Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Joe Satriani

Joe Satriani

Prawdziwy autorytet i nauczyciel wielu znakomitych gitarzystów tego świata postanowił uraczyć nas swoim kolejnym longplayem. Ten niezwykle oryginalny muzyk, znany również z zespołu Chickenfoot, udowadnia, że jego zdolności i zapał mogą jeszcze sporo namieszać. W ty m miesiącu rozmawia my z jedynym i niepowtarzalnym Joe Satrianim o jego inspiracjach, sprzęcie i podróżach w kosmosie.

Czy prawdą jest, że postanowiłeś zostać gitarzystą w chwili, gdy dowiedziałeś się o śmierci Jimiego Hendriksa? Jak wyglądały twoje gitarowe początki?

Rzeczywiście, było dokładnie tak, jak mówisz. Wcześniej grałem na gitarze tylko z czystej ciekawości. Prawdę mówiąc, w tamtym okresie dużo bliżej było mi do perkusji. Uczyłem się gry na garach od dziewiątego roku życia. Niedługo potem uświadomiłem sobie jednak, że nie chcę już tego więcej robić. W wieku jedenastu lat nie zajmowałem się niczym, co by miało chociaż najmniejszy związek z muzyką. We wrześniu 1970 byłem w drużynie futbolowej, ale szybko się okazało, że nie jestem stworzony do roli piłkarza (śmiech). Drużyna nie straciła zatem zbyt wiele na moim odejściu.


Mniej więcej w tym samym czasie moja starsza siostra grała trochę na gitarze, która zresztą zawsze poniewierała się gdzieś w domu. Parę razy wziąłem ją do ręki, ale wtedy jeszcze była dla mnie bardziej ciekawostką aniżeli sposobem na życie. Zmiana dokonała się we mnie dopiero tego feralnego dnia, kiedy to ogłoszono śmierć Hendriksa. Byłem zagorzałym fanem jego muzyki i pomyślałem, że muszę zrobić coś, aby wypełnić tę pustkę. Oczywiście nie próbowałem go w żaden sposób zastępować. Powiedziałbym raczej, iż pragnąłem wypełnić pustkę, jaką zostawił po sobie brak nowej muzyki Jimiego w moim życiu. Reszta jest już historią. Tego samego dnia zrezygnowałem z drużyny futbolowej, wróciłem do domu i oznajmiłem całej rodzinie, że do końca życia będę zajmował się tylko i wyłącznie grą na gitarze. Jak powiedziałem, tak zrobiłem.



Od wielu lat udzielasz lekcji gry na gitarze. Twoimi uczniami byli ludzie, który potem współtworzyli nowe kierunki rozwoju muzyki metalowej i rockowej, jak choćby Kirk Hammett czy Steve Vai. Czy oni byli dobrymi uczniami? Lubisz uczyć innych?

Uwielbiam to robić. Nauczanie to naprawdę dobra zabawa, o ile masz dobrych uczniów (śmiech). Gorzej jest, kiedy masz złych. Ludzie, o których wspomniałeś - zresztą jak cała reszta, która osiągnęła sukces w tej branży - byli zdecydowanie w tej pierwszej grupie. Oczywiście w chwili, kiedy spotykaliśmy się na lekcjach, nie wiedziałem jeszcze, jak potoczą się ich dalsze losy, ale już wtedy można było dostrzec, który z nich ma prawdziwy talent i potencjał, aby stać się rewelacyjnym gitarzystą. Wszyscy oni byli bardzo zdeterminowani i posiadali dobre nawyki. To jednak nie gwarantuje sukcesu. Ten przemysł potrafi być bardzo nieprzewidywalny i okrutny. Czasami ciężko jest w nim zaistnieć i coś osiągnąć. Dużo łatwiej jest być po prostu dobrym (śmiech).


