Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Ludzie / Wywiady / Przestańcie

Przestańcie

Rozmawiamy z dwoma gitarzystami szczecińskiej formacji Przestańcie, która łączy ze sobą elementy muzyki alternatywnej z funkiem i psychodelią, tworząc w efekcie wyjątkową mieszankę określaną przez muzyków jako happy rock. Przestańcie zdobyli pierwszą nagrodę na festiwalu Łódźstock 2009, natomiast na portalu megatotal.pl fani sfinansowali im wydanie debiutanckiej płyty. Naszymi rozmówcami są: Krzysztof Sokołowski (gitara solowa) i Grzegorz Czuchaj (gitara rytmiczna)

W jaki sposób zaczęliście swoją przygodę z gitarą?


Moją przygodę z gitarą rozpoczął dość drastyczny zbieg okoliczności. Co prawda pociąg do instrumentów sześciostrunowych odczuwałem już we wczesnym dzieciństwie, wsłuchując się jako mały szkrab w grę akustyczną wujka Zenka czy wpatrując się w szarpiącą struny panią przedszkolankę... Marzyłem i wiedziałem w zasadzie już wtedy, że gdy tylko wystarczająco podrosną mi łapki, to z pewnością przykleję je na stałe do własnego instrumentu. Na ów moment cierpliwie czekałem aż do ukończenia szkoły podstawowej, kiedy to - pokonując przeszkodę terenową w postaci dość wysokiego ogrodzenia - dotkliwie uszkodziłem staw skokowy. Rzecz mało przyjemna, ale pieniążki z odszkodowania pozwoliły mi na zakup pierwszej gitary akustycznej. Po miesiącu dowiedziałem się, jak ją nastroić, a po kolejnym odkryłem istnienie akordów. Po dwóch latach zagrałem pierwszy koncert.


Tu dużą rolę odegrał wpływ starszego brata, bowiem gdy miałem dwanaście lat, podkradałem się do jego pokoju i po kryjomu brzdąkałem na jego Zaku. Potem znalazłem w domu starego Defila, na którym grał niegdyś mój ojciec - była to okropna gitara, i to nie tylko pod względem brzmienia, ale też wymagała nie lada siły. W tamtych czasach słuchałem dużo muzyki z lat 60., grając przy tym i nagrywając na magnetofonie Maja, a także na starym poczciwym Kasprzaku, covery Beatlesów, Beach Boysów i innych znanych wykonawców. Tak to się więc zaczęło - od muzykowania starszego o dziewięć lat brata i... muzyki m.in. zespołu The Beatles.


Czy pamiętacie jakiś moment przełomowy, który zmienił wasze podejście do życia i gry na instrumencie?


Jak większość nastoletnich gitarzystów, którym w ręce wpada gitara elektryczna, w czasach licealnych zafascynowałem się ciężkim brzmieniem. Zapuściłem sobie włosy, nosiłem się w najciemniejszych z ciemnych odcieni czerni, grałem trash i death metal, a czasem nawet spuszczałem strunę E6 aż do pasa dla lepszego efektu (śmiech). Jednak pewnego dnia głośnik w moim wiekowym Music Manie powiedział dość, początkowo z lekką chrypką, a później całkowicie tracąc głos. Z braku zasobów finansowych (właśnie rozpocząłem etap studencki) wykonałem zabieg transplantacji z użyciem taniego zamiennika o niskiej skuteczności. Przeszczep się nie przyjął. Nawet lekki overdrive przestał być czytelny. Zacząłem wtedy interesować się możliwościami czystego kanału, eksperymentować z harmonią i fikuśnymi zagrywkami, które w zasadzie nie miały większego sensu w grze przesterowanej. Po jakimś czasie wymieniłem piec, ale fascynacja cleanem pozostała. Stopniowo przeobrażał się mój gust, zmieniała świadomość i krystalizował się światopogląd muzyczny. Nie przypuszczałem wówczas, iż ów feralny trzepot membrany gdzieś w czeluściach głębokiej piwnicy, będący zarazem jej ostatnim tchnieniem, wywoła tak długofalowe i daleko idące skutki w moim życiu. Swoisty efekt głośnika. Jak w tym filmie z motylem. Bo w życiu jest jak w kinie... tylko ciężej i na koniec się umiera. Dlatego postanowiłem: gitara niech mi lekką będzie, niech granie daje mi jak najwięcej powodów do radości. Gdy muzykowanie stanie się prawdziwą odskocznią od rutyny dnia codziennego, wszystko potoczy się właściwym torem.


