Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Luca Turilli (Rhapsody of Fire)

Luca Turilli (Rhapsody of Fire)

Zespół Rhapsody of Fire miał już swoje wzloty i upadki. Po długiej batalii ze starą wytwórnią udało im się w końcu wydać krążek, nad którym tak ciężko pracowali. "The Frozen Tears of Angels" okazał się sukcesem. Niedawno zakończyli swoją trasę po Europie i właśnie pracują nad  kolejnym albumem.

W tym miesiącu rozmawiamy z Lucą Turillim, utalentowanym gitarzystą i kompozytorem zespołu, którego zdolności, ambicje i plany mogą jeszcze nie licho zamieszać na rynku muzyki metalowej.

Kiedy zainteresowałeś się muzyką gitarową?


Miałem wtedy 16 lat. W tamtym okresie mojego życia nie wiedziałem nawet, czym jest wzmacniacz. Lubiłem muzykę Duran Duran i Pet Shop Boys. Pewnego dnia, mój kolega przyniósł do szkoły album Halloween. Spodobała mi się ta muzyka, bo była bardzo melodyjna i przypominała kawałki, których wtedy słuchałem. Miała jednak w sobie coś, czego do tej pory nie zauważałem - gitary. Pamiętam, że na początku sceptycznie podchodziłem do takich dźwięków. Podobne wrażenie miałem słuchając Europe. Swego czasu zabłysnęli swoim przebojem, "The Final Countdown". Strasznie mi się podobał ten kawałek, ale wcześniej bardzo denerwowała mnie solówka gitarowa w tym utworze, która według mnie rujnowała całą piosenkę (śmiech). Dopiero po zapoznaniu się z Halloween, czy Enchant, zacząłem doceniać wagę tego instrumentu i powoli się w nim zakochiwałem. Gdzieś po drodze znalazłem Malmsteena i Marty Friedmana. Ich solowe projekty wbiły mnie w ziemię, zwłaszcza  Marty w Cacophony. Zmieniłem swoje upodobania muzyczne, zapragnąłem grać tak jak oni i nie ustaję w tym postanowieniu. Może kiedyś mi się uda (śmiech).


Gitara, z której korzystasz obecnie jest jedyna w swoim rodzaju. Mógłbyś nam przybliżyć genezę jej powstania?


Bez wątpienia jest to najlepszy instrument, na jakim kiedykolwiek grałem. Kiedy zaczynałem swoją przygodę z gitarą kupiłem sobie Ibaneza. Był to jeden z tych modeli o bardzo smukłej sylwetce. Tak bardzo przyzwyczaiłem się do tej budowy, że każda inna była dla mnie po prostu za ciężka (śmiech). Dlatego też przez długi czas kupowałem tylko takie Ibanezy. Było tak do chwili, kiedy pojawiła się możliwość stworzenia własnego instrumentu. Kilka lat temu poznałem pewnego francuskiego lutnika. Kiedy nasza znajomość przerodziła się w przyjaźń wpadliśmy na pomysł stworzenia dla mnie gitary. Pierwszym założeniem było upodobnić ją do Ibaneza pod względem budowy, ale nadać jej zupełnie inne brzmienie. Udało nam się zbudować prototyp, który był zaskakująco dobry. Dopiero nie tak dawno, zbudowaliśmy jednak wiosło, które w pełni oddaje mój charakter i styl. Nazwaliśmy je Classic Revelation Series. Nie przesadzając, jest to naprawdę rewelacyjny instrument. Kiedy się do niego dorwałem, po prostu nie mogłem przestać grać. To dzięki niemu na nowo zakochałem się w komponowaniu i ćwiczeniach gry na gitarze. Kilka lat temu zarzuciłem szkolenie się w grze na tym instrumencie, gdyż brakowało mi ochoty i motywacji. Teraz mogę siedzieć godzinami i po prostu brzdąkać jakieś melodie. Gitara jest niewiarygodnie prosta, a granie na niej intuicyjne. Prawie nic nie muszę robić (śmiech). To właśnie dzięki niej mogłem pójść krok do przodu, rozwijając swoje zdolności.


Masz inny instrument na scenę i do studia? Czy cały czas ogrywasz tylko jeden?


Nawet teraz, kiedy rozmawiamy, jestem w studiu i nagrywam materiał na nowy krążek. Korzystam przy tym z tej samej gitary, którą potem biorę na koncerty. Czasami tylko w drugim egzemplarzu zmieniam struny na grubsze. Lepiej mi się wtedy gra partie rytmiczne.


