Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Piotr Rogucki i Marian Wróblewski

Piotr Rogucki i Marian Wróblewski

Iks lat temu w Łodzi, w Dzień Wagarowicza, zespół Coma występował ku uciesze wtedy głównie nastoletnich fanów. Pod koniec występu lider grupy, Piotr Rogucki, powiedział do publiczności: "I pamiętajcie, my też po koncercie pójdziemy się uczyć… życia". Nauka ów najwyraźniej nie poszła w las. Parę Fryderyków i platynowych płyt dalej z zespołem Coma, ten sam Piotr Rogucki postanowił w końcu zmaterializować swoje marzenia o solowej płycie. Wraz z Marianem Wróblewskim nagrali dzieło "Loki - wizja dźwięku", o którym przyszło nam porozmawiać w… pierwszy dzień wiosny 2011. W tym specyficznym trójkącie zamiast przewidywanego wywiadu nawiązała się bardzo ciekawa rozmowa…

Co słychać w Łodzi?


W Łodzi bardzo dobrze, choć rzadko w niej bywam. To nadal miasto w którym kumuluję energię do dalszego działania.


Ale jeśli nie robiłbyś tego co robisz, to pewnie nie mieszkałbyś w Łodzi?


Ano nie. Chyba w Warszawie, Wrocławiu lub Krakowie, choć z tego ostatniego pewnie szybko bym chciał uciec.


Dlaczego?


Bo nie lubię atmosfery Krakowa.


A Łodzi?


A Łodzi lubię, bo tam się nic nie dzieje. Miasto bez perspektyw i rozwoju. Ale jeśli miałbym mieszkać gdzieś, nie robiąc tego, co robię obecnie, czyli alternatywnie zajmując się aktorstwem, to zapewne byłbym na stałe w Warszawie. Tutaj dzieje się większość rzeczy z zakresu kultury.


Twoja solowa płyta to "zapis ścieżki dźwiękowej do filmu muzycznego, który nie powstał"?


Tak. Ale "nie powstał" nie znaczy, że nie powstanie…


A skąd wziął się pseudonim głównego bohatera tego filmu, Lokiego?


Jest on ściśle powiązany z moimi inspiracjami związanymi ze spektaklem, w którym brałem udział, a którym był "Baal" Bertolta Brechta. Chciałem wymyślić postać, która będzie bezkompromisowa, a w dodatku odzwierciedli problemy, które mnie intrygują. Co więcej, poruszy tematy, które również dotyczą mnie. Zupełnie przypadkowo trafiłem na Lokiego w mitologii nordyckiej. Był to bóg chaosu, a zarazem niezły mąciwoda. Z jednej strony bardzo lubiany, zabawny i śmieszny, a z drugiej mieszał szyki innym bogom i był obrzydliwym gnojem (śmiech). Skończył źle. Przykuty do skały, na jego twarz padał jad węża znajdującego się nad nim. Jego małżonka choć broniła go przed tym, co jakiś czas kropla docierała do twarzy Lokiego, a ten trzęsąc się z bólu powodował trzęsienia ziemi. Ostatnio w Japonii chyba się Loki zdenerwował… Nie jest to oczywiście przeniesienie postaci 1:1, ale sam charakter bardzo mi się spodobał i stąd ten wybór.


Dlaczego ten materiał nie mógłby być częścią tego, co tworzy Coma?


Całe brzmienie płyty to jest współpraca moja i Mariana (Wróblewskiego - przyp. red.) i od początku nie miała mieć nic wspólnego z szyldem Comy. Choć nadal jest to rock, za bardzo odbiega od tego co robię z moim zespołem, nie widzę sensu robienia solowej płyty brzmiącej jak zespół, z którym jestem kojarzony.


Jak wyglądała Twoja współpraca z Marianem?