Takich momentów tak naprawdę było i nadal jest bardzo wiele. Gdy miałem piętnaście lat (mieszkałem wtedy w internacie w Szczecinie), zobaczyłem, jak starszy kolega gra solo z "Fade To Black" Metalliki - pozazdrościłem mu umiejętności i postanowiłem pójść w kierunku gry solowej. Jednakże praktycznie przez kolejne dwa lata doskonaliłem swój warsztat, opierając się głównie na zespołach pokroju Metalliki, Pantery czy Sepultury. W międzyczasie przewinęły się RHCP, Faith No More i RATM. Gdy skończyłem siedemnaście lat, powróciłem do muzyki nieco starszej - tu z kolei wielki wpływ wywarły na mnie zespoły: Led Zeppelin, Deep Purple i poznany za sprawą kolegów - Whitesnake. Naśladowałem, kopiowałem, tworzyłem swoje własne, mało udane kompozycje, by nagle w wieku dwudziestu lat zrozumieć, że tak naprawdę bliższy memu sercu jest, jak to Krzysiek powiedział, kanał czysty, nieprzesterowany - a jeśli już przesterowany, to na pewno nie wgniatający w ziemię. Przez kolejne pięć lat momentów przełomowych było wiele - wszystko tak naprawdę za sprawą nowo poznanych osób czy obejrzanych koncertów. Myślę, że takich momentów jest przede mną jeszcze wiele, jako że nie mam ściśle określonego kierunku muzycznego, w którym chciałbym podążać - wciąż coś odkrywam i nieustannie następuje u mnie jakiś przełom (śmiech).


Jakie macie najlepsze i najgorsze wspomnienie z grania na scenie i w studiu?


Nie mam złych wspomnień związanych z działalnością muzyczną. Bynajmniej nie z uwagi na efekt wyparcia. Komponowanie, granie i nagrywanie daje i zawsze dawało mi wiele radości. Nic do tej pory nie było w stanie odebrać mi satysfakcji z owoców mojej i moich przyjaciół pracy. Mam nadzieję, że tak już pozostanie.


A ja pamiętam zarówno lepsze, jak i gorsze chwile, więc u mnie na pewno nie działa efekt wyparcia (śmiech). Jeśli chodzi o najgorsze wspomnienie z grania na scenie, to pamiętam dwie sytuacje: jedną koszmarną i drugą, jak się później okazało, przezabawną. Ta koszmarna to koncert, jaki graliśmy w zastępstwie innego zespołu dawno temu - ów zespół w ostatniej chwili odwołał występ w klubie i zaproponowano nam zagranie koncertu, nie informując o fakcie podmianki, jak się potem okazało, zupełnie nikogo (czy to na plakatach, czy chociażby przy wejściu do klubu). Tym samym publiczność od samego początku nie dała nam szansy. Ludzie nie byli zachwyceni tym, że zapłacili pieniądze, a gra ktoś inny. Zakończyło się to bardzo niemiło i nawet cudem uniknęliśmy bójki. Przezabawny z kolei - ale dopiero po fakcie - okazał się koncert, podczas którego spadłem ze sceny po tym, jak oparłem się o statyw od mikrofonu. Statyw był wadliwy, więc upadłem razem z nim, zahaczając po drodze nogą o przyciski w procesorze wokalnym TC-Helicon VoiceLive. Gdy już dostałem się z powrotem na scenę, czerwony ze wstydu jak burak, i zacząłem śpiewać, wówczas okazało się, że śpiewam głosem Arnolda, gdyż taki preset przypadkowo ustawił się w efekcie podczas mojego upadku (śmiech). Cała sytuacja naprawdę była przekomiczna, ale ja wolałem wtedy, żeby mnie tam w ogóle nie było. Pozostałe występy na żywo to naprawdę wspaniałe wspomnienia, głównie za sprawą publiczności. Jeśli zaś chodzi o studio nagrań, to również wspominam to bardzo miło. Dotychczas mieliśmy okazję nagrywać u Krzyśka Tonna w Łodzi oraz u Bartka Orłowskiego w Szczecinie i zarówno w tym pierwszym, jak i drugim studiu atmosfera, jaką stworzyli wyżej wymienieni panowie, była naprawdę wyśmienita. Mogę jedynie dodać, że w studiu u Bartka czuliśmy się jak w domu i było nam naprawdę żal kończyć nagrania.


