Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Richie Kotzen

Richie Kotzen

Richie Kotzen to niesamowicie utalentowany gość. Śpiewa soulową chrypką, co wychodzi mu bardzo dobrze, ale przede wszystkim wspaniale gra na gitarze.

Z początku odbierany jako gitarowy wymiatacz ze stajni Shrapnela przez następne lata stał się kompozytorem piosenek i wokalistą. Zaliczył występy oraz nagrania z formacjami Poison i Mr. Big, wespół z Gregiem Howe zmajstrował dwie płyty pod szyldem Tilt, a od kilkunastu lat znamy go jako realizatora własnych projektów. W zeszłym roku Kotzen zdecydował się reaktywować projekt Mother Head’s Family Reunion i wydał album "Go Faster", a wiosną br. wystąpił w Europie, dając kilkanaście koncertów m.in. w Pradze. Oto wywiad z Richie Kotzenem, który przeprowadziliśmy tuż przed jego wyjazdem w trasę koncertową.

Zacząłeś grać jako dzieciak - przed rodzicami pozowałeś na gwiazdę rocka, skacząc po łóżku i udając gitarzystę. Jesteś chyba skazany na bycie muzykiem?

Tak, to prawda, zacząłem dość wcześnie. Interesowałem się muzyką i w pewnym momencie ktoś zasugerował, że powinienem wziąć lekcje gry na fortepianie. Spróbowałem, ale nie spodobało mi się to i rok później przerzuciłem się na gitarę. Granie na tym instrumencie przychodzi mi naturalnie i daje radochę. Zawsze chciałem to robić.

Dorastałeś w muzycznym środowisku?

Nie, moi rodzice nie grali na żadnym instrumencie. Moja matka była fanką rocka - gdy była młoda, chodziła na wszystkie ważne koncerty, widziała The Beatles podczas ich pierwszego pobytu w USA, Stonesów, Janis Joplin, Jimiego Hendriksa i The Who. Ich płyty były w domu i właśnie taka muzyka otaczała mnie, gdy dorastałem. Być może miało to jakiś związek z tym, że chciałem zostać muzykiem.

Pisanie piosenek przychodzi ci bardzo łatwo, a większość z nich po prostu wpada w ucho. Być może to wpływ Beatlesów?

Nie wiem, jak to opisać, ale zawsze szukam okazji, by zagrać na gitarze i napisać jakąś piosenkę. Nawet gdy byłem dzieckiem, próbowałem pisać utwory - i to jeszcze zanim tak naprawdę nauczyłem się grać na instrumencie. Zawsze miałem w głowie ideę, że chciałbym tworzyć muzykę i że gitara jest jedynie narzędziem służącym do tego celu. Takie jest moje podejście i w to wierzę. To łączy się z tym, kim jestem teraz. Piszę piosenki, które słyszę w mojej głowie. Trudno jest wytłumaczyć, dlaczego i jak piszesz, gdy jesteś kimś, kto pisze muzykę. Nagrałem 17 płyt solowych i z pewnością słyszysz na nich zagrywki, pewien styl i tożsamość, które pewnie mają związek z moim wychowaniem i z tym, czego słuchałem w młodości.

Którzy autorzy piosenek inspirują cię jako kompozytora?

Myślę, że to nie są konkretni autorzy, ale styl muzyki, którą akurat słyszę. To zależy. Uwielbiam The Eagles - to prawdopodobnie mój ulubiony zespół, ponieważ w ich muzyce zawarte jest wszystko. Lubię też Boba Segera jako autora piosenek. Jego muzyka silnie na mnie oddziałuje, ponieważ artysta ten posiada umiejętność opowiadania historii - pisze piosenki, które powodują, że czuję, jakbym był tam, gdzie prowadzi mnie kompozytor. To ważne. Słucham całkiem dużo klasycznego rocka, choć interesuje mnie także cała muzyka soul, jak np. Curtis Mayfield,Sam&Dave.Jestem też fanem starych rzeczy z wytwórni Motown.