Na początku stworzyłem szkice. Były to mniej lub bardziej zamknięte formy, które rodziły się od mniej więcej trzech lat. Podjąłem dwie próby współpracy z pewnymi muzykami, ale to było nie to, o co mi chodziło. Szło to w kierunku wodewilowo-teatralnym, poezji śpiewanej, czego kompletnie nie chciałem…


…choć tego właśnie się spodziewaliśmy po Twojej solowej płycie.


Wy tak, ale to było dalekie od moich intencji. Ja wiedziałem, że jestem zakorzeniony w rocku i tego typu współczesne brzmienie chciałem osiągnąć. W momencie, w którym zostaliśmy sobie przedstawieni z Marianem przez Roberta Kurpisza (manager Piotra - przyp. red.), ten otrzymał materiały, jeszcze bez tekstów, i zaczął przygotowywać dla mnie aranże. Gdy usłyszałem efekt, stwierdziłem, że to jest to. Na początku warstwą muzyczną miały zajmować się cztery osoby, czyli praktycznie zespół, natomiast ostatecznie całą robotę przejął Marian. Jego praca i to co usłyszałem, wpłynęło też na to jakie słowa napisałem do muzyki. Gdyby dźwięki pozostały takie same, jak w momencie dostarczenia ich do niego, wszystko brzmiałoby zupełnie inaczej, a słowa byłyby na pewno cięższe. Marian nadał mojej "poezji" frywolności, ryzykowności i pokręcenia.


Które utwory powstały jako pierwsze?


Pierwsze było "Nie Bielsko", dalej prawdopodobnie "Szatany", "Wizja dźwięku", "Ruda wstążka" i "Szwajcarski nóż".


A jakie było Twoje pierwsze wrażenie Marianie na temat tej współpracy?


Zaczęło się tak jak mówił Piotr. Z mojej strony było to tak, że Robert (Kurpisz - przyp. red.) skontaktował się ze mną opowiadając o planach Roguca. Znaliśmy się już wcześniej ze środowiska muzycznego. Rozmawialiśmy o zespołach, wymieniliśmy się utworami z Ipodów. Okazało się, że przypadliśmy sobie nawzajem do gustu…


…Robert po prostu polecił Mariana jako dobrego gitarzystę, który ma feeling, wyobraźnię muzyczną, gust i inteligentne inspiracje. Wiedział, że się dogadamy, bo ma głupie wrażenie, że ja też jestem inteligentny. (śmiech)


Pierwsza obawa: czy to nie ma być solowa płyta, na której będzie pop rock z aspiracjami do bycia przebojem…


…i że Rogucki musi dorobić będąc puszczanym w RMF-ie…


…Wtedy na pewno nie byłbym dobrą osobą do współpracy. Nie słucham takiej muzyki i się na niej nie znam. Szybko okazało się jednak, że Piotrek nie ma tutaj żadnych ukrytych celów poza tymi artystycznymi, stworzeniem dzieła, które nie powstaje po to by dofinansować nasze budżety. To czy się znajdą odbiorcy było kwestią całkowicie wtórną. Szkoda, że tak wielu artystów w zaciszu domowym słucha fajnych rzeczy, a później gdy przychodzi do rejestrowania własnego materiału rodzą się w nich pytania: "czy mamy jakiegoś hita?". Cieszę się, że tutaj ten problem nie istniał. Mogłem zagrać swoje riffy, które wynikały wyłącznie z moich inspiracji. Wymiana myśli między nami była ponadto błyskawiczna. Gdy stworzyłem partię, która miała groźny wyraz, Piotr od razu w procesie tworzenia tekstu mówił, że widzi tutaj kłótnię dwóch przyjaciół, w której jeden próbuje drugiego zabić… a ja absolutnie miałem takie same skojarzenia.


A przecież nie mieliśmy większych założeń niż te podstawowe: historia filmowa, dodatkowo okraszona "plastrami miodu", dla których inspiracją był Clint Mansell i jego muzyka do filmu "Requiem dla snu".


A gdybyśmy cofnęli się w czasie: jaki był Twój stosunek do Piotra i tego co robi w Comie? Lubiłeś, nie przepadałeś, była Ci ta muzyka obojętna?


