Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Jacek Królik

Jacek Królik

Rozmowę z czołowym polskim gitarzystą i jednocześnie wszechstronnym muzykiem sesyjnym, doskonale poruszającym się w wielu stylach muzycznych, przeprowadziliśmy podczas czwartej edycji festiwalu Open Delta, który odbył się w Nowym Dworze Gdańskim.

Co sprawiło, że postanowiłeś związać swoje życie z muzyką?


Trudno będzie mi to jednoznacznie zdefiniować. Niewątpliwie był to pewien impuls, coś w rodzaju pozytywnego wirusa czy bakcyla, który u jednych się rozwija, a u drugich mniej - bo wszyscy jesteśmy w pewnym sensie otwarci na muzykę. Nie pamiętam, by w moim przypadku była to jakaś konkretna sytuacja. Dzięki rodzicom muzyka towarzyszyła mi od pierwszych lat szkoły podstawowej. W życiu przyszłego muzyka zawsze przychodzi taki przełomowy moment, kiedy podejmuje on decyzję co do kierunku swojego dalszego rozwoju - w moim przyszedł on już w drugiej połowie lat spędzonych w podstawówce, kiedy to uświadomiłem sobie, że nie umiem już się obejść bez sfery dźwięków. Łatwiej wtedy mogłem odmówić sobie jazdy na rowerze, chociaż wcześniej wydawało mi się to niemożliwe.

W momencie, w którym zrozumiałem, że muzyka jest mi niezbędna, zacząłem poświęcać jej coraz więcej czasu, stopniowo ograniczając inne pozaszkolne zajęcia. Gra na gitarze, szczególnie w początkowej fazie, jest dziedziną wiążącą się z niewątpliwie pewnego rodzaju wysiłkiem i mozołem. Trudno więc mówić tu o jakiejś eksplozji, jest to raczej proces stopniowy, który w moim przypadku sukcesywnie narastał. Później nadszedł moment, kiedy zdałem sobie sprawę, że marzę, aby gra na gitarze stała się moją profesją.



Ukończyłeś uznane krakowskie szkoły muzyczne. Jaką istotną rolę odgrywa twoim zdaniem edukacja muzyczna w życiu zawodowego gitarzysty?


W naszym zawodzie szkoła muzyczna jest niezbędna dla ludzi, którzy nie mają w sobie wystarczającej determinacji do samokształcenia. Z pewnością jest też pomocna dla wszystkich pozostałych. Szkoła bardzo intensywnie stymuluje naturalny rozwój, zapoznaje z literaturą muzyczną, wprowadza zagadnienia z zakresu teorii i historii muzyki, a każdy z tych elementów jest nieoceniony w wielu momentach późniejszej pracy zawodowej. Uczy nowej optyki w świecie nut, harmonii, rozpoznawania interwałów, wielodźwięków... Mówiąc w sposób stricte techniczny - edukacja buduje pewną rozdzielczość słuchu, która daje startową przewagę nad wszystkimi ludźmi, którzy do szkoły muzycznej nie chodzili. Oczywiście zdaję sobie sprawę z różnego rodzaju niedoskonałości szkolnictwa muzycznego. Nawet jeśli przykłady zakazywania grania muzyki innej niż klasyczna, pod groźbą zawieszenia w prawach ucznia, dawno temu przeszły do lamusa, to nadal ubolewam, że większość szkół tak mało uwagi poświęca jazzowi i muzyce rozrywkowej. Od lat jestem zwolennikiem teorii, że tzw. rozrywka powinna w szkole muzycznej istnieć na zasadzie kierunku dodatkowego.


Którzy muzycy dostarczyli ci pierwszych inspiracji, czyich solówek uczyłeś się nuta w nutę i jakie granie kręciło cię najbardziej w początkowej fazie tworzenia własnego stylu?