Czy w czasie, gdy uczyłeś się grać na gitarze, fascynowała cię gra wirtuozów tego instrumentu?

Wiesz, gdy byłem bardzo młody i uczyłem się grać na gitarze, było wielu świetnych gitarzystów, takich jak Eddie Van Halen czy Allan Holdworth. Jest ich cała lista. Gitarę poznawałem jeszcze jako dzieciak, mając 13-15 lat, i potrafiłem przesiedzieć cały dzień w domu,ćwicząc. Miałem szczęście, ponieważ dostałem się do zespołu i to również mi pomogło. Zaraz po nagraniu pierwszej płyty osiągnąłem jednak moment "złej" sławy jako gitarzysta. Zacząłem wtedy więcej pracować nad swoim głosem, śpiewaniem i pisaniem piosenek, które chciałem napisać. Myślę, że gdy miałem 24 lata, poczułem, że robię to, o co mi zawsze chodziło. Nagrywając płytę Mother Head’s Family Reunion, udało mi się odnaleźć swoją tożsamość.

Czy nagrywając swoją pierwszą płytę wiedziałeś już, że chcesz wykonywać taką muzykę jak obecnie, czy może myślałeś, że zostaniesz gitarzystą i wokalistą w zespole metalowym?

Chodziło o to, że podpisałem kontrakt z wytwórnią Shrapnel Records (ówczesna mekka gitarzystów solowych - przyp. PD) ze względu na moje umiejętności grania na gitarze. Album, który miałem nagrać, był zorientowany na gitarę. Na drugim albumie już śpiewałem. Czasem bywasz zauważony z powodu pewnych rzeczy, które jednak nie są szczytem twoich możliwości. Myślałem wtedy, że jest to fajne, iż zauważono moje gitarowe umiejętności, ale na drugim albumie dałem wyraźniejszy obraz tego, kim jest Richie Kotzen. Wtedy wszystko było dla mnie nowe i minęło kilka lat, zanim przyzwyczaiłem się do mojej nowej tożsamości. We wczesnych latach kojarzyłem siebie z gitarową publicznością, ale spośród siedemnastu płyt tylko trzy, a właściwie dwie są w pełni instrumentalne, bo ta trzecia ma kilka utworów z wokalem. Oczywiście najlepiej czuję się, gdy gram i śpiewam, szczególnie w trasie. Trochę czasu musi upłynąć, zanim poczujesz się pewnie w tym, co robisz.

Czy szkoliłeś swój głos? Brałeś lekcje?

Nie, niczego takiego nie robiłem. Na początku poszedłem do nauczyciela śpiewu, ponieważ zrobiły mi się narośle w gardle. Zrobiono mi zabieg operacyjny, ale przydarzyły mi się znowu. Stąd pomyślałem, że być może robię coś źle. Poszedłem zatem na lekcje śpiewu, przeanalizowałem swój sposób śpiewania, a następnie popracowałem nad paroma rzeczami, by je zmienić. To było ponad czternaście lat temu. Od tego czasu otworzyłem się i zacząłem śpiewać. Najważniejsze jest uświadomienie sobie, że na gitarze możesz zagrać niewiele śpiąc i będąc zmęczonym. W przypadku głosu to ty jesteś instrumentem i to ma związek z tym, jak czuje się twoje ciało. Jeśli czujesz się zmęczony, przybity lub masz kaca, to wpływa to na twój głos. Najtrudniejsza rzecz na trasie to właśnie wysypianie się. To jest klucz do tego, czy będziesz w stanie śpiewać noc w noc.

Czyli gdybyś był jedynie gitarzystą, mógłbyś sobie pozwolić w trasie na dużo więcej luzu i imprezowanie?