Na pewno normalnie słucham lżejszej muzyki. Bliższe są mi gitary overdrive'owe i fuzzowe niż ciężko distortionowe. Witos (Dominik Witczak - przyp. red.) jest szybki i ma niesamowite solówki, ale ja wolę jak muzyka jest bardziej przejrzysta, np. gdy gitara gra jeden, pojedynczy dźwięk, ale za to taki, który wbija mnie w ziemię. Stylistycznie więc jestem gdzieś indziej.


Bez wątpienia gdybym w takiej sytuacji nagrał solową płytę z którymkolwiek z chłopaków z Comy, lub ludzi, którym takie granie jest bliskie, powstałby klon tego, co tworzone jest w tym zespole. Moje horyzonty są szersze, dlatego współpraca z Marianem układała nam się tak świetnie. Jego oszczędne podejście do muzyki spowodowało, że ma ona duże pokłady emocji, choć nie są one tak wyraźnie zarysowane.


Jednocześnie Coma zawsze była dla mnie przykładem spełnienia marzeń z dzieciństwa. To że dzisiaj gram w różnych projektach to produkt uboczny tych snów. Pamiętam jak w swoim pokoju miałem lata temu plakat Nirvany, marzyłem o posiadaniu grupy kumpli, z którymi mogę grać próby trzy razy w tygodniu i idziemy w kierunku naszego celu. Takie podejście ma chyba większość muzyków na początku. Nielicznym udaje się to osiągnąć. Piotrowi i spółce wyszło to świetnie. Jak myślę, to jest wypadkowa osobowości, które idealnie do siebie pasują, przez co zespół istnieje tyle lat, zapełnia kluby i ciągnie to wszystko dalej. Zazdroszczę, bo sam nie trafiłem na odpowiednich ludzi w przeszłości by spróbować takiego sukcesu.


Szukasz jakiejś szansy wybicia się w związku z tą współpracą?


Nie, absolutnie przez myśl mi nawet nie przeszło by tak zrobić. Robię po prostu swoje. W najbliższym czasie zagramy wspólną trasę koncertową, a dalej co będzie się działo - czas pokaże.


Mimo wszystko to chyba jedna z ważniejszych Twoich prac…


Być może nawet najważniejsza. Ale nie ze względu na to z kim pracowałem, ale ze względu na to, że nie odbyła się kosztem jakiegokolwiek kompromisu.


No kompromisowy to Ty nie jesteś…


(śmiech)


Taka prawda. Jak dostałem pierwsze aranże, przekląłem sobie parę razy i stwierdziłem: no co tu gadać, talent i już.


Czymś szczególnie inspirowaliście się w trakcie nagrywania tego materiału? Np. w "Piegach w locie" słyszę wyraźnie Radiohead.


Tak, "Piegi w locie" to inspiracja Radiohead. Tak było w szkicach, które wysłałem do Mariana i w tym też kierunku on poszedł z aranżami.


Szczerze mówiąc nie spodziewałem się, że pierwsze Twoje skojarzenie będzie między "Piegami w locie" a Radiohead. Choć faktycznie jest to hołd złożony tej grupie. Cała płyta mieści się w gatunku post-music, jako że jest to lawirowanie na pograniczu stylów, co z kolei stara się stworzyć coś nowego. Bardziej obawiałem się oskarżeń o świadomą, zbyt głęboką inspirację muzyczną Nirvaną w "Sopocie". Ten szczególnie mi bliski zespół świadomie i nieświadomie przenika przez moją twórczość. W przypadku współpracy z Piotrkiem, stało się tak w tym utworze. Co ciekawe, po tym jak dodał on swój tekst, nadal "Sopot" kojarzył mi się z Nirvaną. Pomyśl o tym: historia o gościu z marzeniami, który chciał założyć zespół. Jednocześnie żeby grać, musi jakoś zaistnieć. Skojarzenia są oczywiste.


Często zdarza Wam się z obawą nagrywać coś i zastanawiać czy nie jest to przypadkiem zbyt podobne do czegoś, co już zostało nagrane w przeszłości?


