Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Arek Lerch (Mystic Art, Violence Magazine, Blackastrial)

Arek Lerch (Mystic Art, Violence Magazine, Blackastrial)

Arka Lercha znamy wszyscy jako świetnego dziennikarza muzycznego. Po przeczytaniu poniższego wywiadu z pewnością do powyższej definicji dojdzie określenie "pasjonat". Sam nie pamiętam, by ktoś z takim zaangażowaniem opowiadał o muzyce, ulubionych płytach i artystach. Jeśli więc chcecie poznać nowe, warte zainteresowania albumy, interesuje was, kto w metalowym światku potrafi zachowywać się jak bufon i jak wygląda praca dziennikarza, zachęcam do lektury.

Cześć Arku! Ostatnimi czasy wiele się u Ciebie zmieniło. Nim jednak zajmiemy się sprawami bieżącymi, powiedz, co sprawiło, że kilkadziesiąt lat temu zainteresowałeś się muzyką?


Nie pamiętam... To jedyne, co przychodzi mi do głowy. Nie wiem, jaki był ten pierwszy impuls, co było na początku. Może magnetofon, który dostałem od wujka? Jakieś pierwsze nagrania z radia, mieszanina wszystkiego z wszystkim... Potem był punk rock, fascynacja hałasem, Psy Wojny w rodzinnym Jastrzębiu, chaotyczne poszukiwania czegoś swojego. Za to pamiętam doskonale, co było takim poważnym, świadomym zwrotem - to moment, kiedy usłyszałem "Mutiny/The Bad Seed" The Birthday Party... To był szok, wywrócenie wszystkiego do góry nogami, nowe widzenie muzyki. Cave zresztą do dzisiaj pozostaje dla mnie bardem życia. Od tego momentu zacząłem szukać w muzyce czegoś nowego, innego. Poszukiwałem coraz większych wrażeń, przez chicagowski noise, aż do ekstremalnego metalu. No i hard core. Idea, styl życia, przekonania. Czystość i szczerość, tak w muzyce jak i w przekazie. Słuchanie i odkrywanie muzyki, delektowanie się dźwiękiem to dla mnie niesamowita, pasjonująca przygoda. Dawka adrenaliny, wyzwanie, spełnienie. Ciągle bez zmian...


Czego szukałeś na początku w muzyce i jak to zmieniało się na przestrzeni lat?


Początki to oczywiście rzeczy podsuwane przez kolegów. Ktoś czegoś słuchał, słuchałem i ja. Brak krytyki, wiadomo. Pamiętam, że w latach 80 - tych któryś z kolegów słuchał Duran Duran, new romantic. Wydawało mi się, że to straszna wiocha, bo wtedy byłem już na etapie punk rocka. Teraz chętnie wracam do muzyki z lat 80 - tych, dla zabawy i z sentymentu. Ale wracając do pytania -  świadomie zacząłem szukać rytmu i aranżacji. Zawsze zwracałem uwagę na te elementy. Rytmiczne granie, praca bębnów i niuanse aranżacyjne. Bardzo wcześnie zaczęły mnie fascynować rzeczy wykraczające poza schemat "zwrotka - refren". Znajdowałem takie rozwiązania w muzyce progresywnej, jednak tam z kolei brakowało mi energii, zwierzęcej siły, hałasu. Kolejnym elementem była zabawa dysonansem. I choć dzisiaj jak najbardziej doceniam harmonię i melodię, to dysonans wciąż stawiam bardzo wysoko. Wspomniany noise, poszukiwania - wczesne! - Cave'a, wreszcie kolejne moje odkrycie - Michael Gira i Swans. Mój kolega Krzysiek "Pietrucha" Piekarczyk, wielki znawca muzyki, na początku lat  90 - tych wprowadził mnie w świat nowojorskiej awangardy typu Sonic Youth, właśnie Swans i wiele innych rzeczy. Pamiętam, jak z wypiekami na twarzy przynosiłem do domu kasety z takimi nagraniami, pamiętam pierwszy kontakt z "Confusion Is Sex" SY, "Goat" The Jesus Lizard, "The End Of Silence" Rollins Band, "Repeater" Fugazi czy wrażenie, jakie zrobiła na mnie płyta "Filth" Swans... Pamiętam wreszcie totalny szok, kiedy na jakimś obozie wrzuciłem do paszczy walkmana "Human" Death... Te rzeczy utkwiły w mojej głowie na zawsze... Generalnie serce zostawiłem w latach 90 - tych...  Zresztą, nazw zespołów mogłoby się tu pojawić tyle, że zamiast odpowiedzi powstałaby encyklopedia, a nie o to chyba chodzi. Poszukiwałem, i nadal poszukuję, muzycznego absolutu. Którego, na szczęście, nigdy nie znajdę, bo to oznaczałoby koniec tej drogi.


