Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Arjen Lucassen

Arjen Lucassen

Projekty takie jak Ayreon, Ambeon, Star One czy Guilt Machine odnoszą spore sukcesy na rynku płytowym. Najbardziej osławionym z nich jest Ayreon, który zawsze gromadzi wokół siebie rzeszę wiernych fanów wyczekujących z zapartym tchem chwili premiery kolejnego albumu.

Co łączy te pozornie różne przedsięwzięcia? Otóż wszystkie one mają jednego ojca. Jest nim holenderski wokalista, muzyk i kompozytor Arjen Lucassen. W tym miesiącu porozmawiamy z nim o jego pasjach, inspiracjach i lękach, które nieprzerwanie mobilizują tego wręcz chorobliwego perfekcjonistę do coraz cięższej pracy.

W chwili obecnej utrzymujesz przy życiu cztery różne projekty. Który z nich jest twoim okrętem flagowym?


To trochę tak, jakbyś zapytał ojca, które ze swoich dzieci kocha najbardziej (śmiech). Najważniejszy jest dla mnie zawsze ten projekt, nad którym w danej chwili pracuję. Nic innego się wtedy nie liczy. Nieważne, czy jest to Star One, Ayreon, Ambeon czy Guilt Machine. Zawsze pragnę ideału. Staram się, aby każdy kolejny album był lepszy od wszystkiego, co do tej pory zrobiłem. Odpowiedź na twoje pytanie będzie zatem uzależniona od tego, w co obecnie jestem zaangażowany. Dzisiaj jest to Star One. Nie da się jednak zaprzeczyć, iż to właśnie Ayreon jest moim najlepiej sprzedającym się projektem. Jeśli więc miałbym wskazać najbliższy memu sercu projekt, to wskazałbym na Ayreona. To na niego czeka największa liczba fanów i to dzięki niemu otrzymuję najwięcej energii.


Twoim najmłodszym projektem jest wspomniany już Guilt Machine. Czy muzyka tworzona pod tym szyldem różni się od pozostałych inicjatyw?

Każdy mój kolejny album jest reakcją na poprzedni. Przed albumem Guilt Machine powstała bardzo ambitna płyta Ayreona. Było to podwójne wydawnictwo, na którym znalazło się 17 różnych wokalistów i około 25 muzyków. Każdego dnia dochodził jakiś nowy element i powoli zaczynałem się już w tym gubić. Ta mieszanka stylów i gatunków naprawdę dała mi w kość. W pewnym momencie poczułem, iż zapanował przesyt, a całość zrobiła się nazbyt pretensjonalna. Pewnych wokalistów, takich jak na przykład Daniel Gildenlöw z Pain Of Salvation, chciałem wykorzystać bardziej niż innych, ale nie udało mi się to do końca. Zabrakło mi płyty (śmiech), a szkoda, bo wiele osób mówiło mi potem, że pewne osoby brzmiały na tym krążku lepiej niż w swoich macierzystych zespołach. Postanowiłem wtedy, że mój kolejny projekt będzie zupełną odwrotnością tego albumu. Miał się tam znaleźć tylko jeden wokalista, który będzie reprezentantem zupełnie innej sceny muzycznej. Nie chciałem głosu kojarzonego ze światem metalu czy rocka progresywnego. Szukałem innego brzmienia. Ze stylistycznego punktu widzenia staram się zawsze poróżnić kolejne płyty, ale kiedy posiada się już swój własny niezatarty styl, ta sztuka staje się coraz trudniejsza. Nie potrafię tego z siebie wyplenić (śmiech). Ludzie już zawsze będą narzekać, że każdy mój kolejny projekt brzmi jak Ayreon. Kłamałbym więc, twierdząc, że Guilt Machine jest diametralnie różne od tego, co możemy usłyszeć chociażby w Ayreonie.

Muzyka jest tu trochę bardziej przejmująca i tworzy pewną aurę tajemniczości wokół siebie. Gra też inny perkusista i, jak wspomniałem, śpiewa tylko jeden wokalista. Teksty nie poruszają tematyki fantasy czy science fiction. Traktują natomiast o smutku, depresji i emocjach, jakie towarzyszą poczuciu winy (z ang. guilt - przyp. MK). Jak można łatwo zauważyć, Guilt Machine posiada inną koncepcję i inny charakter, ale muzycznie to jestem tu nadal ja.


Jakim kryterium kierujesz się przy doborze kolejnych muzyków i wokalistów do swoich nowych projektów?

