o Manilla Road i Nevermore. Pod koniec listopada 2009 roku zacząłem segregować, chronologicznie grupować i uzupełniać swoje materiały o ekipie Warrela Dane’a, a miałem tego "pod ręką" naprawdę sporo. Już wówczas powstał zarys bardzo obszernego opracowania. Dopowiem, że przed 2004 rokiem, czyli zanim wystartował Pure Metal, miałem prowadzoną - przez mego kuzyna Jarka Górskiego - stronę internetową poświęconą grupom Sanctuary i Nevermore. Przez cały okres funkcjonowania Czystego Metalu gromadziłem wszelkie materiały na temat kapeli z Seattle, wiele z nich zresztą ukazywało się w magazynie, dochodziły nowe wywiady, ciągle coś przybywało. Na początku 2010 roku zdałem sobie sprawę, że pod względem objętości nie zapełnię jednego a przynajmniej dwa, a może nawet trzy magazyny... i wówczas zaświtała mi myśl, aby spróbować przygotować książkę. Ale po kolejnym miesiącu intensywnego pisania niemal porzuciłem ten zamiar! Dlaczego? Bo nie wierzyłem w siebie, w swoje możliwości i pisarskie umiejętności, które - według mnie za wysokie nigdy nie były. Co innego pisanie na potrzeby internetowego portalu, czy nawet drukowanego magazynu, a co innego książka! Chciałem zrezygnować, gdyż uważałem, że nigdy nie uda mi się napisać choć w połowie tak dobrym i przystępnym "językiem", jak uczynił to Jarek Szubrycht w swojej książce, poświęconej Slayerowi, czy wspomniana już wyżej moja koleżanka Gosia, autorka pierwszej naprawdę dogłębnej biografii Paradise Lost. Ich prace po prostu chłonie się, daleko mi do takiego poziomu. Na szczęście dla dobra sprawy, że się tak wyrażę, do akcji z kilkoma mocnymi słowami wkroczyła Małgosia, w efekcie czego z jeszcze większym zapałem zabrałem się do pracy. Muszę w tym miejscu jeszcze powiedzieć, że ogromnego wsparcia przez znaczny czas powstawania książki udzielał mi mój kuzyn Jarek, tłumacząc wiele wywiadów i tekstów utworów Dane’a oraz parokrotnie przywoływana już tu koleżanka, dzięki której tak mocno zaangażowałem się w rozgryzanie i opisywanie warstwy lirycznej twórczości Warrela. Ostatnim dylematem czy też problemem była kwestia samego druku oraz oprawienia kartek. Szukałem wydawcy dla swojej książki oraz drukarni, która podjęłaby się druku możliwie najmniejszego nakładu. Z uwagi na brak funduszy postanowiłem, że składem i pierwszą korektą zajmę się sam.



We wstępie do swojej biografii o Nevermore wspominasz, że nie udało Ci się uzyskać autoryzacji książki przez zespół, a dokładniej zapewne przez management. Przybliż nam może całą sprawę.


