Rozmowę z czołowym polskim gitarzystą i jednocześnie wszechstronnym muzykiem sesyjnym, doskonale poruszającym się w wielu stylach muzycznych, przeprowadziliśmy podczas czwartej edycji festiwalu Open Delta, który odbył się w Nowym Dworze Gdańskim.
W momencie, w którym zrozumiałem, że muzyka jest mi niezbędna, zacząłem poświęcać jej coraz więcej czasu, stopniowo ograniczając inne pozaszkolne zajęcia. Gra na gitarze, szczególnie w początkowej fazie, jest dziedziną wiążącą się z niewątpliwie pewnego rodzaju wysiłkiem i mozołem. Trudno więc mówić tu o jakiejś eksplozji, jest to raczej proces stopniowy, który w moim przypadku sukcesywnie narastał. Później nadszedł moment, kiedy zdałem sobie sprawę, że marzę, aby gra na gitarze stała się moją profesją.
Ciężko byłoby mi teraz podać jakiegoś gitarowego idola, który od wielu lat byłby moim przewodnikiem duchowym czy technicznym, szukam bowiem różnego rodzaju smaków. Być może jest to nawet i wadą, że ciężko mnie sklasyfikować, zresztą ja sam mam z tym problemy. Zapewne nigdy nie będę grał tak dobrze ciężkiego metalu jak specjaliści z Vadera czy Behemotha i raczej nie zagram jazzu jak mistrz Jarek Śmietana. Moja filozofia gry jest nieco inna. Wielobarwność gitary, rozpiętość możliwości brzmieniowych i artykulacyjnych - wszystko to fascynuje mnie na tyle, że nie jestem w stanie skoncentrować się na określonej stylistyce. Kompletnie nie mam na to ochoty, powiem wręcz, że zanudziłbym się na śmierć, gdybym cały czas nie szukał tych szerokich horyzontów.
Od 14 lat towarzyszę na scenie i w studio Grzegorzowi Turnauowi. Z nim z kolei nagrałem najbardziej wysmakowane i finezyjne albumy. Grzegorz jest artystą tak niebywale twórczym i tak szeroko widzącym muzykę - zarówno symfonicznie, jak i jazzowo, jazz-rockowo - że trudno czasem nadążyć za jego sposobem myślenia, harmonizowania czy frazowania. Niejednokrotnie wymaga to przestrojonych gitar, kapodasterów, gruntownej analizy i przemyślenia opalcowania, tak więc granie z Grzegorzem jest z pewnością niemałym wyzwaniem dla gitarzysty. Szczególnie na początku kosztowało mnie to wiele wysiłku. Jestem bardzo szczęśliwy i spełniony, mogąc realizować się w muzyce Grzegorza Turnaua. Od czterech lat mam przyjemność występować z nim w kameralnej formie duetu. Nie ukrywam, że jest to kolejny stopień trudności, ale i olbrzymia satysfakcja dla instrumentalisty.
Przez 10 lat współtworzyłem Brathanki. Rok temu, szukając nowej drogi gitarowej, świadomie opuściłem tę grupę i jestem zadowolony z tego, że chcąc się nadal rozwijać, dzisiaj robię już zupełnie inne rzeczy. Niemniej jednak nie mogę deprecjonować ważnych dźwięków, które tam zostawiłem. Jestem współautorem największych przebojów grupy i autorem znacznej części aranży. Pozostawiłem po sobie na płytach niemało fajnej gitarowej muzyki. Zauważyłem nawet, że Czytelnicy waszego magazynu analizują i dokonują transkrypcji moich "brathankowych" solówek. Jest mi niezwykle miło z tego powodu. Nigdy nie ukrywałem, że pod płaszczykiem wesołego folku kryje się sporo trudnej (pod względem wykonawczym) gitarowej muzyki.
Większość zespołów, z którymi grałem na przestrzeni dwudziestu lat, była dla mnie ważna, nie chciałbym nikogo pominąć, ale - choć może to kogoś zdziwić - pragnę wyróżnić Chłopców z Placu Broni, czyli zespół, z którym zobaczyłem pierwsze prestiżowe, wielkie i profesjonalne polskie sceny. Z dużą przyjemnością wspominam również czas spędzony w grupie Edyty Górniak, gdzie z kolei grałem z moim do dzisiaj niedoścignionym gwiazdorskim dream teamem: Żaczkiem, Dąbrówką i Sztabą, a także z Anią Szarmach, Kasią Cerekwicką i Krzyśkiem Pietrzakiem w chórku. Nawet jeśli zabrzmi to odrobinę nieskromnie, twierdzę, że ciężko zgromadzić na scenie równie mocną ekipę. Istotnym i mocno osobistym, choć okazjonalnym, projektem są dla mnie Giganci Gitary, gdzie gram z moim wieloletnim przyjacielem Ryszardem Sygitowiczem i legendarnym Mietkiem Jureckim.