Jeżeli chodzi o wokalistów, to sprawa jest zazwyczaj prosta. Jeśli usłyszę jakąś osobę, której głos mi się spodoba, to z miejsca próbuję nawiązać z nią współpracę. Nie musi to być od razu Bruce Dickinson. Wystarczy, aby dany wokalista dobrze śpiewał. Decydująca jest barwa i, co wydaje mi się oczywiste, wymowa. Ponadto osoba ta musi mieć w sobie pewną charyzmę, która objawia się podczas śpiewu. Często decyduje o tym ślepy los. Wielokrotnie zdarzyło mi się przypadkiem zasłyszeć kogoś w radiu, aby już kilka miesięcy potem pracować z tym kimś w studiu. Zdecydowanie lepiej gra mi się jednak z ludźmi, którym podoba się moja muzyka. Dużo ciężej pracuje się z kimś, kto wykonuje ten zawód tylko dla pieniędzy i sławy. Nigdy nie zdecydowałem o doborze wokalisty czy jakiegokolwiek innego muzyka na podstawie jego statusu rynkowego. Nie goniłem i nie gonię za sławą. Niemniej jednak od muzyków wymagam absolutnego profesjonalizmu. Miałem szczęście pracować z najlepszymi w branży i nie lubię obniżać sobie poprzeczki.

Swego rodzaju stałym muzykiem jest w moich projektach Ed Warby. Pracuję z nim już od bardzo dawna i szczerze powiem, że nie znalazłem jeszcze lepszego perkusisty. Doskonale się rozumiemy i zawsze potrafimy się dogadać. Dodatkowym atutem jest fakt, że nie musi on dla mnie zmieniać swojego stylu gry. Ostatecznie zawsze decyduje kombinacja wszystkich tych czynników i jak na razie całkiem dobrze na tych wychodzę.


Na ilu instrumentach potrafisz grać?

Komuś może się wydawać, że potrafię grać na nich wszystkich, ale to tylko złudzenie (śmiech). Potrafię zapanować nad gitarą elektryczną i basową, ale nic poza tym. Czasami brzdąkam trochę na keyboardzie i nawet umiem zagrać parę prostych kawałków, ale nie jest to coś, czym mogę się poszczycić. Wiem, jak powinny brzmieć pewne akordy, ale wszelkie solówki i improwizacje są dla mnie nieosiągalne. Dlatego właśnie zawsze zapraszam do współpracy możliwie najlepszych muzyków.

Niemniej jednak wiem, jak wydobywać dobre brzmienie, i to mnie trochę ratuje (śmiech). Kocham dźwięk keyboardu i dlatego zawsze mam ten instrument pod ręką w studiu, na wypadek gdyby nagle przyszedł mi do głowy jakiś ciekawy pomysł. Znam zasady gry na wielu instrumentach, ale daleki byłbym od stwierdzenia, że potrafię na nich grać. Jestem o tym nawet święcie przekonany, gdyż miałem okazję pracować z prawdziwymi multiinstrumentalistami. Weźmy chociażby takiego Neala Morse’a ze Spock’s Beard. Na własne oczy widziałem, jak ten koleś zagrał idealną partię gitarową, aby chwilę potem zrobić to samo na pianinie i skwitować to rewelacyjnym śpiewem. Nigdy nie będę takim wirtuozem, ale prawdę powiedziawszy, nie ubolewam nad tym.


Jak ci służy twoja własna kariera solowa? Nie wolałbyś czasami być członkiem jakiegoś zespołu?

Zdecydowanie nie. Lubię o wszystkim decydować sam i brać za to pełną odpowiedzialność. Chyba mam trochę za duże ego (śmiech). Bardzo ciężko jest się ze mną czasami dogadać. W zespołach grałem od 18 roku życia i wiem, jak to wygląda po obu stronach barykady. W roku 1980 powstał pierwszy album z moim udziałem. Do 1985 jeździłem w trasy koncertowe z moim ówczesnym zespołem i korzystałem z życia. Nie żałuję tego czasu i patrzę na to raczej z sentymentem. Byłem młody i odpowiadało mi życie buntownika. W pewnym jednak momencie zdałem sobie sprawę z tego, że nie chcę już kontynuować swojej kariery w ten sposób. Zapragnąłem czegoś bardziej kreatywnego. Zebrałem siły i wszedłem do studia na własny rachunek. Utwierdziłem się wtedy w przekonaniu, że nie chcę całe życie grać jednej piosenki i marnować się na coś, co i tak nie ma przyszłości. Uczestniczenie w jakimś projekcie oznacza ciągły kompromis i potrzebę szukania złotego środka.