Zastanawialiśmy się nad tym przy drugiej i trzeciej płycie Comy: co ludzie pomyślą? Kompletnie zgubne, bo odciągasz się przez to od tego co chcesz przekazać swoją muzyką. To nie ma sensu, bo choćbyś nie wiem jak chciał zadowolić ludzi, oni i tak zmieszają Cię z błotem i poleją wiadrem pomyj. Przy nagrywaniu "Lokiego" nie zależało nam na ani jednym słuchaczu, tylko na nas samych, na zaspokojeniu swojej wewnętrznej potrzeby tworzenia, może dlatego to jest takie fajne.


Każdy artysta jest wypadkową swoich inspiracji, a to co tworzy jest ich produktem ubocznym. Np. Jim Morrison chciał być jak Elvis Presley, a co mu wyszło? Jimi Hendrix nie tylko znał na pamięć wszystkie zagrywki Buddy Guya, ale nawet na zdjęciach trzyma tak samo gitarę jak on, na takiej samej wysokości i robi przy tym identyczne wymachy głową. Nie wspominając już o tym jak bardzo inspirował się tekstami Boba Dylana. Nie należy się więc bać porównań gdyż są nieuniknione.


Wyobrażasz sobie otrzymanie bursztynowego słowika na "Sopot"? (śmiech)


"Sopot" to utwór, który przedstawia nasz wyraźny sprzeciw wobec popkulturowej degradacji artystów i ich skłonnościom do poddawania się manipulacji mediów, choć przyznam że byłoby zabawne zagrać go właśnie w Sopocie i otrzymać bursztynowego słowika. Misja jaką niesie przesłanie tego kawałka zostałaby wypełniona.


To byłoby wspaniałe, jakby okazało się, że ten utwór i płyta to sukces, bo pokazałoby to innym, że można robić swoje. I wcale nie trzeba nagrywać pop rocka pod publiczkę wg schematu: dwie gitary akustyczne w panoramie, stereo, do tego riffik w górce na delayu plus bas i perka z dużą ilością dołu.


Na pierwszego singla został wybrany utwór "Szatany". Czy to nie jest zbyt bezpieczny wybór jak na wasze zapewnienia o tym, że nie zależy wam na tym, co ludzie powiedzą?


Nie powiedziałbym. Na początku mieliśmy do wyboru jeden z pięciu utworów, ze względu na to że pierwsza selekcja odbyła się przez pryzmat czasu trwania piosenki, co jest wymogiem stacji radiowych. Trójce nie pasował ten materiał w ogóle, Eska Rock z kolei poparła nas w każdym wyborze. Poza "Szatanami" braliśmy pod uwagę "Wizję dźwięku", "Wielkie Ka", "Małą" i "Nie Bielsko". Przedstawiliśmy te propozycje Mania Studio, a oni przekazali nam swoją wizję teledysku do "Szatanów", która z kolei nas przekonała do tego wyboru.


Gdzie było kręcone to video?


W kościele ewangelicko-augsburskim św. Mateusza przy ulicy Piotrkowskiej w Łodzi.


O czym opowiada teledysk?


Jest to historia człowieka lekko psychicznego, nieco zapętlonego w swoim świecie. Ten osobliwy "duch kościelny" chowa się gdzieś za filarami i ma swoją wizję układania świeczek, które ludzie zapalają w świątyni. Jest to opowieść z życia wzięta, gdyż jedna z postaci, która pojawia się w klipie, starszy mężczyzna z brodą, to człowiek, który przez piętnaście lat mieszkając w Paryżu i wyznaczył sobie podobne zadanie polegające na przestawianiu świeczek i ustawianiu ich w zgrabną kompozycję. Działał w przeświadczeniu, że muszą one być ułożone w znak krzyża. Fajne jest też to, że człowiek ma jakąś wizję i stara się ją zrealizować, nawet jeśli inni ludzie uważają, że jest wariatem.


Planujesz jakieś kolejne single?