Dorastałem w bardzo interesującym dla polskiej muzyki momencie, w czasie eksplozji polskiego rocka, a w jakimś sensie jego odrodzenia. Wychowałem się na solówkach Piotra Zandera (genialnych, zwłaszcza jak na tamte czasy), na partiach Ryszarda Sygitowicza, pierwszych tappingach Marka Radulego i na urokliwych solówkach Jurka Styczyńskiego. To były moje pierwsze wzorce. Muzyka polska była wtedy na tyle kreatywna, że nie wstydzę się powiedzieć, że moimi pierwszymi idolami byli polscy gitarzyści, stopniowo oczywiście uzupełniani przez mistrzów zagranicznych. Okres mojej wytężonej pracy na instrumencie to lata 80. - czas wielkiej eksplozji gitarowego grania. Wtedy nagle rozbłysnął naprawdę ogromny talent Van Halena, a Steve Vai zaczął nagrywać swoje genialne płyty... Jak meteor pojawił się też Malmsteen i cała rzesza jego naśladowców, którzy byli mniej lub bardziej kreatywni. Wtedy okazało się, że na gitarze elektrycznej można nadal tak wiele wymyślić, choć pozornie wydawało się to raczej niemożliwe. Tak więc dorastałem w tej twórczej aurze i to z pewnością miało duży wpływ na moją grę.


Jesteś jednym z najbardziej utytułowanych polskich gitarzystów, techniki zazdroszczą ci wszyscy artyści, których poznałem, np. Marek Raduli twierdzi, że sztukę ćwiczenia doprowadziłeś do artyzmu. Czy mógłbyś zdradzić naszym Czytelnikom, jak ćwiczysz?

Bardzo mi miło, że Marek tak powiedział. Wydaje mi się, że pewna systematyka ćwiczeń przynosi rezultaty, bardzo ważne jest również pokonywanie, czy wręcz ignorowanie barier. Kiedy zacząłem być postrzegany w branży jako muzyk sesyjny, producenci nagrań często doceniali moją nieustępliwą postawę w pracy. Staram się po prostu unikać stwierdzenia, że czegoś się nie da zagrać. Szukanie wyzwań jest w pewnym sensie moją dewizą. Lubię transkrypcje rzeczy pozornie niegitarowych i przede wszystkim szersze niż obowiązujące podejście do instrumentu. Niejednokrotnie ćwiczę wiele rzeczy wydawałoby się niepotrzebnych, ponieważ staram się myśleć szerzej, niż jest mi to w danym momencie niezbędne czy przydatne. Poświęcam sporo uwagi stylom i gatunkom niewykorzystywanym w codziennej pracy. Interesują mnie techniki, z których - biorąc pod uwagę graną przeze mnie muzykę - skorzystać mogę niezwykle rzadko, np country-rockowe, bluegrassowe. Nie ośmielam się powiedzieć, że umiem grać jazz, ale jednak z ciekawością i respektem studiuję wszelkie związane z nim zagadnienia. Frapują mnie sweepy Gambalego czy fenomenalna praca prawej ręki Bretta Garseda albo Rona Thala, chociaż też nie korzystam z tych środków ekspresji zbyt często.Staram się przynajmniej śledzić rynek gitarowy w różnych jego aspektach. Na ile to możliwe, reaguję również na to w swojej grze. Jednak muszę podkreślić, że nie kopiuję niczyjego stylu i raczej staram się tworzyć swoje własne syntezy. Mozolne wgrywanie jakichś ekstralicków mocno by mnie nużyło, więc po prostu nie interesuje mnie to.

Ciężko byłoby mi teraz podać jakiegoś gitarowego idola, który od wielu lat byłby moim przewodnikiem duchowym czy technicznym, szukam bowiem różnego rodzaju smaków. Być może jest to nawet i wadą, że ciężko mnie sklasyfikować, zresztą ja sam mam z tym problemy. Zapewne nigdy nie będę grał tak dobrze ciężkiego metalu jak specjaliści z Vadera czy Behemotha i raczej nie zagram jazzu jak mistrz Jarek Śmietana. Moja filozofia gry jest nieco inna. Wielobarwność gitary, rozpiętość możliwości brzmieniowych i artykulacyjnych - wszystko to fascynuje mnie na tyle, że nie jestem w stanie skoncentrować się na określonej stylistyce. Kompletnie nie mam na to ochoty, powiem wręcz, że zanudziłbym się na śmierć, gdybym cały czas nie szukał tych szerokich horyzontów.



To przykład odwiecznego konfliktu szerokiej wiedzy ogólnej i wąskiej specjalizacji...