W Vengeance, bo tak nazywał się wtedy mój zespół, perkusista był fanem Mötley Crüe, wokalista zasłuchiwał się w Bobie Geldofie, a gitarzysta ubóstwiał AC/DC. Nietrudno się domyślić, że pisanie piosenek dla takiego składu nie było łatwe. Nie można zadowolić wszystkich. Problemy się mnożyły, a wisienką na torcie był nasz fan Geldofa. Potrafił stawiać sobie na głowie piwo podczas koncertu i zakładać sukienkę, bo uważał, że to przyciąga uwagę. Nie wyobrażam sobie teraz czegoś takiego na koncercie Ayreona. W sukience mnie więc raczej nie zobaczycie (śmiech). Nigdy nie przypuszczałem nawet, że będę w stanie prowadzić sam choćby jeden projekt, ale teraz, kiedy wiem, że mnie na to stać, nie wyobrażam sobie już innej możliwości.


Grafiki znajdujące się na twoich albumach są zawsze bardzo dopracowane i doskonale pobudzają wyobraźnię. Jak ważną częścią całości jest dla ciebie okładka płyty?

Wszystkie grafiki, które można znaleźć na moich albumach, są dla mnie niezmiernie ważne. Pamiętam, że jako dzieciak miałem w zwyczaju kupować niektóre albumy na postawie tego, jaką miały okładkę. Gdy oglądałem płyty Yes, Genesis, Pink Floyd czy Led Zeppelin, byłem pod ogromnym wrażeniem tego, jak doskonałym uzupełnieniem muzyki jest kreowany dla niej obraz. Stało się to w pewnym sensie moją obsesją i pewnie już tak pozostanie. W dzisiejszych czasach nie przykłada się już jednak takiej wagi do graficznego opracowania wydawnictwa. Płyty CD i pliki MP3 skutecznie zabijają tę tradycję, odbierając tym samym muzyce jej atrakcyjną oprawę. Strasznie to smutne, bo pewne rzeczy nie powinny się zmieniać. Jeśli chodzi o okładki Ayreona, to od jakiegoś czasu tworzy je jedna osoba. Jest to pewien artysta malarz, którego poznałem kilka lat temu. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem jego obrazy, od razu wbiło mnie w ziemię. Kupiłem wtedy jeden z nich i wpatrywałem się w niego tygodniami. Za każdym razem odnajdywałem w nim coś nowego. Był tak szczegółowy, pretensjonalny i precyzyjny, jak moja muzyka. Nie mogłem więc sobie odmówić przyjemności umieszczenia tego dzieła na okładce płyty "Into The Electric Castle". Oryginalnie grafika ta była więc prawdziwym obrazem, który wisi obecnie w moim studiu. Niemniej jednak, gdyby jego autor wykonywał okładki do wszystkich moich albumów, stałoby się to szybko odtwórcze i - trzeba przyznać - nudne, dlatego nie korzystam z jego usług przy okazji pozostałych projektów.

Czasami tygodniami szukam odpowiedniej osoby, która byłaby w stanie zmaterializować moją kolejną wizję. A gdy już kogoś takiego znajduję, to zawsze go ostrzegam na początku: "Może i mnie jeszcze lubisz, ale w niedługim czasie będziesz czuł chyba jedynie nienawiść" (śmiech). Jestem marudny jak małe dziecko. Okładka do najnowszego albumu Star One była zmieniana około 40 razy, zanim ją zaakceptowałem. Facet po pierwszych 10 wersjach był jeszcze spokojny, ale przy 30 coś w nim zaczęło pękać (śmiech). Niestety, taki mam charakter i wiem, że współpraca ze mną nie jest łatwa. Ktoś, kto zajmuje się projektowaniem takich grafik, jest do takiego zachowania przyzwyczajony, ale każdy inny artysta po pewnym czasie po prostu załamuje ręce, i wcale mu się nie dziwię. Sam bym sobie dał w pysk (śmiech).


Na jakich grasz obecnie gitarach? Jest wśród nich jakiś model, który wyjątkowo przypadł ci do gustu?