Tak, bo jako wokalista trzeba być o wiele bardziej świadomym. Po koncercie, szczególnie w moim przypadku, gdy jestem jedynym wokalistą przez półtorej godziny, ludzie chcą rozmawiać, co akurat może wyrządzić mi wiele złego, bo gdy przestaję śpiewać, to naprawdę muszę być cicho przez godzinę lub dwie i nie bardzo mogę rozmawiać... Głos odpoczywa i wraca do normy. Jeśli chcesz wyjść na imprezę i się rozerwać, to bądź pewien, że następny dzień masz wolny (śmiech). Niektórzy ludzie nie śpiewają jak ja, więc to nie ma dla nich znaczenia. Chodzi mi o wokalistów wykorzystujących niewielki zakres skali, jak Tom Petty czy Bob Dylan. Inni zaś potrzebują dużo wypoczynku, jak Steve Perry (eks-Journey), który "ciśnie" wysokie nuty, używając całego ciała.

"Return Of The Mother Head’s Family Reunion" to twoja najnowsza płyta. Słuchając utworu "You Know That", od razu zwróciłem uwagę na solówkę. Ciekawi mnie, czy to pełna improwizacja?

Większość solówek raczej improwizuję. Właściwie nic nie piszę wcześniej. Zwykle, gdy jestem w studiu, to słyszę materiał i po prostu gram do niego, chociaż oczywiście popełniam błędy i próbuję ponownie. Może uda mi się pierwszą część zagrać dobrze, ale drugą część partii solowej zazwyczaj muszę poprawić. Od czasu, jak ludzie zaczęli nagrywać płyty, jest to normalna procedura, ale nie siedzę w domu, nie wymyślam solówek i nie zapisuję patentów. Nigdy tego nie robiłem. Czasem muszę mieć kilka prób, zanim nagram coś dobrego, ale w taki właśnie sposób pracuję. Podczas gry staram się podążać za emocjami i jeśli coś usłyszę w głowie, to na to odpowiadam.

W utworze "Fooled Again", jednym z lepszych na tej płycie, znalazło się twoje kolejne bardzo długie, świetne solo. Jak powstał ten utwór?

Podobnie jak większość, czyli najpierw napisałem piosenkę, potem pokazałem ją ludziom, w tym Franklinowi, perkusiście. Pograliśmy ją kilka razy, popracowaliśmy nad partiami bębnów i formą. Nagraliśmy kilka wersji, a ta, która trafiła na płytę, spodobała nam się najbardziej. Chciałem zagrać piosenkę, która miałaby długą solówkę, zatem musiałem ją rozciągnąć, by swobodnie poimprowizować. Początkowa koncepcja miała skończyć się zwykłą, trzy- lub cztero minutową piosenką. Później wpadłem na pomysł tego długiego przejścia jak w piosenkach Curtisa Mayfielda, które ciągnie się w nieskończoność. Chciałem czegoś podobnego, ale cięższego i skupionego na gitarze solo.

Jakich instrumentów użyłeś na tej płycie, a jakich konkretnie w tej solówce?

Grałem na dwóch gitarach: Signature Model Stratocaster oraz Signature Model Telecaster - oba Fendera. Zawsze ich używam. Nie wiem, na której gitarze zagrałem w danym utworze, bo to dla mnie nic nie znaczy, w każdym razie nie jest istotne. Generalnie mam tylko te dwie gitary, czasem jeszcze do partii rytmicznych używałem starego Telecastera ’72 hollow-body, który nazywa się Thinline. Wykorzystałem go tylko w niektórych partiach, by zabrzmiały mocniej. Za partie klawiszy odpowiedzialny był Arlan Schierbaum, który zagrał na Hammondzie, fortepianie. Poza tym on ma kolekcję starego sprzętu, jak choćby mellotron czy klawisze Chamberlin. Gdy nagraliśmy podstawowe ślady, poszedłem do jego studia i dograliśmy nakładki z fajnymi klawiszami. Myślę, że to znacznie ubarwiło ten krążek, bo zwykle nagrywałem w trio: gitara, bas, bębny i niewiele klawiszy. Tym razem pozwoliłem mu na więcej, co tchnęło w muzykę nowe życie.