A czy któraś płyta, jaką poznałeś, zbliżyła się najbardziej do tego absolutu


Wiele jest takich płyt, na przestrzeni ponad 20 lat poszukiwań sporo się tego uzbierało. Najważniejsze jest to, że fascynuje mnie bardzo różnorodna muzyka. Trudno określić  jakiś wąski przedział, w którym mógłbym upchnąć kilka płyt. Podam jakieś tytuły a za tydzień podałbym inne. Skupię się może na kilku pozycjach, które stały się czymś więcej niż tylko muzyką. Wymieniłbym więc "Symbolic" Death, na zawsze pozostanie "The End Of Silence" Rollins Band, do tego stopnia, że nawet wytatuowałem sobie okładkowe słońce. Niech będzie debiutancka płyta Killdozer, "Children Of God" Swans, "From Her To Eternity" Cave&The Bad Seeds czy genialny w swojej psychodelii "Daydream Nation". To chyba oczywiste… Przeskoczę do nowszych rzeczy i wymienię "Leviathan" Mastodon, dwójkę Dillinger Escape Plan, "Once Was Not" Cryptopsy, "Chaosphere" Meshuggah, "Black To The Blind" Vader (Nie pamiętam już, ile kaset z tym materiałem zajechałem. Swego czasu uważałem, że to epokowe dokonanie death metalu i do dzisiaj twierdzę, że Vader nie wspiął się wyżej jeśli chodzi o teksty, technikę i kompozycję...) czy "Mesmerize/Hypnotize" System Of A Down. Wymieniam tzw. duże tytuły, ale gdzieś obok czają się setki mniejszych, równie genialnych płyt, o których dzisiaj już nikt nie pamięta, np. znakomity, jazzcore'owy zespół z Niemiec ARM. Nigdzie nie mogę kupić ich płyt, tak samo jak amerykanów z Big Chief. Nie, to nie ma sensu, bo stracimy tylko czas. Szukajcie, a znajdziecie...


Ok. I tak wiele pozycji poleciłeś naszym czytelnikom. Lećmy dalej. Jak prawie każdy fan muzyki sięgnąłeś swego czasu po instrument. Dlaczego była to akurat perkusja? Fascynacja Larsem Ulrichem i Dave’m Lombardo? (śmiech)


Nie, raczej fascynacja Olkiem Niezgodą. To był perkusista zespołu Traffic Jam, z rodzinnego Jastrzębia - Zdroju, poznałem go przy jakiejś okazji i to on pozwolił mi po raz pierwszy zasiąść za swoim zestawem. Chciałem zobaczyć jak to jest, bo w domu maniakalnie stukałem linijkami czy łyżkami. No i okazało się, że to jest... coś ekstra. Potem mój tata - też zresztą muzyk -  popełnił, jak twierdzi, największy błąd życia i kupił mi stare bębny Polmuza. Tak już zostało, zaraziłem się i do dzisiaj nie mogę przestać. Choć zaczynałem od gry na gitarze i mogę zagrać kilka akordów.  Kariery jako perkusista już nie zrobię, ale nagrałem masę fajnych płyt z świetnymi zespołami, zagrałem mnóstwo koncertów w Polsce i chyba w całej Europie. I jeszcze pewnie zagram. Ktoś, kto nigdy nie czuł tej adrenaliny, nie zrozumie...


A z kim grałeś gigi i na jakich płytach słychać Twoje bębnienie?