Dobrze, choć to trochę niewdzięczny i niemiły temat. Na początku 2010 roku swoją książką próbowałem zainteresować wytwórnię Century Media. Starałem się wówczas drogą oficjalną o zdjęcia zespołu z 2005 roku, z okresu promocji płyty "This Godless Endeavor". Potrzebowałem kilku konkretnych fotek - możliwie najlepszej jakości - na okładkę, gdyż już wówczas miałem pomysł na jej projekt, który został ostatecznie zrealizowany latem 2010. Pisałem mail po mailu do polskiego dystrybutora wydawnictw Nevermore, firmy EMI-Polska. W końcu dostałem od pewnej pani ze wspomnianej firmy bezpośredni namiar do konkretnej osoby w Century Media. Napisałem w sumie cztery maile do tej wytwórni, w których przedstawiłem całą sprawę, że staram się zrobić książkowe opracowanie poświęcone Nevermore i potrzebuję kilku zdjęć. Maile dotarły - dostałem info zwrotne/potwierdzenie, ale żadnej odpowiedzi nie było. Próbowałem szukać kontaktów na własną rękę. Napisałem do autorki zdjęcia z okładki drugiego numeru "Pure Metal" - Ms. Anthrope z San Francisco, a także do Karen Mason-Blair, dziewczyny, która była "nadwornym fotografem" Nevermore w latach 90. XX wieku. Prosiłem nie tylko o wsparcie, gdy idzie o zdjęcia, ale też o jakiekolwiek materiały prasowe, zwłaszcza dotyczące Sanctuary i początków Nevermore. Bez odzewu. W międzyczasie zmieniły się dwukrotnie osoby odpowiedzialne za kontakt z mediami w EMI-Polska. Nastała wiosna i kiedy na to stanowisko przyszedł facet, sprawy w końcu zaczęły jakoś się układać, częściowo przynajmniej. Obiecano mi pomoc w kwestii fotek (i rzeczywiście takowe w ciągu tygodnia dostałem!). Pan Daniel Zgaga obiecał mi wsparcie w postaci wywiadu, dostępu do promówki a potem do płyty CD "The Obsidian Conspiracy". Wywiadu jednak nie dostałem, może dlatego, że promówkę udostępniono mi dość późno.

Na początku maja 2010 odezwał się do mnie - po dość długiej przerwie Tomek Włodarczyk, obecnie mieszkający w San Francisco, jeden z moich najlepszych współpracowników z czasów "Pure Metal". Tomek wiedział od kilku miesięcy o tym, że piszę książkę, wspomniałem mu na samym początku prac nad "Wrogami rzeczywistości". To od niego dowiedziałem się o reaktywacji Sanctuary. Tomek zaproponował mi momentalnie wsparcie w wywiadach. Jeszcze w maju przygotowałem i wysłałem do Stanów trzy zestawy pytań, do Warela, Jeffa i Lenny’ego Rutledge’a lidera Sanctuary. Niestety do dziś nie dostałem żadnej odpowiedzi. Nie wiem czy te pytania dotarły do muzyków, czy utknęły gdzieś wśród osób pośredniczących. Jedno jest pewne - muzycy Nevermore z ogromnym entuzjazmem przyjęli wiadomość, że ktoś w dalekiej Polsce pisze o nich książkę. Jednak bezpośredniego kontaktu z żadnym z nich nie mam, choć wciąż o takowy się staram.
 

Pierwotnie nie planowałeś promować w żaden sposób wydania "Wrogów rzeczywistości". Co wpłynęło na zmianę stanowiska i na to, że ostatecznie zgodziłeś się na wywiad?


Nigdy nie zależało mi i nadal nie zależy na rozgłosie. Nie potrzebuję szumu wokół własnej osoby, nie szukam popularności. Chciałem tylko, aby książka ujrzała światło dzienne. Od samego początku wiedziałem, że piszę dla siebie, dla garstki fanów, dla zespołu i niejako dla idei, dla dobra sprawy. Nie oszukujmy się, Nevermore nie jest w naszym kraju zbyt popularnym bandem, na koncert, gdzie ekipa Loomisa byłaby główną gwiazdą przyszłoby w Polsce nie więcej niż 250-300 osób. Mamy tutaj od razu odpowiedź, dlaczego nie zaprasza się Amerykanów i nie organizuje się im gigu w ramach europejskich tras. A ilu sympatyków muzyki metalowej byłoby zainteresowanych książką o losach i twórczości Nevermore? Stu?

Przygotowałem zatem książkę, znalazłem wydawcę i w miarę tanią, ale bardzo dobrą drukarnię, która zapewniła mi druk możliwie małej ilości egzemplarzy. I co ważne, spełniła moje prawie wszystkie życzenia i oczekiwania odnośnie strony wizualnej (w tym twardej oprawy), odnośnie samego wydania. Swoją książką zainteresowałem znajomych, kolegów z for internetowych, czytelników Pure Metal, z którymi cały czas miałem jakiś kontakt, a za pośrednictwem paru portali i for postanowiłem dotrzeć do najwierniejszych fanów zespołu. Dla nich planowałem przygotować od 20-50 egzemplarzy, w zależności od zainteresowania. Nie da się zarobić przy tak niewielkim nakładzie, zresztą o zarobku w ogóle nie myślałem, nie gdy w grę wchodzi pisanie o niszowym wykonawcy.