Jaka kombinacja drewna i przetworników najbardziej ci odpowiada?

W moich gitarach gryfy są klonowe, natomiast korpusy wykonane sąz jesionu bagiennego uzupełnionego płytą wierzchnią z klonu falistego. Przetworniki to DiMarzio Twang King, a w Telecasterze chyba model, który nazywa się Chopper T (głośniejszy i mający większy wykop brat modelu Faster Track T - przyp. PD). Muszę podkreślić, że wiele czynników wpływa na moje brzmienie, zresztą jest to stwierdzenie prawdziwe także w przypadku jakiegokolwiek innego gitarzysty. Uzyskiwane brzmienie jest bardziej związane z twoimi rękami i sposobem, w jaki grasz, a nie ze sprzętem. Ludzie zawsze mówią o sprzęcie i wciąż pytają, w jaki sposób uzyskać określone brzmienie. Z pewnością instrument w dużym stopniu wpływa na moje brzmienie, ale chodzi głównie o to, co i jak gram. Sprzęt jedynie ułatwia mi osiągnięcie celu, który sobie wytyczyłem. Mam także wzmacniacze sygnowane moim nazwiskiem (Cornford RK 100) i faktem jest, że gdy gram na innych, to wciąż brzmienie jest podobne, chociaż oczywiście nie tak dobre jak wtedy, gdy stosuję swój piec.

Preferujesz klonową podstrunnicę?

Tak, gram głównie na takich podstrunnicach. Na początku kariery miałem podstrunnicę z palisandru. Pamiętam, że ktoś miał Strata z klonowym gryfem i w brzmieniu tej gitary było dokładnie to, czego szukałem. Stąd następnego dnia kupiłem Strata z klonową podstrunnicą. Teraz nie jestem w stanie porównać różnic w brzmieniu, bo nie grałem dawno na innym instrumencie - po prostu od dawna używam tylko takiego rozwiązania.

Wspomniałeś o gitarze i wzmacniaczu, które zostały zrobione dla ciebie. Czy dokonywałeś w nich jakiś przeróbek?

Jeśli chodzi o przetworniki, to nie - w mojej gitarze nie ma żadnych sztuczek z połączeniami cewek itd. W przypadku wzmacniacza rozmawiałem z ludźmi z firmy Cornfordi wspólnie z nimi próbowałem różnych rozwiązań. Nad moim wzmacniaczem pracowaliśmy bezpośrednio w fabryce. W rezultacie powstała wyjątkowa konstrukcja, i to zarówno pod względem brzmieniowym, jak i budowy. Chciałem pieca o czystym brzmieniu i odpowiednio głośnego, bez żadnych fuzzów, które mają wzmacniacze z przesterem. Eksperymentowaliśmy z rozmaitymi lampami oraz kondensatorami i opornikami. Nie jestem zbyt dobry w technice, ale używałem moich uszu - jeśli zagrałem na gitarze i coś brzmiało dobrze, to szliśmy w tę stronę lub opowiadałem, jakich częstotliwości jest za dużo lub co chciałbym wyeksponować.

W niektórych twoich utworach używasz pewnego charakterystycznego efektu...

Wiem, o co ci chodzi! To taki filtr obwiedni. Produkują go różne firmy,to coś takiego jak automatyczny wah-wah.

Masz jakieś własne patenty na odpowiednie ustawienie mikrofonów podczas nagrywania partii gitar w studiu?