W jaki sposób ćwiczycie?


Grając, improwizując, na próbach z zespołem, na koncertach... Spotykam się też z wieloma gitarzystami nawet kilka razy w tygodniu - to mobilizuje do pracy nad własnym warsztatem. Kiedyś ową pracą było wałkowanie "cudzesów" z tabulatur, dzisiaj przede wszystkim interesuje mnie kompozycja i aranżacja. Gdy zachodzi potrzeba zagrania czegoś zapożyczonego, wybieram grę ze słuchu, choć początkowo ta metoda wydaje się trudniejsza, to jednak bardziej kształci i rozwija. Dodatkowo stwarza pole do opracowywania własnej interpretacji i krystalizowania swojego własnego stylu.


Stałym elementem moich ćwiczeń jest rozgrzewka, na którą poświęcam kilkanaście minut. W jej skład, jakkolwiek absurdalnie to zabrzmi, wchodzi naciąganie mięśni dłoni i palców oraz ich masaż (śmiech). Następnie przegrywam kilka luźnych układów i przechodzę do tego, co w danym momencie chciałbym opanować. Sporo czasu zabiera mi luźna improwizacja i choć wielu gitarzystów uważa to za marnowanie czasu, rzadko popadam w schematy, wykonując ćwiczenia. Zdecydowanie nie jestem wirtuozem gitary. Więcej czasu zajmuje mi praca nad techniką i czystością artykulacji dźwięków, niż zmuszanie się do potwornie szybkiego przebierania palcami po gryfie.


Jak scharakteryzowalibyście swój styl gry?


W dwóch słowach: skompresowany chaos. Wśród znajomych uchodzę ostatnimi czasy za lekko kwaskowatego psychodelika (z uwagi na fascynację efektami modulującymi). W mojej grze wciąż występują jednak (i to w liczbie mnogiej) lekkie i przyjemne zagrywki. Nie są więc na wymarciu, wręcz przeciwnie - mają się całkiem dobrze. Pojawia się rock, funk, jazz, czasem nawet przemycę coś z flamenco. Staram się nie zamykać w sobie, nie ograniczać siebie i innych w ich aspiracjach. Podobnie zresztą jak pozostali koledzy z Przestańcie. Oczywiście wszystko dzieje się w granicach rozsądku. Póki udaje nam się oddać w naszej muzyce w miarę spójny charakter, to droga wolna - co komu w duszy gra, to przez palce.


Określiłbym go jako zupełnie niestylowy. A tak poważnie, w mojej grze jest nie tylko dużo przycinania, ale też melodyjności. Melodyjność jest tym, do czego zawsze dążę, tym, co najbardziej cenię w muzyce. Melodyjność i przycinanie. Tak więc również są to dwa słowa. Ale te dwa słowa chyba najtrafniej oddają to, jak gram.