W ich przypadku sprawy potoczyły się jednak w najlepszym możliwym kierunku i każdy doszedł do swojego sukcesu inną drogą. Steve’a poznałem, kiedy był jeszcze dzieciakiem. Ja też miałem wtedy kilkanaście lat, więc byliśmy w podobnym wieku. Co więcej, chodziliśmy do tego samego liceum, a jak się później okazało, wokaliści naszych zespołów byli braćmi. Byłem z nim więc dużo bliżej niż z innymi. Kiedy wyprowadziłem się do Kalifornii, pracowałem z wieloma gitarzystami. Steve był początkującym adeptem tego instrumentu, ale na przykład Kirk Hammett grał w tamtym czasie w Exodusie. Już wtedy był świetnym gitarzystą metalowym, przejawiał również bardzo duże zdolności do grania każdego innego stylu. Podobnie sprawa się miała z Larrym LaLonde z Primusa. Grał w innym zespole niż Kirk, ale tak jak on potrafił grać dużo więcej niż tylko metal. Pamiętam, jak grywaliśmy bluesa czy klasycznego rocka. Obaj posiadali bardzo duży wachlarz możliwości i to zaprocentowało w późniejszym czasie. Inni ludzie, z którymi pracowałem, jak np. Charlie Hunter czy David Bryson z Counting Crows, grali w bardzo różnych klimatach. Wszyscy oni wyglądali inaczej, ubierali się i słuchali różnorodnej muzyki, ale byli przy tym bardzo zdeterminowani, więc nie dziwi mnie, że udało im się osiągnąć tak wysoki poziom gry.



W swojej karierze grywałeś w najlepszych zespołach na świecie. Czy bycie członkiem zespołu jest dla ciebie równie przyjemne jak twoja działalność solowa?


Tak, czerpię przyjemność z obu tych rzeczy. Miałem bardzo duże szczęście znaleźć się w takiej sytuacji, że mogłem (i nadal mogę) zajmować się zarówno swoją karierą solową, jak i zespołem, w którym jestem. Mam świetny kontakt ze wszystkimi moimi fanami i bardzo się cieszę z kontynuowania przygody z Chickenfoot. Jestem im za to bardzo wdzięczny i cieszę się, że dzięki temu zdobywam nowych sympatyków. Ludzie ci są fanami naszego zespołu i często nie wiedzą nawet, kim jestem i czym się zajmuję, będąc poza zespołem. Dużo częściej zdarza się tak, że są to fani Chada lub Sammy’ego. Ja jestem dla nich kimś nowym. Taka działalność pozwala mi też na coś, czego zawsze bardzo pragnąłem, czyli na jeszcze bardziej intensywne realizowanie się jako muzyk. Zawsze lubiłem wchodzić w różne projekty. Miałem przyjemność pracować z Mickiem Jaggerem, Deep Purple, Steve’em Millerem i wieloma innymi artystami. W tym roku również nie próżnowałem. Zagrałem dwa kawałki na nowej płycie Steve’a Millera i jeden na krążku Tarji Turunen. Mam nadzieję, że w przyszłości będę współpracować z jeszcze większą liczbą osób. Ten rok zdecydowanie zaliczę do udanych pod względem muzycznej aktywności.


Jakie wydarzenie określiłbyś mianem najgorszego w historii rocka?


Bezsprzecznie najgorszymi chwilami w historii rocka były te, w których umierali fani. Dla mnie osobiście jest to zawsze najbardziej przygnębiająca rzecz, która zresztą nigdy nie powinna mieć miejsca. Niestety co pewien czas słyszy się o jakiejś tragedii, która miała miejsce podczas koncertu. Był kiedyś gig zespołu The Who, na którym fani zaczęli przebiegać przez ciasne bramki. Nikt tego nie kontrolował i wielu z nich zostało dosłownie zmiażdżonych. Kiedy dociera do mnie taka informacja, czuję wtedy ogromny smutek. Zresztą podobna sytuacja miała miejsce całkiem niedawno w Niemczech na Love Parade w Duisburgu, gdzie w wyniku paniki, jaka wybuchła w tunelu, chyba piętnaście osób zostało zadeptanych. Takie tragedie nie powinny się nigdy zdarzać. Naprawdę nietrudno jest zaplanować bezpieczne przemieszczanie dużych skupisk ludzkich. Tak fani, jak i zespoły muzyczne ufają, że organizatorzy wyciągną z tych tragicznych wydarzeń wnioski i odpowiednio zadbają o bezpieczeństwo na koncertach. Niestety nie zawsze jest tak, jak się nam wydaje, albowiem odpowiedzialność często spada na muzyka, który tak naprawdę sam staje się ofiarą zaistniałej sytuacji. I to właśnie takie sytuacje są dla mnie najgorszymi chwilami w historii rocka oraz muzyki w ogóle.


