Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Steven Wilson

Steven Wilson

Spiritus movens zespołu Porcupine Tree, opowiada o tym, co znaczy dla niego rock progresywny. Artysta usiłuje nas też przekonać, że wcale nie jest genialnym gitarzystą technicznym...

Nie zaryzykujemy wiele, stwierdzając, że Steve Wilson jest ekspertem, jeśli chodzi o rocka progresywnego. Jako siła napędowa zespołu Porcupine Tree stworzył wiele wspaniałych utworów. Jak sam przyznaje, w tym, co robi, pozostaje sobie całkowicie wierny. Wychodzi mu to na dobre, czego dowodem są choćby płyty "Deadwing" (2005) i "The Incident" (2009), które zostały już uznane za klasykę współczesnego rocka progresywnego. Jego podejście do gry zarówno w zespole, jak i w innych projektach muzycznych, w których brał udział, jest czystą esencją rocka progresywnego, a jego gra wciąż jest eksperymentalna, dynamiczna i - co najważniejsze - nie przestaje zadziwiać. Co jeszcze można o nim powiedzieć? Z pewnością to, że ma duży zasób wiedzy, jeśli chodzi o brytyjskiego rocka progresywnego, a to, czego o nim nie wie, można by zapisać na odwrocie znaczka pocztowego. Nie ma osoby, która by lepiej opowiedziała nam o rocku progresywnym, niż właśnie Steven Wilson...

Co znaczy dla ciebie określenie "muzyka progresywna"?


To jest termin, który odnosi się do zespołów bardziej zainteresowanych albumem jako całością aniżeli pojedynczymi utworami. Chodzi o to, że ich album jest czymś więcej niż przypadkowym zbiorem piosenek wrzuconych na jedną płytę. W muzyce progresywnej utwory mogą mieć długość 7, 10, a nawet 20 minut. Sama zaś płyta może być przecież wspaniałą muzyczną przygodą. Od momentu pojawienia się w połowie lat 90. zespołu Radiohead, rock progresywny stał się bardziej pojemny, bardziej eklektyczny. Zarówno zespoły, które grają death metal, jak i te z kręgu szeroko pojętego rocka mogą być uznawane za progresywne, jeśli ich albumy stanowią właśnie taką muzyczną podróż charakteryzującą się różnorodnością melodii i zmianami tempa, która jest zarazem próbą opowiedzenia w sposób muzyczny jakiejś historii o kimś lub o czymś.


Jaka jest rola gitarzysty w typowym zespole progresywnym? Czym się powinien charakteryzować sposób jego gry?


Nie lubię muzyki zamkniętej tylko w jednym gatunku. Nie lubię gitarzystów, którzy nie wychodzą poza obręb jednej stylistyki. Wspaniałe jest to, że kiedy pojawiła się pierwsza fala rocka progresywnego w latach 70., niemal każdy gitarzysta był osobowością. Każdy z nich miał własny styl, własne brzmienie, własny głos. David Gilmour z Pink Floyd, Alex Lifeson z Rush, Steve Hackett z Genesis - wszyscy oni byli na swój sposób oryginalni. Robert Fripp też był niezwykle ekscentryczny. Podobno trzeba się nauczyć skal bluesowych, ale gra Roberta jest akurat zupełnym tego zaprzeczeniem. Każdy z wymienionych muzyków był inny i, co ciekawe, żaden z nich nie miał rockowych korzeni. Mieli jazzowe, klasyczne lub bardziej eksperymentalne muzyczne wykształcenie. Może właśnie to sprawiło, że byli tak fascynujący? Wspaniale jest móc posłuchać gitarzysty, który ma własne brzmienie i swój własny styl. Niestety w dzisiejszych czasach jest to coraz trudniejsze. Łatwo jest bowiem pójść do sklepu muzycznego i kupić sobie gotowe brzmienie, czyli kupić efekt, wzmacniacz oraz gitarę. Coraz trudniej jest osiągnąć naprawdę oryginalne brzmienie, z pewnością jednak warto się o to starać. Ja przynajmniej wciąż do tego dążę.