Na gitarze zacząłem grać, kiedy miałem 15 lat. Usłyszałem wtedy brzmienie gitary Blackmore’a i od razu się w niej zakochałem. Jakiś czas potem kupiłem sobie właśnie ten model Stratocastera. To była moja pierwsza prawdziwa gitara i nadal pamiętam jej dźwięk. Kilka lat później pojawił się metal, który wymagał czegoś mocniejszego niż delikatny Fender. Tu na ratunek przyszedł Gibson, którego brzmienie świetnie wpisywało się w kanony muzyki metalowej. Gitara ta pomogła mi również wyeliminować pewien żenujący problem: ponieważ jestem dosyć wysoką i dobrze zbudowaną osobą, miałem problemy z utrzymaniem powagi, kiedy grałem na moim Fenderze. W moich rękach wyglądał on jak... zabawka.

Sprawa ta została ostatecznie rozwiązana, kiedy nabyłem Gibsona Explorera - to bardzo duża i wyrazista gitara. Uwielbiam na niej grać. Mam też model Flying V ze względu na osobę Michaela Schenkera. Na dzień dzisiejszy to właśnie z tych dwóch instrumentów korzystam najwięcej. Explorer i Flying V świetnie nadają się do grania mojej muzyki. Używam również 7-strunowego Ibaneza RG. Gdy w latach 90. pojawiły się pierwsze 7-strunowce, byłem do nich bardzo krytycznie nastawiony. Jak wielu, uważałem to za profanację. Zmieniłem jednak zdanie, kiedy usłyszałem, jak jeden koleś zaczął na nim grać. Brzmienie tego instrumentu jest diametralnie inne! Kilka dni potem kupiłem sobie ten sam egzemplarz i do dzisiaj jestem tym Ibanezem zachwycony. Przyzwyczaiłem się do niego na tyle, że kiedy teraz gram na zwykłej gitarze 6-strunowej, automatycznie szukam palcami tego niskiego B. Uwielbiam jej brutalność i siłę (śmiech). Wprost idealnie nadaje się do cięższej muzy.


Który zatem instrument jest najważniejszy w twojej muzyce?

W dużej mierze zależy to od tego, jakim projektem się w danej chwili zajmuję. Przy Star One najważniejszy jest mimo wszystko dźwięk mojej gitary. Chciałem, żeby album skupiał się wokół tego właśnie instrumentu. Tygodniami dopracowywałem poszczególne partie, aby uzyskać jak najlepszy efekt. Przy okazji pierwszego albumu nie do końca mi się to udało, dlatego tym razem zadbałem o to, aby wszystko było na jak najwyższym poziomie. Wprawdzie użyłem tego samego wzmacniacza, ale zdecydowanie więcej z nim eksperymentowałem. Trochę mi to zajęło czasu, ale ciężka praca się opłaciła. Teraz brzmienie jest dokładnie takie, na jakim mi zależało.

W Guilt Machine cel był podobny. Różnica polega na czystości dźwięku. W Star One gitara ma brudną barwę. Tutaj zaś możemy usłyszeć jej zupełne przeciwieństwo. Stary dobry Stratocaster nadawał się do tego idealnie. Sprawa ma się odrobinę inaczej w Ayreonie. Tam królują stare analogowe synchronizatory oraz mocne uderzenia z silnym basem i perkusją na czele. To właśnie ich połączone dźwięki stanowią podstawę do tworzenia reszty materiału. Prawda jest jednak taka, że jeśli chcemy stworzyć naprawdę dobrą płytę, to każdy dźwięk musi na niej brzmieć idealnie. Jeżeli więc masz świetną gitarę i perkusję, ale słaby bas, to całość będzie co najwyżej przeciętna.


Wolisz grać na gitarze czy śpiewać?


Trudno powiedzieć. Lubię tworzyć piosenki (śmiech). Lubię też usiąść spokojnie z gitarą i po prostu na niej grać. To właśnie wtedy przychodzą mi do głowy najlepsze pomysły. Czasami wystarczy tylko jeden riff, akord czy krótka sekwencja dźwięków, aby zakiełkował pomysł na nowy album. Nie potrafię nawet opisać, jak niesamowicie dużo radości dają mi takie chwile. Każdego ranka po przebudzeniu nie mogę się doczekać chwili, kiedy zabiorę się do komponowania nowego materiału. Nigdy jednak nie ćwiczę gry na gitarze. Wiem, że powinienem, ale jakoś nie potrafię się do tego zmusić. Ze śpiewaniem jest łatwiej. Tego nie trzeba ćwiczyć (śmiech). Wystarczy wziąć do ręki mikrofon - i do dzieła! Nie ma takiego głosu, którego nie poprawiłyby dzisiejsze programy do obróbki dźwięku (śmiech).