Nie demonizowałbym jednakowoż mojej techniki gitarowej, którą sam uważam za mocno statystyczną w świecie prawdziwego grania. Biorąc pod uwagę fakt, że jestem muzykiem dość mocno zajętym, nie pozostaje mi aż tak wiele czasu na żmudne ćwiczenia. W zasadzie nie pamiętam, kiedy ostatni raz posiedziałem rzetelnie wiele godzin z instrumentem. Po ponad dwudziestu latach zmagania z gitarą moja praca z nią wygląda już nieco inaczej. Staram się w sposób odpowiedzialny ćwiczyć najbardziej niezbędne w danym okresie techniki i środki wyrazu. Nie jest to chyba powód do dumy, lecz po prostu wynik konieczności dostosowania się do mojego muzycznego trybu życia i zadań przede mną stojących.


W swoim dorobku masz grubo ponad 110 płyt. Czy mógłbyś wymienić kilka najważniejszych dla ciebie projektów, w których brałeś udział?


Unikam wartościowania nagranych przeze mnie płyt na lepsze i gorsze czy mniej i bardziej ważne, natomiast zawsze będę wyróżniał nagrania dokonane pod muzycznym przewodnictwem Grzegorza Ciechowskiego, mojego nieodżałowanego mentora i przyjaciela. Lubię przytaczać anegdotę o początkach naszej współpracy. Graliśmy wspólny koncert w Drawsku Pomorskim - Chłopcy z Placu Broni i Republika. Po koncercie Grzegorz usłyszał mnie w roli akompaniatora podczas biesiady hotelowej i zaufał mi do tego stopnia, że niedługo później zaprosił mnie do nagrania płyty Justyny Steczkowskiej, a potem do paru innych równie ważnych projektów. Przede wszystkim zawdzięczam mu to, że całą moją młodzieńczą nadprodukcję różnych pomysłów gitarowych potrafił wyselekcjonować i wyłowić te idee, które wnosiły wiele do jego koncepcji, a których ja często nie potrafiłem na bieżąco odpowiednio ocenić. Podczas pracy z nim zawsze eksplodowałem tysiącem różnych pomysłów. Grzegorz pomagał mi w wyborze tych właściwych fraz i pod tym względem był producentem niebywale kreatywnym o wielkim wyczuciu i muzycznym smaku, był wręcz geniuszem twórczym. Do dzisiaj za swoją najlepszą gitarową płytę uważam "Grzegorza z Ciechowa", album bazujący na polskim folku, który był dla mnie pewnego rodzaju poligonem doświadczalnym. Nagraliśmy go już kilkanaście lat temu, więc oczywiste jest, że dzisiaj skorzystalibyśmy zapewne z innych loopów, a być może część rzeczy zrobilibyśmy inaczej, jednak podpisuję się pod każdym dźwiękiem, który na tej płycie zagrałem. Była to dla nas wielka zabawa, ale także wyzwanie artystyczne. Gram tam tappingami, ciężkimi przesterami, straszę Floydem, gram też fragmenty fraz jazzowych, techniki flamencowe, wielogłosy itp. Grzegorz takie podejście akceptował i stymulował, bawiło go to równie mocno jak mnie. Ten krążek jest bardzo witalnym kalejdoskopem muzycznym.

Od 14 lat towarzyszę na scenie i w studio Grzegorzowi Turnauowi. Z nim z kolei nagrałem najbardziej wysmakowane i finezyjne albumy. Grzegorz jest artystą tak niebywale twórczym i tak szeroko widzącym muzykę - zarówno symfonicznie, jak i jazzowo, jazz-rockowo - że trudno czasem nadążyć za jego sposobem myślenia, harmonizowania czy frazowania. Niejednokrotnie wymaga to przestrojonych gitar, kapodasterów, gruntownej analizy i przemyślenia opalcowania, tak więc granie z Grzegorzem jest z pewnością niemałym wyzwaniem dla gitarzysty. Szczególnie na początku kosztowało mnie to wiele wysiłku. Jestem bardzo szczęśliwy i spełniony, mogąc realizować się w muzyce Grzegorza Turnaua. Od czterech lat mam przyjemność występować z nim w kameralnej formie duetu. Nie ukrywam, że jest to kolejny stopień trudności, ale i olbrzymia satysfakcja dla instrumentalisty.

Przez 10 lat współtworzyłem Brathanki. Rok temu, szukając nowej drogi gitarowej, świadomie opuściłem tę grupę i jestem zadowolony z tego, że chcąc się nadal rozwijać, dzisiaj robię już zupełnie inne rzeczy. Niemniej jednak nie mogę deprecjonować ważnych dźwięków, które tam zostawiłem. Jestem współautorem największych przebojów grupy i autorem znacznej części aranży. Pozostawiłem po sobie na płytach niemało fajnej gitarowej muzyki. Zauważyłem nawet, że Czytelnicy waszego magazynu analizują i dokonują transkrypcji moich "brathankowych" solówek. Jest mi niezwykle miło z tego powodu. Nigdy nie ukrywałem, że pod płaszczykiem wesołego folku kryje się sporo trudnej (pod względem wykonawczym) gitarowej muzyki.