Którzy gitarzyści wywarli na was największy wpływ?


Chronologicznie rzecz ujmując, są to: Kirk Hammett, Joe Satriani, Andy Timmons - dzięki nim zobaczyłem, że fajnie jest grać szybko. Slash pokazał mi, że wolniej nie znaczy gorzej. Tomatito i Paco de Lucía wpędzili mnie w kompleksy, a Jacek Szymkiewicz i Kacza (przepraszam) zainspirowali, natomiast Jack White udowodnił, że wszystko można zagrać po swojemu.


Zdaje się, że zaczynaliśmy z Krzyśkiem zupełnie podobnie. U mnie też był Hammett, Satriani i inni wielcy tego świata. Jednak zdecydowanie największy wpływ wywarł na mnie Jimmy Page. To właśnie jego styl gry był mi zawsze bliski. Następnym w kolejności był Jacek Polak, od którego kupiłem kiedyś kilka płyt, a których słuchałem niezwykle często. Później przełomowa była dla mnie solowa płyta Petrucciego "Suspended Animation" - bardzo zresztą melodyjna, którą ogrywałem bez końca. Niezwykle dużą dozą sympatii darzę Artura Lesickiego, którego uważam za jednego z najlepszych polskich gitarzystów. Obecnie jednak poświęcam sporo uwagi gitarze akustycznej i klasycznej, stąd też sporo nazwisk oscyluje właśnie wokół tych instrumentów. Nie starczy miejsca, by je tu wymieniać...


Porozmawiajmy o sprzęcie. Na jakich gracie gitarach?


Jeśli chodzi o gitarę elektryczną, to obecnie gram na Gibsonie Les Paulu Standard z korpusem J&D Brothers, elektroniką Gibsona i przetwornikami marki Merlin. Uwielbiam ten model gitary i jej brzmienie, a także jej wagę, gabaryty oraz wygląd. Co się tyczy gitary akustycznej, to mam elektroakustyka Ibanez EW20 - bardzo udany brzmieniowo egzemplarz, a przy tym wygodny, posiadający ciepłą i głęboką barwę oraz łatwy dostęp do wyższych pozycji.


Mam Washburna X30 z przetwornikami Head Hunter, Washburna WI66 Pro z przetwornikami marki Seymour Duncan oraz gitarę akustyczną J&D CDG-2. Wkrótce dołączy do nich Telecaster.


A co powiecie o wzmacniaczach?


Marshall MG250DFX, którego lubię za funkcjonalność, oraz Music Man 110RD Fifty - z sentymentu.


Gram na wzmacniaczu Fender Frontman 212R, który wielokrotnie sprawdził się na scenie. Mam do niego wielki sentyment, podobnie jak Krzysiek do Music Mana. Ten sprzęt ma dużo góry i dobry reverb. Ponadto mam Laneya HCM30R do grania w domu.


Efekty?


Kostki marki Boss: DD-7, PS-5 i OC-3 (zabawki na długie wieczory), multiefekt DigiTech RP50 i kaczka Dunlop Cry Baby GCB-95.


Boss DD-7, CS-3 i SD-1 Electro-Harmonix Holy Stain, kaczka Dunlop Cry Baby GCB-95 i DigiTech RP50.


Jakie rady dalibyście młodym gitarzystom?


Moim zdaniem ważne jest, aby nie ograniczać swojej gry. Wiadomo, że najprzyjemniej ćwiczy się w ramach swojego ulubionego gatunku, jednak wiele interesujących zagrywek można sobie wypracować, bazując na innych, nawet bardzo odległych wydawałoby się nurtach. Warsztatowi z pewnością to nie zaszkodzi, a przygoda gwarantowana.