Kiedy już książka ukazała się, a jednym z jej nabywców okazał się wielki fan Nevermore - kolega Robert Grzesiak, autor pierwszego w Polsce artykułu o Sanctuary (z 1990 roku), kapeli z której powstało Nevermore, sprawy nabrały trochę innego wymiaru. Spotkaliśmy się dwa razy i Robert namówił mnie i przekonał do tego, by wesprzeć muzyków Nevermore, by ich twórczość choć trochę jeszcze rozpropagować. Jak to zrobić? Właśnie przez próbę dotarcia do możliwie największego grona odbiorców, do ludzi którzy nie uczestniczą w życiu for internetowych, na których pojawiły się tematy o książce, nie śledzą codziennie wiadomości na portalach czy serwisach poświęconych muzyce metalowej. Stąd większa promocja w Internecie, stąd będzie jeszcze próba promocji na łamach magazynów muzycznych.

Od siebie dodam, że cały pierwszy rzut "Wrogów rzeczywistości" (66 sztuk) w ciągu 1,5 miesiąca rozszedł się. Jest jednak możliwość dodruku praktycznie (prawie) dowolnej ilości egzemplarzy, a dolna granica nie naraża mnie na zbyt duże koszty i ryzyko, że zostanę w kilkudziesięcioma egzemplarzami "w ręku".

Dla największych maniaków Nevermore przygotowałem w formie uzupełnienia/dopełnienia drugą książkę, zatytułowaną "Wizjoner Dane", poświęconą lirykom i twórczości wokalisty i pisarza.



Właśnie! Warrel Dane! To on - obok Jeffa Loomisa - wydaje się centralną postacią Nevermore. Co do jego tekstów wyraźnie inspiruje się on kontrowersyjnymi teoriami Timothy’ego Leary’ego. Co osobiście sądzisz o jego eksperymentach i próbach poznawczych świata za pomocą narkotyków?


Warrel twierdzi, że od czasów szkoły średniej nie bierze narkotyków, te zaś w jego twórczości pełnią rolę niejako metafory. Próbowałem znaleźć jakiś głębszy sens, jakieś wytłumaczenie tak częstego odnoszenia się Dane’a do LSD. Gosia Gołębiewska naprowadziła mnie na chyba dobry trop, pozwalający z dystansem i w miarę racjonalne wyjaśnić tę kwestię. Pozwolisz, że przytoczę Ci tu fragment rozdziału, w którym odnoszę się do tej sprawy: "tak jak LSD przenosi do innego świata, w którym jest przyjemnie, dobrze, po prostu fajnie, tak jako metafora daje szansę na zapomnienie i skuteczne oderwanie się od zniewolenia. U Warrela osią tekstów jest wolny umysł, samodzielne myślenie. Jeśli świat wokół jest taki zepsuty, zły, to LSD staje się na niego antidotum - jako metafora otwarcia się na nowe doznania, pójście poza wyznaczone przez otaczającą rzeczywistość schematy". I jeżeli to prawda, czyli Warrel znalazł sobie w narkotyku metaforę, to chylę czoło, świetnie sobie to wszystko obmyślił, a jeżeli jednak sam wciąż sięga po narkotyki i szuka w nich ucieczki od tego świata to mu serdecznie współczuję.


Kilkakrotnie zwracasz uwagę na fakt, że Nevermore nigdy nie odniósł należnego mu sukcesu. Jak myślisz, jakie były tego przyczyny? Poza tym, że grają muzykę o dużym zakombinowaniu technicznym… Choć z drugiej strony czy to zawsze jest przeszkodą? Spójrzmy choćby na Meshuggah, którzy są mimo wszystko popularniejsi i bardziej znani od ekipy Warrela Dane’a.