Większość zespołów, z którymi grałem na przestrzeni dwudziestu lat, była dla mnie ważna, nie chciałbym nikogo pominąć, ale - choć może to kogoś zdziwić - pragnę wyróżnić Chłopców z Placu Broni, czyli zespół, z którym zobaczyłem pierwsze prestiżowe, wielkie i profesjonalne polskie sceny. Z dużą przyjemnością wspominam również czas spędzony w grupie Edyty Górniak, gdzie z kolei grałem z moim do dzisiaj niedoścignionym gwiazdorskim dream teamem: Żaczkiem, Dąbrówką i Sztabą, a także z Anią Szarmach, Kasią Cerekwicką i Krzyśkiem Pietrzakiem w chórku. Nawet jeśli zabrzmi to odrobinę nieskromnie, twierdzę, że ciężko zgromadzić na scenie równie mocną ekipę. Istotnym i mocno osobistym, choć okazjonalnym, projektem są dla mnie Giganci Gitary, gdzie gram z moim wieloletnim przyjacielem Ryszardem Sygitowiczem i legendarnym Mietkiem Jureckim.



Od około dwóch lat istnieje twój solowy projekt o nazwie Królik, w którym biorą udział muzycy, z którymi na co dzień grasz. Jak idzie praca nad materiałem i tworzeniem płyty?


W jakimś sensie jest to paradoks, ale ja - mimo że mam na koncie nawet nie 110, a ponad 120 nagranych płyt i mimo trwającej od lat presji przyjaciół - do tej pory nie zdecydowałem się na wydawnictwo solowe. Być może wynika to z tego, że stawiam sobie zbyt wysoką poprzeczkę w kwestii osobistego materiału. Ostatnimi czasy staram się poświęcać dużo uwagi mojemu solowemu projektowi, wspomnianemu zespołowi Królik, który biorąc pod uwagę zajętość moją i moich snajperów z zespołu, jest koncertowo na razie projektem okazjonalnym. Niemniej jednak jest on dla mnie niezwykle ważnym przedsięwzięciem i mam nadzieję, że uda nam się w tym roku nagrać naszą pierwszą płytę. Na razie, raz na jakiś czas, spotykamy się w gronie przyjaciół, wśród których są: Michał Jurkiewicz , Wojtek Fedkowicz i Łukasz Adamczyk - na podkrakowskich obozach przygotowawczych do płyty. Tak naprawdę z moimi muzykami widuję się niemal nieustannie, realizując wiele wspólnych projektów, natomiast istnieją mordercze próby dedykowane ściśle właśnie zespołowi Królik. Nazywamy je kolejnymi reaktywacjami zespołu. Pokuszę się o stwierdzenie, że wspólne ambicje wobec finalnej wersji projektu są dosyć wysokie, przy czym selekcja jest niesamowicie dokładna, ale jesteśmy już chyba przed metą. Zapewne w każdej chwili mógłbym już ten materiał nagrać, ale mam ochotę ograć go jeszcze koncertowo. Bardzo zależy mi na tym, by utwory miały charakter rzeczywiście spontaniczny, żeby nie wynikały z cyzelowania studyjnego, ale aby emanowały naturalną energią koncertową. Dlatego przed rejestracją poznaję na koncertach klubowych siłę rażenia poszczególnych utworów i wyciągam wiele wniosków. Dojrzałem do decyzji, że ten projekt musi się na koncertach bronić w sposób porównywalny do tego, co znajdzie się na płycie. Nie będą to klocki, składane i montowane na ProToolsie z tysiącem nakładek i edycji, ale po prostu żywa, witalna muzyka. Może nie z gatunku tych najłatwiejszych, ale za to przyjazna w odbiorze.


W lutym tego roku ukazała się pierwsza solowa płyta Michała Jurkiewicza o wdzięcznej nazwie "Śrubki". Jest to moim zdaniem świetna, różnorodna i przede wszystkim "kolejowa" płyta. Czy możesz powiedzieć, jak wyglądały prace nad tym nietypowym materiałem?