To wszystko jest całkiem proste, stosuję mikrofony Shure SM57. Używam jednego mikrofonu i umieszczam go przed głośnikiem - gdy trzeba, przysuwam go bliżej, a gdy brzmienie jest za jasne, stawiam dalej, no i tyle. Ważne, by sygnał przechodził przez pewien układ połączeń. Mam parę modułów Neve, przez które przepuszczam sygnał, stary kompresor lampowy Anthony DeMaria, ponieważ do rejestracji sygnału musisz używać najlepszego sprzętu, jaki posiadasz. Nie pakuję się w zbyt wiele mikrofonów, bo to zabiera czas i pod koniec dnia okazuje się, że lepszą barwę zbieram, używając SM57. Nie lubię siedzieć i marnować czas na uzyskanie odpowiedniej barwy, bo w końcu zapominam, co chciałem zagrać. Podczas takich poszukiwań także męczysz uszy i nie wiesz już, czego słuchasz. Tak więc wszystko jest proste - upewniam się, czy barwa gitary ze wzmacniacza jest właściwa, a potem ustawiam odpowiednio mikrofon.

Czyli nie używasz kilku wzmacniaczy w kombinacji?

Nie, nigdy tego nie robiłem.

Przez wielu fanów postrzegany jesteś przede wszystkim jako świetny gitarzysta. Czy istnieje szansa, że uraczysz nas jeszcze podobnym albumem jak "Inner Galactic Fusion Experience"?

Prawdopodobnie nie... Wiesz, właściwie to nagranie tej płyty było dość dziwne. Robiłem własne rzeczy, gdy zwrócił się do mnie Mike Varney z propozycją współpracy z Gregiem Howem nad jego projektem. Ponieważ jesteśmy z Gregiem kumplami i byłem fanem jego gry na gitarze, zgodziłem się nagrać płytę "Tilt" i właściwie sprawiło mi to dużą przyjemność. Powiedziałem więc, żeby pozwolił mi zrobić własną płytę instrumentalną w tym stylu. Stąd jednorazowy projekt w stylu fusion. Został odebrany pozytywnie, zresztą sam lubię to, co nagrałem, ale nie jestem zbytnio podekscytowany graniem muzyki instrumentalnej, nie inspiruje mnie ona i nawet jej nie słucham. No, chyba że jest to Miles Davis czy John Coltrane. Nie lubię słuchać gitary opowiadającej jakieś historie przez czterdzieści minut, więc pewnie nie nagram takiej płyty. Zrobiłem płytę ze Stanleyem Clarkiem, ale zadecydowały o tym inne czynniki - był inny styl, mieliśmy skrzypce, klawisze, i był to projekt zespołowy. Coś takiego ponownie mogłoby być interesujące, ale zamknięcie się w studiu i napisanie dziesięciu utworów, w których miałbym wymiatać na gitarze, byłoby zwykłą stratą mojego talentu. Myślę, że określiłem się już na płycie "Inner Galactic Fusion Experience", więc nie chciałbym powtarzać pewnych rzeczy. To tak jak z filmem- sequel do udanego filmu nie zawsze jest dobry...Ale przyznaję, że jest to na pewno moja najlepsza płyta instrumentalna...

Więc gdyby ktoś wyłożył pieniądze na nagranie kolejnego projektu w stylu "Tilt", nie byłbyś tym zainteresowany?

Nie byłbym, bo już tak nie gram. To było trzynaście lat temu. Od tego czasu piszę piosenki, nagrywam i gram z moim trio, więc jestem już zupełnie inną osobą niż kiedyś. Gdybym miał siąść z gitarą i biegać po gryfie,to wolałbym wyjść i zagrać w golfa.To jest dla mnie takie odległe... Ja już to zrobiłem i zrobiłem to dobrze. Dlaczego miałbym wrócić do punktu wyjścia? Ludzie pytają mnie, dlaczego wciąż nagrywam płyty w takim, a nie innym stylu. Przyczyną jest to, że zawsze jestem pewien, że robię to, co lubię. Ostatnią płytę stworzyłem, bo inspirowała mnie muzyka i zawsze tak czynię.

Dużo radości - przynajmniej tak wynika z muzyki - dało ci także nagrywanie albumu "Bipolar Blues". Jak do tego doszło?