Instrumentami, wzmacniaczami i efektami, na których znalazł się twój podpis, można by wypełnić niejeden sklep muzyczny. Jaki jest twój wkład w tworzenie całego tego sprzętu? Czy czerpiesz przyjemność z tej części swojej działalności?


Zdecydowanie tak! (śmiech). Uwielbiam zajmować się obmyślaniem nowych rozwiązań. Uważam się za swego rodzaju wynalazcę amatora, który stworzy tysiące różnych rzeczy nikomu nieprzydatnych (śmiech). Czasami jednak przytrafią mi się dwa lub trzy pomysły, które mają sens. Zawsze byłem zdania, że gdy człowiek jest zaangażowany w jakiś proces twórczy, to nie powinien się ograniczać. Kiedy ma się to szczęście pracować z ludźmi, którzy naprawdę znają się na swojej pracy, wszystko zaczyna się układać. Pamiętam, jak pracowałem nad pasami do gitary. Cieszył mnie fakt, iż poznałem wtedy człowieka, który potrafił z tysiąca moich rysunków wybrać te, które współgrały potem z projektem całej gitary. Potem wystarczyło znaleźć firmę, która zajmowała się przenoszeniem grafik na takie pasy. Efekt końcowy był wręcz rewelacyjny. Taka praca pozwala nie tylko na zdobycie niebywałego doświadczenia, ale i na dużą dawkę wolnomyślicielstwa.

Uwielbiam również pracować przy pedałach i wzmacniaczach. Współpraca, jaką nawiązałem z firmą Vox, jest jedną z najlepszych rzeczy, jaka mi się przytrafiła w mojej karierze. Cieszy mnie to z wielu powodów. Jednym z nich jest fakt, iż sam posiadam wprost nieprzyzwoitą liczbę efektów, z których - ku mojemu przerażeniu - nie jestem w ogóle zadowolony. Obecnie korzystam może z piętnastu najlepszych egzemplarzy, a pozostałe (kilkaset sztuk!) leżą upchane w różnych szafach. Większość z nich jest wykonana bez przemyślenia i z bardzo słabych materiałów. Co gorsza, nie wykonują one dobrze powierzonych im zadań. Dlatego tym bardziej cieszy mnie praca z firmami Vox i Korg. Pracują u nich świetni specjaliści, którzy nigdy się nie poddają i wytrwale dążą do celu. Nawet kiedy udaje nam się stworzyć coś dobrego, od razu pojawiają się pomysły, jak to ulepszyć - jest to bardzo inspirujący proces twórczy. Podoba mi się również tempo pracy. Z niczym nie musimy się śpieszyć, dlatego każdy element jest dogłębnie przemyślany i dopracowany.

Jeśli chodzi o gitary Ibaneza z serii JS, to są one dla mnie idealnym połączeniem starych dobrych klasyków z nowoczesnym brzmieniem. Posiadam całkiem sporo legendarnych wioseł, ale na żadnym z nich nie uda się zagrać nic nowego. Brzmienie, chociażby Les Paula czy Stratocastera, jest zupełnie różne od tego, jakie oferują nam współczesne gitary. Wspomniane modele są niezwykłymi osiągnięciami w dziedzinie muzyki gitarowej, ale nie posiadają takiej skali dźwięku jak te naszpikowane elektroniką. Nie uwzględniają różnicy w doborze drewna czy chociażby w ustawieniach przetworników. Dźwięk, jaki oferują współczesne gitary, jest dużo bardziej wszechstronny. W latach 80. wielu muzyków próbowało zmieniać dźwięk swoich instrumentów na własną rękę. Jednymi z najlepszych byli Steve Vai i Van Halen. Steve był pionierem, jeśli chodzi o wynajdowanie nowych kształtów i ustawień. Eddie był natomiast konkurencją sam dla siebie. Robił z gitarą wszystko, co chciał. To były jednak inne czasy. W tej chwili pracuję również nad wzmacniaczem dla Marshalla i bardzo cieszy mnie ta perspektywa. W szeregach tej firmy zatrudniony jest Santiago Alvarez, bardzo zdolny projektant i genialny konstruktor, który wyjaśnił mi wszystkie zagadnienia związane ze wzmacniaczami gitarowymi. Obecnie testujemy parę prototypów i muszę przyznać, że bawię się przy tym jak mały dzieciak.