Wspomniałeś, że nagrywasz właśnie nowy materiał. Mógłbyś może uchylić rąbka tajemnicy?


Raczej nie było by to wskazane (śmiech). Gwarantuje jednak, że jest to coś wyjątkowego. W pewnym sensie jest to naturalna ewolucja po "The Frozen Tears of Angels", który skądinąd też był dla nas czymś nowym. Tym razem postanowiliśmy kuć żelazo póki gorące i nie czekać z wydaniem nowego materiału. Mamy nadzieję, że uda nam się utrzymać ten trend.


Kiedy zatem planujecie wydać ten materiał?


Najpierw pojawi się kilka singli, aby ludzie mogli wczuć się w atmosferę. Dla niektórych może to być pewne zaskoczenie, ale nie chcę psuć zabawy (śmiech). Wystarczy powiedzieć, że jest innowacyjnie. Nie mniej jednak to nadal muzyka Rhapsody. To jest właśnie kierunek, w którym chcemy się rozwijać i mamy nadzieję, że ludziom się spodoba.


Długo zajęło ci wypracowywanie własnego stylu?


Często patrzyłem na moich idoli i starałem się to zrozumieć. Nigdy nie lubiłem kopiować stylów innych muzyków, ale na pewnym poziomie nie miałem dużego wyboru. Kochałem dźwięk gitary, ale uwielbiałem również muzykę klasyczną. Wśród moich mistrzów byli wówczas Bach, Vivaldi i przede wszystkim Chopin. Uwielbiałem słuchać jego kompozycji. Sam też grałem na pianinie, więc potrafiłem docenić ten kunszt. Potem pojawił się zespół, a wraz z nim pewne oczekiwania i stylistyka. Miałem to szczęście, że Rhapsody pozwala nam na bardzo dużo swobody. Nie musimy trzymać się sztywnych ram. Wachlarz naszych kompozycji i styli jest dość szeroki mimo wszystko, a to pozwala na rozwój. Wystarczy posłuchać utworu "Reign of Terror", aby zrozumieć, o czym mówię. Kiedy kupujesz płytę bluesową to wiesz, czego się po niej spodziewać. Jest, co prawda oparta na improwizacji, ale za to dość statyczna. U nas sprawy mają się trochę inaczej. To właśnie dzięki temu podejściu i moim korzeniom udało mi się wypracować swój własny unikalny styl. Nie bez znaczenia jest również fakt, iż to właśnie od przerabiania utworów klasycznych zaczynałem swoją przygodę z gitarą.


Kilka lat temu stworzyłeś zespół Dreamquest. Trudzisz się również projektami solowymi. Wiem, że obecnie skupiasz się na Rhapsody, ale czy jest szansa na to, abyś powrócił do tworzenia swojej muzyki?


Jest tak jak mówisz, obecnie koncentrujemy się na Rhapsody i tylko to nam w głowie. Chcemy wrócić na rynek, pozostać na nim przez jakiś czas i to obecnie jest najważniejsze. Oczywiście mam kilka własnych piosenek, które leżą gdzieś w szufladzie od jakiegoś czasu. Jako że współpracujemy ze świetną wytwórnią - Nuclear Blast - myślę, że jest szansa na wydanie solowej płyty w niedalekiej przyszłości. Kiedy tylko skończymy koncertować z Rhapsody, na pewno zasiądę z szefostwem do rozmów na ten temat (śmiech).


W Dreamquest grałeś na keyboardzie i zarzuciłeś wtedy gitarę. Który z tych dwóch instrumentów cenisz obecnie bardziej i dlaczego?