To było podobnie jak z projektem "Tilt" - zadzwonił do mnie Mike Varney z informacją, że utworzył wytwórnię bluesową, a kilka osób (w tym Leslie West i Rick Derringer) nagrywają dla niego albumy i chciał, żebym nagrał dla niego płytę złożoną w połowie z coverów, a w połowie z moich bluesów. Jej nagranie dało mi dużo radochy, był to taki poboczny projekt dla Shrapnela.

Czego nauczyłeś się, nagrywając i grając trasy z Poison i Mr. Big?

Poison był całkiem fajny. Byłem wtedy dwudziestolatkiem i zaraz, gdy wyszła moja płyta w Shrapnel, już grałem z ważnym rockowym zespołem, który sprzedawał miliony płyt i dawał koncerty na wielkich stadionach. Nie potrafię wyszczególnić,czego się wtedy konkretnie nauczyłem, ale to było wielkie doświadczenie, zresztą bardzo fajne. Z Mr. Big było trochę trudniej, ponieważ klimat i morale zespołu były bardzo złe. Przypominało to sytuację, w której wszyscy byli szefami i każdy ciągnął w innym kierunku. W przeciwieństwie do tego Poison to była jedność - ci goście razem dorastali od dzieciństwa i przyjęli taką formułę, że pracowali razem. W Mr. Big Billy Sheehan był gwiazdą rocka i formując zespół, sam dobrał ekipę. Gdy tak robisz, w pokoju znajdą się świetni muzycy, ale niekoniecznie masz właściwą chemię w zespole. To były zatem zupełnie różne sytuacje.

Jakiś czas temu uruchomiłeś własne studio nagraniowe. Chciałbyś realizować się jako producent? Wystąpiłeś w tej roli na płycie Marco Mendozy?

Wiesz, produkowanie jest zabawne, ale niekoniecznie daje taką frajdę jak tworzenie muzyki. Bycie producentem to całkiem inne zajęcie i niekoniecznie obejmuje to, co lubisz. Bycie w studiu i szukanie nowych pomysłów to jest ta część tej pracy, która mi się podoba, ale bycie gościem, który organizuje wszystko i przekonuje innych, że akurat to (lub coś innego) powinni zrobić, to może być dość frustrujące. Nigdy nie fantazjowałem na ten temat, bo chcę pisać i grać piosenki - czy to na żywo, czy w studiu. Jeśli ktoś poprosi mnie o pomoc i ma to sens (jak w przypadku Marco), to zrobię to, ale nie szukam aktywnie takiej okazji. Co do studia, to po prostu kupiłem nieruchomość, przemeblowałem wszystko i urządziłem tam studio (Headroom Inc.), które później sprzedałem wraz z budynkiem pewnym gościom. Miałem studio przez 3.5 roku, ale to była bardziej inwestycja, niż potrzeba zaistnienia w przemyśle muzycznym. Większość ludzi nagrywa teraz płyty w domach lub w studiach, które są urządzone w ich prywatnych posiadłościach. Największe studia nagraniowe w Kalifornii nie istnieją, straciły rację bytu i tak się po prostu dzieje z powodu rozwoju powszechnie dostępnej technologii.

Jak nagrywasz swoje pomysły? Masz laptopa czy może jakieś inne urządzenie?

Trzymam przy łóżku kaseciaka. Czasem pomysły przychodzą mi do głowy w nocy, gdy przysypiam lub jestem zrelaksowany i nie myślę zbyt intensywnie. Mam studio nagraniowe w domu, więc gdy napiszę piosenkę, mam słowa i całą resztę, to ją nagrywam.

Tej wiosny przyjeżdżasz do Europy zagrać kilkanaście koncertów. Pamiętam, że przez długi czas nie można było dostać twoich płyt na naszym kontynencie. Dlaczego?