Wszystko zaczęło się na początku lat 90 - tych. W Warszawie zaliczyłem punkowy zespół Hytra Rolka (śmieszna nazwa, fakt...), pograłem w oparach haszu w Transmisji a przede wszystkim zaliczyłem dłuższy epizod z dość nietypowym składem 100% Bawełny, to był pionierski na tamte czasy rapcore. Z nimi otarłem się o ten krwiożerczy, rodzący się wolny biznes i tzw. gwiazdy estrady pierwszej połowy lat 90 - tych. Raczej nie żałuję, że uciekłem z tych objęć z przerażeniem. Dzięki tym doświadczeniom mogłem w pełni docenić scenę niezależną.  Potem był bardzo artystowski, ambitny do przesady zespół Ssaki, z którym nagrałem trzy płyty. Dzisiaj, kiedy słucham tych nagrań, nie mogę się nadziwić, że wówczas pamiętałem te popieprzone aranżacje i podziały. Potem był Coalition, z którym zawojowaliśmy sporo serc wśród hardcore'owej braci no i kontynuacja pod nazwą 100 Inch Shadow. Niedawno były nawet plany tzw. reunionu Coalition, jednak różnice w postrzeganiu świata i totalne oderwanie od rzeczywistości niektórych członków tej ekipy uniemożliwiły skutecznie ten proces. Niestety, praca z komputerem nie każdemu służy i tyle na ten temat...  Następnie dołączyłem do Sunrise (gdzieś w 2004...), potem były lata z Daymares, dwie płyty i dużo wojaży.  Aktualnie bębnię w hard core'owych pakietach Born Anew (płyta "Path" ukazała się w październiku 2010 roku - polecam) i Cast In Iron (tu gram z gitarzystą i basistą, z którymi tworzyliśmy Daymares...), których krążek w formie CD i winylowej pojawi się gdzieś w lutym. Grałem z tymi zespołami w wielu miejscach od Londynu po Kaliningrad. Nie liczą się jednak miejsca a fakt, że zaliczyłem je w doborowym towarzystwie świetnych ludzi, muzyków i kumpli. To niesamowite lata doświadczeń. Nie sposób wymienić wszystkich miast, państw, klubów i squattów, jedno jest jednak pewne - takie nomadyczne życie cholernie uzależnia...


Ponoć wybijałeś także rytm na próbach naszych rodzimych stonerowców z Corruption. Czy Panowie nie zaproponowali Ci gry na pełny etat?


Nie, to była jednorazowa przysługa. Pamiętam, że Melon, pałker Corruption złamał czy skręcił sobie nogę. Znałem się z Aniołem i kiedyś zaproponował mi, żebym z nimi poćwiczył. Zagraliśmy chyba ze dwie próby, ot, fajna zabawa i kilka miłych chwil.


Większość poznała Cię jako dziennikarza dzięki polskiemu Metal Hammerowi.  Czy jednak wcześniej pisałeś już w jakichś magazynach bądź zinach?


Tak, przed Metal Hammerem było kilka rzeczy. Zaczęło się od magazynu muzycznego XL. Nie wszystko mi się podobało, ale pracujący tam dziennikarze byli prawdziwymi fachowcami, sporo się od nich nauczyłem. To była druga połowa lat 90 - tych, kompletnie inne realia i możliwości. Chyba było bardziej romantycznie, he, he...  W tzw. międzyczasie dołączyłem do redakcji BRUM. Dzisiaj często słyszę, że to była kiepska gazeta, ale uważam, że końcowy okres istnienia tego miesięcznika, kiedy w nim pracowałem, to było coś naprawdę wartościowego. Strasznie mi się podobały pomysły, jakie powstawały w redakcji. Tam pracowali autentyczni pasjonaci, Wojtek Wysocki, dzisiaj znany min. z Życia Warszawy (do którego też pisywałem...) czy Rafał Księżyk (aktualnie Playboy). Osoby o wielkiej, muzycznej wiedzy. No i Kuba Wojewódzki, redaktor naczelny. Dzisiaj wszyscy postrzegają go przez pryzmat telewizyjnej kariery i uważają za celebrytę. Dla mnie pozostanie świetnym redaktorem, błyskotliwym dziennikarzem i gościem z tysiącem genialnych pomysłów. Szkoda, że gazeta upadła. Pamiętam, że do numeru, który już się nie ukazał przygotowywałem ciekawy artykuł na temat Armii - o tekstach Budzyńskiego mieli się wypowiadać księża różnych wyznań, taka niby prowokacja. Albo pomysł debaty, jaką mieliby przeprowadzić ze sobą wspomniany Tomasz Budzyński i Roman Kostrzewski... Cóż, gazeta upadła przez jakieś biznesowe sprawy, nie wiem do końca jakie... Potem była jeszcze internetowa nuta.pl, chyba pierwszy, muzyczny serwis internetowy w Polsce. W 2000 r. dołączyłem na długie dziesięć lat do Metal Hammera.