Komponując osiągasz czasami pewien limit swoich możliwości. Wtedy właśnie człowiek ma kryzys i zaczyna szukać innych sposobów na wyrażenie myśli. W moim przypadku było to pianino, a konkretnie keyboard. Po jakimś czasie wróciłem do gitary, ale na chwilę rzeczywiście skupiłem się na klawiszach. Obecnie w 90 procentach jestem gitarzystą, ale nie zawsze tak było. Pianino to bardzo wymagający instrument. Grając po kilka godzin dziennie jesteś w stanie dopracować pewne partie, ale jeśli zaprzestaniesz regularnych ćwiczeń wszystko ci umyka i musisz potem zaczynać od nowa. Trzeba być niejako stałym w uczuciach (śmiech). W moim przypadku nie było to możliwe, gdyż uwielbiam grać i komponować na gitarze. Musiałem zadecydować, jakim instrumentem chcę się zajmować i wybrałem struny (śmiech). Ciekawe jest natomiast to, iż znając podstawy komponowania muzyki na pianinie jestem w stanie bardziej efektywnie tworzyć ją na gitarze. Człowiek nabiera szerszego spojrzenia. Pisanie muzyki stało się dzięki temu o niebo łatwiejsze. Mogę teraz zacząć tworzyć jakiś kawałek na pianinie, aby nadać mu pewnej ogłady i szyku, a potem zagrać to samo na gitarze, gdzie nabierze więcej smaku i głębi. Moim zdaniem, im muzyk zna więcej instrumentów, tym ciekawsze będą jego kompozycje.


Jaki element bycia muzykiem kochasz najbardziej?


Zdecydowanie komponowanie. Zawsze myślałem o sobie bardziej, jako o kompozytorze, niż gitarzyście. Tworzenie muzyki to bardzo skomplikowany i piękny proces. To właśnie wtedy twoje myśli i uczucia nabierają kształtu. Potem nagrywasz coś w studio i dostrzegasz owoce swojej pracy. Nie da się tego z niczym porównać. Nie mniej ważne są jednak koncerty. Jakby nie było to właśnie fani są tymi, którzy oceniają twoje dokonania. Nie lubię tylko tego wszystkiego, co się dzieje przed i po koncercie. Uważam to za ogromną stratę czasu, który mógłbym przeznaczyć na prace nad nowym materiałem. Nawet, kiedy jesteśmy w trasie staram się wykorzystać każdy moment na pisanie. Ciągle tylko siedzę przed komputerem i stukam w klawisze (śmiech). Ostatnio chyba nawet trochę za dużo, bo doszedłem do 14 godzin dziennie (śmiech).


Jesteś w takim razie pracoholikiem (śmiech).


Absolutnie tak i nie narzekam (śmiech). Jakiś czas temu zdałem sobie jednak sprawę, że jeszcze kilka lat i będę musiał zmienić styl życia, bo w przeciwnym razie kopnę w kalendarz szybciej niż mi to pisane (śmiech). Za dużo stresów i nerwów jest z tym wszystkim związane. Siedzenie tyle godzin przed komputerem nie jest zdrowe dla oczu (śmiech).


Kiedy piszesz swoje teksty i muzykę to gdzie szukasz inspiracji?


Zazwyczaj w samym sobie. Posiadam, tak zresztą jak każdy, pewną wrażliwość, która niejako decyduje za mnie. Czasami najbardziej trywialne rzeczy potrafią wywołać we mnie lawinę pomysłów. Może to być ścieżka dźwiękowa z jakiegoś filmu, czy nawet piękno matki natury. Nasz cały świat jest już swego rodzaju cudem, który powinniśmy doceniać i cieszyć się za każdym razem, kiedy widzimy wschód słońca. Poza tym inspirują mnie krzyże, orgie i krew dziewic (śmiech).


Jak zdefiniowałbyś waszą muzykę? Czy można wam przypiąć jakąś łatę?


W tej chwili jesteśmy w trakcie zamykania wspaniałej fantazji, jaką udało nam się stworzyć na ostatniej płycie. Tekstowo to nadal ten sam klimat. Nie mniej jednak, staramy się wplatać w naszą muzykę tematy życia codziennego. Ubieramy je jedynie w słowa, które pasowałyby stylistycznie do reszty materiału. Nasza fantazja daje nam możliwość wykorzystywania wszelkich porównań i metafor. Dzięki temu słowa zyskują podwójne dno. Z muzycznego punktu widzenia staramy się połączyć świat fantazji z magią i miłością do kina. Można powiedzieć, że jest to połączenie kina i metalu (śmiech). Jest to chyba najcelniejsze określenie. Ludzie z wytwórni próbowali nas swego czasu jakoś zakwalifikować. Pojawiały się określenia typu Hollywood metal, czy film score metal, ale dla mnie to zawsze będzie po prostu kino. Kinematograficzne podejście do muzyki (śmiech).


Do niedawna mieliście sporo problemów z waszą starą wytwórnią. Możesz nam coś o tym opowiedzieć?