Gdzie w takim razie szukasz inspiracji do tworzenia kolejnych płyt?


Przede wszystkim jestem wielkim fanem muzyki i zawsze szukam nowych brzmień. Czytuję prawie każdy magazyn, który traktuje o tej tematyce. Szczególną uwagę zwracam zawsze na recenzje płyt. To właśnie one najbardziej inspirują mnie do tworzenia nowych albumów. Często zdarza się tak, że jakaś recenzja bardzo zachęca do kupna danego krążka, a dopiero później okazuje się, że jest on całkowicie do niczego. Ja pragnę tworzyć rzeczy, które będą odzwierciedlać treść ich recenzji. Ale zabawne, że mnie o to spytałeś, bo sam się dzisiaj nad tym zastanawiałem. Po przeczytaniu jakiejś recenzji odsłuchałem parę kawałków na MySpace i odniosłem wrażenie, że facet pomylił płyty (śmiech). Czasami jednak najgłupsza piosenka na świecie potrafi mnie zainspirować do stworzenia ciężkiego metalowego kawałka. Jeśli kiedyś stracę swą miłość do muzyki, to będzie to zapewne koniec mojej kariery. Mam jednak nadzieję, że nigdy tak się nie stanie.


Prawie każda twoja płyta jest częścią jakiejś większej historii. Skąd bierzesz pomysły na albumy koncepcyjne?


Jeśli chodzi o Ayreona, to jest całkiem na odwrót, niż można by się spodziewać. Najpierw piszę muzykę, nagrywam ją i dopiero po kilkunastu przesłuchaniach zaczynają się w mojej głowie tworzyć obrazy, które potem przelewam na papier. Pierwszy album Ayreona utrzymany był w stylistyce średniowiecza. Stąd właśnie można na nim usłyszeć całą masę folkowych brzmień. Pomysł zakładał, aby wymieszać te dźwięki z czymś nowoczesnym, co przywodziłoby na myśl komputery i postęp technologiczny. Średniowiecze może kojarzyć się z sagą o królu Arturze, ale na pewno nie z komputeryzacją. Na przekór wszystkiemu postanowiłem więc napisać liryki, które połączyłyby te dwa światy pomimo ich oczywistych różnic. W taki właśnie sposób powstała historia człowieka ze średniowiecza, którego nawiedzają obrazy z przyszłości. To właśnie muzyka inspiruje mnie do wymyślania takich historii, a nigdy na odwrót.


Jak w takim razie sprawa się miała z projektem Star One?

Star One jest dosyć dziwnym rozdziałem w mojej karierze. Oryginalnie miał on być solowym albumem Bruce’a Dickinsona. Jak zapewne wiesz, Bruce użyczył mi swojego głosu kiedyś na płycie Ayreona. Kawałek z jego udziałem bardzo się wszystkim spodobał - również i jemu. Jakiś czas potem Bruce skontaktował się ze mną i zaproponował pracę nad wspólnym albumem. Spotkaliśmy się więc kilka razy prywatnie i okazało się, że mamy bardzo podobny gust. Obaj przepadamy za płytami z lat 70. Jak mogłem odmówić komuś takiemu jak Bruce Dickinson? (śmiech). Byłem tym faktem tak podekscytowany, że w ciągu dwóch tygodni stworzyłem 12 gotowych kawałków. Popełniłem jednak pewne głupstwo, które pociągnęło za sobą bardzo smutne konsekwencje.

Otóż podzieliłem się wiadomością o tym projekcie z ludźmi w sieci. Kilka godzin później informacja ta była zamieszczona na każdym serwisie muzycznym. Pech chciał, że dowiedział się o tym manager Bruce’a. Był na mnie tak wściekły, że odwołał cały projekt. Dzielenie się tą informacją było z mojej strony bardzo nieodpowiedzialne, ale na moją obronę przemawia fakt, że ów manager nigdy nie zabronił mi o tym mówić publicznie. Niemniej jednak postąpiłem źle i zostałem z 12 kawałkami bez wokalisty. Nie byłem na to przygotowany. Mimo to wahałem się pomiędzy stworzeniem spójnej historii, a oddzielnymi utworami. Wtedy całkiem przypadkiem naszła mnie myśl, aby każdy z tych kawałków został oparty na jakimś filmie. Pomysł ten spodobał mi się z dwóch powodów: po pierwsze, był łatwy do wykonania, a po drugie - mogłem obejrzeć kilka dobrych filmów (śmiech). Wspólnym mianownikiem tych produkcji była tematyka - przestrzeń kosmiczna. Drugi album miał zatem utrzymywać tę samą stylistykę, tyle że już w nieco innej konwencji. Tym razem zabrałem się za dystopię i sięgnąłem po kino postapokaliptyczne.