Chciałbym by płyta była promowana trzema klipami. Na drugi myślę, że wybierzemy "Wizję dźwięku", "Wielkie Ka" lub "Nie Bielsko".


Ten solowy krążek to na pewno wyjątkowy moment dla Ciebie. Powędrowała ta płyta do osób, z którymi miałeś styczność na początku swojej kariery? Egzemplarz dla Adama Kołacińskiego wysłany?


O tak, Adam słuchał tych utworów jeszcze zanim płyta została wytłoczona. Jestem już nawet z nim umówiony na wywiad w przyszłym tygodniu w Radiu Żak. Też wspominał o tym, że jest zaskoczony jak wyszła ta płyta… Nie mógłbym o nim zapomnieć. Przecież gdyby nie on, Coma rozpadłaby się po pięciu latach istnienia, nie wydając nawet debiutanckiej płyty.


Niedługo ruszacie w trasę po Polsce. Jak będą wyglądały koncerty? Zamierzacie odegrać od początku do końca ten koncept album?


Dokładnie tak. Różnica jest taka, że o ile na płycie wszystkie instrumenty nagrał Marian, istniała obawa, że na koncercie mógłby nie podołać (śmiech).


Historia będzie opowiedziana oczywiście w tej samej kolejności, natomiast w związku z tym, że inne osoby będą grały na instrumentach, na pewno te wersje nie będą brzmiały tak jak na krążku.


Mamy plan przedstawienia mini-scenariusza na scenie, ale to wszystko jest w procesie twórczym, więc zobaczymy jak to wyjdzie i co uda się z tego zrealizować.


Mamy więc nie spodziewać się innych utworów niż te, które znajdują się na płycie, a oczekujący na "Wrony" i "Piosenkę pisaną nocą"…


…wyjdą zawiedzeni. Te kawałki tak odbiegają stylistycznie od tego co zrobiliśmy razem, że nie miałoby to kompletnie sensu. Nacisk ludzi na to żebyśmy zagrali te utwory przy tej okazji byłby czystą ignorancją i niezrozumieniem. To będzie wydarzenie rock'n'rollowe, a nie poezji śpiewanej. A kto chce powspominać, może znaleźć te kawałki na YouTube.


Ostatnio pojawiłeś się także w dwóch serialach. Ta forma filmowa, choć popularna wśród widzów, jest równie często krytykowana...


Jako aktor nie mam zbyt wielu propozycji, a gdy takie się pojawiają, nie dotyczą filmów fabularnych. Inna sprawa, że wszyscy polscy aktorzy grają w serialach. Może jest to jakiś powód do rozpaczy dla części widzów, ale nie dla aktorów. Nie ma też okazji do występowania w dobrych filmach, bo większość jest naprawdę gówniana. Zagrać w dobrym polskim filmie to szansa raz na pięć lat. Gdybyś siedział i czekał na dobry film, w którym mógłbyś wystąpić, nie doczekałbyś się. Tracisz warsztat, możliwość występowania przed kamerą i tracisz kontakty z ludźmi, którzy się tym zajmują. W środowisku aktorskim niestety trzeba się do bólu pokazywać. Pozostaje ostatnia kwestia: jak tę grę traktujesz. Uważam, że w przypadku tych dwóch seriali, w których zagrałem, nie potraktowałem tego w sposób "serialowy": tzn. przychodzę, odpierdalam robotę, biorę kapuchę i spadam na chatę, tylko wziąłem pewne zadanie, które potraktowałem poważnie i które było dla mnie jakimś rozwojowym zadaniem. Będę to robił nadal, jeśli będą okazje, choć nigdy w telenowelach, co podkreślałem już niejednokrotnie.