Właśnie. Jak zaś wspominasz pracę w Metal Hammerze?


Może ktoś uzna to za polityczną poprawność, ale nie powiem niczego złego o tej gazecie i o współpracy. Wokół tego miesięcznika narosło tyle nieporozumień, legend wręcz, że nie starczyłoby miejsca, by wszystkie zdementować. Zresztą po co... W Polsce panuje taka mentalność, że jak komuś przypnie się łatkę, to nawet wojna nuklearna tego nie zmieni. Do furii doprowadzały mnie sytuacje, kiedy inteligentni i znający branżę ludzie stwierdzali, że MH to tuba Metal Mindu, i to w momencie, kiedy Metal Mind niczego już nie dystrybuował! Trudno to zrozumieć. Tak samo teksty, że w gazecie powstają artykuły na zamówienie i że za kasę wszystko napiszemy. Gówno prawda, ale po co kogokolwiek przekonywać? Co do pracy w gazecie - było fajnie, napisałem kilka dobrych recenzji, przeprowadziłem kilka ciekawych rozmów, sporo się nauczyłem, bardzo cenię redaktora Darka Świtałę za to, że praktycznie sam wszystko ogarnia. Były miłe chwile i dziwne sytuacje, jak np. oskarżenie mnie o "wrzucenie" do sieci płyty "The Beast" Vader...  W końcu, po dziesięciu latach pracy, doszedłem do wniosku, że opieram się o ścianę. Pewnych rzeczy nie byłem w stanie przeskoczyć czy zaakceptować. Stwierdziłem, że najwyższy czas na zmiany. To chyba zdrowa reakcja. Mam nadzieję, że po śmierci Tomasza Dziubińskiego nadal będą działać...


Teraz zmieniłeś barwy klubowe na Mystic Art. Czym była podyktowana ta decyzja?


Muszę uściślić - po odejściu z Metal Hammera znalazłem się w redakcji magazynu BlackAstrial, co mnie bardzo ucieszyło, bo od początku kibicowałem Sławkowi Nietupskiemu, który stworzył gazetę z czystej miłości do ekstremalnej muzyki. Zaś jeśli chodzi o Mystic Art - znam ekipę tej gazety, redaktor Marcin Pawlak namawiał mnie, bym dołączył do bandy i w końcu się zgodziłem. Czym podyktowana była ta decyzja? Hmmm... przede wszystkim -  jak zwykle - chęcią pisania. Zawsze jest tak, że pewne rzeczy przechodzą w jednej gazecie, pewne w innej. W Violence mam w sumie swobodę artystyczną, z kolegami robimy to, czego brakowało nam w dotychczasowych mediach. Podobnie BlackAstrial jak i Mystic Art mają swoją specyfikę, tematykę itp. W każdym zostawiam cząstkę siebie, a że częstotliwość gazet jest zróżnicowana (BlackAstrial to kwartalnik a Mystic Art dwumiesięcznik...), nie mam problemu z tzw. "wyrobieniem się". W Mysticu znowu narzekam w rubryce "Raport Malkontenta", natomiast w BlackAstrial mam działeczkę "I kill my mp3 player", w której przybliżam różne, ciekawe zespoły, które z racji swojej egzotyki są dostępne maniakom jedynie przez Internet, z czego też same chętnie korzystają. Myślę, że póki co, taki układ bardzo mi pasuje. Uważam (ok, może to trochę reklamo -  zarozumialstwo...), że to w tej chwili najciekawsze magazyny w Polsce. A co do "kojarzenia" - część ludzi pewnie lepiej kojarzy mojego sobowtóra, czyli Arka Lercha z Wrocławia, który od czasu do czasu podszywa się po moją osobę. Widać, każdy ma swoje piekło.


Niedawno ruszyła także wspomniana przez Ciebie strona www.violence-online.pl, będąca kontynuacją wydawanego parę lat temu Violence Magazine. Co pchnęło Cię do reaktywacji tego magazynu?