Obawiam się, że nie. Wcale nie dlatego, że nie chcę, po prostu obowiązują mnie pewne regulacje prawne, których nie mogę złamać. Cieszę się z tego, iż wszystko zostało zakończone pomyślnie. Obecnie pracujemy z wytwórnią Nuclear Blast i nie mógłbym być z tego bardziej zadowolony (śmiech).


Potrafisz sobie wyobrazić siebie w innej roli życiowej?


To zależy od wielu czynników. Obecnie sytuacja rynkowa nie wygląda zbyt dobrze. Od kilku miesięcy odnotowujemy duży spadek w sprzedaży płyt w całym kraju. Jeśli ten stan się utrzyma to raczej nie będę w stanie żyć z muzyki do końca życia (śmiech). Nie martwię się tym jednak za bardzo, gdyż jestem kreatywną osobą, a takim jak ja dużo łatwiej znaleźć pracę. Nie mniej jednak, mam nadzieję, że nie będę do tego zmuszony, gdyż naprawdę kocham to, co robię. Jest to jedna z niewielu dziedzin sztuki, w której wyobraźnia i zdolności zostają zmaterializowana w niezwykłej i magicznej formie.


Wolisz żeńskie, czy męskie głosy?


Zdecydowanie wolę słuchać żeńskich głosów. Dlatego właśnie pośród moich ulubionych zespołów znajduje się Nightwish i Within Temptation. Nie jest też tak, że męskie głosy mi sie w ogóle nie podobają. Kiedy mają ciekawą barwę i wysoki ton mogą brzmieć naprawdę rewelacyjnie. Fabio z Rhapsody jest swego rodzaju wyjątkiem, gdyż potrafi śpiewać na wiele różnych sposobów i w pełni korzysta ze swoich warunków.


Na oficjalnej stronie waszego zespołu natknąłem się na ciekawy fakt. Stwierdziłeś tam, iż nie posiadasz telefonu komórkowego i nigdy nie czujesz potrzeby korzystania z takowego. Czy w tych czasach jest to w ogóle możliwe?


Dokładnie tak. Nie cierpię rozmawiać publicznie przez telefon. Zawsze mnie to bardzo dziwi, kiedy widzę ludzi prowadzących prywatne rozmowy w tłumie. Nie wyobrażam sobie siebie w takiej sytuacji (śmiech). W zupełności wystarcza mi wymienianie maili. Rozmowy telefoniczne generują dla mnie stres, a nie mogę się za często denerwować (śmiech).


Niedawno zagraliście swój pierwszy koncert w Polsce. Jak wrażenia?


Bardzo ucieszyliśmy się z tej możliwości. Okazało się, iż jest kilkoro ludzi zainteresowanych zorganizowaniem takiego koncertu, więc bez wahania się zgodziliśmy. To było naprawdę miłe doświadczenie. Ludzie byli dla nas bardzo przyjaźnie nastawieni i wykazywali się dużą życzliwością. Na koncert przyszło sporo fanów, więc zdecydowanie zaliczymy ten wyjazd do udanych.


Czy w życiu pasjonujesz się czymś jeszcze oprócz muzyki? Jakie inne hobby starasz się kultywować?


Z tym właśnie mam problem. Ostatnio bardzo dużo pracuję i nie mam po prostu czasu na swoje inne zainteresowania, a jest ich kilka. Jednym z nich jest kino. Uwielbiam nowe technologie, efekty 3D i rozmach, z jakim realizuje się niektóre produkcje. Poza tym jest jeszcze piłka nożna. Jestem wielkim fanem zespołu Udinese. Mam też parę gier na konsole, w którą niestety nigdy nie gram (śmiech). Na to również chciałbym kiedyś znaleźć więcej czasu. Wszystko przede mną (śmiech).

Michał Lis

Revolution Radio Green Day

Green Day jaki jest, każdy widzi (a właściwie słyszy).

Gramy dalej

8 /10
NieWolnOść Hunter

Dystans jaki oddziela dziś zespół Hunter od własnych nagrań z przełomu XX i XXI wieku jest trudny do zmierzenia. Kapela weszła w proces muzycznej...Gramy dalej

3 /10
Ghost ocena 9
Popestar
Gatunek: Heavy metal
Breaking Habits
Gatunek: Rock
Testament ocena 8
Brotherhood of the Snake
Gatunek: Thrash metal
Zobacz wszystkie