Nie zgodzę się z Tobą, Jacku, że Meshuggah są bardziej znani i popularniejsi, nawet gdy odniesiemy te kwestie i zawęzimy do naszego kraju. Większość płyt Nevermore można w Polsce od paru lat bez problemu nabyć poprzez sklepy internetowe, albo w Media Marketach czy Saturnach, poza tym od czasów "Dead Heart in a Dead World" ekipa Loomisa i Dane’a stale i dość regularnie gości na łamach naszej rodzimej prasy.

Odnośnie pierwszej części pytania, myślę że duże znaczenie miał fakt, że Nevermore zaistniało w okresie, kiedy klasyczne odmiany metalu zostały - przez media kreujące style i mody oraz wytwórnie płytowe - zepchnięte na margines sceny. Pierwsza połowa lat 90. XX wieku nie sprzyjała popularyzacji power/thrashu z nowocześniejszym brzmieniem i bardziej technicznym zacięciem. Amerykanie zaczynali w momencie, gdy uwaga większej części sympatyków ciężkich odmian rocka i metalu skierowana była już na inne gatunki. Nevermore w końcu zdobyło powszechny szacunek i uznanie, ale trochę to trwało, jednakże popularnością nie dorównało nie tylko tuzom, takim jak Slayer czy Megadeth, ale też kapelom, które zawsze kroczyły tuż, tuż, ale za czołówką. Mam tu na myśli Testament i Overkill. Myślę, że aspekt techniczny nie ma tu większego znaczenia, bardziej zwróciłbym uwagę na nietuzinkowy, bardzo zakręcony - zwłaszcza na pierwszych trzech płytach grupy - wokal, który pewną część odbiorców z pewnością odrzucał.


Bardzo wysoko oceniłeś każdą płytę Nevermore. Myślę, że szczególne miejsce w ich dyskografii zajmuje jednak "Dreaming Neon Black". Moim zdaniem na żadnym innym swoim wydawnictwie muzycy nie osiągnęli tak specyficznego klimatu.


Cóż, w dorobku Nevermore jest tylko jeden koncept album… Poza tym każda płyta Warrela i spółki jest inna, co też jest godne i warte podkreślenia.


Czy uważasz, że jest to album, od którego najlepiej rozpocząć swoją przygodę z muzyką zespołu?


Nie, to nie jest najodpowiedniejszy album, gdyż wymaga od słuchacza pewnego wysiłku i skupienia, aby należycie go odebrać. To trudna płyta. Osobom, które nie spotkały się jeszcze z twórczością Nevermore poleciłbym w pierwszej kolejności najbardziej przystępne, nieco bardziej melodyjne krążki, jak "The Obsidian Conspiracy" czy "Dead Heart in a Dead World" oraz debiutancką płytę.


W odpowiedzi na jedno z poprzednich pytań wspomniałeś o reaktywacji Sanctuary. Czy uważasz, że ten powrót ma sens? W sumie jego główny filar, Dane świetnie realizuje się na płytach Nevermore oraz solowo.


Z mieszanymi odczuciami odebrałem wiadomość o reaktywacji Sanctuary. Momentalnie nasunęło mi się pytanie: "po co?". Czyż nie lepiej było pozostawić legendę w spokoju?  Dwadzieścia lat przerwy to ogrom czasu. Mam obawy o stronę/warstwę instrumentalną, jaka może trafić na nowy album Sanctuary. O wokale Warrela jestem spokojny, "gościu" da radę, bez większego wysiłku wyciągnie swoje dawne, wysokie partie, niedawno zresztą słyszałem w jego wykonaniu hity Sanctuary. Nie wiem natomiast na co stać Lenny’ego Rutledge’a, jakie dźwięki obecnie "chodzą mu po głowie". Nie wyobrażam sobie, aby dziś Sanctuary miało zaproponować inną muzykę, niż ta, którą znamy z lat 80. XX wieku. Nie wiem czy warto jednak wracać do tych dźwięków (tak narażę się być może sympatykom oldschoola), gdyż uważam, że należy iść do przodu, rozwijać się i poszukiwać nowych brzmień, rozwiązań. Można grać w starym stylu, ale z nowoczesnym, współczesnym brzmieniem, tak jak to czyni np. Exodus. Przecież Nevermore stanowi rozwinięcie stylu Sanctuary, niejako jest naturalną kontynuacją tamtego bandu. Powrót Sanctuary odbieram osobiście, jako ukłon, albo gest Warrela w stronę Lenny’ego. Dane podał mu dłoń, miał do tego prawo. Jednak nie wiem czy nie lepiej było zaprosić Lenny’ego do solowego projektu wokalisty.