Violence stworzony został, jeszcze jako anglojęzyczna gazeta, przez Karola Pieńko, znanego tu i ówdzie szefa wytwórni Selfmadegod, chyba najprężniej działającego, niezależnego labela w Polsce. Dlatego nie mam prawa przypisywać sobie całej chwały w związku z przywróceniem do życia gazety, tyle, że w formie internetowej. Może jedynie za swoją zasługę mogę podać fakt, że strasznie Karola męczyłem, by zrobić internetowe wydanie. Bardzo lubiłem Violence, dwa polskojęzyczne numery były, moim zdaniem, całkiem udane i chciałem powrócić do tej idei. Teraz już wszystko działa, stronka coraz bardziej "puchnie" od tekstów i mam nadzieję, że uda nam się trochę zamieszać na krajowej scenie. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z ograniczeń, wiem, jakie są realia, jednak cały czas mamy energię, chęci i pomysły, by coś robić. Violence w Internecie się rozrasta, dodajemy kolejne działy, chcemy być aktualni, obecni i kontrowersyjni. Może się uda, czego sobie i wszystkim sympatykom portalu życzę...


Dlaczego papierowy Violence zniknął z empikowych półek? Czasopisma o takim profilu do dziś brakuje na naszym rynku prasowym.


Nie będę się rozgadywał - zrobienie gazety papierowej wymaga czasu, nakładów finansowych, związane jest z użeraniem się z drukarniami, dystrybutorami, empikami itp. Robienie gazety wymaga poświęcenia wydawcy, który ma przecież swoją wytwórnię i ta jest dla niego ważniejsza. A  wydawanie gazety z półrocznym poślizgiem jest trochę bez sensu. Następna sprawa to typowo polskie podejście. Jak gazeta była, to jakoś nikt jej nie kupował. Jak umarła, to wszyscy chcą jej powrotu. Po co -  żeby czytać ją w empiku?! Poza tym, w internetowym wydaniu piszemy, wreszcie aktualnie, o tym samym, co znalazłoby się w gazecie. Mam już dość takiego, durnego podejścia: "Gazeta internetowa? Nie... wolę papierową...". Zawsze źle, zawsze nie tak, zawsze gdzieś szpilę trzeba wsadzić. A zróbcie sobie sami gazetę, zobaczycie, jak to działa, może wtedy zmienicie zdanie! Żeby było jasne - jestem fanem gazet, sam kupuję wszystko, co na rynku polskim i nie tylko jest obecne. Uwielbiam Terrorizer, 7Gates, ale jeśli chodzi Violence, to przede wszystkim cenię sobie jego aktualność i niech tak na razie zostanie. W planie mamy jedynie zmianę  layoutu strony a potem... się zobaczy...


Ok., kończymy powoli. Jaki był twoim zdaniem miniony niedawno 2010 rok. Mnie osobiście brakowało płyt wielkich i przełomowych. Może poza debiutem The High Confessions…


Może to trochę autoreklama, ale zapraszam na stronę Violence, tam znajdziecie podsumowanie roku wraz z kilkoma refleksjami. Powtórzę zatem - ten rok, to kolejnych 12 miesięcy bez rewolucji, której tak bardzo mi brakuje. W ocenie płyt, najwyższe miejsce zajmuje sformułowanie "bardzo dobra". Na tyle nas aktualnie stać. Najlepsze płyty w minionym roku były "bardzo dobre", ale chyba nie było żadnej wybitnej, przełomowej czy rewolucyjnej. Poza The High Confessions wspomniałbym jeszcze o Circle of Animals czy Daughters, bo to autentycznie poruszające płyty, choć też czerpiące raczej z zamierzchłej przeszłości. Pojawiło się sporo doskonałej muzyki, ale... Współcześni artyści są syci, dobrze ubrani, mają znakomity sprzęt, możliwości nagrywania i dystrybuowania dźwięków, ale gdzieś ulotniły się spontan, wkurwienie, rebelia i zwykła pasja. Obserwuję artystów, którzy z wywrotowców zmieniają się w rzemieślników, ale jednocześnie czują, że coś zgubili po drodze. Bo dlaczego niby Cave nagrywa płyty pod szyldem Grinderman? Chce wrócić do szalonych czasów The Birthday Party, kiedy głodny i zaćpany hipnotyzował szaleńczymi dźwiękami! Sztuka powoli brnie w ślepą uliczkę a my możemy ją jedynie obserwować i komentować. Na naszych oczach umiera stara gwardia. Ci, którzy pozostają przy życiu desperacko chcą zwrócić na siebie uwagę, a nowych odkryć na miarę epoki brakuje. Inna sprawa, że w potwornym natłoku wykonawców i płyt wychwycić ważne rzeczy mogą tylko ci, którzy grzebią w tym śmietniku wystarczająco głęboko. Nie dziwię się tłumowi, że bezkrytycznie podąża za tym, co narzucają media. Bo trudno wymagać od każdego człowieka, by np. codziennie zarywał noce w poszukiwaniu oryginalnej muzyki, by wolny czas poświęcał na szperanie w sklepach, łażenie na koncerty czy nawet - o zgrozo - ściąganie muzyki z netu. Każdy ciężko pracuje, wszystko wali do przodu i nikomu nie chce się męczyć. Wolą posłuchać po raz tysięczny Wilków, Bad Religion czy U2, bo cała reszta jest poza ich zasięgiem. Przynajmniej mentalnym...