Jest to rzeczywiście zjawiskowy materiał i trudno go sklasyfikować w kategoriach, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Przede wszystkim był to krążek nagrywany bardzo "na raty". Michał pracował nad tym materiałem ponad dwa lata. W zależności od różnego rodzaju pomysłów, nastrojów, jak również nieoczekiwanych zwrotów estetycznych i emocjonalnych autora, nagrywaliśmy przeróżne, często nawet zaskakujące rzeczy. Jest to materiał gatunkowo szalenie rozstrzelony, aczkolwiek bardzo logiczny, spina go po prostu bardzo kreatywny umysł Michała. "Śrubki" nagrywane były w różnych miejscach Polski, z różnymi realizatorami i z towarzyszeniem bardzo szerokiej gamy muzyków oraz wybitnych wokalistów. Cały ten projekt jest pewnego rodzaju klubem towarzyskim, dlatego też chyba i w takich kategoriach należy go rozpatrywać. Gram tam przeróżne, bardzo zróżnicowane stylistycznie gitary, i to zarówno pod względem barwy, jak i estetyki.


Czy w ciągu tych wielu lat swojej kariery poczyniłeś jakieś ciekawe obserwacje dotyczące pracy studyjnej? Ciekawostki, które znają tylko zaprawieni w studyjnym boju gitarzyści? Jakie są twoje osobiste preferencje podczas sesji nagraniowych?


Bez dramatyzowania, ale z lekką nostalgią postrzegam w obecnych czasach pracę sidemana jako zawód powoli odchodzący w niepamięć. Głównym argumentem zatrudniania muzyków sesyjnych, poza ich kwalifikacjami, była wynikająca z doświadczenia szybkość realizacji zadanych prac, co w kontekście drogich studiów nagraniowych było elementem niezwykle istotnym. Obecnie niemal każdy, nawet początkujący muzyk, posługuje się komputerem zaopatrzonym w mocno rozleniwiające programy muzyczne na tyle sprawnie, że bez żadnej presji jest w stanie nawet w sensacyjnie nietwórczym tempie sklecić w domu swoją partię. Z tych samych powodów właściciele aparatów cyfrowych i programów do edycji zdjęć wypierają często oryginalnych i wybitnych artystów z projektowania okładek płyt. Nie szlocham z tego powodu, przyjmuję po prostu do wiadomości, że jest to znak czasu, być może nawet zjawisko nieodwracalne. Niepokoi mnie jednak wynikający z dobrodziejstw edycyjnych, rażący spadek warsztatu scenicznego. To przecież również z tego powodu tak wielu wykonawców chętnie, żeby nie powiedzieć skwapliwie, zgadza się na wszechobecny playback na dużych telewizyjnych festiwalach.

Wracając jednak do pytania, mogę powiedzieć, że każdy z gitarzystów sesyjnych posiada swoje przyzwyczajenia, a czasem wręcz dziwactwa. U mnie przejawia się to np. ogromną awersją do nagrywania elektrycznych gitar w słuchawkach. Kiedy pracuję nad jakąś produkcją, to prawie zawsze nagrywam z reżyserki. Daje mi to komfort odsłuchu i poprawia kontakt z realizatorem, ale równocześnie stwarza pewne ograniczenia. Dlatego w studiu korzystam głównie z pieców w formie głowy umieszczonej w pobliżu mnie i z oddalonej kolumny. Biorąc pod uwagę szybkość ustawiania korekcji, z tego właśnie powodu rzadko nagrywam na combach, choć niektóre - jak wiemy - mają swoją klasę i czasem bywają niezastąpione.

Wciąż poszukuję różnego rodzaju rozwiązań i eksperymentuję, jestem uzależniony od coraz to większej liczby kostek, choć wiadomo, że istnieje wiele kuszących pluginów, które myślą za muzyków. Ja, może nieco przekornie, choć zapewne częściowo i z lenistwa technologicznego, idę nieco pod prąd. Z biegiem czasu zbliżam się coraz bardziej do kostek, które przepuszczam przez głośnik. Konsekwentnie wycofuję się z preferowanych latami multiefektów i coraz częściej wracam do efektów podłogowych. Kolekcjonowanie kostek jest jakimś rodzajem fanaberii, żeby nie powiedzieć choroby. Aktualnie posiadam już z paręnaście fuzzów i overdrive’ów, jestem jednak spokojny i na razie wewnętrznie usprawiedliwiony, bo Grzesiek Skawiński ma ich pewnie ze sto. Doszło do tego, że mam bardzo wiele efektów, o których niestety czasem zapominam. Odnajduję je cudownie przy jakichś przepakowaniach i remanentach. W zależności od nastroju zabieram konkretny zestaw do studia. Podobnie powołuję na sesje swoje gitary, często dla podniesienia adrenaliny i płodozmianu, pomijając ostentacyjnie ulubione instrumenty.