To, co jest świetne w rozwoju technologii, to fakt, że możesz bezpośrednio dotrzeć do swoich fanów. Zamierzam z tego korzystać, bo przez lata byłem skazany na działalność w wytwórni płytowej. Teraz dzięki temu, że możesz swoje piosenki wstawić do iTunes czy Napstera bądź jakiegoś innego sklepu internetowego, ludzie mogą kupić twoją muzykę. Ludzie tacy jak ja, którzy mają już pewną grupę fanów, mogą na tym korzystać. Krótko mówiąc, nie potrzebuję wytwórni płytowej. Inni ludzie mogą się ze mną nie zgodzić, bo dla nich rozwój technologiczny nie jest fajny. Myślę, że sytuacja, w której artysta ma kontrolę nad tym, jak może trafiać do fanów i publiczności,jest bardzo komfortowa.

Kto zagra z tobą w Europie?

Na bębnach zagra Pat Torpey, z którym występowałem w Mr. Big, a basista to Johnny Griparic - muzyk, który grał ze Slashem przez kilka lat, zanim ten utworzył Velvet Revolver. To trójosobowy skład, z którym dobrze się czuję, bo grałem w trio przez lata i mam w nim dużo miejsca na improwizacje.

Twoje koncerty są bardzo dobrze odbierane przez fanów. Nie myślałeś o wydaniu wreszcie DVD z występów na żywo?

Tak, pracuję nad tym. Rok temu, gdy grałem w Ameryce Południowej, sfilmowaliśmy parę rzeczy i szczęśliwie udało się wszystko wyedytować. Na YouTube można znaleźć klip z moich występów wzięty właśnie z tego DVD, które pojawi się latem. Na mojej stronie internetowej można kupić także dwa inne DVD, ale sąone zrobiona bardziej domowym sposobem. Jedno z południowej Ameryki jest z 2005 roku, ale dźwięk jest zgrany z DAT-a. Brzmi dobrze, lecz nie tak jak w przypadku, gdyby zgrać to w bardziej odpowiedni sposób, ponadto kręcone jest z ręki. Ludziom może się to jednak podobać. Nowe DVD kręciliśmy na trzy kamery, wszystko jest zarejestrowane i zmiksowane jak należy w Pro Toolsie, i to będzie prawdopodobnie moje najlepsze DVD.

Chciałbym jeszcze, żebyś opowiedział nam o sobie jako ojcu, bo masz przecież córkę August, która zaśpiewała ci chórki na płycie...

Hmm... Powinienem ją przyprowadzić do telefonu, aby sama ci coś opowiedziała (śmiech). Najwspanialsza rzecz, która mi się przydarzyła w życiu, to bycie ojcem. To fajne uczucie! Moja córka ma teraz dziesięć lat i nie ma w życiu nic, co można porównać z oglądaniem tego, jak dzieciak dorasta i wszystkiego, co się z tym wiąże. To niesamowite. Słuchała, jak pracowałem nad płytą, i gdy prawie skończyłem, zażartowała, że powinna zaśpiewać chórki i wtedy nagrania zabrzmią lepiej. Bywała w studiu już wcześniej, pisała piosenki, podsuwała pomysły, które miała w momencie, gdy nagrywałem - więc rozumiała cały proces, jaki toczył się w studio. Dałem jej zatem mikrofon, zaśpiewała coś, co może nie pasowało do reszty, ale gdy przy miksowaniu wyciszyłem nieco jej track, to wtedy chórki coś straciły. Z pewnością więc coś dodała do płyty, jej głos jest w czterech utworach - i to jest fajne.

Myślisz, że zostanie muzykiem jak jej ojciec?

Nie wiem, teraz interesuje ją jazda na łyżwach, w końcu dzieciaki przechodzą przez różne fazy. Ma muzyczny instynkt, bo czasem bierze gitarę i coś zagra, podobnie rzecz się ma z fortepianem. Jest jeszcze młoda. Fakt, że ja dość wcześnie zacząłem grę na instrumencie i trzymam się tego do dziś, to jest raczej coś wyjątkowego. Większość ludzi w tym wieku zwykle nie wie, co będzie robić później w życiu. Może zostanie łyżwiarką figurową...(śmiech).