Skąd bierzesz inspiracje do pisania nowych kawałków? W jaki sposób udaje ci się przy okazji każdej płyty odświeżać swoją muzykę?


Komponowanie przychodzi mi łatwo, gdyż piszę o tym, co się dzieje w moim życiu. Nie mniej, nie więcej. Czasami tych pomysłów jest nawet za dużo, ale tak wiele rzeczy dzieje się wokół mnie... Nie żebym narzekał - po prostu jestem bardzo wdzięczny losowi i cieszy mnie fakt, iż nie opuszcza mnie wena twórcza. Proces komponowania muzyki czy pisania tekstów zawsze odbywa się falami. Całkiem niedawno skończyłem pisać materiał na płytę, nagrałem go, zmiksowałem i... od razu przeszedłem do pisania piosenek dla Chickenfoot. Niedługo potem powstało około dziesięciu demówek, które odesłałem Sammy’emu. Czasami sam jestem pod wrażeniem tego, ile udaje mi się zrobić w tak krótkim czasie, ale wszystko to zawdzięczam przede wszystkim moim przeżyciom i dużej wyobraźni.


Twoje solowe płyty to całkowicie instrumentalny materiał. Nie myślałeś nigdy o zatrudnieniu gościnnie jakiegoś wokalisty?


To fakt, w ciągu kilku ostatnich lat zastanawiałem się nad tym parę razy. Potem jednak wstąpiłem do Chickenfoot. Układ, jaki tam panuje, całkowicie mi odpowiada, ponieważ każdy zajmuje się swoją dziedziną i robi dokładnie to, co uważa za słuszne. Dla mnie perspektywa pisania tekstu dla kogoś zawsze była czymś nienaturalnym. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której zatrudniam wokalistę mającego śpiewać moje słowa w sposób przeze mnie określony. Nie przemawia do mnie taka idea. Podoba mi się natomiast ten nieokiełznany element, jaki pojawia się w muzyce, w której dosłownie brakuje ludzkiego głosu. Najlepsi wokaliści zawsze pisali dla siebie. Wyróżniała ich charyzma i szereg cech, które składały się na końcowy sukces zespołu. Najlepsze piosenki powstawały tylko wtedy, kiedy muzyka nie była w konflikcie z tekstem. Dlatego dużo bardziej wolę układ, jaki mamy w Chickenfoot, niż gościnne występy na moich płytach.


Na koniec naszej rozmowy zadam ci pytanie retoryczne. Czy jesteś Srebrnym Surferem rocka?


Nie mam pojęcia! To skojarzenie było dla mnie zawsze bardzo obce, ponieważ jako dzieciak nigdy nie czytałem komiksów. Pomysł na tytuł płyty "Surfing With The Alien" (z ang. surfing z kosmitą) zrodził się w mojej głowie, zanim jeszcze poznałem tę postać. To był jeden z tych mistycznych momentów, w których zdarza nam się prowadzić z kimś zwyczajną rozmowę, która potem okazuje się mieć niezwykle ogromny wpływ na nasze późniejsze życie. Ale zgadzam się z tym, że jest to dość trafne porównanie. Tym bardziej że z czasem postanowiłem ogolić sobie głowę na łyso. Nie było to jednak dlatego, że chcę być jak Srebrny Surfer. Jest to po prostu najlepsza fryzura dla kogoś, kto łysieje (śmiech). Dopiero potem zdałem sobie sprawę, jak bardzo zbliżyłem się do tego wizerunku. Niemniej jednak z pewnością wolałbym mieć znowu bujną czuprynę tak jak dawniej (śmiech).

M. Kubicki

Atoma Dark Tranquillity

Giganci szwedzkiej sceny melodyjnego death metalu od blisko piętnastu lat nie splamili się słabym wydawnictwem.

Gramy dalej

9 /10
Snakes of Eden CETI

Dwa lata po znakomitym albumie "Brutus Syndrome" CETI powraca z kolejnym mocnym uderzeniem zatytułowanym "Snakes Of Eden".

Gramy dalej

9 /10
Green Day ocena 8
Revolution Radio
Gatunek: Pop punk
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Ghost ocena 9
Popestar
Gatunek: Heavy metal
Zobacz wszystkie