Co zaś sądzisz o reaktywacji wspominanych na początku Swans? Relacjonowałeś ich koncert zarówno na łamach Blackastrial jak i Violence. Dla mnie gig Łabędzi we Wrocławiu był z pewnością jednym z wydarzeń roku. Co do ich nowej płyty mam już mieszane odczucia. No, poza "Look At Me Go" ze specjalnego wydania albumu…


Już po części odpowiedziałem na to pytanie. Swans to jeden z zespołów, które wywróciły moje życie do góry nogami. Uwielbiam ich niemal bezkrytycznie. Nie załapałem się na koncert w 87 roku, dlatego ubiegłoroczny występ był spełnieniem marzeń. Co do samej muzyki i płyty - jestem spokojny, bo przez te lata chyba zrozumiałem, że Gira to bezkompromisowy gość, który robi to, co chce. Przecież mógłby przeprosić się z Jarboe, grać na koncertach całe "Holy Money" czy "Children of God" i wszyscy by się obsrali z radości. Ale nie - on gra swoje i za to go cenię. Wiedziałem, że nowa płyta będzie takim zebraniem śmietanki z całej kariery Michaela i tak się stało. A koncert - w podążaniu do jądra hałasu był całkiem blisko ideału. Usłyszałem nadal twórczego artystę, ewidentnie pokłóconego ze światem, ciągle zadającego Bogu to samo pytanie co przed laty - "To my stworzyliśmy Ciebie, czy Ty nas??". I niech tak zostanie.


Czy w czasie pracy dziennikarskiej miałeś pecha spotkać jakiegoś swojego muzycznego idola, który rozczarował Cię w czasie bezpośredniego spotkania? Wiesz, zdawkowo odpowiadał na pytania, "gwiazdorzył"?


Bywały bardzo różne rozmowy, większość opcji "face to face" wspominam raczej miło, szczególnie spotkanie z Jędrzejem Kodymowskim (Apteka) w 1998 roku - to opowieść na osobny wywiad... Jeśli miałbym powiedzieć o najgorszym, to chyba wygrałby telefoniczny wywiad z liderem Danzig. To była rozmowa w ramach promocji albumu "I, Luciferi". Glenn był w paskudnym humorze, połączenie absolutnie koszmarne. On nie słyszał mnie, ja jego, więc możesz wyobrazić sobie, jak to wyglądało. Strasznie słabo, w końcu Glen się zdenerwował i rzucił słuchawką, kiedy zadałem pytanie o filmik, krążący w necie, na którym jakiś gość spuszcza mu łomot. Źle to wyszło. Jeśli chodzi o wywiad mailowy, wygrywa Peter Dolving z The Haunted. Na pytania odpowiedział w systemie "trójwyrazowym", a gdzieś przy siódmym napisał, że jak jestem zainteresowany informacjami o zespole, to mam sobie sprawdzić MySpace. Kompletny "buc". Od tamtej pory jakoś nie mam ochoty na kontakt z tym zespołem. Ogólnie rzecz ujmując, lubię wywiady ze Skandynawami. Są fajni w kontakcie, nie sprawiają wrażenia znudzonych i mają specyficzny, wyluzowany feeling.


Jacek Walewski

Zaklęty krąg Cugowscy

Krzysztof Cugowski jest na polskiej rockowej scenie od zawsze, zaś jego dwaj synowie Piotr i Wojciech od prawie zawsze, ale po raz pierwszy wspólnie...Gramy dalej

8 /10
Atoma Dark Tranquillity

Giganci szwedzkiej sceny melodyjnego death metalu od blisko piętnastu lat nie splamili się słabym wydawnictwem.

Gramy dalej

9 /10
CETI ocena 9
Snakes of Eden
Gatunek: Heavy metal
Green Day ocena 8
Revolution Radio
Gatunek: Pop punk
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Zobacz wszystkie