Wracając jednak do pytania, mogę powiedzieć, że każdy z gitarzystów sesyjnych posiada swoje przyzwyczajenia, a czasem wręcz dziwactwa. U mnie przejawia się to np. ogromną awersją do nagrywania elektrycznych gitar w słuchawkach. Kiedy pracuję nad jakąś produkcją, to prawie zawsze nagrywam z reżyserki. Daje mi to komfort odsłuchu i poprawia kontakt z realizatorem, ale równocześnie stwarza pewne ograniczenia. Dlatego w studiu korzystam głównie z pieców w formie głowy umieszczonej w pobliżu mnie i z oddalonej kolumny. Biorąc pod uwagę szybkość ustawiania korekcji, z tego właśnie powodu rzadko nagrywam na combach, choć niektóre - jak wiemy - mają swoją klasę i czasem bywają niezastąpione.
Wciąż poszukuję różnego rodzaju rozwiązań i eksperymentuję, jestem uzależniony od coraz to większej liczby kostek, choć wiadomo, że istnieje wiele kuszących pluginów, które myślą za muzyków. Ja, może nieco przekornie, choć zapewne częściowo i z lenistwa technologicznego, idę nieco pod prąd. Z biegiem czasu zbliżam się coraz bardziej do kostek, które przepuszczam przez głośnik. Konsekwentnie wycofuję się z preferowanych latami multiefektów i coraz częściej wracam do efektów podłogowych. Kolekcjonowanie kostek jest jakimś rodzajem fanaberii, żeby nie powiedzieć choroby. Aktualnie posiadam już z paręnaście fuzzów i overdrive’ów, jestem jednak spokojny i na razie wewnętrznie usprawiedliwiony, bo Grzesiek Skawiński ma ich pewnie ze sto. Doszło do tego, że mam bardzo wiele efektów, o których niestety czasem zapominam. Odnajduję je cudownie przy jakichś przepakowaniach i remanentach. W zależności od nastroju zabieram konkretny zestaw do studia. Podobnie powołuję na sesje swoje gitary, często dla podniesienia adrenaliny i płodozmianu, pomijając ostentacyjnie ulubione instrumenty.
Żyjemy w czasach coraz większego, raczej źle pojętego pośpiechu, w związku z tym coraz rzadziej mają miejsce ekskluzywne sesje, na których jest czas na staranną i precyzyjną kreację barw, szczególnie w nagraniach, w których gitara pełni rolę marginalną. Jednak, na ile to możliwe, dążę do tego, by nawet - ku rozpaczy realizatora czy producenta - przytargać do studia i rozłożyć dużą liczbę swoich gitar w każdym kącie reżyserki. Wtedy rzeczywiście mogę sprawdzić, co w danym momencie będzie najbardziej użyteczne. W doborze barw oczywiście nie poruszam się na ślepo. Lubię poeksperymentować, sprawdzić, jak zagra na znanym ustawieniu wzmacniacza np. mój stary, trzydziestoletni Kramer, a jak zagra nowoczesny MM John Petrucci BFR. Poza tym dobrze jest zróżnicować brzmienie nagrywanych gitar już na etapie "wbijania" po to, aby potem nie głowić się przy miksach nad brakiem czytelności aranżu i wyciąganiem danej partii na wierzch.
Aktualnie finalizuję sesję nagraniową gitarowych aranży muzyki Chopinowskiej, które opracowaliśmy wspólnie z Michałem Jurkiewiczem. Dzięki zaproszeniu i ogromnemu wsparciu Stołecznej Estrady oraz jej szefa, pana Andrzeja Matusiaka, powołałem do życia duży projekt, który jest kontynuacją i nowym obliczem Rock Loves Chopin. W ekskluzywnym towarzystwie Marka Radulego, Ryśka Sygitowicza, Michała oraz sekcji Królika pokazaliśmy rockową wizję muzyki Chopina na koncertach w Europie, Chinach, a nawet pod piramidami w Egipcie, a teraz - podsumowując Rok Chopinowski - nagraliśmy ten materiał przy pomocy niezastąpionego Leszka Kamińskiego. Moje jesienno- -zimowe plany są dość ambitne i czeka mnie naprawdę dużo pracy.