Posiadasz bardzo liczną grupę wiernych fanów. Czy ich opinie mają wpływ na twoje późniejsze decyzje?

Oczywiście, że tak. Skłamałbym, mówiąc, że zupełnie mnie nie obchodzi zdanie innych ludzi na temat mojej muzyki. Bardzo uważnie słucham tego, co inni mają do powiedzenia, bo to w dużym stopniu inspiruje mnie do tworzenia nowych projektów. Oni natomiast czują, że mają wpływ na to, co robię, i często okazują mi swoją wdzięczność. Jakiś czas temu zorganizowałem słuchowisko, na które zaprosiłem wszystkich swoich najwierniejszych fanów. Na tej imprezie puściłem wersje demo utworów, które miały wejść na nową płytę Star One. Kawałki nie miały jeszcze dogranych wokali, ale muzycznie nic im nie brakowało.

Poprosiłem zatem zgromadzonych ludzi, aby krótko zrecenzowali te dwanaście utworów i wystawili im oceny. Najlepsze osiem trafiło na płytę. Dla mnie decyzja o odrzuceniu czterech kawałków byłaby bardzo trudna. Korzyść była więc obopólna. Fani mogli realnie zadecydować o ostatecznym kształcie płyty, a ja uzyskałem niezależną opinię odbiorców. Niezwykle ważne jest dla mnie to, co zainteresowani moją muzyką o niej myślą. Cieszy mnie też fakt, że moje inspiracje znajdują odzwierciedlenie w ich oczach i uszach.


Czy nazywanie twojej muzyki "operą rockową" w pełni oddaje jej charakter?


Jeśli chodzi o Ayreona, to zdecydowanie tak. Tworząc ten projekt, byłem pod wielkim wrażeniem opery "Jesus Christ Superstar", która powstała pod koniec lat 60., jak również dokonań The Who i Pink Floyd. Star One jest dużo bliższy scenie metalowej. Można się nawet pokusić o stwierdzenie, że jest to metal progresywny. Guilt Machine jest z kolei głębszy i spokojniejszy. A zatem każdy projekt jest inny, lecz w żaden sposób nie przeszkadza mi taka klasyfikacja. Jeśli ktoś potrzebuje to nazwać "operą rockową", to niech tak będzie. I tak muzyka pozostanie w tym wszystkim najważniejsza.


Projekt Strange Hobby był bardzo interesującym rozdziałem w twojej karierze. Możesz coś więcej o nim opowiedzieć?

Urodziłem się w latach 60. Byłem więc za mały, aby poczuć tamte czasy. Dorastałem w latach 70. i to właśnie ta kultura mnie pochłonęła. Wszystko zaczęło się od Alice’a Coppera i Davida Bowiego. Potem pojawiły się zespoły metalowe i progrockowe, takie jak: Pink Floyd, Deep Purple, Black Sabbath oraz Led Zeppelin. Dopiero kiedy miałem dwadzieścia parę lat, zacząłem się interesować muzyką, która stanowiła trzon lat 60. Stało się tak za sprawą mojej wielkiej miłości do Beatlesów. Nagle zdałem sobie sprawę z tego, jak wiele wspaniałej muzyki powstało w tamtym okresie. Niesamowite jest to, że ci kolesie po prostu wchodzili do studia i nagrywali swój materiał. Bez kompleksów i wahania sięgali po... nieśmiertelność.