W swoim arsenale masz ponad 30 gitar, jednak jego kręgosłup stanowią wiosła Music Man, których używasz już od ponad 10 lat zarówno w studiu, jak i na scenie. Jakie cechy tych instrumentów cenisz najbardziej?


Atutami moich gitar z rodziny Ernie Balla są: solidność, niezawodność, perfekcja wykonania i zdeklarowane brzmienie. Dobrze wiem, czego mogę się spodziewać po każdym moim EB. Paleta barw, które oferują, jest niebywale skuteczna w studiu. Gitary te świetnie stroją, nie stwarzają nigdy żadnych kłopotów. Kontrola techniczna w firmie jest na tyle skrupulatna, że w większości przypadków można zdjąć taki instrument z półki sklepowej albo wręcz wyciągnąć z dziewiczego kartonu i udać się prosto do studia. Jestem z tymi gitarami bardzo mocno zżyty, odpowiada mi ponadto filozofia firmy. Music Man jest marką głęboko utytułowaną, wielu tuzów gitarowych w porozumieniu z konstruktorami firmy stworzyło unikatowe sygnowane modele. Ta imponująca statystyka wynika naprawdę nie z agresywnego marketingu, lecz z doskonałości tych instrumentów. Oczywiście nie chcę tym stwierdzeniem pomniejszać wartość innych gitar. W moim parku maszynowym znajdują się gitary Fender, Gibson, Kramer czy Washburn. Natomiast wiosła Music Mana stanowią dla mnie z jednej strony niezawodny, a z drugiej - bardzo wygodny trzon, i właśnie dlatego tak dużo na nich gram i nagrywam.


Do których instrumentów ze swojej kolekcji odczuwasz szczególny sentyment?


Moją sztandarową gitarą sceniczną jest już od wielu lat Axis, z jedną gałką i 3-pozycyjnym przełącznikiem. Istnieją zapewne inne znakomite instrumenty, ale jeśli muszę wziąć jedną gitarę w gigbagu do samolotu, to najbezpieczniej czuję się w towarzystwie tego właśnie instrumentu. Axis to gitarowy kałasznikow. Kiedy jednak w studiu szukam bardziej zdeklarowanych, vintage’owych soundów, wówczas świadomie go pomijam. Wtedy posługuję się starym Stratocasterem Elite, Gibsonem ES-175 czy kilkudziesięcioletnim Gibsonem SG. Nie zmienia to faktu, że zawsze wtedy w pogotowiu czekają moje pozostałe rewelacyjne Music Many: Albert Lee BFR, John Petrucci BFR i piętnastoletni, bodajże pierwszy w Polsce, Luke. Od niedawna czerpię dużą satysfakcję z jubileuszowej gitary Music Man 25th Anniversary. Nie mam jednoznacznych kryteriów dobierania bieżącego zestawu instrumentów. Najczęściej na ich konkretny model wskazuje sam rodzaj nagrań lub muzyka wykonywana podczas koncertu. Choć niejednokrotnie prowokacyjnie i z potrzeby nowych doznań, a często nawet w ostatniej chwili, zmieniam gitary, na których mam zagrać koncert. Każdy charakterystyczny instrument przez swoją indywidualność narzuca, albo przynajmniej podpowiada swoją preferowaną paletę barw i frazowanie.

Żyjemy w czasach coraz większego, raczej źle pojętego pośpiechu, w związku z tym coraz rzadziej mają miejsce ekskluzywne sesje, na których jest czas na staranną i precyzyjną kreację barw, szczególnie w nagraniach, w których gitara pełni rolę marginalną. Jednak, na ile to możliwe, dążę do tego, by nawet - ku rozpaczy realizatora czy producenta - przytargać do studia i rozłożyć dużą liczbę swoich gitar w każdym kącie reżyserki. Wtedy rzeczywiście mogę sprawdzić, co w danym momencie będzie najbardziej użyteczne. W doborze barw oczywiście nie poruszam się na ślepo. Lubię poeksperymentować, sprawdzić, jak zagra na znanym ustawieniu wzmacniacza np. mój stary, trzydziestoletni Kramer, a jak zagra nowoczesny MM John Petrucci BFR. Poza tym dobrze jest zróżnicować brzmienie nagrywanych gitar już na etapie "wbijania" po to, aby potem nie głowić się przy miksach nad brakiem czytelności aranżu i wyciąganiem danej partii na wierzch.