Wiemy, że jesteś gitarzystą i muzykiem, ale co robisz, gdy masz wolny czas? Jakieś hobby?

Przechodziłem okresy, gdy zajmowałem się różnymi rzeczami. Przez moment uprawiałem basketball, ale przestałem. Potem ze znajomym graliśmy w golfa, co trwało sześć miesięcy. Jakiś czas grałem w pokera, ale mnie to znudziło. Mam małe hobby, które przemijają, ale przede wszystkim lubię pisać muzykę i ją grać. Właściwie stałem się całkiem niezłym wykończeniowcem, przez dwanaście lat mieszkam w tym samym domu i ciągle nad nim pracuję - modyfikuję,konstruuję, i wszystko robię w nim sam. Jest to więc moja druga pasja. Mimo że nie jest to muzyka, ale z pewnością jest to kreatywne. Przerobiłem kuchnię i wprowadziłem trochę nowości, lubię wszystko, co zawiera w sobie element kreatywny.

Jesteś szczęśliwy?

Jestem bardzo szczęśliwy i bardzo wdzięczny losowi, że doszedłem do takiego momentu w moim życiu, nie robiąc nic innego tylko grając muzykę. Dla kogoś takiego jak ja bycie niezadowolonym byłoby zabójcze. Jest wiele osób niemniej zdolnych ode mnie, które nie mają możliwości, by żyć ze swojej sztuki. Jeśli tworzysz muzykę, którą lubisz, i jesteś w stanie się z tego utrzymać - to powinieneś być naprawdę szczęśliwym człowiekiem.

Sprzęt

W starych katalogach Ibaneza Richie Kotzen reklamował model RG 570 z korpusem z lipy, podstrunnicą z palisandru, mostkiem Floyd Rose Edge oraz przetwornikami Ibanez USA, ale już wtedy grał na odpowiednio podrasowanym instrumencie, hybrydzie modeli JEM i RG z Custom Shopu.

Jeden z custom shopów we Włoszech wyprodukował nawet kilka kopii repliki Ibaneza, którego Kotzen wykorzystywał podczas nagrania dwóch pierwszych albumów z charakterystycznym wykończeniem w stylu taniego horroru. Richie używał wówczas także czarnego Kramera Pacera, a następnie reklamował produkowane w fabryce Ibanez gitary Starfielda. Był to model Cabriolet American Standard z klonową lub hebanową podstrunnicą, pickupami Seymour Duncan. Jak wspomniał w wywiadzie, używa wzmacniaczy Cornford RK 100 z kolumną 4×12" na głośnikach Celestion 30. Moduł Neve, o którym również wspomniał, to przedwzmacniacz model 1073 - klasyczne urządzenie, na którym nagrywali min. Van Halen i AC/DC. Z kostek podłogowych preferuje takie urządzenia, jak: Dunlop Crybaby, Dunlop JD-45 Rotovibe, Dunlop TS1 Tremolo Stereo Pan oraz Boss OC-2 Octave. Odnośnie gitar warto pamiętać, że jeden z jego Telecasterów wyposażony jest w urządzenie D-Tuner do obniżania stroju, a jeśli chodzi o struny - są to komplety D’Addario .011-.049".

 

Rozmawiał Piotr Dziedzic

GALERIA
Zaklęty krąg Cugowscy

Krzysztof Cugowski jest na polskiej rockowej scenie od zawsze, zaś jego dwaj synowie Piotr i Wojciech od prawie zawsze, ale po raz pierwszy wspólnie...Gramy dalej

8 /10
Atoma Dark Tranquillity

Giganci szwedzkiej sceny melodyjnego death metalu od blisko piętnastu lat nie splamili się słabym wydawnictwem.

Gramy dalej

9 /10
CETI ocena 9
Snakes of Eden
Gatunek: Heavy metal
Green Day ocena 8
Revolution Radio
Gatunek: Pop punk
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Zobacz wszystkie