Wiemy, że lubisz stosować wtyczki software’owe i odważną obróbkę cyfrową oraz że do uzyskania niecodziennych brzmień stosujesz takie urządzenia jak Line 6 POD. Niektórzy jednak snobują się na nieużywanie obróbki cyfrowej...


Owszem, snobują się (śmiech). Jeśli chcą uzyskać naturalne, organiczne brzmienie, niech w takim razie nie używają żadnych emulatorów wzmacniaczy. Większość z tych brzmień, których używam, to są brzmienia impresjonistyczne. Po prostu lubię dziwne dźwięki. Kiedy je słyszysz, pytasz sam siebie, czy to w ogóle jest gitara. A może to jednak klawisze? Posłuchaj płyt grupy Nine Inch Nails, na których Trent Reznor zawsze stosuje bardzo nowatorskie brzmienia oparte na wszelkiej maści wtyczkach. Coś takiego bardzo mi się podoba. Potrafię również docenić organiczną muzykę, ale z drugiej strony, po co się w ogóle ograniczać? Z wtyczkami można wyczyniać niesamowite rzeczy, których by się nie osiągnęło tylko za pomocą jednego wzmacniacza czy efektu. Naprawdę nie trzeba w sposób ciągły używać sprzętu vintage - to nie zawsze jest najlepszym rozwiązaniem. Czasem za pomocą sprzętu cyfrowego lub komputerów można uzyskać brzmienia, o których w świecie vintage nie można nawet pomarzyć.


Czy takie eksperymentalne podejście dotyczy również gitar? W tym na przykład twojej gitary AlumiSonic?


To ciekawe, ale kiedy kupuje się jakiś instrument, to zawsze się okazuje, że ma on w sobie coś wyjątkowego, a tym czymś może być nawet pewnego rodzaju niedoskonałość. Czasami właśnie to "coś" odpowiedzialne jest za charakterystyczne brzmienie danego gitarzysty. Tak właśnie było z gitarą Briana Maya, którą zrobił dla niego jego tata, gdy Brian był jeszcze młodym chłopakiem. Jestem przekonany, że swoje wyjątkowe brzmienie zawdzięczał on między innymi właśnie tej gitarze. Jeśli chodzi o AlumiSonic, to ten instrument jest naprawdę interesujący. Próbowałem go używać na żywo, ale miałem duże problemy ze sprzężeniem zwrotnym, bo gitara wykonana jest z aluminium i nie sprawdza się w warunkach scenicznych. Teraz wydaje mi się to oczywiste. Natomiast gdy wziąłem tę gitarę do studia, to zdałem sobie sprawę, że może to działać na moją korzyść. Po prostu uzyskałem długi sustain i mam teraz brzmienie jak Nigel Tufnel. Myślę, że tego instrumentu używam w sposób chyba niezgodny z zamysłem producenta. Ale jeśli takie właśnie niedoskonałości odpowiednio wykorzystamy, możemy odkryć zupełnie nowe, fascynujące obszary.


Granie rocka progresywnego kojarzy się z grą typowo techniczną, a to może trochę zniechęcić. Czy taki pogląd ma coś wspólnego z prawdą?


To jest dokładnie tak samo jak z każdą dobrą muzyką - przede wszystkim chodzi o pomysły i osobowość. Porównujesz gitarzystów z lat 70. z Johnem Petruccim z Dream Theater, który gra raczej metal progresywny niż rock progresywny. Kolesie z Dream Theater reprezentują znacznie wyższy poziom techniczny, ale nie zawsze wychodzi im to na dobre, muszę jednak powiedzieć, że mam do nich wielki szacunek. Uważam, że wspaniała muzyka powstaje dzięki wielkim pomysłom i silnym osobowościom. Trzeba więc ciągle nad sobą pracować i eksplorować nowe gatunki muzyczne. Wiem, że nie jestem doskonały technicznie - nie jestem wymiataczem i nie spędzam długich godzin, ćwicząc skale. Jestem kompozytorem, który używa gitary w celu realizowania tego, co mu siedzi w głowie. Myślę, że w moim przypadku bardziej chodzi o pomysły niż o technikę.


Rob Lang