Czy twoje nazwisko pojawi się również na innych płytach, które będą miały swoją premierę jeszcze w tym roku?


Tak, moje nazwisko pojawi się jeszcze na co najmniej dwóch płytach nagrywanych w tym roku, przy czym jeden z projektów będzie dość mocno zaskakujący, ale jak na razie nie mogę nic więcej zdradzić. W moim postrzeganiu muzyki będzie to naprawdę pełen energii materiał, w którym wrócę do źródeł w towarzystwie przyjaciela z dawnych lat. Już na etapie demo zrobiło się bardzo interesująco zarówno gitarowo, jak i wokalnie. Odnowiłem także swoją przyjaźń i współpracę ze świetnym producentem Robertem Amirianem, z którym aktualnie omawiamy parę wspólnych projektów. Po zakończeniu jesiennej trasy koncertowej, promującej najnowszą płytę Grzegorza Turnaua, z pewnością wznowię pracę nad albumem Królika i mam nadzieję, że najpóźniej wczesną wiosną uda mi się wejść do studia z tym materiałem.

Aktualnie finalizuję sesję nagraniową gitarowych aranży muzyki Chopinowskiej, które opracowaliśmy wspólnie z Michałem Jurkiewiczem. Dzięki zaproszeniu i ogromnemu wsparciu Stołecznej Estrady oraz jej szefa, pana Andrzeja Matusiaka, powołałem do życia duży projekt, który jest kontynuacją i nowym obliczem Rock Loves Chopin. W ekskluzywnym towarzystwie Marka Radulego, Ryśka Sygitowicza, Michała oraz sekcji Królika pokazaliśmy rockową wizję muzyki Chopina na koncertach w Europie, Chinach, a nawet pod piramidami w Egipcie, a teraz - podsumowując Rok Chopinowski - nagraliśmy ten materiał przy pomocy niezastąpionego Leszka Kamińskiego. Moje jesienno- -zimowe plany są dość ambitne i czeka mnie naprawdę dużo pracy.

Jaką muzykę znajdziemy na ipodzie Jacka Królika?


Niezmiernie rozstrzeloną. Mój ipod to 1001 drobiazgów muzycznych. Można na nim posłuchać starego jazzu, większości płyt Bumblefoota i Bucketheada, dużo popu i muzyki środka, sporo soulu i współczesnego jazzu, prawie kompletną dyskografię Tower Of Power, wszystkie płyty Beatlesów, a także większość dostępnych nagrań Franka Zappy. Od kotleta do kastanieta - jak mawia się na chałturach. Bardzo lubię, w zależności od nastroju, skakać po różnych płytach, mam oczywiście wiele płyt shredderskich, ale również nagrania zdecydowanie niegitarowe. Wysoko pozycjonuję Joego Jacksona. Krążek "Heaven And Hell" jest moją ukochaną płytą relaksacyjną. Mam około 100 GB przeróżnej muzyki i nieustannie staram się szukać kolejnych nagrań. Podczas tras koncertowych chętnie podpinam się do posiadaczy "Maków“, czerpiąc kolejne inspiracje. Jednym z moich bardzo cennych dostawców kompletnie innej od mojej muzyki jest Robert Kubiszyn. Dzięki niemu poznałem awangardę współczesnego jazzu, czyli Adama Rodgersa, Kurta Rosenwinkla czy Alexa Machacka


Jakub Kardaś

NieWolnOść Hunter

Dystans jaki oddziela dziś zespół Hunter od własnych nagrań z przełomu XX i XXI wieku jest trudny do zmierzenia. Kapela weszła w proces muzycznej...Gramy dalej

3 /10
Popestar Ghost

Jako jeden z nielicznych w redakcji naszego magazynu uparcie bronię Ghost.

Gramy dalej

9 /10
Breaking Habits
Gatunek: Rock
Testament ocena 8
Brotherhood of the Snake
Gatunek: Thrash metal
When The Smoke Clears
Gatunek: Hardcore
Zobacz wszystkie