Sam nie jestem znowu aż taki stary, żeby innym dawać rady (śmiech). Wydaje mi się jednak, że najważniejsze jest to, aby nie poddać się uczuciu destrukcyjnej zazdrości. Znam wiele osób, które zobaczyły u innych trudne do osiągnięcia sztuczki gitarowe, w wyniku czego stwierdziły, że kończą swoją przygodę z gitarą. Nic bardziej bezsensownego. Nie dajcie się zeżreć chorobliwej zazdrości. Gitara, a przede wszystkim muzyka, to nie wyścigi, ale przyjemność i radość. Pamiętajcie o tym.


Co możecie powiedzieć o waszej płycie, która wkrótce pojawi się na rynku?


Będzie to nasz debiut długogrający, w związku z czym pokładam w nim wielkie nadzieje. "Czekczera czyrakcza" testy na zaznajomionych uszach przeszła pozytywnie, a jak poradzi sobie po premierze, zadecyduje o tym szersza grupa odbiorców. Singiel promujący dobrze przyjął się w rozgłośniach radiowych, tym bardziej z całych sił trzymam za nią kciuki. Nasz krążek wielu zaskoczy, z pewnością będzie w stanie zainteresować, poprawić nastrój i rozpogodzić nawet najbardziej pochmurne umysły. Mnie osobiście bardzo spodobał się efekt finalny i wierzę, że wam również przypadnie do gustu. Ma do tego pełne predyspozycje.


Przede wszystkim bardzo się cieszę, że ta płyta się wreszcie ukaże na rynku. Włożyliśmy w nią naprawdę sporo serca i poświęciliśmy jej wiele czasu. Cała przygoda rozpoczęła się półtora roku temu, gdy na portalu megatotal.pl, dzięki naszym fanom z całej Polski, uzbieraliśmy środki, które pozwoliły nam nagrać profesjonalny krążek. Nagrywaliśmy go w studiu w Szczecinie pod okiem Bartka Orłowskiego, który, chyba jak nikt inny, rozumiał, o co nam tak naprawdę chodzi. Współpraca z nim przebiegała po prostu wspaniale. Całość prac nad płytą zajęła nam aż rok czasu. Masteringiem zajmował się Tomek Rogula z TR Studios w Warszawie - jesteśmy bardzo zadowoleni z rezultatów jego pracy, włożył w ostateczne brzmienie wszystkich utworów również sporo serducha, i to wszystko słychać. Mówiąc krótko o samej płycie: będzie zawierać 13 utworów zróżnicowanych stylistycznie, ale osadzonych w czymś, co nazywamy happy rockiem, czyli nieco futurystyczną wizją rocka. Najbezpieczniej jednak będzie to nazwać albumem alternatywnym (śmiech). Teksty frywolne, ale bez oszczerstw, a zatem prawdziwe. Brzmienie nie jest podkręcane - brzmimy właśnie tak jak na tej płycie. Tytuł albumu został zaproponowany przez jednego z naszych przyjaciół z portalu megatotal.pl i nawiązuje do tego, że... właściwie nie nawiązuje do niczego, a fraza "czekczera czyrakcza" nie przynosi na wyszukiwarce Google żadnych rezultatów. Jest to więc coś zupełnie nowego i świeżego, podobnie zresztą jak (jestem o tym przekonany) nasza muzyka. Poważnie! Z czystym sumieniem zachęcam do odsłuchów tej płyty, która ukaże się już w styczniu 2011.

Zaklęty krąg Cugowscy

Krzysztof Cugowski jest na polskiej rockowej scenie od zawsze, zaś jego dwaj synowie Piotr i Wojciech od prawie zawsze, ale po raz pierwszy wspólnie...Gramy dalej

8 /10
Atoma Dark Tranquillity

Giganci szwedzkiej sceny melodyjnego death metalu od blisko piętnastu lat nie splamili się słabym wydawnictwem.

Gramy dalej

9 /10
CETI ocena 9
Snakes of Eden
Gatunek: Heavy metal
Green Day ocena 8
Revolution Radio
Gatunek: Pop punk
Hunter ocena 3
NieWolnOść
Gatunek: Metal
Zobacz wszystkie