Niewiele osób zapewne wie o tym, że w latach 60. Pink Floyd grali zupełnie inną muzykę. Pewnego razu słuchałem tych utworów i naszła mnie myśl, żeby nagrać te utwory jeszcze raz w nowych aranżacjach. Chciałem im nadać bardziej rockowy charakter. Korzystając z okazji, iż właśnie skończyłem bardzo skomplikowany album Ayreona, postanowiłem pójść na żywioł i spróbować swoich sił. Nie musiałem pisać tekstów, więc miałem dużo mniej pracy. Po miesiącu skończyłem nagrywać materiał, a po dwóch był on gotowy do wydania. Wtedy wytwórnia wpadła na pomysł, aby nie umieszczać mojego imienia i nazwiska na płycie. Miał to być celowy zabieg mający na celu wprowadzenie do całego przedsięwzięcia elementu tajemnicy. Efekt był opłakany (śmiech). Nie sprzedaliśmy prawie żadnej kopii tego albumu. Nie było nawet akcji promocyjnej i wywiadów dla prasy. Tak czasami bywa, ale nie rozpaczam. Takie doświadczenia bardzo dużo nas uczą i skutecznie studzą wszelkie przerośnięte ambicje.


Gdyby czas i pieniądze nie stanowiły przeszkody, to kogo ze świata muzyki chciałbyś poznać?

Moim największym idolem jest i chyba już zawsze będzie John Lennon. Jego świetny głos i charyzma wręcz hipnotyzowały i nie miały sobie równych, a twórczość wyprzedzała swoje czasy. Dużo eksperymentował, i to nie tylko z muzyką (śmiech). Kiedy jednak pomyślę o możliwości spotkania osobowości takiego formatu, to ogarnia mnie strach. Nigdy nie decyduję się na osobiste poznanie swoich idoli. Obawa przed skonfrontowaniem swoich wyobrażeń z rzeczywistością jest zbyt wielka. Po prostu nie chcę się rozczarować (śmiech).

Miałem kilkakrotnie już możliwość spotkania się na przykład z Alice’em Cooperem, którego jestem wielkim fanem. Jego muzyka i osobowość zawsze mi imponowały. Facet posiada ogromne poczucie humoru i jest w tym wszystkim bardzo prawdziwy. A co taki gość jak ja mógłby mu powiedzieć? - np. że "jestem twoim największym fanem i posiadam kolekcję twoich płyt?". Umarłby chyba ze śmiechu, jakby to usłyszał! Mógłby przecież mieć gorszy dzień i po prostu kazać mi się odwalić. Zdajesz sobie sprawę, jakie to by było dla mnie druzgocące? To tak, jakby zgwałcił cię święty Mikołaj (śmiech). Wszystkie wspomnienia i muzyka straciłyby jakąkolwiek wartość. Oczywiście wiem, że nigdy tak by się nie stało, bo równy z niego facet, niemniej jednak wybieram niebieską pigułkę i pozostaję w świecie swoich fantazji (śmiech).


Nigdy nie pozwoliłeś sobie w takiej sytuacji na czerwoną pigułkę?


Kiedyś spotkałem Dio i zupełnie nie wiedziałem, co mam mu powiedzieć. Nie chciałem wyjść przed nim na idiotę. Na szczęście okazało się, że znał moją muzykę. Spytałem go, czy chciałby kiedyś zaśpiewać na mojej płycie, i nawet się zgodził, ale niestety nigdy do tego nie doszło. Miałem kiedyś również możliwość przeprowadzenia wywiadu z Davidem Gilmourem. Wtedy właśnie "Mikołaj" zgwałcił mnie po raz pierwszy. Okazało się, że David to nie ten sam facet, którego znałem z koncertów i płyt. Nie chodzi mi nawet o to, że był niemiły. Wręcz przeciwnie! Był świetnym rozmówcą. Brakowało mi jednak tego czegoś, co zawsze słyszałem w jego muzyce. Może więc jednak będzie lepiej, jeśli nikogo takiego już nie poznam osobiście (śmiech).


Czy znajdujesz czas na cokolwiek innego w swoim życiu? Coś, co nie byłoby związane z muzyką?


Nie (śmiech). Szczerze powiedziawszy, nie wiedziałbym, co z tym czasem zrobić. Muzyka jest i zawsze będzie miłością mojego życia. Czasami znajduję chwilę na jakieś seriale na DVD i doceniam te momenty, kiedy mogę się po prostu położyć na kanapie i pogapić w ekran przez kilka godzin. Aktualnie jestem w trakcie oglądania "Dextera". Poza tym udaje mi się czasami wyjść, aby trochę pobiegać. Niemniej jednak również i wtedy słucham muzyki, więc nie wiem, czy to się liczy. Tak czy owak udaje mi się upiec dwie pieczenie na jednym ogniu (śmiech).