Na Facebooku nie tylko udzielasz się trzymając pieczę nad swoim projektem wraz z Olgą z Twojego managementu, ale także należysz prywatnie do grupy, która zrzesza ludzi "nienawidzących Comy i jej grafomańskich tekstów". Udzielasz się? (śmiech)


Nie, ale stwierdziłem, że jakoś muszę sobie z tym radzić. Czasami czytam co nowego tam piszą. Zaskakujące ilu ludzi poświęca się by wymienić najbardziej chujową rzecz na mój temat. Smutne jest to gdy ludzie cieszą się jak mogą komuś naubliżać i nie mają innego sposobu na odreagowanie swojej wewnętrznej biedy i pustki, ciekawią mnie aspekty życia ludzi pozbawionych nadziei.


Nasza cecha narodowa?


Nie, absolutnie nie uogólniałbym tak tego. To cecha ludzi nieszczęśliwych. Znam bardzo dużo fajnych Polaków, którzy świetnie sobie radzą… za granicą. (śmiech) A tak poważnie to naprawdę musimy zerwać z tym schematem, bo wiecznie będziemy w nim tkwić. Pokolenia się zmieniają, komuna odeszła, ludzie zaczynają myśleć innymi kategoriami. Nie można żyć w ciągłej zawiści, a jeśli ktoś tak robi to znaczy że ma problem. Za granicą to zjawisko może być tylko mniej powszechne, bo tam są większe pieniądze. A zazwyczaj ludzie bogaci to ludzie zadowoleni.


Zamknęliście forum Comy...


Zamknęliśmy, bo zaczął się robić tam syf. Ludzie, którzy prowadzili je, robili to wspaniale, ale stworzyła się tam enklawa gwiazd. O ile nam przez dwanaście lat nie uderzyła woda sodowa do głów, o tyle w przypadku naszych fanów tak też się stało. Dostali przyzwolenie na sporo działań i w pewnym sensie poczuli się chyba właścicielami zespołu, co nam się nie spodobało. To że w naszym kierunku padały nieprzemyślane, ciężkie słowa, byliśmy w stanie tolerować przez jakiś czas. Gdy jednak zaczęły to robić osoby "wpływowe" na forum, przestało być zabawnie. Ludzie, którym daliśmy swobodę działania, obrócili się przeciwko nam. Poza tym robili nieprzyjazną atmosferę wobec świeżych fanów, którzy dopiero zapisywali się na forum. Przestało to być forum fanów, a zaczęło forum forumowiczów. Szczerze, o wiele bardziej lubię Facebooka, dzięki temu, że ludzie nie występują tam pod ksywkami i avatarami, tylko pod imionami, nazwiskami, często opatrzonymi zdjęciem. Zauważyłem, że dzięki temu bardziej ważą słowa. Nawet jeśli chcą skrytykować, używają do tego mądrzejszych określeń.


A wiesz, że Facebook ma prawo do przetrzymywania wszystkich danych, które tam wrzucasz?


Jakoś się tym nie przejmuję. Kontaktuję się w ten sposób z fanami i nie sądzę by mogli mi coś wytknąć na ten temat choćby i za 10 lat.


Na stronie pojawił się konkurs na to jak dalej poprowadzić temat centrum fanów. Spływają jakieś propozycje?


Tak. Przyszło ich około 15-stu. Jedna nawet bardzo dobra, ale musimy spotkać się z zespołem i to przedyskutować. To w sumie idiotyczna sprawa, że zespół musi sam proponować fanom założyć fan-klub. Takie rzeczy nie powinny się zdarzać, chyba że w przedszkolu. A my wychodzimy z inicjatywą i jeszcze proponujemy im pomoc. Mam nadzieję jednak, że wszystko się ułoży również i w tym temacie.


rozmawiał Marcin Kubicki

Bad Vibrations A Day To Remember

Amerykanie zbyt długo kazali czekać na swój nowy album.

Gramy dalej

8 /10
The Devil Strikes Again Rage

Giganci niemieckiego heavy powracają z nowym krążkiem, w mocno odświeżonym składzie.

Gramy dalej

8 /10
Big Jesus ocena 5
Oneiric
Gatunek: Alternative rock
Divine Touch
Gatunek: Melodic death metal
Intruder
Gatunek: New wave
Zobacz wszystkie