Po premierze dziesiątego albumu studyjnego grupy Manic Street Preachers "Postcards From A Young Man", udaliśmy się do Cardiff, żeby spotkać się z frontmanem tego brytyjskiego zespołu. James Dean Bradfield, bo o nim tu mowa, wciąż jest wierny formie sztuki, którą wybrał wiele lat temu na początku swojej muzycznej drogi. Ten zdeklarowany rockman gotowy jest zawzięcie bronić rocka przed tymi wszystkimi, którzy wieszczą jego rychły upadek...
Pierwszy singiel zespołu z 1991, który szybko stał się przebojem, kończył się słowami: "Żyjemy w miejskim piekle. Niszczymy rock and rolla" (ang. We live in urban hell. We destroy rock and roll). Przez ostatnie dwadzieścia lat zespół swoją twórczością starał się nie dopuścić do zrealizowania tego proroctwa, skutecznie walcząc w obronie starego, dobrego rock and rolla. Na pierwszej linii frontu stał i nadal stoi właśnie James Dean Bradfield. Manic Street Preachers powstał w Południowej Walii pod koniec lat 80. Podczas jego dwudziestoletniej historii pojawiło się i przeminęło wiele mód, trendów, a nawet całych gatunków muzycznych. Mimo to Manic Street Preachers ze swoimi siarczystymi, rockowymi riffami i prostymi, szlachetnymi solówkami nie mieli problemu ze znalezieniem odbiorców. "Naszym zamiarem nigdy nie było podążanie za muzycznymi modami" - zapewnia nas Bradfield. Ich najnowszy album "Postcards From A Young Man" to zupełnie inna płyta niż poprzedni krążek zatytułowany "Journal For Plague Lovers" (2009). Na płycie "Journal For Plague Lovers" znalazły się teksty gitarzysty Richeya Edwardsa, który zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach w 1995 roku. Płyta, choć muzycznie doskonała, penetrowała raczej mroczne tematy. Natomiast "Postcards From A Young Man" w swych pełnych euforii popowych utworach i klasycznych rockowych melodiach wieszczy odkupienie dawnych błędów. Tym sposobem jest stylistyczną kontynuacją najlepiej sprzedającego się albumu tej grupy zatytułowanego "Everything Must Go".