Większość artystów ma problem z utrzymaniem chociażby dwóch projektów przy życiu. Skąd czerpiesz siłę i motywację do pracy? Czy naprawdę potrzebujesz podejmować aż tyle różnych inicjatyw, aby wyrazić samego siebie?

Zawsze szukam nowych wyzwań. Nie potrafiłbym w kółko nagrywać tej samej płyty. Tak jak już wspomniałem, każdy następny album jest reakcją na poprzedni. Mam w sobie ogromny apetyt na rozwój. Guilt Machine było dla mnie wyzwaniem, które chciałem podjąć. Niełatwo jest nagrać i sprzedać album bez wielkich nazwisk i sławnych muzyków, ale to nie znaczy, że nie jest to możliwe. Ze Star One było mi już teraz znacznie łatwiej. Po udanym debiucie chciałem po prostu pójść krok dalej i podnieść poprzeczkę jeszcze wyżej niż poprzednio. Już dawno zauważyłem w sobie potrzebę ciągłej rywalizacji, która nie pozwala mi spocząć na laurach. W większości przypadków jest to dobra cecha. W połączeniu jednak z moim wrodzonym perfekcjonizmem i brakiem wyważonego poczucia własnej wartości cecha ta potrafi nastręczyć problemów.

Kiedy jeszcze niedawno pracowałem nad nowym albumem Star One, uważałem, że jest to najlepszy krążek, jaki kiedykolwiek nagrałem. W chwili, kiedy wysłałem go do wytwórni, całe to przekonanie prysło. Zacząłem się zastawiać nad tym, kto ten album w ogóle będzie chciał kupić i dlaczego stworzyłem takiego gniota (śmiech). W większości przypadków moje obawy są na szczęście bezpodstawne. Moim celem jest stworzenie płyty, którą zrecenzują potem wszystkie największe magazyny muzyczne. Co więcej, chcę dostać od nich nawet tę najgorszą możliwą recenzję. Dopiero wtedy będę mógł spokojnie uznać, że wykonałem kawał dobrej roboty. Niemniej jednak najgorsze są dla mnie zawsze te chwile, w których tkwię w tak zwanej czarnej dziurze. Okres, w którym nie mam żadnych nowych pomysłów na przyszłość, jest najgorszym z możliwych. Nachodzą mnie wtedy najróżniejsze myśli i zwątpienia. Na szczęście do tej pory zawsze udawało mi się w końcu uciec spod jarzma marazmu. Mam nadzieję, że nigdy nie będę musiał tam zostać na dłużej.


Skupiasz się bardziej na procesie tworzenia czy na efekcie końcowym swojej pracy?

Kiedy pracuje się nad płytą, nie sposób jest nie skupiać się na efekcie końcowym, ponieważ ostatecznie to właśnie o niego chodzi. Dla mnie jednak sam proces tworzenia jest najprzyjemniejszą częścią podróży muzycznej. Zależy mi przede wszystkim na tym, aby ludzie otrzymali materiał, na który tak długo czekają. Ale ten moment ma też swoje konsekwencje. To właśnie wtedy popadam w twórcze uśpienie. Nie pozwala mi się to do końca cieszyć owocami swojej pracy, a powinno być zupełnie na odwrót. Z tego również powodu znacznie większą radość czerpię z procesu tworzenia danego albumu. Stąd bierze się moje zamiłowanie do pracy z ludźmi, których lubię i cenię.

Jeśli ktoś dałby mi możliwość wyboru pomiędzy pracą z wybitnym artystą (który byłby równie wybitnym dupkiem) a przeciętnym muzykiem, z którym bym się świetnie dogadywał, to bez względu na efekt końcowy wybrałbym tę drugą opcję. Nad płytą pracuję czasami ponad rok i nie chcę w tym dość długim czasie przebywać w towarzystwie człowieka, który ciągle marudzi. Ten czas to moje życie, a skończony produkt jest tylko produktem.

M. Kubicki

GALERIA
Sounds From the Heart of Gothenburg In Flames

Dobór utworów pożegnalnego DVD In Flames z Danielem Svenssonem za zestawem perkusyjnym jest mocno dyskusyjny.

Gramy dalej

7 /10
Bad Vibrations A Day To Remember

Amerykanie zbyt długo kazali czekać na swój nowy album.

Gramy dalej

8 /10
Rage ocena 8
The Devil Strikes Again
Gatunek: Heavy metal
Big Jesus ocena 5
Oneiric
Gatunek: Alternative rock
Divine Touch
Gatunek: Melodic death metal
Zobacz wszystkie