We "Wrogach rzeczywistości" znaleźć można Twoja fotografię z muzykami Nevermore sprzed pięciu lat. Czy wtedy wspomniałeś im o swoich planach? Czy później udało Ci się jeszcze porozmawiać z kimś z zespołu i przekazać egzemplarz swojej książki?


Nie, będąc w Hamburgu w 2005 roku nie wspominałem im o książce, bo nie wiedziałem czy takowa jednak powstanie, a jeżeli nawet to kiedy. Od czasu napisania książki nie miałem jeszcze kontaktu z muzykami. Do połowy listopada było to zresztą nierealne, gdyż uczestniczyli oni w trasie promującej "The Obsidian Conspiracy" po Stanach i Kanadzie. Ale nie zapomniałem o nich, odłożyłem im po egzemplarzu i szukam najlepszej możliwości by osobiście im te książki przekazać. Najpewniej stanie się to dopiero w połowie marca 2011 roku, podczas europejskiej trasy Nevermore. Planuję wyjazd do Hamburga.


Pierwsze rozdziały dotyczą korzeni Nevermore czyli grup Serpent’s Knight i Sanctuary. Czy ciężko było Ci dojść do nagrań tych kapel? Domyślam się, że zwłaszcza demo pierwszej formacji Warrela Dane’a jest białym krukiem.


Większych kłopotów z zapoznaniem się z pierwszymi nagraniami Serpent’s Knight nie było (nie mówię o dostępności fizycznej do dema, które pewnie w jakiejś tam ilości sztuk - w postaci przegrywanych kaset - rozeszło się po amerykańskim czy niemieckim podziemiu w latach 80.), gdyż dziś możliwości są znacznie większe niż powiedzmy 20 lat temu. Trzeba było dotrzeć do kogoś, kto ma jakąś kopię, zgrane nagrania na kasecie lub CDrze. Wczesne numery Serpent’s Knight poznałem zanim ukazała się wkładka poświęcona muzykom Sanctuary i Nevermore w drugim numerze Pure Metal. Internet też dużo ułatwia, dziś do niektórych nagrań można dotrzeć przez Youtube’a, czasem wystarczy zerknąć czy skorzystać z myspace’a. Z myślą o maniakach, na początku 2010 roku ukazała się na CD składanka utworów Serpent’s Knight "Silent Knight ...of Myth and Destiny". Miałem ją w ręku podczas pisania rozdziału o Serpent’s Knight.


Gdy przeprowadzamy ten wywiad do końca roku pozostało zaledwie kilkanaście dni. Czy możesz pokrótce podsumować mijające dwanaście miesięcy? Jakie albumy zrobiły na Tobie szczególne wrażenie?


Prywatnie był to trudny i ciężki dla mnie rok, sporo kłopotów w pracy, trochę problemów osobistych. Miało to swoje przełożenie także na sferę mojego obcowania i poznawania nowych płyt. Znacznie mniej ich nabyłem, mniej słuchałem. Ale muszę przyznać, że muzycznie był to niezły rok. Zwłaszcza w obszarze, jaki mnie zawsze najbardziej interesował. Bardzo dobre płyty nagrały grupy Overkill, Exodus, Death Angel, udanie z nowym materiałem zaprezentował się Heathen, podobnie Flotsam and Jetsam, po długiej przerwie z niezłym krążkiem powrócił Forbidden. Sporo cierpliwości musiałem stracić przy przekonywaniu się do ostatniej płyty Nevermore, dużym zaskoczeniem okazało się brutalne dzieło Helstara. To te najważniejsze dla mnie tegoroczne płyty.

Najbardziej cieszę się jednak z mojego udanego powrotu w Tatry, po dziesięciu latach! Znów odżyłem jako "góral". Chciałbym już teraz każdego roku wracać w Tatry.


Co do płyt wymieniłeś głównie produkcje thrashowe. Czy nie uważasz jednak, że jest to obecnie już martwy gatunek?


Absolutnie nie. Martwy to złe, nieodpowiednie słowo, zamienię je na "mało rozwojowy". I w takim nieco innym znaczeniu może być dziś rozpatrywany ten cały oldschoolowy thrash, tak chętnie i uparcie odgrywany przez większą część młodych grup, które kopiują stare kapele. I czynią to średnio udanie, nie dorównując poziomem i pomysłami legendom. Te ostatnie obecnie bez większego wysiłku, raz na kilka lat wydają dobre płyty (ale nie tak dobre jak w latach 80. XX wieku)... i to wystarcza by zdecydowanie dystansować młodzież. Należy wspomnieć tu choćby ostatnie płyty Slayera, Testamentu, Exodusa czy Overkilla. A nowe kapele po obiecujących debiutach przeważnie robią krok... do tyłu. Ale to dopiero połowa dzisiejszej sceny thrashowej. Jest jeszcze druga strona medalu, druga połowa, czyli nowocześniejsze brzmienia, nowocześniejszy thrash, albo posthrashowe dźwięki. I tu jest spore pole do popisu, tu wciąż się sporo dzieje. Podoba mi się to, co robi Flotsam and Jetsam. Oni nie powrócili do czystego thrashu, grają swoje, wciąż prą do przodu. Albo Death Angel... od czasów "Act III" grają "swój thrash" (czyli okołothrashowy metal). Po powrocie nagrali trzy płyty, każdą inną, choć wszystkie od razu wskazują na to, kto je popełnił. Nie ma drugiej takiej kapeli. Podobnie rzecz ma się z Nevermore. Oni grają w swojej niszy, z nikim ich nie pomylisz. Nie spotkałem się ze stwierdzeniem, że Nevermore gra jak... jakiś inny band. No może 15 lat temu podpatrzyli parę patentów u Schuldinera, albo już w nowym wieku zapatrzyli się na zmiękczone brzmienia paru szwedzkich grup, ale ładnie je zaadoptowali i przetworzyli na własne potrzeby, na własny grunt, do tego dodaj ten niepowtarzalny wokal, charakterystyczne riffy, sola, czy partie perkusji... one czynią ich jedynymi w swoim rodzaju.


A jakie są plany Tomka Wożniaka na 2011 r.?


Na pewno spotkać się z muzykami Nevermore, uczestniczyć w ich koncercie i zobaczyć ich miny, gdy wezmą egzemplarze książki do swych rąk. Kilkoro znajomych, którzy przeczytali "Wrogów..." namawia mnie do napisania kolejnej książki, tym razem o grupie Helstar. Nie wykluczam, że takowa powstanie. Wszystko zależy od możliwości czasowych. A nie ukrywam, te ostatnie w 2010 roku wyjątkowo mi sprzyjały. Poza tym - nie wiem jak sprawy zawodowe się ułożą, od nich wiele uzależniam.


Jacek Walewski

Ostatnia rodzina - muzyka z filmu Różni Wykonawcy

"Ostatnia rodzina" to jeden z najgłośniejszych filmów ostatnich miesięcy, który trafi do kin pod koniec września. Z kolei dwa tygodnie temu premierę...Gramy dalej

7 /10
Death Resonance Soilwork

Kariera Soilwork to dość ciekawy przypadek. Zespół, który nigdy nie splamił się słabym wydawnictwem, a od "Stabbing The Drama" (czyli dekady)...Gramy dalej

8 /10
In Flames ocena 7
Sounds From the Heart of Gothenburg
Gatunek: Melodic death metal
Bad Vibrations
Gatunek: Metal
Rage ocena 8
The Devil Strikes Again
Gatunek: Heavy metal
Zobacz wszystkie